Strona:Tłómaczenia t. III i IV (Odyniec).djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chłód świeżéj wody zbudził mię z omdlenia. —
Koń silną piersią porze nurt strumienia,
Parska — a piana, jak płachtami śniegu, —
Posrebrza falę. — Dopływamy brzegu —
Lecz cóż port dla mnie za różnicę czyni?
Tamby śmierć w głębi, a tu śmierć w pustyni!
A gdzieby prędzéj, i jak lżéj umiérać:
Anim pomyślał, anim mógł wybierać.

XV.

„Zmokły, zziajany, z dymiącemi boki,
Trzęsąc się z zimna, koń na brzeg wvsoki
Wspiął się, wyskoczył. — Przed nami równina,
Jak w nocy zajrzeć, zamglona i sina,
I w lewo, w prawo, w mdłém świetle miesiąca,
Zda się gdzieś w przestrzeń przedłużać bez końca!
„My lecim, lecim. — Czasem w mgle pozioméj
Miga coś biało; czasem się coś czerni,
Jak drzew gromada; — byłyżby to domy? —
Nic dójrzeć pewnie nie da blask znikomy —
Lecz sąż to sady, czy zarosłe cierni?
Bo nigdzie żadne światełko zdaleka,
Żaden głos zniskąd nie wróży człowieka.
Ognik się nawet nie zerwie z pod ziemi,
By choć urągać przed oczyma memi.
Blaskby mi jego nowéj dodał siły!
Bo choćby nawet łudził mię — już dosyć
Byłoby dla mnie, gdybym mógł choć wynosić,
Że już tu przecie są ludzkie mogiły! —