Strona:Tłómaczenia t. III i IV (Odyniec).djvu/077

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


W twarz mu powionął; — czuje woń poranku.
Wnet na otwartym ujrzał się krużganku —
Odetchnął wolno, spójrzał wkoło siebie. —
Ostatnie gwiazdy bledniały na niebie,
Wschód się zajmował brzaskiem; — wtém z uboczy
Blask, jakby lampy, uderzył go w oczy.
Z samotnéj izby blask się ten przeciska —
Drzwi wpół przemknięte — wpatruje się zbliska:
Światło jest wewnątrz, lecz przy niém nikogo. —
Usłyszał szelest, i cofnął się z trwogą.
Szybkiemi kroki, bielą otulona,
Postać wybiegła — stanęła — to ona!
Dłoń jéj bezbronna, krew szat nie plamiła —
„Dzięki jéj sercu, dzięki! — nie zabiła!“ —
Spogląda na nią: obłęd w jéj spójrzeniu,
Jakby je w jakiémś utkwiła widzeniu!…
Stanęła — baczném nasłuchuje uchem:
Cichość dokoła! — konwulsyjnym ruchem
W tył odrzuciła włosy, co po całéj
Twarzy i piersiach w nieładzie spadały:
Znać że musiała nachylać się nisko,
Na jakieś straszne patrząc widowisko. —
Zwraca się — wzrok jéj spotkał się z Konradem. —
Cofnął się przed nią. — Na jéj czole bladém,
Nad brwią — nieznaczna — któréj pewno sama
Dójrzeć nie mogła — jedna mała plama! —
Ujrzał jéj barwę — mdłość mu wzrok zaćmiła —
Pojął, zgadł wszystko — to kropla krwi była!