Strona:Tłómaczenia t. III i IV (Odyniec).djvu/269

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jak orlę niegdyś w macierzyńskiém gniaździe! —
Na słońcu jakiém, lub gwiaździe,
Znajdziem świat lepszy od ziemskich padołów,
I życie wartsze anielskiéj natury! —
Czarne te chmury
Nie są jedyném niebem! —

(Azaziel i Samiasa ulatują, unosząc z sobą
Anah i Aholimbanah).
Jafet (patrząc za niemi).

Ulecieli! —
Znikli w zamęcie skazanego świata! —
I czy z nim razem zaginą w bałwanach
Wściekłéj topieli:
Czy żyć gdzie będą nieskończone lata —
Stało się! nigdy nie ujrzę już Anah! —

Chór Ludzi.

O! synu Noego! miéj litość nad nami,
Nad ludźmi, nad braćmi twojemi
Czyż dasz nam zaginąć w zapasach z falami,
Sam w arce bujając nad niemi?

Matka (podając dziécię).

Zbaw, zbaw to dziécię!
W bolach mych wzięło życie,
Lecz ach! ileż pociechy,
Gdy się z swemi uśmiechy
Tak do mych piersi tuliło!