Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Siedli na trawie, Gall obok Saxona,
Połowę pledu dał mu na ramiona,
Częstował milcząc, a gdy jeść przestali,
Patrząc mu w oczy, w te słowa rzekł daléj:
„Saxonie! przyjaźń łączy mię z Rodrykiem,
„Jestem mu krewnym i wiernym lennikiem;
„Każda z ust twoich czci jego zniewaga,
„Obrony po mnie i pomsty wymaga.
„Nadto — jest wróżba, w co każdy z nas wierzy,
„Że od twéj śmierci los klanu zależy.
„Bylem chciał — widzisz tę trąbkę u boku? —
„Dość zadąć, zginiesz oskoczon w natłoku.
„Bylem chciał — mógłbym, nim wytchniesz po znoju,
„Sam na sam zaraz wyzwać cię do boju.
„Lecz ni dla wodza, ni klanu, me ramię
„Praw gościnności i wiary nie złamie.
„Krew znużonego méj broni nie skala,
„A imię gościa jest świętém dla Galla.
„W górach on swoich, pod dachem czy niebem,
„Dzieli się z każdym swém łożem i chlebem.
„Ani mu usiąść przed ogniem swym wzbrania,
„Ni się usuwa od drogi wskazania.
„Tyś jest mym gościem: — złóż oręż i trwogę!
„Ja ci sam jutro pokażę twą drogę;
„Przez strome góry i kręte wąwozy,
„Aż po za nasze czaty i obozy,
„Po bród Koljantol będziemy iść razem:
„Lecz tam, Saxonie! spór skończym żelazem.“ —
— „Zgoda! przyjmuję ochoczo i szczerze,
„Twoje wyzwanie, i twoje przymierze.“ —