Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/410

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Chyląc ku ziemi czoło straszliwe,
Krwią zaszłe oczy ciska na wrogów,
Ryczy, i jeżąc rozlotłą grzywę,
Szarpie darninę ostrzem swych rogów.

Dobrze wymierzył wódz niezmięszany,
Śród piersi byka grot utkwił cały.
Runął, krwawemi rzygając piany,
A trąby wkoło tryumf zagrały. —

Już jest południe: — pod gęstym dębem
Myśliwy orszak skrył się przed spieką;
Dym między drzewa wije się kłębem,
W lesie im ucztę warzą i pieką.

Z dumą wódz patrzał, leżąc na ziemi,
Na orszak krewnych, na stosy plonów. —
Czemuż nie widzi razem z drugiémi,
Najmężniejszego z krwi Hamiltonów? —

 — „Gdzie jest, rzekł, Bottwell nasz z Bottwellawy,
Piérwszy na naszych ucztach i łowach?
Czemu nie dzieli naszéj zabawy,
Naszej biesiady w leśnych dąbrowach?“ —

Ponurym głosem rzekł Klaud z Paslei:
„Minęły czasy jego wesela!
Nigdy za stołem, nigdy śród kniei
Nie zobaczymy więcéj Bottwella!