Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


„Ostatni w życiu głos mego Anioła?
„Stało się!“ — umilkł, dłoń przymknął do czoła.
Porwał się nagle, ręką naprzód skinął,
Ścisnął miecz w dłoni, pierś pledem obwinął,
I tuż za giermkiem, krok nagląc do biegu,
Pędził wprost na dół, aż stanął na brzegu.
Rzucił się w łódkę; — wnet szybka jak strzała,
Po fal wierzchołkach jak ptak przeleciała.
Wysiedli na ląd w wierzbowéj odnodze,
I szli, znużonéj nie folgując nodze;
Aż przy ostatnim zachodnim promyku,
Stanęli wreście na wzgórzach Lanriku,
Zkąd widać u stóp na szerokiéj łące,
Abóz Alpinów, i ognie błyszczące.

XXXI.

Na różne grona dzieląc się bezładnie,
Ci siedzą, stoją, ci chodzą gromadnie;
Najwięcéj jednak płaszczami okrytych,
Odpoczywając po trudach odbytych,
Leżą na ziemi, na bujnéj murawie,
Okiem zdaleka niedojrzani prawie,
Tak z zielonością zarośli i łanów,
Łączy się barwa zielonych tartanów:
Chyba że czasem, jak świetlik w pomroce,
Tu lub tam włócznia lub miecz zamigoce.
Lecz gdy po czarnych i płaszczu i piórach,
Zdaleka wodza poznali na górach,