Strona:Tłómaczenia t. I i II (Odyniec).djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I nigdy odtąd, mówili sąsiedzi,
Nie była na mszy, ani u spowiedzi.
Próżno ją badał i ksiądz, i rodzice,
Zamknęła w sercu straszną tajemnicę,
I bez odpustu, bez modłów kapłana,
Umarła, na świat wydając Briana.

VI.

Samotny między swemi rówienniki,
Rósł od dzieciństwa syn biednéj Aliki.
Każdy go stronił, i każdy odpychał.
On, ani płakał, ani się uśmiéchał,
I znosił cicho, choć pełen goryczy,
Wymiatających mu ród tajemniczy.
Po całych nocach, posępny, ponury,
Błądził po lasach, lub szedł między góry:
Tam nad wezbranym usiadłszy strumieniem,
Z rozpaczą dumał nad swém urodzeniem;
Aż obłąkany, sam w końcu uwierzył
Strasznéj powieści, co lud o nim szerzył.
I odtąd co dzień, w mgle jezior i borów,
I odtąd co noc, w świetle meteorów,
Lub tam, gdzie matkę noc owa zapadła,
Szedł szukać ojca swojego — widziadła! —
Próżno, by zleczyć duszę zakrwawioną,
Klasztor go święty przyjął na swe łono;
Próżno, by uśpić myśli niepokoje,
Mądrość mu księgi otworzyła swoje.
W zakonnéj ciszy zamknięty przez lata,
Zdziczał tém więcéj od ludzi i świata;