Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/500

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wszedł do sali — do tronowéj,
Ztamtąd prosto do balowéj,
Ztamtąd znów do innéj sali;
I tak coraz daléj, daléj,
Doszedł wreście do narożnéj
Owéj wieży — już nie próżnéj —
Bo tam właśnie Ochmistrzyni,
I Frejliny obok przy niéj,
Przed wschodami śpią na ziemi.
Spójrzał bystro między niemi,
Czy nie znajdzie téj, co szuka.
Lecz nie! serce nie oszuka,
A tu mówi, że jéj nie ma.
A więc rzucił wkrąg oczyma.
Patrzy, widzi wschody kręte,
I u góry wpół przeniknięte
Małe drzwiczki; — coś widocznie
Tam go ciągnie; — lecz cóż pocznie?
Przejść nie sposób! Ochmistrzyni
Leży wzdłuż, Frejliny przy niéj,
Chyba deptać. — Lecz poradził,
Krok w tył — skoczył, i przesadził.
Dopadł drzwiczek, popchnął, wbiega,
I postrzega — cóż postrzega?
O! radości! — „Tak! to pewna!
„To jest ona! to Królewna!“ —
Tak, to ona! — bo gdzież w świecie
Taka druga? —
Jakby dziecię,
Spokojniutka, miła, cicha,
Drzemie zlekka: — pierś oddycha;