Król naftowy/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol May
Tytuł Król naftowy
Data wydania 1935
Wydawnictwo Spółka Wydawnicza Orient R. D. Z. East
Drukarz Zakł. Druk. „Bristol”
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

KAROL MAY


KRÓL NAFTOWY
POWIEŚĆ z DZIKIEGO ZACHODU
EAST - Spółka Wydawnicza "Orient" R.D.Z. logo.jpg



1927[1]


WARSZAWSKA SPÓŁKA WYDAWNICZA
ORIENT R. D. Z. EAST
w WARSZAWIE
17, Prosta, 17


Składano i tłoczono w Zakł. Druk.
BRISTOL
Warszawa, Elektoralna 31.
Prawo wydawania i tłumaczenia na język polski wszystkich dzieł Karola Maya jest wyłączną własnością Sp. Wyd. „ORIENT“ R.D.Z. EAST w Warszawie, Prosta 17.
Wszelkie inne wydania i tłumaczenia będą prawnie ścigane.
Copyright 1927
by Warszawska Spółka Wydawnicza
ORIENT R.D.Z. EAST WARSAW
Printed in Poland


I
ZAKŁADY

Na drodze, wiodącej z El Paso del Norte poprzez Rio Colorado do Kalifornji, w dziesięciu milach przed stolicą Arizony, Tucsonem, leżała stara misja San Xavier del Bac. Założona w roku 1668, stanowi tak wspaniałą budowlę, że podróżny z podziwem spogląda na ten przepyszny monument cywilizacji w sercu pustkowia Arizony.
Z każdego rogu wznosi się wysoka dzwonnica. Front jest bogato ozdobiony fantastycznemi ornamentami. Na głównej kaplicy spoczywa wielka kopuła, a ciężkie gzymsy i piękne sztukaterje ozdabiają mury. Budowla ta mogłaby zdobić każde wielkie miasto, a nawet stolicę.
Misja jest otoczona wioską, zamieszkaną w czasie, do którego odnosi się nasza opowieść, przez plemię Indjan Papago, liczące mniej więcej trzysta dusz. Było to i jest jeszcze dotychczas spokojne, pracowite i przyjazne wobec białych plemię, które doskonale użyźniło swą glebę sztucznem nawodnieniem, i uprawiało pszenicę, żyto, dynie, granaty oraz inne owoce i ziemiopłody.
Niestety, ci dobrzy, pracowici ludzie wiele bardzo musieli cierpieć od wszelkiego rodzaju białej hołoty, która grasowała w Arizonie. Wszak ten wielki obszar, otoczony górami i pustyniami, nie miał podówczas prawie żadnych władz; ręka sprawiedliwości sięgała tylko do jego granic. Nadciągały więc setki skłóconych z prawem, — zewsząd, z Meksyku i ze Stanów Zjednoczonych, — aby pędzić tu życie, które było jednym długim szeregiem aktów bezkarnego rozboju.
Wprawdzie w stolicy stało załogą wojsko, którego zadaniem była piecza nad bezpieczeństwem publicznem; atoli dwie kompanje były, oczywiście, posterunkiem niewystarczającym na obszar przeszło 300.000 klm. kw. Umundurowani bohaterowie, zadowoleni, że zgraja łotrzyków ich samych nie utrąca, nie mogli nikomu służyć pomocą. Zdając sobie z tego sprawę, kawalerowie rozboju okazywali niezrównaną, niepohamowaną zuchwałość. Szajki ich ważyły się, zapuszczać pod samą stolicę Tucson. Nikt nie śmiał się oddalić o kwadrans drogi, nie uzbroiwszy się uprzednio w cały arsenał broni. Pewien podróżnik amerykański opisuje ówczesne stosunki w ten, bynajmniej nieprzesadny sposób: „Najzuchwalsi szubrawcy z Meksyku, Teksasu, Kalifornji i z innych stanów znajdowali w owej Arizonie schronienie przed karzącą ręką sprawiedliwości. Część ludności rekrutowała się z morderców i złodziei, zbójów i szulerów. Wszyscy musieli być uzbrojeni; krwawe sceny stanowiły bieżącą kronikę dnia. O rządzie mowy nie było, co dopiero o wojsku, czy policji. Załogi w Tucsonie oddawały się pijaństwu i pozwalały wszystkiemu iść swoją koleją. Tak więc Arizona była może jedynym pod egidą cywilizowanego państwa krajem, gdzie każdy mógł sprawiedliwość naginać do swej osobistej korzyści.”
Wówczas to w San Francisco zebrało się grono ludzi dobrej woli i dzielnego charakteru i założyło Komitet Bezpieczeństwa Publicznego, który rozpoczął z początku działalność na terenie Kalifornji, ale wkrótce rozszerzył ją na sąsiednią Arizonę. Dziarskie postacie junaków wyłaniały się tu i ówdzie, pojedyńczo i oddziałami, oczyszczały kraj z plagi przestępców i znikały, zostawiwszy wyraźny ślad swej dobroczynnej interwencji. — — —
Śród Indjan Papago z San Xavier del Bac mieszkał pewien Irlandczyk, który przybył do Arizony z pobudek nie nazbyt uczciwych. Nowy obywatel otworzył sklep, gdzie według jego twierdzenia można było wszystko nabyć; w istocie nie było tu nic poza gorzałką, której fabrykacja i sprzedaż pozyskała Irlandczykowi przezwisko truciciela. Cieszył się wogóle taką opinją, że uczciwi ludzie wzbraniali się z nim obcować. — —
Był wyjątkowo piękny dzień kwietniowy, kiedy szynkarz siedział przy jednym ze skleconych zgrubsza stołów, stojących pod jego chatą. Zdawał się być w złym humorze: stukał pustą szklanicą w stół. Nie doczekawszy się nikogo, zawołał w kierunku otwartych drzwi wściekłym głosem:
— Hola; stara wiedźmo! Czy nie masz uszu? Brandy chcę mieć, brandy! Prędzej się uwijaj, bo ci pomogę!
Z chaty wyszła stara murzynka z butlą w ręku i nalała trunku do szklanki. Wypróżnił jednym haustem, kazał znów nalać i rzekł:
— Przez cały dzień ani jednego gościa! Czerwoni hultaje nigdy nie nauczą się pić. Jeśli nie zjawi się jakiś obcy, sam będę siedział i wypalał sobie dziury w żołądku.
— Nie sam siedzieć — uspokoiła go murzynka. — Goście przyjść.
— Skąd wiesz?
— Ja widzieć.
— Gdzie?
— Na drodze z Tubac.
— O, naprawdę? Któż to?
— Nie widzieć. Stare oczy nie poznać. Być to jeźdźcy, wiele jeźdźcy.
Irlandczyk zerwał się na równe nogi i stanął w progu chaty, skąd roztaczał się widok na drogę do Tubacu. Wkrótce wrócił i zawołał do starej:
— To są finderzy, zrozumiano, finderzy i to cała dwunastka! Umieją oni żłopać, co się zowie. Prędzej, trzeba napełnić flaszki!
Oboje znikli w chacie. Po kilku minutach ukazało się dwunastu jeźdźców. Zatrzymali się przed chatą, zeskoczyli z koni i puścili je wolno. Dzikie postacie o zuchwałym wyglądzie. Wszyscy byli dobrze uzbrojeni. Niektórzy nosili meksykańskie ubiory, inni pochodzili ze Stanów Zjednoczonych — jak widać było z pierwszego wejrzenia. Jedną mieli wspólną cechę: nie było wśród nich ani jednego, któryby wyglądem swym budził zaufanie.
Krzyczeli i hałasowali wszyscy naraz. Jeden z nich podszedł do otwartych drzwi, wyciągnął rewolwer, wypalił do wnętrza i wślad za kulą posłał okrzyk:
Halloo, Paddy! Czy jesteś w domu, stary trucicielu? Wychodź ze swą siarką; jesteśmy spragnieni!
Paddy, jak wiadomo, jest żartobliwem przezwiskiem Irlandczyków. Gospodarz ukazał się z pełną butlą pod każdą pachą i dwunastoma szklankami w ręku. Stawiając je na stole i nalewając, odpowiedział:
— Już jestem, messurs! Zameldowano mi o waszem przybyciu; moja stara widziała, jak przyjechaliście. Pijcie i bądźcie błogosławieni w moim pałacu!
— Zachowaj błogosławieństwo dla siebie, stary rozbójniku! To raczej przygotowanie do śmierci! Kto pije twoją lurę, dopuszcza się samobójstwa.
— Tylko chwilowo, Mr. Buttler. Następna flaszka wskrzesza martwych. Od wielu tygodni nie widzieliśmy się. Jak wam szło, sir? Interesy dobre?
— Dobre? — odezwał się nazwany Buttlerem z przeczącym gestem i, wychyliwszy do dna szklankę, w czem naśladowali go kamraci, dodał: — Okropnie nam szło. Skąpo, jak nigdy dotychczas. Nie zrobiliśmy ani jednego interesu, godnego wzmianki.
— Ale dlaczego? Wszak nazywają was finderami i sami się tak nazywacie. Czyście nie mieli otwartych oczu? Sądziłem, że ubiję z wami dobry targ.
— To znaczy, spodziewałeś się odkupić zrabowany łup i, jak zazwyczaj, na dudki nas wystrychnąć. Ale tym razem niema nic, naprawdę nic. Na czerwonych nic już nie można złupić, a jeśli spotkasz białego, jest to przeważnie ptaszek, który sam chętnie zagląda do cudzych kieszeni. Dodajmy do tego ten przeklęty Komitet Bezpieczeństwa — niech ich licho porwie! W jakim celu te huncwoty wścibiają nosy do naszych interesów? Co to ich obchodzi, że zbieramy tam, gdzie nie siejemy, ale gdzie i oni nie sieją. Naprawdę, trzeba teraz każdej chwili być przygotowanym na to, że z poza krzewu wyjrzy dubeltówka! Ale oko za oko, ząb za ząb! Przysięgliśmy sobie wieszać bez litości każdego, kto wyda nam się członkiem komitetu. Czy nie zauważyłeś takich szubrawców u siebie, Paddy?
— Hm — odburknął gospodarz. — Czy sądzicie, że jestem wszechwiedzący? Czy można gościowi z nosa wyczytać, czy jest safandułą, czy tak jak wy, uczciwym drapichróstem?
— Nie blamuj się, Paddy! Kundla chyba łatwo odróżnić od psa rasowego, nawet kiedy to się tyczy ludzkich kundlów. Daję słowo, że poznam z pięćdziesięciu kroków każdego, kto należy do tego komitetu. Ale tymczasem pogadajmy o czem innem! Jesteśmy głodni. Czy dostaniemy mięsa?
— Nie tyle, aby można było wziąć na ząb.
— Jajek?
— Ani jednego. Możecie tu godzinami szukać, a nie znajdziecie ani jednej sztuki bydła, ani jednej kwoki. Któż jest winien, jeśli nie ludzie waszego pokroju, którzy wszystko sprzątnęli.
— Ale chleb?
— Tylko placki kukuruzowe, i te dopiero muszą pójść w piec.
— A więc niech twoja murzynka piecze. O świeże mięso sami się już postaramy.
— Wy? Powiedziałem wszak, że nic nie znajdziecie.
Pshaw! Znaleźliśmy już!
— Co?
— Wołu.
— Dziwne! Niemożliwe! Gdzie?
— Po drodze, na dole, w dolinie Santa Cruz. To znaczy, że wół ten należy do karawany, którą spotkaliśmy, a raczej, którą wyminęliśmy.
— Karawana? Zapewne wychodźcy?
— Tak. Cztery wozy; każdy zaprzężony w cztery woły.
— Ilu ludzi?
— Nie wiem dokładnie. Poza woźnicami widzieliśmy kilku jeźdźców. Nie mogliśmy zauważyć, ilu siedzi w wozie.
— Ale rozmawialiście z nimi?
— Tak. Chcą się przeprawić przez Colorado i dziś w nocy rozbiją tu obóz.
— Tu? Hm! Mam nadzieję, że nie zdarzy się nic takiego, co mogłoby okryć niesławą nasze dobre miejsce, sir!
Mówiąc to, gospodarz stroił niedwuznaczne miny.
— Nie troszcz się! — odpowiedział Buttler. — Umiemy oszczędzać naszych przyjaciół. Oczywiście, karawana będzie nasza; ale dopiero po tamtej stronie Tucsonu. Tu zafasujemy sobie tylko wołu, ponieważ potrzebujemy mięsa.
— Chcecie kupić? Wychodźcy nie sprzedadzą zwierzęcia pociągowego!
— Smalone duby! Co ci do głowy strzeliło, Paddy? Bierzemy, ale nigdy nie płacimy. Wiesz o tem dobrze. Z tobą to inna para cholewek. Ty jesteś naszym paserem, i tobie nietylko płacimy, ale pozwalamy się ocyganiać. Wróćmy do rzeczy! Nie będziemy z wychodźcami mieli ciężkiej przeprawy. Jest tam czterech naganiaczy wołów, — można ich nie brać w rachubę — dwóch chłopców na koniach i scout[2], wynajęty przez wychodźców. Tylko z tym trzeba się liczyć, ale wszak w dwunastkę damy sobie z nim radę, Pierwszą kulę przeznaczyliśmy dla niego. Nie wiem, kto siedzi w wozach, ale kto się chowa pod nakryciem, ten chyba nie jest zdolny do poważnego oporu. Poza tem jechała nakońcu jeszcze jedna kreatura, o której doprawdy nie mogę powiedzieć, czy jest mężczyzną, czy kobietą, aczkolwiek nosi na plecach strzelbę, a pod płaszczem szablę. Zagadnąłem to indywiduum, ale otrzymałem krótką i niezrozumiałą odpowiedź. O ile się nie mylę, mówi po niemiecku.
— Co za głupota! Człowiek, noszący tutaj szablę, jest napewno warjatem, lub przynajmniej nieszkodliwym oryginałem. A zatem zamierzacie napaść na karawanę?
— Pewnie!
— Mam nadzieję, że będę w tem miał swój udział?
— Naturalnie. Zaraz usłyszysz warunki.
Ponieważ w tej chwili wyszła z chaty murzynka, obaj zbliżyli do siebie głowy i kontynuowali rozmowę szeptem. Pozostali członkowie bandy nie zważali na to i głośno rozmawiali, nie skąpiąc sobie gorzałki, wskutek czego rychło nowe butelki poszły w obrót. Czerwonoskórzy mieszkańcy wioski, spostrzegłszy zdala wesołą kompanję, nadkładali drogi, byleby nie przechodzić koło szynku. Lękali się wrzaskliwych białych, którzy zbogacili ich o niejedno smutne doświadczenie.
Irlandczyk określił dwunastu jeźdźców nazwą „the Finders“. Nazwę tę nosiła wszędy lęk siejąca zgraja rzezimieszków, która od dłuższego czasu plondrowała południową Arizonę. Ukazywała się to tu, to gdzie indziej, czasem nawet w rozsypce, działając naraz w rozmaitych miejscach. Dzięki rączym rumakom banda odznaczała się nieuchwytnością, z którą nie mogli sobie poradzić nawet zaradni członkowie Komitetu Bezpieczeństwa. Finder oznacza właściwie znalazcę; byli to znalazcy — groźni znalazcy łupu, gdziekolwiek się nadarzał. — —
Naraz wrzask ucichł i oczy wszystkich mężczyzn skierowały się ze zdziwieniem ku trzem nowym przybyszom.
Ze zdziwieniem zupełnie usprawiedliwionem i zrozumiałem ze względu na wygląd tej trójki. Przybysze zeskoczyli z wierzchowców i podeszli do pustego stołu, nie racząc, jak się przynajmniej zdawało, wesołego towarzystwa spojrzeniem.
Pierwszy był małym, nie pospolicie grubym mężczyzną. Pod zwisającą kresą kapelusza filcowego, którego kolor, wiek i kształt stanowiły nielada zagadkę dla najprzenikliwszego myśliciela, przez las rozczochranej, czarno siwej brody spoglądał potężny nos o zgoła zastraszających rozmiarach, nos, mogący służyć za wskazówkę każdemu zegarowi słonecznemu. Wskutek gwałtownego zarostu uwydatniała się, oprócz owego zbyt rozwiniętego organu powonienia, para drobnych, małych oczu, obdarzonych niezwykłą ruchliwością. Z wyrazem żartobliwej przebiegłości oczki obrzuciły napozór chatę „trucicielską“ Irlandczyka, w istocie zaś zbadały postacie dwunastu finderów.
Opisana głowa spoczywała na ciele, okrytem prawie do kolan odwieczną kurtką myśliwską z koźlej skóry, przeznaczoną dla znacznie wyższej osoby, składającą się z łaty na łacie i nadającą cudakowi wygląd dziecka, które dla psoty przebrało się w szlafrok dziadka. Z tego bardziej niż swobodnego okrycia wyglądała para chudych, zakrzywionych w kształcie sierpa pałąków, sterczących w wyfrendzlowanych, sędziwych legginach, z których mały człowiek wyrósł przed dziesiątkiem lat, a które uwidoczniały parę indjańskich butów takiej pojemności, że mógłby się w nich zmieścić od biedy cały właściciel; stopy jego miały niezwykłe rozmiary. W ręku trzymał flintę, wyglądającą jak dawne kije z puszczy rodem. Innej zaś broni, która, według wszelkiego prawdopodobieństwa, tkwiła za pasem, niepodobna było zobaczyć, gdyż zakrywała ją skórzana kurtka.
A koń? To nie był koń, lecz muł z wyglądu tak stary, że jego rodzice musieli chyba pamiętać czasy potopu. Długiemi łysemi uszami igrał, niczem skrzydłami wiatraka. Po grzywie oddawna nie było już śladu. Ogon składał się z nagiego koniuszczka, w którym tkwiło dziesięć, czy dwanaście włosków. Dodajmy do tego zastraszającą chudziznę. Ale ślepia kłapoucha były jeszcze, jak u młodych źrebiąt, tak żywe i wyraziste, że budziły respekt znawców.
Drugi przybysz był niemniejszym oryginałem. Nieskończenie długi, straszliwie kościsty i wyschnięty, był tak przegięty, że zdawało się, iż oczy jego nie mogą dojrzeć nic poza stopami. Na tych stopach opierały się tak wydłużone, że aż budzące postrach, kończyny dolne. Na mocnem obuwiu myśliwskiem tkwiła para skórzanych getrów, pokrywających spory jeszcze kawał uda. Tułów siedział w ciasnej koszuli myśliwskiej, przepasanej szerokim pasem, gdzie z nożem i rewolwerem sąsiadowało wiele innych niezbędnych drobnostek. Na szerokich kanciastych barkach wisiał wełniany pled o włóknach, rozbiegających się we wszystkich możliwych kierunkach. Na strzyźonej głowie siedziało coś, nie chusta, nie czapka, a także nie kapelusz, coś, czego nazwać niepodobna. Na plecach wisiała stara, długa rifle[3], która zdala wyglądała jak miech na kiju.
Trzeci a ostatni był niemal równie długi i szczupły jak drugi. Głowę okrywała wielka ciemna chusta związana nakształt turbanu. Odziany był w czerwoną kurtkę huzarską, która niepojętem zrządzeniem losu zabłąkała się aż na Daleki Zachód, i w długie spodnie płócienne, a na nich buty z potężnemi ostrogami. Za pasem sterczały dwa rewolwery i nóż z najlepszej stali Kingfield; strzelba była jedną z owych Kentucky, które w rękach dobrego strzelca nigdy nie pudłują. Jako osobliwość twarzy należałoby wymienić bardzo szerokie usta; oba kąciki zdawały się odczuwać pociąg do uszu i zbliżały się do nich bez nieufności. Naogół cechowała tę twarz najuczciwsza dobroduszność. Był to na pewno człowiek, w którym nie doszukałbyś się fałszu.
Ci obaj dosiadali koni, które przebyły wiele trudów, a mogły znieść jeszcze więcej.
Skoro trójka dziwacznych gości usiadła, mały a gruby odezwał się do gospodarza, który do nich podszedł.
— Czego tu można się napić?
— Brandy, sir, — odpowiedział gospodarz.
— Daj, jegomości, trzy szklanki, o ile nie masz nic innego.
— Co tu można mieć? A może chcielibyście szampana? Nie wyglądacie mi na ludzi, których stać na to.
— Niestety, niestety, tak, — skinął ze skromnym uśmiechem przybysz. — Pan przeciwnie wygląda tak, jakgdybyś w piwnicach miał kilka tysięcy flaszek. A może się mylę?
Szynkarz odszedł, przyniósł trunku i przysiadł się zpowrotem do dwunastu zbirów. Mały przysunął szklaneczkę do warg, skosztował, wypluł i wylał napój na ziemię. Jego towarzysze nie dali się ubiec, przyczem ten, który nosił kurtkę huzarską, żachnął się, rozszerzając usta ponad miarę:
Fuj, psiakrew! Zdaje się, że ten irlandzki rozbójnik chce nas wytruć swoją brandy! Jak myślisz, Samie Hawkens?
Yes — odpowiedział zapytany. — Ale się zawiedzie. Strawimy tę truciznę, ponieważ nie będziemy jej pili. Skądże ci przyszło na myśl zwać go irlandzkim rozbójnikiem?
— Skąd? Well! Kto w nim nie pozna z pierwszego wejrzenia Irlandczyka, ten jest idjotą.
— Słusznie! I właśnie dlatego dziwię się, żeś ty to poznał, hihihihi!
Ten śmiech — hihihihi! — był osobliwy. Niejako śmiał się w sobie. Oczy ciskały wesołe błyski i znać było, że to jednak śmiech najszczerszy.
— Czy chcesz przez to powiedzieć, — podjął drugi — że poniekąd jestem idjotą?
— Poniekąd? Dlaczego poniekąd? Nie, całkowicie, całkowicie, Willu Parkerze! Już od piętnastu lat wbijam ci w głowę, żeś greenhornem[4], greenhornem, jakiego w życiu nie widziałem. Czy uwierzysz mi wreszcie?
— Nie — odpowiedział Will, nie tracąc spokoju. — Po piętnastu latach nie można już być greenhornem.
— Naogół, tak. Ale kto w ciągu tych piętnastu lat niczego się nie nauczył, ten zawsze jest greenhornem i zawsze będzie, jeśli się nie mylę. Hihihihi! I to właśnie, że oponujesz, świadczy o twej przynależności do rodu najbardziej zakamieniałych greenhornów. Co mniemasz o tych dwunastu gentlemanach, którzy nas ciekawie oglądają?
— Nic dobrego. Czy widzisz, jak się śmieją? To z ciebie, stary Samie.
— Ze mnie? Jakto?
— Ponieważ niema człowieka, który, patrząc na ciebie, mógłby się wstrzymać od śmiechu.
— Cieszy mnie to, Willu Parkerze, cieszy mnie niezmiernie. To jeszcze jedna moja nad tobą przewaga. Kto rzuci na ciebie okiem, musi płakać gorzko, gorzko szlochać. Jesteś smutnym, ponurym dziadem, ależ ponurym! Hihihihi!
Sam Hawkens i Will Parker zdawali się czubić zazwyczaj wesoło. Nie brali sobie za złe tych wzajemnych docinań. Trzeci towarzysz dotychczas milczał. Teraz podciągnął opadające getry do góry, wyciągnął przed siebie długie nogi i rzekł z uśmiechem, drżącym ironicznie na szczupłej twarzy:
— Nie wiedzą, co o nas myśleć, ci gentlemans. Kiwają głowami i nie mogą się domyślić. Dobra kompanja, co, Samie Hawkens?
— A jakże! — skinął zapytany. — Niech im głowy pękną, Dicku Stone! Zato my wiemy, co o nich myśleć. Rzezimieszki, co, stary Dicku?
Yes. Zdaje się, że zamienimy ze sobą słóweczko.
— Tak. I nietylko się zdaje! Uważam to nawet za rzecz pewną, że uraczymy ich pięściami po nosach. To właśnie ten tuzin, którego ślad napotkaliśmy.
— I który następnie pojechał za karawaną, aby z ukrycia ją obserwować.
— Tak, a potem jeden z nich pomknął naprzód i zagadnął któregoś z wychodźców. To podejrzane, bardzo podejrzane! Powiedz mi, Willu, czy słyszałeś, aby o finderach?
— Czy słyszałem? — odparł Parker. — Czy zgubiłeś pamięć, stary coonie[5]? Wszak wielokrotnie zanudzałes mnie opowieściami o nich.
Well, wiem bardzo dobrze. Pytałem tylko, aby się dowiedzieć, czy, mimo żeś greenhorn nauczyłeś się cenić słowa doświadczonych ludzi. A czy wiesz, ilu ma być tych finderów?
— Dwunastu.
— A ile osób widzisz tutaj, drogi Willu?
— Trzynaście roześmiał się Parker.
— Wyrzuć gospodarza, barania głowo!
— Jak go mam wyrzucić? Czy pozwoli się ruszyć?
— Jesteś i zostaniesz greenhornem z krwi i kości! Nie mam nic przeciwko temu, abyś sam siebie wyrzucił Nie nauczyłeś się jeszcze wyrzucać z rachunku Irlandczyka; dlatego wyręczę twój słaby rozum i powiem ci, że bez niego siedzi tam dwanaście osób. Czy pojmujesz mnie, słodki Parkerze?
Yes, kochany Samie. Znam cię nawylot, wiedziałem przeto, że chętnie go sam przepędzisz. Dlatego właśnie udawałem, że nie znam prawideł odejmowania. A więc jest ich dwunastu; nieźle tym razem liczyłeś, mój synu. Mam nadzieję, że na przyszłość potrafisz zrobić tego użytek. Dwunastu, hm! To podejrzane!
— Podejrzane? Czy naprawdę tak sadzisz? W takim razie nasz greenhorn wreszcie wykazuje postępy! No, pewiedzże, dlaczego podejrzane?
— Jest ich dwunastu, a finderów też ma być dwunastu — odpowiedział z niewzruszonym spokojem Parker.
— I co z tego wynika? Dalejże!
— Z tego wynika, że, być może, są to finderzy we własnych osobach.
— Tak jest, czcigodny Willu. Podejrzewam, że to oni. Herszt nazywa się pono Buttler. Dowiemy się wnet, czy który z tych esquire’ów nie nosi takiego nazwiska.
— Powiedzą ci, oczywiście!
— Badź pewien! Zaciekawiamy ich, tych gentlemanów. Poznaję po nosach, że wkrótce jeden z nich się zbliży na wywiad. Jestem ciekaw, jak się do tego weźmie.
— Na pewno nie grzecznie — oświadczył Dick Stone. — Nie pozostaniemy im dłużni.
— Dlaczego? — zapytał Sam Hawkens. — Czy myślisz, że potraktujemy ich obcesowo?
— Nawet bardzo!
— Ani mi w głowie nie postało! Nasza trójka nosi nazwę the leaf of trefoil[6]. To nazwa zaszczytna; nie możemy robić jej ujmy. Jesteśmy znani jako trzej nieodłączni gentlemans — jesteśmy znani z tego, że chytrością i grzecznością więcej wskóraliśmy, niż przemocą i grubjaństwem. Tak ma być nadal, tak, a nieinaczej!
Well. Ale wówczas te drapichrósty pomyślą, że się ich lękamy!
— Niech tam, niechaj, stary Dicku! Wkrótce się przekonają, że się pomylili, i to bardzo, hihihihi! Trójlistek i trwoga! Mogę przysiąc, że się poróżnimy. Zamierzają napaść na karawanę, a my na to nie możemy pozwolić.
— Czy unieszkodliwisz ich, o ile się okażą finderami?
— Tak.
— Nie obędzie się bez walki!
— Tak sądzisz? Pshaw! Ten stary coon — mówiąc to, wskazał z zadowoleniem na samego siebie — ma czasami myśli lepsze niż nóż, lepsze niż kula. Chętnie stroję żarty i, jeśli dają przewagę nad nieprzyjacielem, umiem ją wykorzystać. Niechętnie natomiast przelewam krew. Można zostać panem swych wrogów, nie pozbawiając ich życia.
— A więc podstęp? — wtrącił Parker.
Yes.
— Jaki?
— Nie wiem jeszcze. Okaże się w chwili stosownej. Musimy nadewszystko udawać niedoświadczonych półgłówków.
— Greenhornów?
— Tak, greenhornów, co przyjdzie ci, Parkerze, z łatwością, gdyż jesteś nim istotnie. Spójrzcie, jak sobie zęby wycierają moją Mary, moim drogim mułem!
— Trzeba przyznać, że nie jest slicznotą, Samie!
— Slicznotką? Brednie! Jest szkaradnem bydleciem, przepysznie szkaradnem bydlęciem; ale nie zamienię jej na tysiąc szlachetnych rumaków. Jest mądra, doświadczona i rozumna jak — jak — jak, no, jak Sam Hawkens, jej pan. Ocaliła mi życie w stu wypadkach. Wzamian zato nigdy nigdy nie wydałem jej na sztych i życie nie zawaham się narazić, jeśli ona znajdzie się w niebezpieczeństwie. Moja Mary jest, słowem, moją Mary, jedyną, niedoścignioną i nie dającą się porównać z żadnem innem bydlęciem, ale z drugiej strony upartą, niepoprawną, niegodziwą bestją, którą właściwie powinno się zmiejsca położyć trupem.
— Z twojej Liddy — dorzucił Dick Stone.
— Tak, z Liddy, — skinął Sam Hawkens błyszczącemi oczami, gładząc miłośnie starą, cudaczną strzelbę. Liddy jest mi równie droga, jak Mary; nigdy jeszcze nie spudłowała. Ile to razy wolność moja i życie zawisły od niej, a nigdy nie zawiodła pokładanych w niej nadziei! Wprawdzie i ona ma swoje narowy, zakorzenione narowy, i kto ich nie zna, tego dynia płynie przeciw prądowi[7]. Ja jednak znam je — wystudjowałem jak lekarz kataraktę. Znam dokładnie jej zalety i wady, i wiem, gdzie ją trzeba popieścić, aby nie straciła dobrego humoru. Nie wypuszczę jej z ręki aż do śmierci, a kiedy skonam w waszej obecności, proszę, pogrzebcie mnie wraz z moją Liddy! Nie chcę, by dostała się do rąk człowieka, który jej nie zna i nie kochał Mary, Liddy, Dick Stone i Will Parker — to czwórka, do której przywiązany jestem całem sercem i poza którą nie mam nikogo całym na Bożym świecie.
Przebiegły błysk oczu ustapił miejsca wilgotnemu odblaskowi. Szybko przetarł oczy palcami i podjął znowu wesoło:
— Spójrzcie, oto wstaje jeden dwunastu, ten, który szepce tajemniczo z gospodarzem. Prawdopodobnie podejdzie tutaj, aby nas pociągnąć za języki. Well, komedja może się rozpocząć; lecz nie właźcie mi w paradę!
Nie należy się dziwić, a tem mniej śmiać, że Sam Hawkens nadał swej strzelbie i mułowi kobiece imiona i że się tak pieszczotliwie o nich wyrażał. Westmani starego pokroju — niestety, tacy już wymarli, prócz niewielu, których można zliczyć na palcach, — byli zgoła innymi ludźmi, niż hołotka, która ich zastąpiła. Mówiąc hołotka, nie mamy na myśli wyłącznie mętów; to słowo w tym wypadku ma inne znaczenie. Kiedy miljoner jakiś, bankier, oficer, adwokat, chociażby sam prezydent Stanów Zjednoczonych udaje się na Zachód, zaopatrzony we współczesną maszynową broń, troskliwie strzeżony przez niezliczoną świtę, baczącą, aby — uchowaj Boże! — komar nie pogryzł go w szyjkę, i kiedy z dobrego ukrycia tępi odrazu setki sztuk zwierzyny, bynajmniej nie dla zaspokojenia głodu, taką skądinąd dostojną osobistość prawdziwy westman zalicza do rabble, do hołotki. Dawniej napotykano w stepach stada mustangów, liczące po pięć tysięcy głów; bizuny toczyły się jak fale morskie po dwadzieścia, trzydzieści tysięcy naraz, a nawet więcej. Gdzie się podziały te niezliczone gromady? Zniknęły! Dokąd sięga sawana, nie zobaczysz ani jednego mustanga. Wytępione, wyniszczone! W parku Narodowym dziś jeszcze „hoduje“ się lub „pilnuje“ kilka bawołów; tu i owdzie można jeszcze zobaczyć je w zoologicznych ogrodach; ale z prerji, po której wędrowały tysiącami, szczezły zupełnie. Indjanin ginie, wygłodzony fizycznie i moralnie, a prawdziwego, szczerego westmana widzi się tylko w książkach z ilustracjami. Winę ponoszą ci, których trapper lub squatter nazywa hołotką Nie mówcie mi, że istotna przyczyna tkwi w oddziaływaniu cywilizacji. Nie! Cywilizacja nie pociąga za sobą zniszczenia. Jakże często, odkąd zbudowano kolej Pacyfiku, zbierały się towarzystwa z setki lub nawet większej ilości „gentlemans“, i odbywały „wycieczkę myśliwską“. Jechano na Zachód, kazano zatrzymać się w prerji i strzelano z bezpiecznych przedziałów do mijających stad bawołów; poczem ruszano dalej, — zostawiając naturalnie na miejscu padlinę — uważając się za prawdziwych myśliwych prerji i — — chwaląc sobie doznane excellent and eximious przyjemności. Na jedno zastrzelono zwierzę przypadało dziesięć i więcej postrzelonych, rannych, które wlekły się dalej w mękach i z wysiłkiem, aby niebawem paść gdzieś trupem. Indjanin stał zdala i z bezsilną wściekłością patrzył, jak okrutnie pozbawiano go pożywienia, skazywano na głód i pewną śmierć. Skarżyć się będzie — wyśmieją, bronić — sprzątną, jak bawoły, które biedny czerwonoskóry uważał za swoją własność i które dlatego oszczędzał.
Zgoła inaczej postępował prawdziwy westman, myśliwy dawnego pokroju. Ten nie strzelał ponad potrzebę. Zdobywał pożywienie z narażeniem własnego życia. Na koniu zapędzał się w sam środek stada bawołów. Mocował się z mustangiem, którego pragnął schwytać i oswoić. Stawiał czoła szarym niedźwiedziom; jego żywot był nieustanną rycerską walką z wrogiemi sytuacjami, wrogiemi zwierzętami i wrogimi — ludźmi. Musiał polegać na sobie samym, na swoim rumaku, na swojej broni, o ile nie miał paść „zgaszony“. Koń zatem był jego przyjacielem, strzelba — przyjaciółką. Ilu myśliwych narażało życie dla swego konia! I z jaką miłością odnosili się do strzelby, owej martwej rzeczy, którą ich wdzięczna fantazja obdarzała duszą. Niejeden westman głodził się i usychał z pragnienia, byleby koń miał dosyć paszy i wody; przedtem myślał o strzelbie, a potem dopiero o sobie. Nadawał im imiona ludzkie i rozmawiał, jak z druhami; gwarzył z nimi, kiedy na ustroniu, samotrzeć, biwakował na trawie w prerji, lub w mroku pralasu. — Do tego rodzaju westmanów zaliczał się Sam Hawkens. Życie na pustkowiu nie oziębiło jego serca. Był i pozostał dobrodusznym, a przytem niezwykle chytrym dzieciakiem.
Stało się, jak przewidział. Buttler podniósł się, podszedł, zasiadł wygodnie za stołem gdzie roztasowali się trzej westmani, i, nie ukłoniwszy się, przemówił szyderczo:
— Jak wspaniale wyglądacie, chłopcy! Przypominacie nader osobliwych i śmiesznych trojaczków.
Yes — skinął Sam skromnie i poważnie.
To wyznanie brzmiało tak komicznie, że Buttler roześmiał się głośno, w czem wtórowali mu towarzysze. Wreszcie rzekł:
— Kim właściwie jesteście?
— Ja jestem pierwszy — odparł Sam.
— Ja jestem drugi — dodał Dick Stone.
— A ja trzeci — zauważył Will Parker.
— Pierwszy, drugi, trzeci? Cóż takiego? — zapytał Buttler, stropiony odpowiedziami.
— No, trojaczki oczywiście! — odpowiedział Sam z niezwykłą szczerością.
Nastąpił drugi powszechny wybuch śmiechu. Buttler był pobity. Niechęć brzmiała w słowach, z któremi zwrócił się do Sama:
— Żarty nabok! Mam zwyczaj zmuszać do powagi. Widać odrazu, że nie jesteście trojacz kami. Chce znać wasze nazwiska. Na stół z niemi!
— Nazywam się Grinell — odpowiedział po cichu Sam.
— A ja Berry — oznajmił z obawą w głosie Dick.
— A ja White — wykrztusił trwożliwie Will
— Grinell, Berry i White powtórzył Buttler — Hm. A teraz powiedzcie, czem się trudnicie?
— Zastawiamy sidła — oświadczył Sam Hawkens.
— Zastawiacze sideł? — roześmiał się egzaminator. — Nie wyglądacie wcale, abyście w życiu schwytali jednego chociażby bobra lub racoona!
— Tymczasem jeszcze nie — wyznał skromnie Sam.
— Jeszcze nie? Dopiero chcecie zacząć?
Yes.
— Świetnie, coraz lepiej! Skądże przybywacie?
— Z Castorville.
— Czemżeście się zajmowali?
— Mieliśnay do spółki sklep z ubiorami.
— Tak, tak! Interesy kiepskie?
Yes. Zbankrutowaliśmy trochę; za wiele pożyczaliśmy. Dawaliśmy kredyt, a nie spłacano nam należności.
— Słusznie, słusznie! Odrazu poznałem, że jesteście bankrutami. A więc sprzedawcy ubiorów, może nawet krawcy? Trzej krawcy, których niezaradność doprowadziła do bankructwa. I wpadliście na wspaniały pomysł szukacie szczęścia w zawodzie trapperskim! Czyście słyszeli?
Pytanie, skierowane do towarzyszy, przysłuchujących się rozmowie z ironicznym uśmiechem, wywołało trzecią głośną salwę śmiechu. Sam Hawkens krzyknął z upozorowaną złością:
— Niezaradność? Myli się pan bardzo, sir! Wiedzieliśmy, co robić. Coś musiało nam kapnąć z tego bankructwa, w przeciwnym bowiem razie nie dopuścilibyśmy do likwidacji sklepu.
Odpiął kurtkę myśliwską i stuknął w szeroki pas, co wywołało metaliczny oddźwięk. Poczem dodał dumnie:
— Tu tkwią monety, sir!
Buttler, chociaż jego twarz przypominała tej chwili dziób drapieżnego ptaka, węszącego zdobycz, zapytał swobodnym tonem:
— Ma pan monety? A więc jesteście sprytniejsi, niż można sądzić z pozorów. Ileż wam przyniosło bankructwo?
— Przeszło dwa tysiące dolarów.
— Macie je przy sobie?
Yes.
— W podróży, w tych stronach niepewnych?
Pshaw! Mamy broń.
— Piekielnie mało się przyda. Gdyby naprzykład zjawili się finderzy, oczyściliby wam kieszenie, zanim choćby jeden z was zdążył wytrzeszczyć oczy. Dlaczego raczej nie złożyliście pieniędzy w jakimś banku?
— Złożymy, panie. Tam, w Prescott.
— Chcecie się tam udać?
Yes.
— Jako zastawiacze sideł?
Yes.
— Czyż macie sidła?
— Nie.
— Skąd chcecie je wziąć?
— Kupić w Prescott.
— Niebiosa! Co z was za ludzie! Co zamierzacie tam schwytać?
— Bobry i — i — i... — urwał zakłopotany.
— I — i — i... — Cóż jeszcze? — nacierał Buttler.
— Niedźwiedzie — grizzly.
Istny śmiech homeryczny zagrzmiał przy drugim stoliku. Buttler śmiał się aż do łez. Ledwie się uspokoił, zawołał:
— Grizzly chcecie schwytać w sidła, grizzly, z których każdy jest na dziesięć stóp wysoki i waży dziesięć centnarów! Schwytać w sidła?
— Czemu nie? — mruknął Sam. — Jeśli sidła są dosyć duże i mocne!...
— Przecież, jak świat światem, niema sideł na grizzly!
— Więc zamówimy je u kowala w Prescott.
— W Prescott? Jakiej konstrukcji?
— Nad tem już pomyślimy.
— Wy — trzej krawcy? Przestań, mały grubasie, przestań, bo się zadławię!
Śmiał się na całe gardło i dopiero po chwili mógł podjąć:
— Gdyby nawet nie z tych grizzly, to już z tego samego można się na śmierć zaśmiać, że jedziecie do Prescott, aby schwytać bobry.
— Właściwie nie do Prescott; tam chcemy tylko kupić sidła. Potem pojedziemy do Gila i do rzeki San Francisco.
— Gdzie woda na dwa cale głęboka. Skądże tam bobry!
— Niech pana głowa nie boli, sir! Wyczytałem to z książek, gdzie wszystko jest wyraźnie napisane o bobrach i podobnych im zwierzętach.
— Pięknie, doskonale! Jeżeli swoją mądrość wyssaliście z książek, nic już nie mogę poradzić. Życzę wam tyle bobrów i niedźwiedzi, ile tylko sobie wymarzycie. Ale, znajdziecie coś jeszcze.
— Co?
— Dzikich Indjan, którzy w dzień i noc będą was prześladować z ukrycia.
— Będziemy się bronić.
— Temi ożogami?
Yes.
— Do piorunów, dokażecie cudów waleczności! Pokażcieno swoje kijaki! Musimy je obejrzeć!
Wyjął z rąk Sama strzelbę i podszedł do towarzyszy. Oglądali ją ze śmiechem. Zkolei Dick Stone musiał pokazać swoją rifle, która też doznała podobnego przyjęcia. Buttler, zwracając strzelbę, rzekł:
All right! Mam nadzieję, że umiecie się obchodzić ze swojemi strzelbami nie gorzej, niż dawniej z igłą.
— Bądźcie spokojni! — odpowiedział pewnie Sam. — W co chcemy trafić, trafimy.
— Istotnie?
— Istotnie!
Zakład, zakład! — szepnęli najbliżsi towarzysze Buttlera.
Na Zachodzie, gdzie niemal każdy spotkany jest wyśmienitym strzelcem, nie przepuszcza się okazji do zakładu. Strzelcy chętnie ubiegają się o pierwszeństwo; sława zwycięzcy rozpowszechnia się szybko. Zakład nieraz toczy się o wielkie sumy. Teraz właśnie nadarzyła się sposobność nietylko do zakładu, ale jednocześnie do prawdziwej farsy. Trzej krawcy nie uczyli się chyba strzelać. Strzelby ich pono nie były warte funta kłaków. Nie ulegało wątpliwości, że, jeśli zgodzą się zademonstrować swoją sztukę, będzie zabawa nielada. Aby więc zachęcić Sama, rzekł Buttler z powątpiewaniem:
— Tak, igłą trafić w rękaw marynarki potrafi nawet ślepy; ale strzelać, strzelać — to co innego. Czy już strzelał pan kiedy, Mr. Grinell?
Yes — odpowiedział mały.
— Do czego?
— Do wróbli.
— Z tej strzelby?
— Nie. Z procy.
— Z procy! — roześmiał się Buttler. — I sądzi pan, że dobrze strzelasz z flinty?
— Czemu nie? Celować to celować!
— Tak? Jak daleko pan trafi?
— Tak daleko, jak biegnie kula.
— Powiedzmy, dwieście kroków?
Well.
— Mniej więcej w tej odległości stoi ta sąsiednia chata. Czy sądzi pan, że trafisz?
— Chata? — rzekł obrażony Sam. — Trafi nawet ślepy, podobnie jak igłą w rękaw surduta.
— Chce pan powiedzieć, że cel ma być mniejszy?
Yes.
— Jak wielki?
— Jak moja ręka.
— I sądzi pan, że z tej strzelby zdołasz trafić?
Yes.
— Absurd! Już przy pierwszym strzale lufa pęknie, a jeśli nawet nie pęknie, to tak się skrzywi, że kula nie pójdzie prostą drogą, lecz skręci za krawędź domu.
— Spróbujmy!
— Chce się pan założyć? Macie przecież pieniądze. Na ile?
— Na tyleż, co pan.
— Dolar?
— Zgoda.
— A więc, zakładamy się. Ale nie będziemy celować w tamtą chatę. Właściciel jej mógłby wziąć nam za złe, chociaż ja — —
— Strzelajcie, w moją! — przerwał gospodarz. — Przylepię do tylnej ściany kawałek papieru wielkości mojej dłoni; to będzie cel.
Dobito zakładu. Goście wyszli z karczmy; gospodarz przylepił papier. Buttler odliczył dwieście kroków. Dał dolara, Sam poszedł za jego przykładem. Wylosowano, kto ma pierwszy strzelać. Los padł na Buttlera. Stanął w odmierzonej odległości, wycelował szybko, opuścił kurek i trafił w papier.
Teraz nadeszła kolej na Sama. Jak najdalej rozstawił krzywe nogi, przyłożył swą Liddy, przechylił się naprzód i celował długo, bardzo długo. Wyglądał Jak fotograf, który się ukrywa pod zasłoną, aby nastawić objektyw. Wszyscy się roześmieli. Wreszcie padł strzał i Sam poleciał nabok, opuściwszy strzelbę na ziemię, ręką chwytając się za prawy policzek. Śmiech przeszedł w istne grzmoty.
— Czy flinta uderzyła pana? — zapytał Buttler.
Yes, spoliczkowała mnie! — odpowiedział boleśnie mały.
— A więc szarpie. Zdaje się, że jest niebezpieczniejsza dla pana, niż dla innych. — Zobaczymy, czy pan trafił.
Na papierze nie było nawet śladu kuli. Szukano długo, bardzo długo, aż wreszcie jeden z czeredy, który najbardziej się oddalił, zawołał, dając hasło do ponownego śmiechu:
— Chodźcie tu do mnie! Na myśl mi nie wpadło szukać tutaj, ale oto tkwi tu ona, tu, kto ją chce zobaczyć? Chodźcie tutaj! Sznapsik wypływa przez dziurę.
Zboku, o dziesięć kroków od domu, stała pękata beczka gorzałki. Tu właśnie ugodziła kula. Napój wypływał z dziury strumieniem grubym na palec. Ponownej salwie śmiechu nie było końca. Gospodarz klął i żądał odszkodowania. Uspokoił się dopiero, gdy Sam przyrzekł zapłacić. Irlandczyk zatkał dziurę drewnianym kołkiem.
— A więc nawet nie trafił, pan w dom! — zawołał Buttler do oszołomionego Sama. — Powiedziałem, że kule skręcą za kant! Dolar jest mój. Czy chce pan jeszcze jeden zaryzykować, Mr. Grinell?
Yes — odpowiedział Sam.
Drugim strzałem trafił przynajmniej w dom, ale na dole, w kącie, podczas gdy cel był umieszczony pośrodku muru, na górze. Strzelał jeszcze cztery, czy pięć razy i stracił tyleż dolarów. Rozjuszony, krzyknął:
— To tylko dlatego, że zakładamy się o dolara. Sądzę, że, gdy stawka będzie większa, potrafię lepiej celować.
— Słusznie! — roześmiał się Buttler. — Więc Ile?
— Tyleż, co pan,
— Powiedzmy, dwadzieścia?
Yes.
Sam stracił dwudziestkę, trafił bowiem dokładnie w ten sam kąt domu. Buttler zabrał pieniądze i zapytał, ukradkiem spoglądając na swoich:
— A może jeszcze raz, Mr. Grinell?
Yes — odpowiedział Sam. — Przecież wkońcu muszę trafić!
— Ja też tak myślę. Ile?
— Jak pan sobie życzy.
— Pięćdziesiąt dolarów?
Yes.
— Albo powiedzmy lepiej, sto?
— To za wiele. Wprawdzie jestem przekonany, że teraz wreszcie trafię, ale nie chciałbym zabierać panu takiej sumy, Mr. — — jakże się pan właściwie nazywa, sir?
— Buttler wyrwało się zapytanemu zbyt szybko i nieroztropnie. Prawdopodobnie wymieniłby inne nazwisko, gdyby go nie zaskoczyło pytanie Sama.
— Pięknie, Mr. Buttler, — dokończył Sam. — A więc nie sto. To za wiele.
— Nonsens! Jak powiedziałem, tak ma być, chyba, że panu brak odwagi.
— Odwagi? Krawiec nie zna lęku!
— A zatem sto?
Yes.
Buttler był tak pewny wygranej, iż celował mader krótko, krócej niż poprzednio. A może podnieciła go wysokość sumy, dość  —  — że kula chybiła. Utkwiła w murze tuż przy kartce. To jednak nie pozbawiło go dobrego humoru, był bowiem przeświadczony, że przeciwnik jeszcze bardziej spudłuje. W najgorszym razie doszłoby do sztychowania, a wówczas zwycięstwo jego było pewne.
Zkolei zaczął celować Sam, ale dokąd? Do kąta muru, dokąd stale trafiał i gdzie, oprócz pierwszej, tkwiły wszystkie jego kule.
— Co panu strzeliło do głowy, Mr. Grinell! zawołał zdumiony Buttler. — Celuje pan w kąt!
— Rozumie się odpowiedział spokojnie Sam.
— Ale dlaczego?
— Dopiero teraz poznałem swoją strzelbę.
— Jakto?
— Strzelba posiada własną wolę i własne humory. Kiedy celuję w papier na górze pośrodku, kula trafia na dole w kąt. A więc skoro wyceluję w kąt, kula przebije papier.
— Obłęd!
— Chyba obłęd flinty. Uważajcie!
— Opuścił kurek i kula przebiła — — dokładnie środek celu.
— Widzicie więc, że miałem słuszność — roześmiał się Sam. — Wygrałem! Dawaj pan sto dolarów, Mr. Buttler!
Stawka nie była jeszcze wyłożona. Buttler się ociągał; wolałby odmówić zapłaty. Ale wpadł na pomysł, który mu się wydał zbawiennym.
Wyciągnął pieniądze a kieszeni, wręczył Samowi i rzekł:
— Czy poprzestajemy?
— Jak pan sobie życzy.
— A może jeszcze raz?
— Zgoda.
— Ale nie sto, lecz dwieście!
— Sir, to za wiele
— Dla mnie nie. Może się pan lęka?
— Lekam się? Bynajmniej!
— A więc dwieście! Ale zgóry wyłożyć.
— Dobrze! Mój kolega Mr. Berry jest bezstronny, niech więc przechowuje pieniądze. Przykleimy nowy papier z oznaczonym pośrodku punktem. Wygra ten, czyja kula utkwi najbliżej owego punktu.
— Zgoda oświadczył Buttler. — Strzelamy jednak nie z dwustu, lecz z trzystu kroków.
— W takim razie nie trafię!
— Nie jest to konieczne. Naprzód, Mr. Grinelli, czas już dać te dwieście dolarów!
Sam dał pieniądze Dickowi Stone. Buttler nie miał już zapewne własnych pieniędzy, gdyż zaciągnął pożyczkę od swoich towarzyszów. Skoro zebrał sumę, wręczył ją Dickowi, który wiedział dobrze, dlaczego Sam wybrał go na arbitra. Po naklejeniu świeżej kartki odliczono trzysta kroków, i Buttler przygotował się do strzału.
— Celuj lepiej, niż poprzednio! — zawołał jeden ze zbirów.
— Milcz! — odpowiedział gniewnie herszt. — Nie pobije mnie byle krawczyk!
— A jednak poprzednio?
— To był przypadek, nic więcej!
Celował tym razem dłużej i staranniej, niż poprzednio. Kula trafiła w papier, aczkolwiek nie w sam środek.
— Wspaniały, piękny, doskonały strzał! — winszowali kamraci.
Teraz miał strzelać Sam. Przyłożył strzelbę i wypalił. Nastąpił wielogłośny okrzyk strachu, czy wściekłości; trafił dokładnie w środek.
Dick Stone podszedł doń, wręczył mu pieniądze i rzekł:
— Zabieraj żywo, stary Samie, bo nic nie dostaniesz!
Well; ale musieliby mi później zapłacić.
Schował pieniądze i zbliżył się do chaty.
— Niepojęte, przeklęte szczęście! — zawołał gniewnie Buttler. — Takiego przypadku jeszczem nigdy nie widział!
— W każdym razie, jeśli się mnie tyczy, — wyznał Sam, zgodnie z prawdą; był bowiem wyśmienitym strzelcem i nigdy nie liczył na przypadek. Buttler jednak inaczej jego słowa zrozumiał.
— A więc zwróć pan pieniądze!
— Zwrócić? Dlaczego?
— Ponieważ przyznał sir, że nie pan, lecz przypadek wpakował kulę w cel.
— Pięknie! Ale przypadek posługiwał się moją ręką i moja flintą. Trafił, a zatem wygrał zakład. Do niego należą pieniądze; dam mu je przy najbliższem spotkaniu.
— To mają być kpinki, sir? — zapytał groźnie Buttler.
Zbiry natychmiast otoczyli obu zawodników.
Westman nie okazywał lęku. Odpowiedział spokojnie:
— Sir, nie dopuszczam się kpin, kiedy chodzi o pieniądze. Czy mamy strzelać dalej?
— Nie. Chciałem się z panem założyć, a nie z pana przypadkiem. Czy zawsze panu sprzyja?
Mrugnął ukradkiem na towarzyszów, aby powstrzymali się od gwałtu. Westman spostrzegł jednak to mrugnięcie i odpowiedział z uśmiechem:
— Zawsze, o ile to się opłaci, ale nie kiedy stawką jest nędzny dolar. W tym wypadku kula moja może trafić w kąt.
Mieli właśnie skręcić za węgieł chaty, aby wrócić do stołów, gdy się na kogoś natknęli. Ową „osobistością“ był muł Sama Hawkensa, niespokojnie szukający swego pana. Buttler, który szedł naprzedzie, zderzył się ze zwierzęciem.
— Wstrętne bydlę! — zawołał, uderzając Mary w łeb. — Prawdziwy, istny rumak krawca! Nikomu innemu na myślby nie wpadło dosiadać takiej bestji!
— Słusznie — odparł Sam. — Ale dlaczego?
— Dlaczego? Oczywiście, ze wstrętu!
— Ładniej powiedzieć ze wstrętu, niż z tego prostego powodu, że dosiąść jej zbyt trudno.
— Jakto? Jak pan to rozumie? Czy pan chce przez to powiedzieć, że ten kłapouch nie pozwoli się ujeżdżać?
— Tego nie twierdzę, sir. Chciałem tylko powiedzieć, że jedynie bardzo dobry jeździec może mego muła dosiąść.
Wymówił to takim tonem, że Buttler zapytał szybko:
— Czy mniema pan, że jestem złym jeźdźcem i że nie utrzymam się na pana bestji?
— Bynajmniej, sir, aczkolwiek należy się spodziewać, że zwierzę strąci pana w okamgnieniu.
— Mnie? Najlepszego jeźdźca od Frisco do New Orleanu? Jesteś pan szaleńcem!
Sam zmierzył go od stóp do głów ciekawem spojrzeniem i zapytał niedowierzająco:
— Pan — najlepszym jeźdźcem? Nie wierzę. Nie jest pan odpowiednio zbudowany; nogi ma pan za długie.
— Nie jestem odpowiednio zbudowany? — roześmiał się Buttler. — Co może wiedzieć krawiec o jeździe konnej! Nadjeżdżając tutaj, siedział pan na swym kłapouchu jak małpa na wielbłądzie, a teraz wypowiadasz się na temat dobrej jazdy? Niech się pan nie ośmiesza! Ścisnę pańskiego muła nogami tak, że po pięciu minutach runie!
— Albo po minucie pozbędzie się pana! Chce pan iść o zakład?
— Stawiam dziesięć dolarów! — zawołał Buttler, który już nie miał pieniędzy na tak wygórowane, jak poprzednio, stawki.
— Ja również.
— Że mnie muł nie strąci!
— A ja twierdzę, że tak!
— Dobrze. Dziesięć dolarów, panie!
Sam wyjął pieniędze i wręczył znowu Dickowi Stone. Buttler pożyczył od kolegów i również złożył stawkę Dickowi. Wolałby wprawdzie wręczyć jednemu ze swoich, ale nie chciał: wzbudzać podejrzeń.
— Straszny zakład! — rzekł gospodarz. — Dla marnych dziesięciu dolarów dosiada pan takiej szkarady! Tym razem jednak na pewno wygrasz.
Buttler ujął starą Mary za cugle i wyprowadził na placyk przed chatą.
— A zatem w ciągu minuty pod mułem! — zawołał do Hawkensa. — Jeśli po minucie będę na nim siedział, wygrałem.
— Czy mogę rozmawiać ze zwierzęciem? — zapytał Sam.
— Czemu nie? Gadaj z nim, gwiżdż albo śpiewaj, jak sobie życzysz!
Utworzyły się dwie grupy. W jednej stał Sam, Dick i Will; w drugiej gospodarz z finderami. Buttler dosiadł muła, który stał spokojnie i nieruchomo, jak rzeźba drewniana. Wówczas rzekł Sam:
Strząchnij go, moja dobra Bucking-Mary!
Muł natychmiast zgarbił się jak żbik, wszystkiemi czterema kończynami podskoczył wgórę, wyciągnął się w powietrzu i wreszcie stanął na ziemi. Stanął na tem samem miejscu. Buttler natomiast siedział nie na siodle, lecz na ziemi obok zwierzęcia. Kamraci jego aż krzyknęli z oszołomienia. Buttler zerwał się na równe nogi i zawołał wściekły:
— To bydlę djabelskie! Z początku stoi potulnie jak baranek, a potem — potem zrywa się jak balon w powietrze!
— Lepiejby pan wyszedł na tem, gdybyś był lotnikiem, a nie jeźdźcem. Stawki są moje — odpowiedział Sam, chowając je do kieszeni.
— Do kata! Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem! Czyż nie powiedziałeś zwierzęciu, żeby mnie strząsnęło?
Yes.
— Sir, wypraszam to sobie!
Pshaw! Pozwolił mi pan i mułem rozmawiać.
— Ale nie na moją szkodę!
— Nie, ku pożytkowi pana. Powinien się pan tylko przysłuchać moim słowom, a zrozumiesz, co zwierzę uczyni, i jak się masz wobec tego zachować, jeśli jesteś tak dobrym jeźdźcem, za jakiego się podawałeś.
Well, w takim razie teraz na pewno wygram. Nie pozwolę się strzasnąć! Jeszcze dziesięć dolarów?
— Chętnie.
Buttler pożyczył po raz drugi, wręczył Dickowi i, dosiadając muła, zwrócił się do Sama:
— No, powiedz pan bestji, co ma zrobić!
Sam roześmiał się w odpowiedzi i zawołał:
— Pozbądź go się, moja miła Striping-Mary!
Mary puściła się w galop, nie zważając na opór jeźdźca, zakreśliła łuk ku krawędzi chaty i, przybywszy tam, pomknęła ku drugiej krawędzi, ale tak blisko muru, że prawa noga jeźdźca zawadziła o węgło. Aby jej nie złamać, czy zwichnąć, Buttler musiał wyskoczyć z siodła. Muł „pozbył się“ jeźdźca i usiadł plackiem na ziemi.
— Do wszystkich dziewięćdziesięciu dziewięciu tysięcy djabłów! — zawołał rozjuszony jeździec, podnosząc się i pocierając kolano. — Ta bestja jest prawdziwem piekielnem bydlęciem. Byłem przygotowany na strącenie. Jak mógł mu pan rozkazać, żeby się mnie pozbył?
— Zgodził się pan, żebym z mułem rozmawiał, żebym gwizdał i śpiewał, jak mi się żywnie podoba. Pieniądze są moje!
Zabrał obie stawki. Buttler podszedł, kulejąc do gospodarza i szepnął:
— Daj mi dwadzieścia dolarów! Moi ludzie nic już nie mają.
— Chcecie Jeszcze raz się założyć? — zapytał Irlandczyk.
— Naturalnie
— Znowu stracisz!
— Teraz nie.
— A jeśli jednak? Kto mi zwróci moje pieniądze?
— Ja, łotrze, ja!
— Ale kiedy?
— Do jutra rano.
— Jutro rano? Kiedy ostatni grosz stracicie?
— Ośla głowo! Ty tylko pożyczka! Moi ludzie nie przyglądaliby się tak spokojnie, gdyby nie wiedzieli, że jutro rano odzyskam swoje pieniądze i dostanę coś ponadto.
— Ach, te dwa tysiące!
Yes.
— Miej się na baczności, sir! Ten człowiek nie jest wcale taki głupi, jak przypuszczaliśmy.
Pshaw! Los mu sprzyja.
— W strzelaniu tak, ale co do lego muła?
— Nawet w tym wypadku. To zwierzę jest kupionem za kilka dolarów starym wytresowanym mułem cyrkowym. Zna tylko te dwie sztuki — nic ponadto. A zatem pieniążki! Chciałbym tymczasem odzyskać przynajmniej ostatnią dwudziestkę.
Gospodarz przyniósł dwadzieścia dolarów, Buttler zawołał do Sama:
— Czy jeszcze raz?
— Tak, ale po raz ostatni.
— Zgoda. Dwadzieścia dolarów?
Yes.
— Oto pieniądze. Daję najświętsze słowo, że pański potwór teraz już mnie nie powali!.
Dosiadł wierzchowca, ściągnął cugle i ścisnął mu boki nogami, wyczekując, czy Sam każe się go pozbyć, czy strząsnąć. Ale chytry mały nie powtórzył ani jednego, ani drugiego polecenia, lecz zawołał:
— Odwal go, moja droga Rolling-Mary!
Muł natychmiast rzucił się na ziemię i potoczył jak walec. Z obawy przed pogruchotaniem Buttler musiał puścić cugle i wyjąć nogi za strzemion. Mary, poczuwszy się wolną, skoczyła na nogi, pomknęła ku swemu panu, wydała triumfujący krzyk i potarła pysk o jego plecy.
Buttler podniósł się powoli, macał i pocierał zprzodu i ztyłu, nad grzbietem i pod grzbietem, strojąc przytem nieopisane miny. Rozwścieczony wielokrotną przegraną, zadawał sobie przymus, aby nie wybuchnąć. Nadto bolały go wszystkie kości i mięśnie, leżał bowiem pod mułem jak pod wałkiem,
— Czy nie chciałby się pan jeszcze raz założyć? — zawołał Sam Hawkens.
— Idż pan do licha z tą wstrętną bestją! — huknął zapytany, siadając.
— Nie obcuję z lichem, Mr. Buttler. Pójdę zatem tam, dokąd zechcę.
— Jedziecie do Prescott?
Yes.
— Już dzisiaj?
— Nie. Zostaniemy dzisiaj tu, w San Xavier del Bac.
— Czy znaleźliście już nocleg?
— Będziemy spać pod gołem niebem.
— Macie co jeść?
— Jeszcze nie. Sądziliśmy, że tu dostaniemy.
— Tu was uraczą tylko kukuruzą. Ala możecie sobie podjeść, jeżeli zostaniecie naszymi gośćmi. Czy przyjmujecie moje zaproszenie?
— Owszem, sir. Kiedy zasiądziecie do wieczerzy?
— Kiedy mięso nadejdzie! Zawiadomię pana.
W ten sposób zakończono serję zakładów i obie grupy wróciły do swych stołów. — — —




II
POKRZYŻOWANE PLANY

Zrobiłeś dobry interes! — rzekł Dick do Sama. — Chętniebym przystąpił do spółki.
— To zbyteczne, jeśli się nie mylę. Uważają nas naprawdę za krawców, hihihihi! A ten herszt nazywa się Buttler!
— A więc mamy przed sobą dwunastu finderów. Złe towarzystwo do kolacji!
— Nie byłem zmuszony przyjąć ich zaproszenia; mamy jeszcze w worku zapasu na cały dzień, co nam starczy do Tucsonu; ale mam własne plany w zanadrzu. Zamierzam ich mianowicie wziąć do niewoli.
— Ale jak?
— To się zobaczy.
— Lepiej byłoby jechać stąd dalej; to bardzo niebezpieczne dla nas miejsce. Zechcą ci na pewno odebrać wygraną!
— Oczywiście! Ale odechce im się prędko. Nie lękam się ich, tem bardziej że przekonali mnie, jak łatwo ich wodzić za nos. Uważać nas za krawców, nas, trójlistek!
— Jesteś szczwanym lisem, stary Samie!
— Jestem wcale zadowolony ze swej oskalpowanej głowy. I ja niegdyś posiadałem własne włosy wraz ze skórą; nosiłem je od urodzenia z dumą i z pełnem prawem, od którego nie mógłby mnie odsądzić żaden adwokat, lecz wkońcu zdybał mnie tuzin, czy dwa tuziny Indjan Pawnee i żywcem zdarli ze mnie sierść. Udałem się wówczas do Tekania i kupiłem nową skórę. Nazywano ją peruką i sprzedano za trzy grube pęczki sierści bobrowej, jeśli się nie mylę. Nic sobie z tego nie robię, gdyż nowa sierść jest czasem praktyczniejsza niż stara, zwłaszcza latem. Mogę zdjąć, kiedy się pocę, i myć ją i czekać, nie drapiąc się w głowę. I jeśli jakiś czerwony zażąda ode mnie skalpu, mogę dać, nie przyczyniając mu trudu, a sobie bólów, hihihihi!
— I jakie to głupie, — wtrącił Will Parker — że naprawdę wierzą, iż zamierzamy nad Gila chwytać bobry, a nawet szare niedźwiedzie.
— Nie tak głupie, jak mniemasz, — objaśnił Sam. — Widzieli dokładnie, że jesteś greenhornem, a po takim można się wszystkiego spodziewać, nawet tego, że na strychu spróbuje łowić psy morskie i wieloryby. Powiada, Buttler, że spodziewają się mięsa. Skąd wezmą? Czy aby z Tucsonu? Nie do wiary! Może chcą okraść tych, których — — behold, oto właśnie nadjeżdżają!
Wskazał przed siebie, gdzie na placu uka zał się wóz, a za nim trzy inne. Naprzedzie pędził dobrze uzbrojony jeździec. To był scout. Obok wozu jechali dwaj chłopcy, czy młodzieńcy, noszący noże, rewolwery i dubeltówki. Naganiacze wołów szli pieszo. W dwóch wozach siedzieli wychodźcy, Z ciekawością rozglądali się z poza płótna.
Scout zamierzał zapewne zatrzymać się przed chatą, lecz, ujrzawszy towarzystwo pod szynkiem,, zasępiony pojechał dalej. Wozy, oczywiście, potoczyły się za nim.
— Przekleństwo! — szepnął jeden ze zbirów do gospodarza. — Zdaje się, że trzeba będzie zrezygnować z pieczystego.
— A to czemu?
— Ponieważ jadą dalej. Kto wie, jak daleko stąd urządzą postój.
— Nie ujadą daleko. Widać było, że woły zmęczone. Czyście zauważyli twarz scouta?
— Nie.
— Zasępiła się, skoro was ujrzał. Nie ufa wam, ponieważ zapewne badaliście go zbyt natarczywie. Na pewnoby się tutaj zatrzymał i tylko przez was pojechał dalej, ale niedaleko; chyba do skraju pastwiska,
— Zobaczę.
— Jeśli cię spostrzeże, umocni się w podejrzeniach.
— Prawda — potwierdził Buttler. — Musimy czekać, aż się ściemni. Wówczas ja z dwoma ludźmi pójdę za nimi. Puszczą na popas woły; uprowadzimy jednego i zarzniemy.
— I nakryją was! — dorzucił gospodarz.
— Co nazywasz nakryciem? Jeśli kto przyjdzie, zastanie nas u ciebie na zjadaniu pieczeni; to wszystko. Uprowadzony wół będzie leżał pod wioską. Kto może dowieść, żeśmy go zarżnęli?
— Będziemy jeść akurat ten kawał mięsa, którego będzie brak u zarzniętego wołu!
— To nie dowód; wszak mogliśmy go kupić u nieznanego Indjanina. Jeżeli zechcą się mimo to naprzykrzać, to mamy strzelby i noże.
— Ci trzej krawcy biorą udział w kolacji?
— Tak. Wiesz, Paddy, co za myśl strzeliła mi do głowy? Upoimy ich!
— Aby ich następnie — — —?
— Tak, aby ich następnie — — — tak, jak myślisz.
— U mnie w domu?
— Tak, w pokoju, Tu na powietrzu nie można. Może kto zobaczyć.
— Ale narażacie mnie na niebezpieczeństwo! Coś podobnego w moim domu, w moim pokoju — —
— Milcz! Dostaniesz z tego trzysta dolarów. Dosyć za tę małą fatygę — czy godzisz się?
— Tak, niema innej rady. Ale obawiam się że trudno ich będzie upić.
— Przeciwnie, bardzo łatwo! Czyś nie widział, jak wyleli gorzałkę?
— Na to ma oko każdy gospodarz.
— A więc nie są pijusami i nie wytrzymają wiele wódki. Po kilku szklankach będą strąbieni jak cztery dziewki.
— Nie są pijusami i nie będą pili. Jakże ich upić?
— Ach, i to możliwe! Czy nie masz nic innego, prócz sznapsa?
— Dla dobrych przyjaciół i za dobrą zapłatę mam także beczułkę bardzo gorącego wina kaliente z Kalifornji — —
— Wino kaliente? Do piorunów, dawaj na stół! — krzyknął Buttler. — Jeden jedyny litr tego wina powali tych krawców, a dla nas będzie ten napój prawdziwą rozkoszą. Ile ma kosztować?
— Czterdzieści litrów — sześćdziesiąt dolarów.
— Trochę za drogo, ale zgoda. A więc dostaniesz z łupu trzysta sześćdziesiąt dolarów.
— Poco tyle krygów z tymi krawczykami, sir? Zaprosić ich, jeść z nimi, gawędzić, upić i tak dalej? Czy niema lepszych i prostszych sposobów?
— Owszem, ale, Paddy, chcę ci powiedzieć: coś jest w ich zachowaniu, co mi nasuwa podejrzenie, że nie są krawcami. Zastanowiłem się nad tem. Strzały tego małego były mistrzowskie, nawet pierwsze chybione. Widzieliśmy, jak celował w papier, a jednak niedostrzegalnym ruchem skierowywał lufę ku kątowi. Spójrz, jak tam siedzą! Ani razu tutaj nie spoglądają, — uchowaj Boże! — ale powiadam ci, że widzą tak, jakgdyby nie spuszczali z nas oka. Znam te zamaskowane spojrzenia szpiegowskie. A ich postawa? Jakgdyby każdej chwili gotowi byli wypalić z rewolweru. Niełatwo na nich napaść — zaskoczyć tak, aby nie mogli chwycić za noże i broń palną.
— Ale dwunastu, a nawet trzynastu na trzech; wynik nie może ulegać wątpliwości!
— Stanowczo. Ale z nas dwunastu kilku zostanie zranionych, a może nawet zabitych. Zaskoczyć ich w odurzeniu, to najpewniejsze i najbezpieczniejsze — — —
Buttler urwał, wskazał przed siebie i rzekł:
— Oto nadchodzi cudaczna osobistość, która jechała za wozami. Została wtyle, straciła z oczu karawanę i nie wie, dokąd się skierować.
Wyrażenie „cudaczna osobistość“ było jeszcze za mało dosadne. Jadąc powoli, w krótkich, odmierzonych odstępach czasu postać ta czyniła ruchy wahadłowe na koniu, to pochylając głowę naprzód i odsuwając nogi wtył, to znowu naodwrót, odsuwając głowę, a wyciągając nogi. Ciało tkwiło w długim szerokim płaszczu gumowym, głowa była okryta; dużą wiedeńską chustką, której końce spadały aż na grzbiet konia, nogi okryte butami do wciągania; nad jednem ramieniem sterczała flinta, a z pod płaszcza wyglądała szabla. Twarz pod chustą była bezbroda i czerwona, więc istotnie, zwłaszcza wobec tego ubioru, niepodobna było powiedzieć, czy to mężczyzna, czy też kobieta siedzi na powolnym, chudym kłusaku. A wiek zagadkowej istoty? Gdyby ta kobieta była mężczyzną, mogłaby mieć trzydzieści pięć lat; gdyby zaś ten mężczyzna był damą, to na pewnoby już rozpoczął czwarty dziesiątek. — Postać zbliżyła się do stołów, osadziła konia na miejscu i powitała wysokim dyszkantem:
— Dzieńdobry, moi panowie! Może widzieliście cztery wozy?
Dotychczas naturalnie mówiono po angielsku; ta herodbaba, czy też ten zniewieściały mężczyzna posługiwał się niemieckim, którym nie władali zagadnięci. Dlatego nie dostał odpowiedzi. Skoro pytanie zostało powtórzone tonem przekreślonego d, podniósł się Sam Hawkens, zbliżył do konia i odpowiedział po niemiecku:
— Czy nie rozmawia pan po angielsku?
— Nie, tylko po niemiecku.
— Czy mogę wiedzieć, kim pan jesteś?
Odpowiedź w przekreślonem f brzmiała:
— Jestem pan kantor emeritus Mateusz Aureljusz Hampel z Klotzsche pod Dreznem.
— Klotzsche pod Dreznem? A więc jest pan Sasem?
— Tak, rodowitym, teraz jednak emerytowanym.
— A ja także, aczkolwiek oddawna błąkam się po Ameryce. Podróżuje pan z owemi czterema wozami, panie kantorze?
— Tak. Proszę Jednak bardzo, abyś wyrażał się dokładnie: powiedz pan raczej, panie kantorze emeritus! Wtedy każdy będzie wiedział, że skwitowałem z organów i kościelnej służby, aby poświęcić moje facultates wyłącznie harmonicznej bogini muzyki.
Oczki Sama zabłysły wesoło, lecz odrzekł poważnie:
— Dobrze, panie kantorze emeritus, wozy już dawno przejechały i, jak przypuszczam, zatrzymają się pod wioską.
— Ile taktów mam jeszcze ujechać?
— Taktów?
— Hm — — hm — — kroków, chciałem powiedzieć.
— Nie wiem, gdyż jestem tu po raz pierwszy. Pozwoli pan, że pana zaprowadzę?
— Chętnie, mój szanowny panie. Jestem melodją, a pan akompanjamentem. Jeśli po drodze nie zrobimy długich ćwierć-pauz i fermat, to z finałem staniemy u celu.
Sam przerzucił Liddy przez plecy, gwizdnął na Mary, która poszła za nim, jak posłuszny pies, uchwycił konia dziwaka za uzdę i poszedł śladem wozów.
— A więc komponuje pan, panie kantorze emeritus?
— Tak, i dniem i nocą.
— Co?
— Wielką operę na trzy spektakle w dwunastu aktach, po cztery na każdy wieczór, wie pan, coś in genere „Pierścienia Nibelungów“ Ryszarda Wagnera, ale tym razem skomponowane nie przez niego, lecz przez pana kantora emeritus Mateusza Aureljusza Hampela z Klotzsche pod Dreznem.
— Czy nie może pan w domu komponować? Co pana zapędziło do Ameryki, a zwłaszcza do Arizony, najniebezpieczniejszej miejscowości Dzikiego Zachodu?
— Co mnie zapędziło? Duch, Muza, któżby inny? Przybrany syn Muzy musi słuchać rozkazu bogini.
— Nie rozumiem. Nie słucham żadnej bogini, tylko rozumu.
— Bo nie jesteś natchniony. Nie komponuje się opery rozumom, lecz jeneralnym basem i kontrapunktem, oczywista, o ile się ma odpowiednie libretto, odpowiedni tekst. I właśnie ten tekst jest sprężyną, która mnie rzuciła na łono Ameryki.
— Jakto, panie kantorze?
— Proszę pana bardzo raz jeszcze kantor emeritus! Naprawdę, jedynie przez wzgląd na dokładność. Można pomyśleć quod semper debeo grać na organach w Klotzsche pod Dreznem, quamvis w istocie od dwóch lat już mam następcę. Moja opera jest w głowie zupełnie gotowa, ale brak mi odpowiedniego tekstu. Trzeba mi mocnej, gigantycznej, cyklopicznej akcji, albowiem moja opera ma być heroiczna. Sam więc musiałem szukać bohaterów, ale, niestety, nie znalazłem odpowiednich. Pragnę wszakże nowych, oryginalnych bohaterów, takich, jakich nigdy nie widziano w teatrum. Otóż więc wpobliżu Drezna mieszka czasem mój przyjaciel i protektor Hobble-Frank i ten — — —
— Hobble-Frank tam mieszka? Zna go pan? — zapytał ze zdumieniem Sam,
— Tak. Pan również?
— Bardzo dobrze nawet, bardzo dobrze! Dalej, dalej!
— I ten zwrócił moją uwagę na bohaterów, jakich szukam.
— Co pan mówi, panie kantorze!
— Monituję pana po raz trzeci, a może nawet czwarty: pan kantor erneritus! Naprawdę, tylko przez wzgląd na dokładność. Możnaby pomyśleć, że roszczę sobie prawo do urzędu, którego już od dwóch lat nie piastuję. A zatem Hobble-Frank zwrócił moją uwagę na takich odpowiednich dla mnie bohaterów, primo więc na siebie samego, a secundo na innych ludzi, wraz z którymi dawniej tu, na Dzikim Zachodzie, dokazywał cudów i exemplów bohaterstwa, a z którymi certe znowu się teraz spotkał.
— O kim to mowa?
— O wodzu Apaczów, zwanym Winnetou, o dwóch białych myśliwych, imieniem Old Shatterhand i Old Flrehand, I o wielu innych. Czy zna pan może ten triumwirat?
— Myślę, hihihihi! Powiadam panu — ode mnie dowiesz się tyle o tych gentlemanach, że będziesz miał materjał do dwudziestu oper. Muzykę, oczywiście, będziesz pan musiał sam dorobić.
— Naturalnie, naturalnie! hobble-Frank opowiedział mi wszystkie ewenementy, które przeżył wraz z owymi mężami: będę bardzo rad, jeśli usłyszę od pana przygody inne, — jeśli zbogaci to mój materjał twórczy.
— Dowie się pan więcej, niż się spodziewasz. Ale czy nie powiedział pan przed chwilą, że Hobble-Frank znowu się z nimi spotkał?
— Tak, powiedziałem; tak przypuszczam, aczkolwiek nie mogę stwierdzić magna cum certitudine. Nie było mnie kilka dni w domu. Kiedy wróciłem, znalazłem kilka wierszy od niego. Prosił, abym czem prędzej do niego przybył, jeśli zamierzam towarzyszyć mu do Ameryki, aby osobiście poznać bohaterów swej opery. Rozumie się, że bezzwłocznie odwiedziłem go, aliści przybyłem za późno, gdyż willa Sadło Niedźwiadzie, w której mieszka, była zamkniętą na wszystkie spusty. Życie wymarło, pustka zupełna. Dopiero sąsiad mnie poinformował, że Hobble-Frank wyjechał na dłuższy czas. Pomyślałem sobie, że do Ameryki, i podążyłem za nim.
— Ale czemu właśnie do dzikiej Arizony? Skąd przypuszczenie, że Frank udał się tutaj?
— Opowiadał często o Arizonie i Nevadzie; wspominał, że natychmiast tam wyruszy, skoro dostanie wiadomość o przybyciu jednego z dawnych towarzyszów, z którym koresponduje. Ponieważ wyjechał tak nagle, nie czekając na mnie, przeto censeo, że dostał już tę wiadomość.
— I na tem się opierając, tylko na tem, przedsięwziął pan tak daleką podróż?
— Czemu nie? Każdy kraj jest krajem, czy się nazywa Saksonją, czy Arizoną. Na jakiej zasadzie tutaj trudniej byłoby się spotkać, niż gdzie indziej?
— Co za pytanie! Po pierwsze, chodzi o to, że Arizona, a także Nevada jest dwadzieścia razy większa od Saksonji, a następnie — inne tu panują stosunki. Czy ma pan wyobrażenie, ile tu mieszka plemion indjańskich?
— Cóż mnie obchodzą!
— Czy zna pan bezdroża kraju, dzikie przepaście i kanjony, pustkowia obszarów górskich, beznadziejność pustyni, zwłaszcza zawartej między Kalifornją, Nevadą i Arizoną?
— Nic sobie z tego nie robię!
— Czy zna pan mowę Indjan, mowę tutejszych białych?
— Nie znam i nie chcę znać! Moją mową jest muzyka.
— Lecz dziki Indjanin nie będzie z panem rozmawiał i postępował melodyjnie! Jak mi się zdaje, nie wie pan nawet, na jakie się niebezpieczeństwa wystawiasz, szukając Hobble-Franka.
— Niebezpieczeństwa? Powiedziałem panu, co o tem sądzę. Miłośnik sztuki, syn Muz, nie lęka się niebezpieczeństw. Jest tak wyniesiony ponad zwykłe życie, jak skrzypce ponad bas; żyje i oddycha eterem niebiańskich akordów, i nic sobie nie robi z ziemskich dysonansów.
Well! Pozwól pan, żeby ci Indjanin zdarł skalp z głowy, i wówczas powiedz mi, jakie słyszałeś niebiańskie akordy! Tu istnieje tylko jedna muzyka, ta oto! — uderzył dłonią po strzelbie, poczem dodał: — Pod tego instrumentu tony tańczy się w Arizonie i Nevadzie i — — —
— Tańczy się — — — fuj! — przerwał kantor. — Kto mówił o tańcu i kto wogóle będzie o tem mówił! Artysta — przenigdy. Taniec to szybka i nieustanna zmiana stałego punktu równowagi, która pociąga za sobą nieestetyczne potnienie.
— Życzę panu, abyś wbrew swej woli artystycznej nie stracił punktu stałej równowagi, a wraz z tym punktem coś więcej, może nawet życie. Niestety, już teraz należy się obawiać, że wkrótce będzie pan zmuszony hopsać, co się nie obejdzie całkiem bez potu.
— Ja? Ani mi się śni! Kto chciałby, kto mógłby mnie zmusić?
— Ci panowie, którzy za nami siedzą przed szynkiem. Wyjaśnię panu szczegóły nieco później.
— Czemu nie teraz?
— Ponieważ muszę wyjaśnić je także innym i ponieważ przybyliśmy do celu, jeśli się nie mylę.
Mieli już za sobą wioskę i jechali drogą, prowadzącą do stolicy. Podczas jazdy kantor nie przerywał swoich ruchów wahadłowych na koniu. Nachylając tułów, to naprzód, to znowu wtył, wyrzucał nogi wraz ze strzemionami w przeciwnym kierunku, co niemało bawiło Sama Hawkensa. — Teraz zobaczyli cztery wielkie wozy wychodźców. Podróżni wysiedli i wyprzęgli woły, które zaczęły się raczyć niezbyt bujną trawą.
Wozy były ustawione tuż przy sobie, dyszlami w jednym kierunku. Był to wielki błąd w owej miejscowości, gdzie obecność Indjan i białych obieżyświatów zaleca utworzenie tak zwanego „grodu“ z wozów. Wychodźcy kręcili się zafrasowani po placu. Dwie kobiety szukały chróstu z akacji, jedynego tutaj paliwa; dwie inne uwijały się z garnkami, w których miano gotować posiłek. Pomagało im kilkoro dzieci. Dwaj mężczyźni przynosili w kubłach wodę, trzeci badał koła wozów; ci trzej byli jeszcze dosyć młodzi. Czwarty, który na pewno przekroczył pięćdziesiątkę, ale bardzo rześki i szeroko a krzepko zbudowany, stał pośrodku obozu, nadzorując, i od czasu do czasu gromkim głosem wydajać rozkazy. Wyglądał na przywódcę tych wychodźców. Skoro zobaczył obu przybyszów, zawołał:
— Gdzieżeście znowu mitrężyli, panie kantorze?! Stale musimy się niepokoić o pana  —   —
— Proszę, bardzo proszę, panie Schmidt, — przerwał kompozytor. — Pan kantor emeritus, jak już panu stokrotnie mówiłem. Naprawdę, tylko przez wzgląd na dokładność, a i z tego również powodu, że nie roszczę pretensyj do tytułów, do których już nie mam prawa.
Mówiąc to, osadził konia i zlazł na ziemię, ale w jaki sposób! Z początku podniósł prawą nogę, aby zejść z lewej strony, to mu się wydało niebezpieczne, więc wyciągnął lewą nogę ze strzemienia, aby znaleźć się z prawej strony na ziemi, — co również wydało mu się zbyt trudnem. Wówczas wparł się rękoma w guzik na siodle, podniósł się nieco i zesunął wtył, w ten sposób, że osiadł na pośladku zwierzęcia. Stąd zesuwał się powoli i wreszcie ześliznął po ogonie. Zwierzę było powolne jak baranek i znużone, nie sprzeciwiało się więc tej dziwnej manierze zsiadania. Wychodźcy prawdopodobnie niejednokrotnie już byli świadkami tej „ślizgawki“, to też nie uczyniła na nich żadnego wrażenia; ale poczciwy Sam Hawkens musiał zadać sobie wiele trudu, aby nie wybuchnąć wesołym śmiechem.
— Ach, co tam emeritus! — odpowiedział Schmidt mocnym, zapewne właściwym sobie tonem. — Dla nas jest pan zawsze jeszcze panem kantorem. Że pan się kazał emerytować, to rzecz pana, ale nie powód do tego, abyśmy stale musieli przeżuwać obcy, wyraz. Dlaczego zostaje pan zawsze wtyle? Trzeba pana ciągle doglądać!
— Piano, piano, drogi panie Schmidt! Słyszę pana bardzo dobrze, jeśli nawet nie krzyczysz. Nawiedził mnie pewien pomysł muzyczny. Pomyślałem sobie, że w uwerturze, z braku wiolonczeli w orkiestrze, można jej głos oddać trzeciej trąbie. Nie?
— Zgadzam się, żeby ją pan oddał, chociażby wielkiemu bębnowi. Wiem dobrze, że wóz musi być smarowany, jeśli ma dobrze jechać, ale nie wiem, co w uwerturze powinno być wytrąbione. Jakiego pan błazna sprowadził do nas?
Ostatnie zdanie odnosiło się do Sama Hawkensa. Kantor odpowiedział, nie zważając na mocne i obraźliwe wyrażenie.
— Ten pan jest — — jest — — nazywa się — — hm, sam jeszcze nie wiem, jak. Spotkałem go w wiosce i zapytałem o was; w benowolencji swej wymodulował mnie do was. Rzecz najważniejsza, że jest również Sasem.
— Sasem —? — zapytał Schmidt zdumiony, oglądając Sama od stóp do głów. — Nie może być! Gdyby u nas w Saksonji ktoś się wałęsał w takim ubiorze, aresztowanoby go zmiejsca!
— Na szczęście, nie jesteśmy teraz w Saksonji, — odpowiedział Hawkens z uśmiechem — dlatego zachowam wolność i swobodę, jeśli się nie mylę. Zobaczycie tu inne jeszcze niemniej oryginalne ubiory. Na Dzikim Zachodzie niema dziesięciu sklepów ubiorów co dwadzieścia kroków. Czy mogę się dowiedzieć, dokąd on jedzie?
On? — odparł Schmidt wymijająco. — Jestem przyzwyczajony, aby do mnie przemawiano przez pan. Zanim panu odpowiem, chcę wiedzieć, kim jesteś i czem się zajmujesz.
Well, może wiedzieć. Nazywam się Falke, przybyłem z Saksonji, żyję tu jako westman i każdemu oddaję należne mu honory. Zostawiam do jego dyspozycji, czy zechce mi odpowiedzieć na moje pytanie.
On? Jego? Panie Falke, powiedziałem już panu, że jestem przyzwyczajony  —   —   —
— No dobrze, dobrze! — przerwał mały. — A ja już powiedziałem, że każdemu oddaję należne mu honory. Kto mnie uważa za błazna, temu nie przypisuję zdrowych zmysłów.
— Do piorunów! Czy pan do mnie pije? — wybuchnął stary, podchodząc o krok do Sama.
— Tak — odpowiedział westman, zaglądając mu spokojnie w oczy.
— A więc wiej pan stąd natychmiast, jeśli nie chcesz zgubić gnatów!
— Odejdę. Ale jako ziomek poczytuję sobie za obowiązek przestrzec pana przed dwunastoma jeźdźcami, którzy was dzisiaj wyminęli.
— Zbyteczna fatyga! Starczy nam rozumu, aby zrozumieć, co się święci. Draby odrazu nie przypadły mi do gustu i na zapytanie nie dostali żadnej odpowiedzi. Widzi pan zatem, że rady pana są niewczesne!
Odwrócił się na znak, że uważa rozmowę za skończoną. Westman chciał odejść, ale zatrzymał się przez poczciwość serca i rzekł:
— Master Schmidt, jeszcze jedno słówko!
— Co? — zapytał szorstko stary.
— Jeśli istotnie nie potrzebuje dobrych rad, to chętnie zachowam je dla siebie. Niech mi po zwoll zadać tylko jedno pytanie: czy wozy będą nadal tak stały, jak teraz?
— Skąd to pytanie?
— Tak się udostępnia kradzież, a nawet napad. Gdybym ja miał tu głos, kazałbym utworzyć z wozów czworobok. Pośrodku, na całą noc, umieściłbym wszystkich ludzi | wszystkie woły — hihihihi! — woły i ludzi. Poza tem wystawiłbym od zmroku do wczesnego rana posterunek. ’
— W jakim celu?
— Ponieważ jesteście w Arizonie, a nie w domu — w drezdeńskiem, lub lipskiem.
— Wiem dobrze, gdzie jesteśmy. Nie pytamy o to błazna. Oddal się pan, bo przyłożę ci sprężyny do pięt!
Well, idę już, jeśli się nie mylę. Chciałem wam pomóc; ale teraz błazen opuszcza ten teatr małp!
Odwrócił się gwałtownie i podążył do wioski. Schmidt wpadł na kantora:
— Dobrego mi pan kompana sprowadził. Wygląda jak arlekin, a brutal, jakich mało. Za takich rodaków dziękuję uniżenie.
— W stosunku do mnie był bardzo uprzejmy i życzliwy, — ośmielił się powiedzieć emeritus — ponieważ przemówiłem doń dolce, jak my muzycy zwykliśmy się wyrażać, podczas gdy pan wpadł nań bardzo sforzando.
— Bo przybiegł jak rzezimieszek i  —   —   —
Głośny okrzyk przerwał wylew żółci Schmidta. Obaj młodzieńcy, którzy eskortowali konie, a o których wspominali finderzy, stali dotychczas, nad wodą, gdzie obmywali swoje zakurzone wierzchowce. Teraz wracali właśnie do obozu. Jeden miał bardzo inteligentny wyraz twarzy, która, mimo ciemnej opalenizny, zdradzała Europejczyka; mógł liczyć osiemnaście lat i był raczej barczysty, niż wysoki. Głowa drugiego była ciekawsza. Śmiało sformowane rysy były iście indjańskie, ale nie posiadały owej indjańskiej ostrości, ani też szczególnej wyniosłości kości policzkowych. Od koloru twarzy matowo-bronzowego odbijała żywo jasna szarość przenikliwych oczu i blond włosy. Jego postać była smuklejsza, ale nie słabsza, niż postać towarzysza, z którym był w równym wieku. Obaj ubrani po europejsku i, jak się zdawało, doskonale uzbrojeni. Świetnie też siedzieli na koniach, szczególnie szarooki. Otóż ten właśnie o rysach indjańskich młodzieniec, ujrzawszy ztyłu wracającego do wioski Sama, wydał okrzyk, którym przerwał Schmidtowi w połowie zdania:
— Co takiego? Czego pan chce? — zapytał stary.
Młodzieniec przyśpieszył konia i, zatrzymawszy się przy Schmidcie, rzekł po niemiecku, chociaż z obcym akcentem:
— Kim był ten mały jegomość, który dopiero co stąd odszedł?
— Dlaczego pan pyta?
— Wydaje mi się znajomym. Nie widziałem dokładnie, ale chód jego odrazu mi kogoś przypomniał. Czy nosi brodę?
— Prawdziwy las odwieczny!
— Zgadza się! Oczy?
— Szpaki.
— Nos?
— Ogromny.
— Zgadza się więc! Czy nie wymienił nazwiska?
— Tak.
— Czy aby Sam Hawkens?
— Nie. Nazywa się Falke i jest Niemcem.
— Dziwne, ale łatwo da się wyjaśnić! Falke brzmi po angielsku hawk[8]. Wielu Niemców przybiera tutaj angielskie nazwiska; czemużby więc biały nazwiskiem Falke nie miał się nazwać Hawkens? Nie wiedziałem wprawdzie, że Sam Hawkens jest Niemcem. Ale ta postać i ten dziwny, skradający się chód! Każdy westman uczył się skradać, ale tak skrada się tylko Sam Hawkens. Lecz stój, jeszcze jedno pytanie: czy ten człowiek nie roześmiał się podczas rozmowy?
— Tak.
— Jak?
— Wyszukanie drwiąco, kiedy mówił o ludziach i wołach.
— Ale na jakiej samogłosce oparty był ten śmiech — na jakim dźwięku? Ludzie się śmieją na a albo i, na e i o.
— Na i, a był to raczej chichot niż śmiech.
— Naprawdę, naprawdę? — zapytał żywo młodzieniec. — A więc to on. Sam Hawkens ma swoisty chichot, niezrównany, a śmieje się bardzo często, wesoło i z zadowoleniem;, prawie połyka swój śmiech.
— Myli się pan; ten jegomość był stromerem, ale na pewno nie westmanem! — — —
Tymczasem Sam wrócił do szynku i przysiadł się do Dicka i Willa. Aby jeszcze coś skonsumować, kazali sobie podać znów whisky i rozcieńczyli je wodą. Finderzy śmiali się z tego, naogół jednak nie mącili im spokoju.
Skoro się ściemniło, Irlandczyk zapalił latarnię. Od biedy oświetlała plac przed chatą. Dopiero do kolacji miano wejść do izby. Po pewnym czasie podniósł się Buttler, mrugnął na trzech kamratów i odszedł z nimi.
— W tem się coś kryje — rzekł Will Parker. — Dokąd mogli pójść?
— Nie możesz się domyślić? — zapytał Sam.
— Nie. Nie jestem wszechwiedzący.
— Ani ja. Ale kto nie jest takim greenhornem, jak Will Parker, ten nie wątpi, czego tamci chcą.
— No czego, stary, roztropny coonie?
— Mięsa.
— Skąd?
— Od wychodźców.
— Ach, tak! Wychodźcy zabrali za sobą wiele wędzonego mięsa?
— Bynajmniej! Finderzy mają chrapkę na świeże mięso, a w obozie jest szesnaście wołów. Czy już wiesz, co się święci, mój słodki Willu?
— Ach, woły, słusznie, słusznie! — potwierdził Will. — Można zaufać tym gentlemanom, że ukradną wołu, ile że łatwiej uprowadzić zwierzę, niż zdobyć z wozu twardej szynki. Kładzie się na ziemię, przysuwa się do wołu i pędzi powoli i ostrożnie z obozu, aż do pewnego miejsca.
— No tak; tak się to robi, hihihihi! Zdaje się, że byłeś dawniej wołokradem, jeśli się nie mylę.
— Milcz, stary coonie! Żal mi tamtych, że stracą pociągowe zwierzę. Czy dopiero teraz nasunęło ci się to podejrzenie?
— Nie, już przedtem, kiedy Buttler wspomniał o mięsie.
— I byłeś u wychodźców, a nie ostrzegłeś ich?
— Kto ci powiada, że nie ostrzegłem? Nazwano mnie błaznem. Sam Hawkens błaznem, hihihihi! Ubawiłem się setnie. To prawda; nie je stem w stroju wieczorowym, ale ten kantor emeritus bardziej przecież wygląda na pajaca, niż ja, jeśli się nie mylę!
— Śmiejesz się. Czy pomyślałeś o tem, że zostaliśmy zaproszeni do kolacji?
— Naturalnie, myślałem! Jestem głodny, jak wilk stepowy, któremu słońce przez dwa tygodnie? świeciło w pustym żołądku.
— A więc przyjmujesz zaproszenie i będziesz jadł skradzione mięso?
Yes, nawet bardzo!
— Samie, nie mogę uwierzyć, przecież masz uczciwy żołądek! Rób zresztą, co ci się podoba. Ja odmawiam. Will Parker nie jada kradzionego towaru!
— Ani Sam Hawkens, chyba że wie, iż później towar będzie zapłacony.
— Ach, ty myślisz — — —?
Yes — skinął mały. — Nazwano mnie błaznem, wzgardzono mojemi radami, nie będę tedy przeszkadzał. Będę zajadał z najwyższą przyjemnością, ale następnie postaram się, aby pokrzywdzeni otrzymali odszkodowanie.
— Jeśli tak się rzeczy mają, to i ja się godzę jeść. Trzeba się jednak mieć na baczności. Bawiłbym się setnie, gdyby nas finderzy puścili, uprzednio nie spróbowawszy oskubać. — —
W trzy kwadranse po zniknięciu, Buttler wrócił z kamratami. Przynieśli lędźwię wołu, które też odrazu poszło na kuchnię. Zanim się upiekło, wypróżniono wiele flaszek whisky. Skoro wreszcie murzynka zameldowała, że pieczeń gotowa, Buttler podszedł do „trójlistka“ i poprosił do wnętrza.
— Czy nie moglibyśmy tutaj dostać poczęstunku? — zapytał Sam.
— Nie — brzmiała odpowiedź. — Kto chce być naszym gościom, ten musi jeść z nami. Zresztą, wiecie wszak, że wino wymaga towarzystwa.
— Wino? Skąd się wzięło? — zapytał Sam zdumiony.
— Tak, skąd! Nieprawdaż, to was dziwi? Powiadam wam, że zaprosili was prawdziwi gentlemani. Widzieliśmy, że nie lubicie whisky, i oto dla was, na waszą cześć, namówiliśmy gospodarza, aby nam oddał jedyną beczułkę wina, jaką posiada. To trunek, jakiegoście w życiu nie skosztowali. A więc chodźcie, messurs!
Skierował się ku drzwiom, za któremi zniknęli już jego kamraci. Sam zdołał jeszcze szepnąć swoim towarzyszom:
— Będziemy udawać ululanych. Oni myślą, że mamy żołądki dziecięce, ponieważ nie piliśmy trucizny Irlandczyka. Hihihihi, zawód ich spotka, jeśli się nie mylę! Sam Hawkens pije jak loch piwniczny, a czy kiedy widziano pijany loch piwniczny? Będziemy udawać, boys, że nie możemy nic strawić, ale postaramy się zalać ich samych naumor.
Weszli do izby. Z prawej strony stała kuch nia z bardzo mizernem ogniskiem, na którem buchał płomień. Nad ogniem murzynka pitrasiła mięso. Z lewej strony stały dwa długie stoły, sklecone z nieheblowanych desek i belek, a koło nich dwie ławy tej samej roboty. Było tu dosyć miejsca dla wszystkich. Beczułka widniała w kącie na klocku. Irlandczyk utoczył z niej dwa pełne dzbany, które krążyły z ust do ust, w braku szklanek.
Finderzy zmówili się pić mało, dopóki trzej goście nie zaleją sobie czubów. Puszczając więc w obieg dzbany, udawali, że dzielnie piją, lecz w rzeczy samej chłonęli napój niewielkiemi haustami. Wino wszakże było naprawdę dobre. Smakowało im bardzo. Nie dziw, że łyki były coraz pełniejsze.
Pieczeń również się udała. Raczono się nią sucie i już dojadano resztek, kiedy zakłócono biesiadę. Mianowicie, w drzwiach ukazał się wyżej wspomniany przewodnik wychodźców, a za nim Schmidt, i jeszcze trzej inni mężczyźni. Mieli przy sobie broń, podczas gdy strzelby besiadników stały na uboczu. Obejrzawszy szybkim wzrokiem ucztujących, scout postąpił kilka kroków naprzód i rzekł:
Good evening, Mylords! Czy pozwolicie życzyć wam smacznego?
— Czemu nie? — ozwał się Buttler. — Chętniebyśmy was nawet zaprosili do stołu, ale spałaszowaliśmy już prawie wszystko.
— Bardzo żałujemy. Nie widać kości? A więc jedliście lędźwie?
Yes, wyśmienite lędźwie bawole.
— Czy są tu jeszcze bawoły? Chyba to było oswojone bydlę?
— Możliwe. Kupiliśmy jako mięso bawole.
— Gdzież to, jeśli można pytać?
— W rancho Rhodesa, w dolinie Santa Cruz, którąśmy wyminęli.
— Byłby to wielki tłumok, a przy spotkaniu nie widzieliśmy przy was żadnego.
— Ponieważ każdy niósł swój kawałek, jeśli pan nic przeciwko temu nie ma, sir, — uśmiechnął się drwiąco Buttler.
Well, master! Ale jakże się to stało, że nam brak wołu.
— Brak wam wołu? Ach, więc iluż was było?
Ten grubjański żart wywołał grzmiący śmiech finderów. Scout, bynajmniej niestropiony, odrzekł:
— Tak, zginął nam wół cugowy. Czy nie macie przypadkiem pojęcia, gentlemans, gdzie on może być?
— Skądże moglibyśmy wiedzieć? Szukajcie!
— Szukaliśmy oczywiście — i znaleźli.
— Więc bądźcie zadowoleni i dajcie nam pokój ze swym wołem! Nie mamy nic wspólnego z tem bydlęciem.
— A jednak! Rzecz w tem, że wół został uprowadzony i zarznięty prostem cięciem między dwoma odpowiedniemi kręgami, cięciem, które zadaje śmierć natychmiast. W ten sposób złodzieje bydła zarzynają zdobycz niedaleko miejsca kradzieży.
Well. A więc mniema pan, że wół został skradziony?
— Nietylko mniemamy, ale jesteśmy głęboko przeświadczeni.
— A więc ścigajcie złodzieja! Może go schwytacie. Jedyna to i najlepsza rada, jakiej wam mogę udzielić.
— Ścigaliśmy go właśnie. To dziwne, ale wołu brak lędźwi!
— Wcale nie dziwne, owszem, zupełnie zrozumiałe. Złodzieje wiedzieli dobrze, że będzie to najsmaczniejszy kąsek.
Well, byli zatem tych samych poglądów, co i wy, — wszak widzę waszą pieczeń.
W tej chwili Buttler zerwał się na równe nogi i zapytał groźnie:
— Co to ma znaczyć, sir? Czy przyrównuje pan naszą pieczeń do lędźwi skradzionego bydlęcia?
— Tak, i spodziewam się, że nic nie macie przeciwko temu.
W mgnieniu oka Buttler wziął strzelbę do ręki, a towarzysze jego skoczyli po swoje.
— Człowieku, — ofuknął scouta — czy wiesz na co narażają cię te zuchwałe słowa? Spójrz na dwanaście luf, w pana skierowanych, i powtórz swoje posądzenie!
— Spełniłem tylko swoją powinność. Jestem przewodnikiem ludzi, którzy tu stoją ze mną. Pochodzą z Niemiec i nie znają angielskiego. Mówiłem w ich imieniu, a teraz mogę odejść. Jestem scoutem, ale nie stróżem ich wołów. Niech sami dochodzą swojej szkody!
Odwrócił się i wycofał. Ze swego stanowiska miał; zupełną słuszność — był najemnikiem i spełniał obowiązki, za które mu płacili. Właściwie spełniał je nawet zbyt pilnie, narażając życie dla skradzionego wołu. Buttler i jego kamraci usiedli napowrót za stołem. Niemcy przypuszczali zapewne, że scout wyjaśni sprawę do końca, stali bowiem po jego odejściu bezradnie, dopóki Schmidt nie wpadł na nowy pomysł. Zwrócił się mianowicie do Sama Hawkensa, który ani myślał przerywać uczty, tak samo zresztą, jak obaj jego przyjaciele, i napozór nie zważał na rozgrywającą się przed nim scenę.
Panie Falke, czy słyszał pan, co powiedział nasz przewodnik?
— Mniej więcej — odpowiedział westman, kładąc do ust kawałek mięsa.
— Nie rozumieliśmy rozmowy. Czy uznał łych ludzi za złodziei?
— Tak.
— I jaki był skutek?
— Skutek? Hm, skutek ten, te stąd odszedł.
— Do djabła! Czy mam puścić płazem kradzież wołu?
— Czy nie? Pozwolił na tę kradzież, jeśli się nie mylę, hihihihi!
Schmidt wsłuchał się w brzmienie śmiechu, na który zwrócono jego uwagę.
— Pomóż mi pan przecież! Jesteś Niemcem, a zatem naszym ziomkiem, i powinieneś się ująć za nami.
— Ja powinienem? Czego możecie się spodziewać po błaźnie? Gdybyście usłuchali mojej rady, gdybyście utworzyli czworobok z wozów i strzegli zwierząt, nie skradzionoby wam wołu. Nie mogę nic wam doradzić, absolutnie nic.
— Ale tu siedzieć, bratać się ze zbirami i wsuwać kęsy kradzionego mięsa, to pan potrafi, co?
— Tak, to potrafię, gdyż zaproszono mnie do wieczerzy, jeśli się nie mylę.
Niemiec, srodze rozgniewany, stuknął kolbą o podłogę i zawołał:
— W takim razie dziękuję panu za ziomkostwo, i sam sobie poradzę!
— Jakże chce do tego przystąpić?
— Zmuszę tych łotrów, aby mi zapłacili! Jest nas czterech i mamy świetną broń.
— A tu stoi dwunastu zuchwałych mężczyzn, równie dobrze uzbrojonych. Porzućcie głupstwa! Wywołacie wilka z lasu, ale wołu nie wskrzesicie.
— Wiem o tem. Ale wartość jego w pieniądzach?
— Cl ludzie nie mają pieniędzy, a nawet gdyby mieli, nie moglibyście brać przemocą.
— Czy mam się uciec do podstępu?
— Niedźwiedź nie jest lisem, a prostak spryciarzem, hihihihi!
Schmidt miał już odpalić na to grubjaństwo, gdy znowu zastanowił go chichot Sama. Zapytał szybko:
— Czy istotnie nazywa się pan Falke?
— Tak, jeśli się nie mylę, hihihihi!
— Ale jest pan podobny do innego westmana.
— Jakiego westmana?
— Szi-So wymienił nazwisko, ale zapomniałem, jakie.
— Szi-So? — zapytał oszołomiony Sam. — Kto to?
— Młody nasz towarzysz, syn wodza Nawajów, który się nazywa Nitsas-Ini.
Z odruchem radości Sam zawołał:
— Nitsas-Ini? Jego syn u was? Czy wraca z Niemiec?
— Tak. Przyjechał z nami.
— Wyśmienicie, wyśmienicie! To zmienia postać rzeczy; nienapróżno prosi mnie pan o pomoc. Wracajcie spokojnie do obozu. Otrzyma pan odszkodowanie za zwierzę.
Teraz zwracał się do niego per pan. Wiadomość, którą usłyszał, usposobiła go przychylnie do wychodźcy.
— Mydli mi pan oczy, aby się mnie pozbyć? — niedowierzał Schmidt.
— Bynajmniej. Daję panu słowo, że dostaniecie całkowite odszkodowanie, a może nawet więcej. Ile kosztował wół?
— Sto trzydzieści dolarów.
— Otrzyma je pan. Ja to panu powiadam, a więc pewne jak amen, jeśli się nie mylę!
— Jest pan zatem westmanem, którego wymienił Szi-So?
— W każdym razie to ja, gdyż dawniej często widywałem Szi-So, kiedy gościłem u plemienia jego ojca. Powiedz mu pan, że jak najprędzej przybędę do waszego obozu, aby go przywitać. Gdzie był podczas moich odwiedzin przed wieczorem?
— Pojechał do rzeki.
— A scout panów, którego również nie widziałem?
— Ten polował na dzikiego indyka. Wypalę mu kazanie, że nas zawiódł.
— Żadnego z tego nie będzie pożytku. Ale idźże pan teraz! Obecność pana jątrzy tylko tych ludzi.
— Pójdę i nigdy już nie pozwolę się okraść. Od dziś będę zważał na każdą dobrą radę.
Skorzystam z tego i zmiejsca poradzę panu, ażebyś na Dzikim Zachodzie nie oceniał ludzi według stroju!
Skoro Schmidt i jego towarzysze zniknęli, Buttler zapytał Sama:
— Nie zrozumieliśmy ani słowa. Co mówił ten arcyladaco?
— Żądał odszkodowania.
— A coście odpowiedzieli?
— Odesłałem go z kwitkiem.
Finder był zadowolony.
— Jego szczęście, że pana usłuchał. Nie zwykliśmy robić wiele ceregieli z takimi ichmościami. Ale teraz siadajcie zpowrotem! Pokażmy, że ci głuptaskowie nie popsuli nam humorów.
Uczta rozpoczęła się odnowa. Jadła wkrótce zabrakło, więc tem gorliwiej raczono się trunkiem. Kiedy się beczka miała ku wyczerpaniu, Sam zaczął udawać, że kurzy, mu się z czupryny, a Dick i Will poszli za jego przykładem. Finderzy, uradowani i pewni powodzenia, wierzyli, że już niebawem ofiary ich będą całkowicie bezwolne. Nie lali przeto za kołnierz, lecz coraz skwapliwiej pociągali z dzbanów. Tak upływały kwadranse. Sam jedynie udawał, że oczy zaczynają mu się kleić, finderom natomiast powieki istotnie ciążyły. Przecież już poprzednio nie skąpili sobie gorzałki. Irlandczyk pierwszy strąbił się do utraty przytomności. Usiadł przy palenisku i zapadł w drzemkę. Nachylał się coraz bardziej, aż wreszcie legł na ziemi jak długi.
Sam pilnie baczył, aby herszt nie próżnował. Istotnie, Buttler niebawem musiał złożyć głowę na rękach, opartych o stół łokciami. Zdawał sobie sprawę, że zaprószył głowę, ale nie chciał się kompromitować wobec kamratów. Dlatego mrugał oczami, jak mu się zdawało, ukradkiem, i w ten sposób przekonywał towarzyszów, że symuluje. Finderzy pojęli, że powinni go naśladować, i naśladowali z ochotą i zapałem. Nie dziw, że wkrótce głucha cisza zastąpiła rumor i nieopisaną wrzawę pijacką.
Teraz podniósł się Hawkens, aby napełnić dzbany. Póki starczyło napoju w beczce, póty budził to jednego, to znów drugiego, nakłaniając do picia.
Wreszcie beczka została do dna opróżnioną i cała gromada usnęła snem głębokim, bardzo: głębokim, aczkolwiek nie snem sprawiedliwych. Sam, chcąc ich poddać próbie, obudził kilku finderów. Bełkotali nieprzytomnie i zapadali w sen ponownie. Jeden z nich wraził w Sama mętne spojrzenie i zapytał:
— Czy już są ululani, Buttlerze?
— Tak, jak bele, — odpowiedział Sam.
— A więc precz z nimi i noże pomiędzy żebra. Podzielimy się pieniędzmi; trupy zakopiemy. — Dlaczego nie odpowiadasz? — dodał po chwili. — A może chcesz ich puścić cało? To nie uchodzi! Śmierć ich postanowiona. Czy — — mam — — swoim — — nożem — — zacząć?
— Tak — odrzekł Hawkens.
— W takim — — razie — — biorę na — — siebie — — małego — grub — — grubego i — — —
Sięgnął ręką do pasa po nóż, podniósł się, lecz nie zdołał utrzymać na nogach; runął na ziemię i tak już leżał bez przytomności.
— Słyszeliśmy więc, — szepnął Dick Stone — mieli nas zamordować, ograbić i zakopać. Słusznie ich posądzałeś o złe zamiary, Samie. Co teraz poczniemy?
— Rzecz najprostsza — spętamy ptaszków. Znajdą się tutaj chyba rzemienie i sznury.
Tak, znalazło się sporo, i wkrótce już nietylko finderzy, ale także gospodarz i stara murzynka, również upita naumor, leżała skrępowana. Sam, zostawiwszy na straży obu towarzyszów, poszedł do wychodźców. Skoro się do nich zbliżył, usłyszał głos młodzieńczy:
Who is there? I shoot! — Kto tam? Bo strzelam!
— Sam Hawkens — brzmiała odpowiedź.
— Już? To wspaniale! Chodźcie, sir. Przejdź pan przez ten dyszel!
— Jestem za mały; wolę raczej przeczołgać się pod dyszlem.
Sam mógł się teraz przekonać, że jego nauka nie poszła w las, niestety już po szkodzie, — utworzono mianowicie czworobok z wozów i umieszczono pośrodku zwierzęta. Wartownik, który go zatrzymał, wyciągnął rękę na przywitanie. Był to Szi-So, syn wodza indjańskiego. Mówił najczystszą angielszczyzną.
Sam zapytał:
— Mam nadzieję, że rozmawia pan po niemiecku, mój młody przyjacielu, gdyż koło sześciu lat bawiłeś w Niemczech?
— Dosyć dobrze.
— A więc obudzimy śpiących i pomówimy z nimi po niemiecku. Ale uważaj! Kto nadchodzi?
Wsłuchali się w noc. Z wioski dobiegał tętent.
— To jeździec, jeden, — szepnął Szi-So. — Któżby to mógł być?
— To nie jeździec; znam doskonale ten tętent. To moja stara, dobra Mary, która pobiegła za mną. Zna ją pan z dawnych czasów?
— Tak, znam, ale proszę, niech mnie pan nie tytułuje na modłę białych, lecz mówi przez ty! Jestem Indsmanem i chcę nim pozostać; chcę pozostać wierny obyczajom swego plemienia.
— Właśnie, mój chłopcze! Nie wbiłeś się w dumę? W takim razie stary Sam nie przestanie cię kochać. Masz mi wiele do opowiedzenia, ale teraz nie czas na gawędy!
Muł zbliżył się do dyszla, gdzie wciąż jeszcze stał Sam, i otarł się o jego plecy. Głośna rozmowa wybiła ze snu wychodźców. Zbiegli się, ciekawi, kto przyszedł. Nie mogli poznać Sama, gdyż ognisko wygasło. Teraz Schmidt przywitał się z nim inaczej, niż za pierwszym razem, i kazał rozniecić nowy płomień. Przy świetle Szi-So przedstawił Samowi zebranych Niemców. Trzej młodzi, znani już nam wychodźcy, nazywali się Strauch, Ebersbach i Uhlmann; młody przyjaciel Indjanina nazywał się Adolf Wolf.
Zebrały się także kobiety i dzieci, wszystkie już podrastające. Oczywiście, że i scout nie pozostał w oddaleniu, wszyscy zatem wysłuchali relacji Sama o dzisiejszem jego spotkaniu z opryszkami. Prócz Indjanina nikt Sama dotychczas nie znał nawet ze słuchu. Zrozumieli jednak, słysząc jogo zresztą skromne i proste opowiadanie o zakładach, o upiciu finderów, o ich skrępowaniu, że to nie jest zwykły obieżyświat Zrozumiał te zwłaszcza stary Schmidt. Wyciągnął do Sama rękę i rzekł z nutką ubolewania w głosie:
— Widzę, że powinienem pana prosić o wybaczenie. Nie poznałem się na panu. Mam nadzieję, że nie bierze mi pan tego za złe?
— Ani myślę! — roześmiał się westman. — Pocóż mam brać pana błędy — wolałbym ustąpić własnych. Błazen jest panu odpuszczony i pójdzie w zapomnienie, jeśli się nie mylę.
— Twierdzi pan zatem, że ci ludzie są finderami?
— Tak.
— I że mieli zamordować pana, Stone’a i Parkera?
— Tak.
— Są to powody dostateczne do ukarania ich na gardle, lub przynajmniej do uwięzienia. Będziemy ich zatem całą noc strzegli, a jutro rano przekażemy władzom.
— Nie, bynajmniej.
— Lecz co?
— Puścimy ich.
— Puścimy? Takich zbójów, którzy na pana życie nastawali? Czy ma pan nieco rozumu w głowie?
— W każdym razie nie mam go w butach, master Schmidt. Znać to odrazu, że pan przybył zdaleka i że nie znasz miejscowych stosunków. O jakich władzach pan mówi? Gdzie tu istnieją władze? A jeśli nawet istnieją, to cóż wskóramy? Czy mogę dowieść swego?
— Nie wątpię!
— Bynajmniej! Uważam tych ludzi za finderów, ponieważ jest ich dwunastu, a jeden z nich nazywa się Buttler. Czy dla sędziów jest to wystarczający dowód? Twierdzę, że chcieli nas zamordować, gdyż wyrwał się z tem pijany drab. Powiedziałem, że mają na nas napaść, gdyż tak przypuszczam, nie co o tem powie sędzia? I jeśli nawet przyzna słuszność i uwięzi finderów, będziemy musieli tutaj tak długo marudzić, i nawarzymy sobie tyle kłopotu, że pękniemy ze złości.
— No, dobrze! Sami więc złóżmy sąd. Skazujemy tych bandytów na śmierć i damy każdemu po kuli.
— Niech mnie Bóg uchowa! Nie jestem mordercą. Tylko w obronie własnego życia mogę przelewać krew ludzką,
— A więc chce ich pan naprawdę puścić na wolność?
— Tak.
— I żadna kara ich nie spotka?
— Jednak! Właśnie dlatego, że mają być ukarani, chcę ich puścić.
— Absurd!
— Absurd, powiada pan? Master Schmidt, znajdziesz w tem sens, jeśli się nie mylę. Trzeba tylko mieć jeszcze coś obok kaszy w głowie. Czy ma pan, hihihihi?
— Pan mi ubliża! — oburzył się Schmidt. Mimo danego poprzednio przyrzeczenia nie mógł się powstrzymać od tej uwagi.
— Ubliża? Nie! Rozmawiam z ludźmi tak, jak oni ze mną rozmawiają. Pytał się pan poprzednio, czy mam nieco rozumu w głowie. Wyjaśnię panu, że nie doszukasz się w mojem twierdzeniu żadnego nonsensu. Nie mamy dowodów, tylko przypuszczenia. Musimy zatem szukać dowodu. Jeśli puścimy ich teraz, oni na nas napadną, a wówczas weźmiemy drabów za czuby. Zdobędziemy dowody, które można będzie wypisać na ich skórze, jeśli się nie mylę.
— Jak? Czekać na ich napad? Niebezpieczeństwo, na które się narażamy, może nas doprowadzić do zguby!
— Bądź pan dobrej myśli! Wszystko zależy od tego, gdzie kto okiełza konia, przy głowie, czy przy ogonie. Zdaj się pan na mnie! Sam Hawkens, ten stary coon, znajdzie pułapkę na finderów. Wrócimy jeszcze do tego tematu. Muszę się rozmówić z Dickem Stone i Willem Parkerem. Rzecz najważniejsza chwilowo — to spełnienie mojej obietnicy: odszkodowanie za skradzionego i zarzniętego wołu. Czy chce je pan odebrać?
— Jeśli można, to natychmiast. Wątpię jednak, czy szubrawcy zapłacą całą sumę.
— Czemu nie mieliby zapłacić?
— Ponieważ zabrali tylko lędźwie, my zaś wzięliśmy resztę.
— To wszystko jedno. Wół zabity musi być zapłacony. A więc chodź pan po zapłatę! Ale wystrzegaj się, nie nazywaj mnie Samem Hawkensem! Nie chcę, aby ci ludzie wiedzieli, kim jestem.
— Kto z nas pójdzie do wioski?
— Tylko pan, master Schmidt. Poco nam świadkowie? Towarzysze pana mogą tutaj zostać, przygotować się do drogi i zaprzęgnąć woły do wozów, aby po naszym powrocie można było natychmiast wyruszyć do Tucsonu.
— Natychmiast, w nocy? Musimy przecież wypocząć. Zamierzaliśmy wyruszyć dopiero rano.
— Okoliczności wymagają, abyście zrezygnowali z wypoczynku.
Naraz odezwał się z tej strony; gdzie stały kobiety, głęboki, mocny bas, wymawiający słowa akcentem prawdziwie saskim:
— Słuchajno pan, z tego będą nici! Człowiek chce mieć swój należyty wypoczynek, a bydlę także. Więc zostaniemy tutaj i basta!
Sam ze zdziwieniem obejrzał niespodzianą oponentkę. Nie spodziewał się sprzeciwu ze strony kobiety, a cóż dopiero sprzeciwu wypowiedzianego takim tonem. Była to mocna koścista postać o bardzo męskim, pewnym siebie wyglądzie. Gdyby ognisko jaśniej płonęło, lub gdyby dzień był, dostrzegłby, że pod jej ostrym nosem ciągnie się ciemna krecha, której, nawet przy najlepszej woli, nie można inaczej nazwać, jak zarostem.
— Wytrzeszcza oczy, jak na upiora! — żachnęła się, spostrzegłszy zdziwiony wzrok westmana. — Nie będzie inaczej i basta! W dzień — jazda, w nocy — spać. Inaczej lada kto przyjdzie i porządek boski do góry dnem wywróci!
— Ale chodzi o bezpieczeństwo, o dobro wasze, droga pani! — tłumaczył Sam.
— Nie zawracaj kontrafałdy! — odpowiedziała. — Człowiek stateczny nie gna w egipskich ciemnościach po Ameryce. No, gdyby to było w domu, możebym przystała; ale na obczyźnie czeka się spokojnie, a jakże, aż zaświta. Zrozumiano?
— Wprawdzie rozumiem panią, droga lady, ale sądzę — —
— Droga lady? — przerwała. — Nie jestem pańska droga lady! Czy pan wie, kim właściwie jestem i jak ja się nazywam?
— Naturalnie, jest pani małżonką jednego z tych czterech gentlemans.
— Gentlemans! Mów pan po niemiecku, kiedy masz, przed sobą rodowitą Niemkę! Jestem pani Eberschbach z domu Morgenschtern, wdowa po młynarzu. Ten tutaj — wskazała na jednego z młodych wychodźców — jest to mój obecny pan i małżonek, kowal Ebersbach, Tak się tylko pisze, ale wymawia Eberschbach. I żeby mi pan zgóry wiedział, że nie będzie on tańczył tak, jak pan w dudy dmucha, ale tak, jak ja dmucham, bo jestem o jedenaście lat starsza i mam więcej rozumu i doświadczenia, niż on! Zostanę tutaj i on zostanie. Kiedy wszyscy ludzie śpią, my nie będziemy się uganiać po świecie!
Ponieważ nikt z wychodźców się nie odezwał, Sam powiódł okiem dokoła i rzekł:
— Jeśli panowie zwykliście słuchać tej wpływowej lady, mogę tylko prosić, abyście tym razem zrobili wyjątek.
Chciał mówić dalej, ale „wpływowa lady“ nie dopuściła go do słowa.
— Co pan też wygaduje! Wyjątek! A jużci, ja pozwolę! Nie nadmucha mi pan w kaszę! Co pan ślepiami na mnie świeci? Nic panu te fimfy nie pomogą. Słyszysz pan, ja tu rządzę! Rozumiesz pan? Kto zapłacił cały koszt? Za przejazd, a potem za drogę aż dotąd? i kto jeszcze będzie się wydatkował? Ja! Ja jestem kapitał! Teraz wie pan wszystko, a my pójdziemy spać!
Znowu nikt nie śmiał słówka wtrącić, nawet Schmidt, który przecież wydawał się przywódcą i który tak ostro potraktował był Sama. Mały westman podniósł się od ogniska i rzekł spokojnie: —
— Jak pani sobie życzy! Powiemy sobie dobranoc, jeśli się nie mylę. Będzie to nasze ostateczne pożegnanie, gdyż jestem przeświadczony, że nie zbudzicie się po tej nocy. Hihihihi!
Zamierzał odejść, lecz już baba zerwała się raptownie, zatrzymała go za rękę i zapytała:
— Co pan przez to rozumie, mały wyskrobku?
Przewyższała go o głowę.
— Rozumiem, że się nie obudzicie.
— A to dlaczego?
— Ponieważ będziecie nieboszczykami.
— Nieboszczykami? Ani myślę! Pani Rozalja Eberschbach nie tak łatwo umiera!
— Czy przypuszcza pani, że tych dwunastu włóczęgów będzie słuchało pani Rozalji Ebersbach?
— Nie mogą, choćby i chcieli; są uwiązani i spętani, jak pan sam opowiadałeś.
— Ale uwolnią się i napadną na was z chwilą, gdy się ze swoimi towarzyszami oddalę.
— Chcesz się pan oddalić?
— Naturalnie!
— A to dlaczego? Przecież to wasz święty obowiązek — strzec tych łotrów, dopóki my nie znajdziemy się w bezpiecznem miejscu! Co ja mam o panu sądzić, jeśli wydaje nas pan na sztych i umywa ręce!
— Niech pani myśli, co jej się podoba.
— Miłe słowa, niema co! Czy nie słyszał pan, że mężczyźni powinni być grzeczni dla dam i chronić je od niebezpieczeństwa? A pani Rozalja Eberschbach jest damą, zrozumiano!
Słusznie, ale kto się ucieka pod moją ochronę ten musi mnie słuchać. Zrozumiano? Mają na was napaść. Jeśli napadną tutaj, to znaczy, jeśli się znowu położycie, jesteście zgubieni. Jeśli wcale nie napadną, to nie mamy żadnego dowodu. Aby zdobyć dowód, musimy udać się do Tucsonu i poprosić komendanta o oddział żołnierzy do pomocy. Dlatego powinniśmy wyruszyć natychmiast, aby już rano stanąć w Tucsonie i przygotować pułapkę na finderów, zanim zdołają ją spostrzec. Czy potrafi pani wziąć to na rozum, pani Ebersbach z domu Młynarska?
— Dlaczego pan odrazu tak nie mówił? — zapytała zmienionym tonem. — A poza tem, jestem wdową po młynarzu, a nie Młynarską z domu. Ponieważ pan do mnie przemawia rozważnie, ja również rozważnie będę słuchała. Niech pan nie sądzi, że mam kiełbia w głowie! Więc zaprzągniemy woły i przygotujemy się do drogi. Ale co nie, to nie, Schmidt sam z panem nie pójdzie! Chcę też raz przynajmniej obejrzeć tych hultajów. Poczekaj pan chwilkę, przyniosę swoją flintę.
Podeszła do wozu, gdzie leżała broń. Skoro wróciła, mąż zaczął ją prosić:
— Zastanów się, Rozaljo! To nie dla kobiet. Pójdę zamiast ciebie.
— Ty? — odpowiedziała. — To nie dla ciebie! Nie baw się w mężczyznę i bohatera. Wiesz, że nie znoszę tej maskarady! Zostaniesz i poczekasz, póki nie wrócę!
Sam Hawkens, chichocząc w kułak, udał się w towarzystwie jej i Schmidta do wioski. Kiedy dotarli do szynku, finderzy, uciskani więzami, ocknęli się z oburzenia, i Buttler gniewnie coś przekładał obu strzegącym go westmanom.
— Czego on tu chce? — zapytał Sam Hawkens, zwracając się do przyjaciół.
— Czego ma chcieć? — odpowiedział Stone. — Naturalnie dziwi się, że my ich mamy, a nie oni nas. Pyta, czy to podziękowanie za poczęstunek.
— Tak — zawołał Buttler, szarpiąc więzami i usiłując podnieść przynajmniej tułów. — Co was opętało, żeście podczas snu tak się z nami obeszli? Przyjęliśmy was gościnnie, nie obrazili was, nie wyrządzili żadnej krzywdy, i za to — — —
— Nie wyrządziliście żadnej krzywdy — podchwycił Sam — i nie możecie sobie tego darować. Zresztą, poco tyle słów? Znamy wasze knowania, których mieliśmy paść ofiarą, i w podzięce zamierzamy wydać — was sędziemu.
Buttler zaśmiał się szyderczo i zapytał:
— Spodziewacie się, że uwierzy wam bez dowodów?
— Wygadaliście się przy winie.
— A nawet, jeśli to prawda, żaden sędzia nie będzie przywiązywał wagi do bredni pijanego. Wasze dowody spoczywają na kruchych podstawach, sir. Niech się zjawi sędzia; staniemy przed nim spokojnie.
— Niestety, to prawda. Wprawdzie możemy przysiąc, ale zmarnowalibyśmy tyle drogiego czasu z wami i z sędzią, że wolimy tego poniechać.
Najlepsza to myśl, jaką mogliście powziąć, spodziewam się zatem, że uwolnicie nas z więzów!
— Nie tak gwałtownie, sir! Musimy jeszcze zamienić słówko.
— Ale szybko! Czego chcecie jeszcze?
— Zapłaty za wołu, któregoście zarznęli.
— Co was obchodzi ten wół!
— Bardzo nawet. Przyłączyliśmy się bowiem do wychodźców. Jadą w góry, aby chwytać w sidła niedźwiedzie i bobry, podobnie jak my. Wobec tego łączy nas wspólność interesów i, co z tego wynika, obowiązkiem naszym jest dbać o wspólne dobro.
— A jednak nic wam do tego! — gniewał się Buttler. — Nic wam nie damy!
— Bagatelka! Nie dacie, sami weźmiemy. Jaka jest cena owego wołu, master Butteler?
— To nas nie obchodzi! Nie mamy już pieniędzy. Sami wiecie, że straciliśmy wszystko na zakładach.
— To też chcieliście odbić sobie straty — ograbić i nas i wychodźców. Policzymy za wołu sto pięćdziesiąt dolarów.
— Możecie policzyć nawet sto tysięcy! Nie jesteśmy w stanie zapłacić.
— Przeprowadzimy tranzakcję zamienną. Nie zostało wam chyba płótno w kieszeniach?
Zounds! Chcecie nam wypróżnić kieszenie?!
— Czemu nie?
— Sir, to byłby rabunek!
— Nie szkodzi. Cieszy nas, że możemy się zabrać do waszego rzemiosła.
— Nie jesteśmy rabusiami! Jeśli odbierzecie naszą własność, zaskarżymy was.
— Jestem ciekaw, co powie sędzia, kiedy was zobaczy. A więc naprzód, Dick i Will, spenetrujemy ich kieszenie!
Obaj wezwani z najwyższą przyjemnością zabrali się do roboty. Finderzy sprzeciwiali się, jak mogli, ale bez rezultatu. Kieszenie ich do dna wypróżniono. Znalazło się wiele rzeczy, między innemi kilka bardzo cennych zegarków, pochodzących na pewno z kradzieży, lub rabunku. Sam wziął zegarki, pokazał Schmidtowi i zapytał:
— Nie mają chłopięta gotówki. Czy przyjmie pan wzamian te zegarki?
— Skoro nie mają pieniędzy, tak, — odpowiedział Schmidt. — Ale kto wie, czy nie stracę na tem. Będę musiał sprzedać zegarki, a żaden kupiec nie zapłaci wartości.
— Nie biadaj pan! Nie stracisz ani grosza. Wartość zegarków przerasta co najmniej czterokrotnie cenę wołu.
— Ale moje sumienie, panie! A nuż to przedmioty kradzieży!
— Prawdopodobnie.
— Należą zatem do tych, których okradziono, a nie do nas.
— Słusznie. Ale ci ludzie i tak nigdy nie odzyskają zegarków. Prawdopodobnie zostali zamordowani, a nawet, jeśli żyją jeszcze, możecie wziąć bez skrupułów. Tu panują zgoła inne stosunki, niż tam, w zacisznej Europie.
— Jeśli nie można odnaleźć prawnych właścicieli, trzeba przedmioty kradzieży wydać władzom!
— Kogo pan ma na myśli? Żaden z tutejszych urzędników nie zada sobie trudu szukania właścicieli, lecz poprostu zachowa zegarki dla siebie i wyśmieje pana. Schowaj je zatem spokojnie, a jeśli sądzisz, że dopuszczasz się bezprawia, biorę odpowiedzialność na swoje sumienie.
— Skoro tak, to popełniłbym niewybaczalne głupstwo, gdybym się nadal wzbraniał.
Schował zegarki do kieszeni. W tej chwili Buttler zawołał:
— Co to ma znaczyć? Co on robi z mojeml zegarkami? To przecież — —
— Milcz łotrze! — przerwał Sam. — Uważa je za odszkodowanie, i możecie się tylko cieszyć, jeśli to będzie jedyna kara. Zresztą, nie będziemy uciekać przed odpowiedzialnością. Stąd pojedziemy do Tucsonu i jutro wieczorem rozbijemy obóz na węzłowem miejscu za miastem. Możecie jechać za nami i odwiedzić nas wraz z policją. Chętnie się przed nią wytłumaczymy.
— Tak, odwiedzimy was w obozie i odbierzemy, co nam skradziono. A teraz uwolnijcie nas z więzów!
— Bylibyśmy osłami! Jeśli was zwolnimy, jeszcze dzisiaj złożycie nam wizytę w obozie, a nie jutro. Zostaniecie w łykach. W dzień na pewno ktoś nadejdzie i uwolni was.
— Wynagrodzą was w piekle!
— Dziękuję, sir! I, abyście przypadkiem nie wyrządzili nikomu z nas krzywdy, zabierzemy wam amunicję. Możecie ją jutro odebrać wraz z zegarkami. Będziemy wasze rzeczy rzetelnie przechowywać.
Stone i Parker wyładowali strzelby; zabrali wszystkie patrony, kule i proch, co wprawiło zbójów w nieopisaną wściekłość.
Pani Ebersbach przyglądała się całej tej scenie. Nie zrozumiała ani słówka, ale mogła sobie wszystko łatwo wytłumaczyć. Był tu jeszcze inny świadek — Mary, muł Sama. Dotrzymując towarzystwa swemu panu, przednią część tułowia przechyliła naprzód i z najwyższą uwagą śledziła ruchy westmana.
Załatwiwszy się z finderaml, towarzystwo opuściło szynk. Westmani zamknęli drzwi i przywalili ja ciężkim głazem. Poczem wszyscy pięcioro pomaszerowali zpowrotem do obozu. Mary pędziła ztyłu. Zwykła iść za swoim panem niczem wierny pies krok w krok, o ile jej nie oznajmiał umówionym znakiem, że powinna zostać na miejscu. — — —




III
WYMARSZ DO TUCSONU

Podczas nieobecności Schmidta i pani Ebersbach, w obozie poczyniono zarządzenia do natychmiastowego wymarszu. Scout jechał na przodzie, a wraz z nim obaj młodzieńcy, których zachwycała konna jazda na czele samotnej karawany. Następnie jechały wozy, kierowane przez Dicka Stone’a i Willa Parkera. Sam jechał ztyłu z kantorem. Upatrzył w nim sobie towarzysza, gdyż sądził, że muzyk najlepiej go poinformuje o stosunkach, panujących wśród wychodźców. Musiały być nader dziwne, jeśli miał sądzić z tego, co dotychczas widział i słyszał. Ten oryginalny kantor, ta dostojna pani Rozalja Ebersbach, ten syn wodza indjańskiego, przybywający z Europy, ten młodzieniec, który wydawał się jego przyjacielem i wyodrębniał z pośród gromady, — kompanja, składająca się z takich osobistości, w każdym człowieku mogła wzbudzić ciekawość. Kantor, ku zadowoleniu Sama, natychmiast po wymarszu wdał się z nim w rozmowę, pytając:
— Nasza pani Rozalja poszła z wami do finderów. Chyba wypaliła orację? O, bo ona potrafi obracać językiem! Przemówiła do nioh?
— Ani słowa.
— Jestem zdumiony! Sądziłem, że obejdzie się z nimi całkiem fortissimo.
— Czyż włada angielskim?
— Zna tylko parę słów, które spamiętała po drodze.
— Jakże pan chce, aby się rozmówiła z tymi ludźmi, skoro rozumieją tylko po angielsku i hiszpańsku? Z dziesięciu lub dwunastu przyswojonych sobie wyrażeń nie skleisz długiego kazania. Poza tym miałem wrażenie, że ujrzawszy te dzikie oblicza, straciła odwagę i chęć do perory,
— Odwagę? Nie wierz w to! Pani Rozalia nie lęka się nikogo, choćby człowieka o najdzikszym wyglądzie. Ma jad na języku i przywykła do posłuchu.
— Zauważyłem. Wszyscy milczeliście, kiedy mi się przeciwstawiała.
— Tak, musieliśmy milczeć, aby nie ściągnąć na siebie gradobicia. Ale ceterum, dobre ma serce i, byleby tylko nie przerywać toku jej przemowy, można ją do rany przyłożyć. Oczywiście, kontrowersji nie znosi.
— To wielka wada, jeśli się nie mylę. Skoro nie zna się na czemś, powinna słuchać doświadczonych.
— O, pani Rozalja rozumie się na wszystkiem!
— Babskie gadanie! Cóż może wiedzieć o tutejszych stosunkach i postępowaniu, tutaj zaleconem? Jeśli się powtórzą takie sceny, jak dzisiejsza, możecie być przygotowani na niejedną i nie byle jaką przykrość.
— Pani Rozalja orjentuje się niebywale szybko. Wszak przyznała panu słuszność.
— Zdaje się, że i pan darzy ją największym szacunkiem, panie kantorze.
— Panie kantorze emeritus, jeśli mogę prosić! Doprawdy, tylko przez wzgląd na dokładność, gdyż wziąłem dymisję i nie sprawuję już urzędu. Tak, darzę ją szacunkiem, na jaki w zupełności zasługuje; jest dzielną i muzycznie wykształconą kobietą.
— Aha, muzycznie wykształconą, hihihihi! Czy i ona coś komponuje?
— Nie; ale gra.
— Na czem?
— Na ręcznej harmonji.
— Do pioruna, to co innego! Ręczna harmonja! Przedni instrument, jeśli się nie mylę. Tak, jeżeli gra na takiej harmonji, to zasługuje na szacunek. Nie słyszałem nigdy o damie, grającej na ręcznej harmonji.
— Ja też nie. Pani Rozalja jest wyjątkową kobietą. Zarobiła na harmonice niejednego pięknego talara.
— Ah, czy nie należała de orkiestry kobiecej?
— Nie, grywała do tańca.
— Brawo! Zdawało mi się, że pogardza pan tańcem?
— Owszem, ale tu zachodzą inne okoliczności. Pani Rozalja jest mianowicie z domu Morgenstern — —
— Wiem o tem.
— Poślubioną młynarzowi z pod Heimbergu — —
— Wdową po młynarzu — skinął z uśmiechem Sam Hawkens.
— Przy młynie był szynk z małą salą do tańca. Interes szedł z początku źle, dopóki ona się nim nie zajęła. Znowu oczywiste examplum potęgi muzyki. Żadnego syna Muzy, ani żadnej córy Muzy w potrzebie nie opuszcza. Pani Rozalja kupiła harmonję ręczną, grać się nauczyła i ściągnęła tem żądną tańca młodzież z całej okolicy. Ponieważ sama przygrywała do pląsów, więc nie potrzebowała muzykanta i uzbierała sobie piękny grosik, albowiem jedna runda dawała dwa fenigi od osoby. Mniej nie przyjmowała. Człowiek, wyróżniony przez Muzę, znać powinien swoją wartość. A więc nietylko tańczono, ale konsumowano i pito. Interes kwitł pysznie. Ergo, kiedy stary młynarz umarł, całe mienie pozostawił wdowie. Zasiadła więc na pełnym złota worku i była najbogatszą kobietą w wiosce. Sprzedała pomyślnie młyn i wkrótce została żoną naszego kowala.
— Który jest takim samym pantoflarzem, jak wy wszyscy!
— Czemu nie?
— Ale skądże zawędrowała do Ameryki?
— Ja jej nasunąłem tę świetną myśl.
— Pan? Hm! Przecież ta kobieta mogła zostać w ojczyźnie. Żyła w dostatku.
— Więc sądzi pan, że na obczyznę wyjeżdża się tylko w nędzy?
— Aleć zawsze powodem jest jakiś mus wewnętrzny, czy zewnętrzny.
— I tutaj był taki mus, mianowicie dążenie, stringendo do Nowego Świata. Kuźnia prosperowała kiepsko; pani Rozalji nic się już nie podobało w wiosce rodzinnej. Skoro usłyszała to wszystko, co mi naopowiadał Hobble-Frank, i dowiedziała się, że szukać zamierzam bohaterów swoich w Ameryce, nic już nie mogło jej powstrzymać od towarzyszenia mi do dalekiego kraju.
— Skąd pan ją zna, skoro pochodzisz z Klotzsche, a ona z Heimbergu? Czy obie te miejscowości leżą w sąsiedztwie?
— Nie. Heimberg leży w górach, Klotzsche zaś niedaleko Drezna. Ale ja sam z Heimbergu pochodzę; stale korespondowałem z ziomkami i często ich odwiedzałem. Mimo to nie narzucałbym się jej tak gwałtownie z myślą wyjazdu do Ameryki, gdyby nie nadarzyła się akurat sprawa Wolfa.
— Jaka sprawa?
— Nie wie pan jaszcza?
— Nie.
— Wolf, leśniczy z Heimbergu, ma w Ameryce brata bezdzietnego, posiadacza ogromnych lasów, olbrzymiej stadniny i, jak sądzę, nawet kopalni srebra. Ten bogacz prosił naszego Wolfa, żeby mu przysłał swego syna. Jeśli młodzieniec się spodoba, ustanowi go swym następcą i jedynym spadkobiercą. Leśniczy zapytał syna, studjującego wówczas w akademji leśniczej w Tharandt, a ten się chętnie zgodził wyjechać po zdaniu ostatecznych egzaminów.
— Czy to lekkomyślność, czy też oziębłość w stosunku do rodziców?
— Boże uchowaj! Ani trochę, raczej wprost przeciwnie. Leśniczy ma liczną rodzinę, a małą pensję. Ekspens, który ponosił dla wykształcenia starszego syna, takim dla niego był ciężarem, że uniemożliwiał należytą edukację pozostałych synów, zresztą bardzo zdolnych. Przez wzgląd na te ciężkie warunki Adolf z radością przyjął wezwanie stryja. Musiał wprawdzie opuścić ojczyznę i rodziców, ale obiecywał sobie, że, jako następca bogatego osadnika, będzie mógł wspierać rodzeństwo.
— Owszem, bardzo szlachetnie postąpił. Więc przyjął zaproszenie?
— Tak. Jedzie oto na czele karawany!
— Aha, to ten? Ten chłopak? Przecież w tak młodym wieku nie mógł ukończyć akademji leśniczej?
— A jednak ukończył, i to ze świetnemi atestatami. Jego wiedza znajdzie zastosowanie w rozległych dobrach stryja. Poza tem jeszcze jeden był powód, który go skłonił do szybkiego i chętnego wyjazdu do Ameryki. Tym powodem jest Szi-So.
— To wszak imię syna wodza?
— No tak. Zna pan, jak słyszałem, jego ojca. Czy wie pan, czemu stary wódz wysłał syna do Niemiec?
— Tak.
— Bardzo jestem rad z tego. Czy może mi pan to zagrać prima vista, czy też może to sekret?
— Nie widzę powodu, dla którego miałbym przed panem utaić to, co przynosi zaszczyt wodzowi i wynosi go ponad współplemieńców. Otóż za czasów jego młodości pewne plemię napadło na karawanę wychodźców. Wszyscy zostali wybici w pień, prócz jednej młodej dziewczyny Niemki. Wódz ją uratował, zawiózł do swego plemienia, aby wróciła do sił i zdrowia, poczem miano ją odstawić do najbliższego osiedla białych. Obchodzone się z nią delikatnie i żywiono wyśmienicie. Otóż krewni jaj byli zamordowani, znajomych nie miała; osiedle, dokąd miano ją odwieźć, było jej obce, spodobało się jej u Indjan, pokochała swego zbawcę — wodza Nitsas-Ini, Wielkiego Pioruna, została więc i poślubiła go. Nigdy tego nie żałowała i żyje z nim wyjątkowo szczęśliwie.
— Czy to być może! — rzekł kantor. — Czerwonoskóry i biała żona!
— Czerwonoskóry, mówi pan? To jakoś brzmi pogardliwie! Powiadam panu, Bóg jest Stwórcą i Ojcem wszystkich ludzi, kolor zaś twarzy nie jest kolorem duszy. Znałem Indjan, którzy mogliby zawstydzić tysiące i setki tysięcy białych Do takich należy Nitsas-Ini. Jego biała żona nie była wykształconą kobietą, lecz zwyczajną dziewczyną, ale jako Europejka przerastała pod każdym względem czerwone squaws i dziewczęta. Wkrótce stała się błogosławieństwem całego plemienia, wzorem dla wszystkich żon i córek. Zmieniła się atmosfera życia i wytworzyły inne formy. Jej mąż, wódz, był pierwszym i najgorliwszym uczniem. Nic nie miał przeciwko temu, że rozmawiała z dziećmi, któremi go obdarzyła, po niemiecku, że uczyła i kupiła im książki. Niebawem poznała Wonnetou, wielkiego Apacza; wraz z nim przybył Old Shatterhand, przyjaciel i obrońca wszystkich dobrej wiary czerwonoskórych. Z radością patrzyli na posiew białej squaw, na jej wpływ błogosławiony. Bawili też przez długi czas u Nawajów, później zaś często ich odwiedzali, aby utwierdzić i wykończyć dzieło tej szlachetnej kobiety. Nigdy już odtąd plemię Nawajów nie prowadziło wojny zaczepnej — chwytało za broń tylko w razie konieczności. Nawajowie są przyjaciółmi białych i dzięki temu władają swemi ojczystemi terenami. Zachowali swoje obrzędy, atoli, jeżeli chodzi o granice i podział własności, muszą się stosować do praw, a nie do zwyczaju. Posiadają własne pastwiska i olbrzymie lasy; ich bogactwo wzrasta z roku na rok. Biali squatterzy i łupieżcy ziemi, patrzący na ich posiadłości zawistnem okiem, nic nie mogą wskórać. Dzięki Old Shatterhandowi, rząd Stanów Zjednoczonych uważa obszary Nawajów nie za rezerwację indjańską, lecz za prywatną własność w uprawnionych rękach, broni zatem przed zakusami obcych przybyszów. Można nazwać ten obszar prawie cywilizowanym. Wielki Piorun był dosyć przewidujący, aby poznać, że na przyszłość nie starczy jego wiedzy, i że następca musi o wiele więcej umieć. Pod wpływem swej mądrej białej żony postanowił zatem wysłać swego pierworodnego do szkół bladych twarzy. Old Shatterhand bardzo żywo popierał ten pomysł. Jest Niemcem, rodakiem żony wodza, i oto oboje skłonili Nawaja, aby posłał syna do niemieckiego zakładu naukowego.
— Wiem, wiem już, — wtrącił kantor. — Znam ten zakład, gdyż Adolf Wolf uczył się tam, zanim wstąpił do akademji. Czemu Szi-So poszedł na leśnictwo?
— Ze względu na wielkie lasy, które znajdują się w posiadaniu jego plemienia. Jako następca wodza powinien posiadać wiedzę, któraby mu pozwoliła nietylko zachować odziedziczone bogactwu lasów, ale także je pomnażać. Wiadomo, że Stany Zjednoczone po macoszemu traktują gospodarstwo leśne, Szi-So powinien zatem ustrzec swoje plemię od szkód, wyrządzonych złą gospodarką. Ale pójdźmy dalej! Chciał mi pan powiedzieć, jaki był wpływ obu akademików na byłą młynarkę, panie kantorze?
— Tak, ale nadewszystko bądź pan łaskaw na przyszłość wziąć pod uwagę, że już swego urzędu nie piastuję, że więc przez wzgląd na dokładność powinien mnie pan tytułować panem kantorem emeritus. Nie chcę się stroić w piórka, które już dawno złożyłem, stałe zaś opuszczanie tego w najwyższym stopniu niezbędnego wyrazu wzbudza we mnie słuszną supozycję, że, przypisując mi dawne moje obowiązki kantora, wątpi pan o moim muzycznym talencie, a przecież tylko dlatego podałem się do emerytury! A zatem, Szi-So i Wolf często przyjeżdżali z Tharandtu do Heimbergu i odwiedzali młyn. A potem, kiedy młynarka wyszła za kowala, również i kuźnię. Dobrze się więc znali. Właśnie w owym czasie, gdy Hobble-Frank postanowił sprowadzić mnie do Ameryki i przedstawić bohaterów, Adolf otrzymał list od stryja, a Szi-So wezwanie do powrotu. Stryj Wolfa jest niebywale bogaty i, jak się wkrótce okazało, mieszka wpobliżu Nawajów. Fama o tem przebiegła natychmiast całą wioskę, składającą się przeważnie z biedoty, ergo z łatwością nakłoniłem kilkoro mieszkańców do towarzyszenia mi w tej podróży do Ameryki.
— Innemi słowy, skusił pan tych biednych ludzi! — rzekł z wyrzutem sam.
— Skusił? Co za dictum! Kantor emeritus, który po tysiąckroć na organach grał do nabożeństwa, zalicza się poniekąd do stanu duchownego, a zatem do takiego stanu, gdzie kusicieli szukać nie należy! Wiodłem, owszem, ale nie uwiodłem, gdyż wiozę ich ku szczęściu. Jestem pewny, że stryj Wolfa przyjmie ich bardzo dobrze. A pieniędzy do kupna ziemi, czy jakiegoś przedsiębiorstwa, też nie zbraknie.
— Sądziłem, że ci trzej są ubodzy.
— Tak, Schmidtowie, Strauchowie i Uhlmannowie nie mają żadnego majątku; ale Ebersbachowie, jak pan słyszał, są majętni, pani zaś Rozalja pożyczyła towarzyszom-wychodźcom pieniędzy. Widzi pan tedy, co to za dzielna kobieta! Mogła zostać w ojczyźnie, i tylko, z litości do tamtych trzech, z przyjaźni do mnie i z pociągu do dalekich krajów zdecydowała się wymaszerować. To ją zwłaszcza pociągało, że w Ameryce damy szczególnym się cieszą szacunkiem i względami.
— Ach tak, — uśmiechnął się Sam — a pani Rozalja Ebersbach, z domu Morgenstern, wdowa im młynarzu, jest przecież damą! Teraz zrozumiałem wiele niejasnych dotychczas okoliczności. Wszyscy zatem zamierzają osiedlić się u stryja Wolfa?
— Tak. Jeźeli jednak nie pozwoli, dalej pojadą.
— A pan? Co pan pocznie?
— Ja Odszukam Old Shatterhanda, Old Firehanda i Winnetou. Naturalnie, spotkam także Hobble-Franka.
— Już panu raz wspominałem, że, chociaż wyobrata pan sobie to spotkanie sielankowo, może się pan latami całemi uganiać po Dzikim Zachodzie, a nie zetknąć z żadnym z tych ludzi.
— Będę szukał, będę się dopytawał.
— Sądzi pan, że jesteś w niemieckiej wiosce lub miasteczku, gdzie poprostu wystarczy zapytać o pana Müllera, Meiera czy Schultza? Tutaj poszukiwani mogą dziesięćkrotnie ocierać się o pana, obozować tuż nieopodal, a nie poznasz ich wcale.
Oho! Ja już się domyślę, może pan być pewny! Dla twórcy tonów niema ciężkiego zadania. Kogo Muzy wyróżniły, tego wszystkie tony schodzą się w akordy. Poszukiwani bohaterzy skupią się dookoła mnie tak, jak wyszkoleni muzycy dokoła dyrygenta.
— Życzę tego panu! Teraz jednak powinieneś spocząć na wozie i uciąć sobie drzemkę.
— Drzemkę? Poco?
— Jutro prawdopodobnie nie będzie można spać. Będziemy musieli czuwać, bo finderzy zamierzają na nas napaść.
— Czy jest pan o tem przeświadczony, panie Hawkens?
— Tak. Pierwszy przechodzień, który nad ranem będzie mijał szynk, usłyszy krzyki zbójów i uwolni ich z więzów. A wówczas dosiądą koni i puszczą się w pościg.
— Do Tucsonu?
— Skądże! Nie pokażą się z pewnością w tem mieście. Okrążą Tucson i pojadą naszym tropem do miejsca, gdzie rozbijemy obóz. Odebrałem im amunicję, ale niewątpliwie zaopatrzą się w nową w San Xavier del Bac, aczkolwiek niewiele jej można tam dostać. A zatem, posłuchaj pan mojej rady i wsiadaj do wozu!
— Dziękuję! Nie będę spał.
— A to dlaczego?
— Najlepsze pomysły muzyczne wpadają mi do głowy właśnie podczas jazdy nocnej. Czynię studja do moich oper. Być może, odrazu w pierwszym akcie przepuszczę przez scenę taką karawanę, co przy świetle małego sierpa księżycowego sprawi wielkie wrażenie, tem bardziej że instrumenty naśladować będą trzaskanie z bicza, ryki wołów i turkot kół.
— Chciałbym być na premjerze — rzekł Sam poważnie. — Musi to sprawiać szczególną rozkosz estetyczną. A więc, czyń pan swoje studja i czuwaj, jeśli tak chcesz. Ale czyzawsze się pan tak rzuca to naprzód, to znów wtył? Przecież te wstrząsy strasznie wyczerpują!
— Stanowczo, ale, niestety, niema na to rady.
— Niema rady? Nie pojmuję! Jakto? Męczy pan siebie i marnuje konia.
— Muszę, najdroższy panie Samie. Komponuję stale i bez przerwy, nawet teraz, kiedy z panem rozmawiam. Melodje śpiewają mi w mózgu, muszę odmierzać ich takty. Poto istnieje wprawdzie nader czuły instrument, zwany metronomem, czyli miernikiem taktów. Ponieważ jednak nie mogę tego instrumentu wlec ze sobą po Dalekim Zachodzie, przeto wynalazłem wygodniejszy i praktyczniejszy metronom. Ten metronom polega na tem, że w prawidłowych interwałach to w jedną to w drugą stronę kiwam się w siodle. Wprawdzie, często szkapa, przypuszczając, że chcę zsiąść, zatrzymuje się w biegu, ale cóżto szkodzi? Skoro skończę kompozycję, napędzam ją znowu.
— Alę pozostaje pan przeto często wtyle!
— Owszem, to się zdarza.
— I może się bardzo źle skończyć.
— Nie sądzę, panie Samie!
— Jeśli pan pozostanie wtyle, w razie napadu czerwonej albo białej hołotki, nie zdołamy pana uratować.
— Na mnie nie napadnie żadna hołota; jestem od tego ubezpieczony.
— Bzdury!
— Nie mów pan o bzdurach, drogi panie Samie! Czy słyszał pan kiedy, aby jaka hołota napadła na znanego kompozytora?
— Nie, nie przypominam sobie.
— A widzi pan! Jako kompozytora wielkiej heroicznej opery i jako równoczesnego twórcę libretta otacza mnie szczególna opieka Muz. Przecież nie poto zsyłają na mnie natchnienie, aby wystawić na niebezpieczeństwo napadu i przedwczesnej śmierci, — zaprzepaścić na wieki moją wzniosłą aspirację. Czy szewc, skoro wykończy parę nowych butów, wstawi je następnie do pieca, aby spłonęły? A może pan sądzi, że Muzy są głupsze od roztropnego szewca?
— Nie mogę panu odpowiedzieć — nie rozmawiałem z żadną z tych pań. Ale nie mogę też jechać przy panu całą noc, ani nikogo zmuszać, aby pana nie spuszczał z oka; ponieważ jednak nie wolno wlec się, za karawaną, bo mamy za sobą wrogów, więc dla pewności przywiążemy pana.
— Przywiązać, panie Hawkens? Do czego? Może do konia?
— To niewiele się przyda, gdyż nie przeszkodzi koniowi się zatrzymywać. Nie, chcę pana przywiązać do ostatniego wozu.
— Sądzi pan, że mu się to uda?
— Bardzo nawet! Koń będzie musiał mknąć bez przerwy, mimo pana ruchów. Poza tem będzie pan samotny, i nikt ci nie zakłóci natchnienia.
— Słusznie, bardzo słusznie! To dobry pomysł — jestem panu ogromnie zobowiązany i chętnie służę bezpłatnym biletem na premjerę mojej opery. A może pan życzy sobie dwa bilety?
— Zastanowię się panie kantorze, jeśli przypadkowo — —
— Proszę, proszę bardzo, panie kantorze emeritus! Mogę panu przysiąc, że to tylko przez wzgląd na dokładność.
— Wiem, wiem! A ja pana zapewniam, że to tylko przez zapomnienie.
Sam wyciągnął rzemień z siodła i przymocował kantora do wozu, dzięki czemu nic już nie powstrzymywało nieustannego postępu, zarówno konia, jak i opery, a jeździec-kompozytor mógł się obejść bez ciągłej opieki. — —
Wozy toczyły się przez całą noc powolnym i ruchem wołów. Dopiero w dwie godziny po świcie podróżni ujrzeli przed sobą miasto, aczkolwiek odległość Tucsonu do San Xavier del Bac jest nieznaczna.
Widok tej stolicy nie był pocieszający. Już o tak wczesnej godzinie słońce prażyło chałupy, pokryte szlamem, i zwaliska murów. Wyjątkowo szkaradne kujoty oprowadzały karawanę, szczekając i wyjąc, a ludzie, otuleni w jaskrawe gałgany, wylegli przed drzwi i na skrzyżowania uliczek i krzywili szyderczo spalone słońcem twarze, skoro wymijał ich ostatni wóz, ciągnący za sobą pana emeritusa na koniu. Dobrotliwy kompozytor kiwał przyjaźnie głową, nie biorąc im za złe śmiechu. Zadowolony, że może się całkowicie zdać na swoją szkapę, nie przejmował się komizmem własnej sytuacji.
Za radą Sama zatrzymano się na równym, a raczej beznadziejnie ogołoconym placu, gdzie wkrótce zbiegła się sfora szczekających kundlów, czereda krzyczących dzieci i ciekawych opryszków, którzy dreptali koło wozów i szczególną uwagą darzyli „trójlistek“ oraz kantora.
Ponieważ wychodźcy przyswoili sobie zaledwie kilka wyrażeń angielskich, więc z konieczności Hawkens podjął się dowiedzieć, czy można w tem mieście dostać wody i paszy dla koni. Owszem, i siano i woda mogły się znaleźć, lecz w niepewnym stanie i po słonych cenach. Dziesięciu, dwudziestu próżniaków zaofiarowało się przywieźć żądane artykuły, byleby tą pracą, która przecież nie zasługiwała na miano pracy, zarobić garść centavos.
Niebawem Sam udał się do komendanta. Dowiedział się, że ów oficer wraz ze swym oddziałem wyjechał do Prescott i że prawie cała załoga wyruszyła w okolice Guadelupy, celem poskromienia powstających Mimbrenjów. Zaprowadzono tedy Sama do kapitana, który urzędował w zastępstwie komendanta. Ten dostojnik siedział właśnie przy rannej czekoladzie i czytał stary numer gazety, która tu w Tucsonie mogła być uważana za najnowszą. Na wchodzącego spojrzał niemal z wyrazem oszołomienia, ale twarz jego wypogodziła się szybko. Wybuchnął głośnym śmiechem, podniósł się i rzekł tonem nieskrywanej zarozumiałości:
— Człowieku, kim jesteś? Czego chcesz? Takiego Jack-pudding[9] chyba nigdy w życiu nie widziałem!
— Ani ja — odpowiedział Sam z tak wymownym gestem, że nie ulegało wątpliwości, kogo ma na myśli.
— On także? Co chciał przez to powiedzieć? Czy chciał mnie obrazić?
— Czy to obraza, kiedy panu potakuję? — odparł Sam spokojnie i poczciwie.
— Ach tak! W takim razie chwalę pana szlachetny samokrytycyzm. Powtarzam panu, jeszczem nigdy nie widział takiego arlekina, na jakiego pan wygląda. Przychodzi pan zapewne, aby prosić o pozwolenie na jakieś wesołe widowisko?
— A tak, tak, — roześmiał się Sam. — Odgadł pan, sir, i ma mi pan w tem pomóc, o ile się nie mylę.
— Pomóc? Czy uważa pan zastępcę komendanta, oficera armji Stanów Zjednoczonych, za takiego wesołka, jakim sam jesteś?
Sam, nie odpowiadając, znowu parsknął chichotem, następnie z zimną krwią przysunął krzesło i usiadł. Oficer już miał wybuchnąć gniewem, gdy Hawkens powściągnął go uprzejmem zapytaniem:
— Może słyszał pan o znanym Leaf of trefoil, kapitanie?
— Trójlistek? O jakim trójlistku mowa?
— O trzech myśliwych, o ile się nie mylę.
— Tak, znam ten trójlistek. Składa się z Dicka Stone, Willa Parkera i Sama Hawkensa, o którym mi opowiadano, że — —
— Pięknie, sir, pięknie! — przerwał westman. — A więc słyszał pan o tych trzech. Cieszy mnie, bardzo mnie cieszy! Wkrótce już dogadamy się do naszego wesołego przedstawienia i dowiemy również, kto jest pajacem. Czy wie pan, że Sam Hawkens podczas ostatniej wojny był scoutem?
— Tak, scoutem generała Granta. Dzięki wielkim zasługom, przemyślności wrodzonej i odwadze dobił się rangi kapitana. Ale co to ma wspólnego z panem?
— Wiele, bardzo wiele, sir, w każdym razie więcej, niż pan przypuszcza, gdyż wydaje mi się, że podówczas nie nosił pan jeszcze uniformu. — Otóż, trójlistek bawi obecnie tutaj.
— Tu? W Tucsonie?
Yes, sir. A Sam Hawkens, zasłużony kapitan armji Stanów Zjednoczonych, znajduje się jeszcze bliżej. W tej chwili siedzi w pokoju pana.
— Tu? W moim pokoju? — zawołał stropiony wojskowy, wytrzeszczonemi oczami wpatrując się w Sama, — W takim razie — w takim razie — pan jesteś — pan jesteś owym Hawkensem?
Yes, jestem nim, jeżeli się nie mylę.
Thunder-storm! Pan — Samem Hawkensem? Pan?
— Sądzę. Czemu nie?
— Ponieważ — ponieważ — ponieważ... — szeptał zakłopotany kapitan — ponieważ nie wygląda pan na to. Oficer nie nosiłby takiej odzieży!
— Nie wiem, dlaczego! Dlaczego właśnie oficer nie może ubierać się wedle swego gustu, sir? A to jest mój gust, gust Sama Hawkensa. Kto mi nie przyznaje dobrego smaku, proszę, niech nie przyznaje; nie mam nic przeciwko temu, póki milczy. Jeśli się jednak waży powiedzieć mi to w oczy, wówczas musi stanąć z bronią przy policzku, aby się dowiedzieć, czyja kula trafi dokładnie w serce przeciwnika!
Ton, jakim te słowa zostały wypowiedziane, wywarł głębokie wrażenie na oficerze. Czyniąc gest zaprzeczenia, odpowiedział grzecznie:
— To zbyteczne, sir, zupełnie zbyteczne! Dlaczego gentlemani, tem bardziej zaś koledzy, mają się zabijać bez powodu?
— Hm! Ponieważ pan poznał, że domniemany błazen jest gentlemanem i pana kolegą, więc oto moja ręka. Teraz zgodnie zastanówmy się nad wesołem przedstawieniem, w którem chce pan wziąć udział.
Ścisnęli sobie ręce, poczem Sam opowiedział o swem spotkaniu z dwunastoma jeźdźcami, których uważał za finderów. Kapitan słuchał z uwagą; wyraz zaciekawienia coraz wyraźniej malował się na jego twarzy. Wreszcie, skoro tylko Sam skończył, kapitan zerwał się na równe nogi i głosem podnieconym zawołał:
— Jeśli się pan tylko nie myli, Hawkens! Gdybyż to naprawdę byli finderzy! Co za połów!
Sam błysnął małemi oczkami i zapytał:
— Czy Sam Hawkens jest tak upośledzony, że przyjmuje za prawdę urojenia? To oni, powiadam panu, to oni!
— Ale dlaczego przyjechaliście do San Xavier del Bac, nie zabrawszy ich ze sobą? Byli przecież spętani i w waszej mocy!
— Czyż mogłem dowieść, że są złodziejami, mordercami i rabusiami, — że istotnie są finderami? Ten dowód chcę przez to uzyskać, że pozwolę im na nas napaść. Skoro ich wówczas schwytamy, będą straceni.
— Schwytać! A więc chce pan dopuścić do napadu?
Yes.
— W rzeczy samej?
— Naturalnie! A może pan mniema, że chcę tylko śnić o napadzie?
— To żart, a ja mówię poważnie! Nie mógłbym chyba lepiej zasłużyć na awans, niż chwytając tę występną szajkę teraz właśnie, kiedy zastępuję komendanta. Ale dopuścić do napadu, to znaczy narazić się na wielkie niebezpieczeństwo!
— Jeśli zostaniemy na miejscu — słusznie. Ale mały Sam Hawkens zniknie ze swymi towarzyszami!
— W takim razie niema mowy o napadzie!
— Czemu nie? Napadną na wozy, a że nas nie będzie, przeboleją stratę. Czyn pozostaje mimo to przestępstwem, karanem według praw tutejszych śmiercią.
Well! Ale jak chcecie ich schwytać bez walki, a zatem bez wystawienia się na niebezpieczeństwo?
— To się zobaczy, to się ułoży, sir, jeśli nas tylko zechcecie poprzeć. Siadajcie na koń, i towarzyszcie nam wraz z oddziałem jazdy!
— Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł pana posłuchać, lecz nie wolno mi opuszczać posterunku. Następnie, ponieważ mam tu mało ludzi, najwyżej mogę panu przydzielić porucznika i dwudziestu jeźdźców.
— To wystarczy, sir!
— Skoro pan tak twierdzi, zgoda; ale przedtem muszę wiedzieć, jak pan to wszystko sobie wyobraża. Czy jest pan pewny, że finderzy pojadą wślad za wami?
— Że pojadą, to tak pewne, jak ten mój stary kapelusz filcowy, hihihihi! Nie ośmielą się pokazać. w Tucsonie, lecz ominą miasto. Może się jednak zdarzyć, że jednego bandytę wyślą do miasta na zwiady. Przeto nikt więcej, prócz nas dwóch i ewentualnie porucznika, nie powinien znać planu. No, więc zakreślą łuk dookoła miasta. Natrafią znów na ślad naszych wozów i pojadą za nim prawie do samego naszego obozu. Oczywiście, zatrzymają się nieopodal i poczekają do zmroku. W nocy zaś nastąpi napad, jeśli się nie mylę.
— No, a wy? Nie zostaniecie przecież przy wozach, jak uprzednio sam pan powiedział?
— Będziemy się tego wystrzegali, hihihihi! Czy zna pan miejsce, gdzie droga do Guadelupy zbiega się z drogą z Babasaqui? I czy porucznik, którego chce pan nam przydzielić, zna tę drogę?
— Bywaliśmy tam niejednokrotnie.
Well, bardzo miło. Tam rozbijemy obóz; tam również znajdą wodę nasze zwierzęta. Pośle pan naprzód porucznika z oddziałem, ale musi się trzymać zdala od naszej drogi, aby nie wpaść w oczy finderom. My pojedziemy następnie i spotkamy się w umówionem miejscu. Skoro się ściemni, zapalimy wielkie jasne ognisko, aby finderzy mogli nas łatwo znaleźć. Opuścimy wozy i skryjemy się wpobliżu, aby tych łotrów, skoro się tylko ukradkiem zbliżą, uraczyć pięściami, powalić i wziąć w niewolę.
Kapitan w milczeniu chodził przez chwilę z kąta w kąt, wreszcie stanął przed Samem I rzekł:
— W pana interpretacji wszystko idzie jak z płatka. Finderzy wszakże nie napadną na was, nie posławszy uprzednio wywiadowcy pod wasz obóz.
— Nie zmieni to trybu naszego postępowania.
— W takim razie wywiadowca przekona się, że niema was w obozie!
— Opuścimy obóz dopiero po jego odejściu.
— W takim. wypadku musielibyście wiedzieć, kiedy podkradnie się pod obóz i kiedy cofnie!
— Będziemy wiedzieli, sir. Zdaje się, że uważa pan Sama Hawkensa za głupszego, niż jest w rzeczywistości, hihihihi! Jeśli finderzy mogą wysyłać swoich na zwiady, czemu my nie możemy? Powiadam wam, sir, że o wiele prędzej wyszpieguję tych drabów, niż oni mnie.
Oficer z powątpiewaniem potrząsnął głową i odpowiedział:
— Musielibyście ich szpiegować jeszcze za dnia. Słyszałem wiele, bardzo wiele o panu i jego towarzyszach; wiem zatem, jak chytrzy i śmiali jesteście, ale podchodzić tych opryszków w biały dzień — tu, gdzie niema lasu, tylko szczere pole? Poza tem jeszcze jedno: wy zapalicie wielkie ognisko, oni natomiast będą siedzieć po ciemku; zobaczą tedy wasz obóz już zdaleka, podczas gdy wy nie będziecie nawet wiedzieli, gdzie ich szukać.
— Tak pan sądzi? Istotnie? Sam Hawkens nie może wiedzieć, gdzie się ukryją ci gentlemani, hihihihi! Mógłby pan z równą słusznością powiedzieć, że moja głowa nie wie, gdzie nosi kapelusz! Proszę mi powiedzieć otwarcie, nie obwijając w bawełnę, czy chcesz się przyczynić do tego przedsięwzięcia, czy nie? Sami też damy im radę, ale wówczas będziemy musieli poczęstować drabów naszemi kulami. Ponieważ nie lubię krwi rozlewu, zwróciłem się do pana. Jeśli mi pan da do rozporządzenia dwudziestu ludzi, to znaczy czterdzieści rąk, wówczas dokonamy gołemi pięściami tego, co w przeciwnym wypadku sprawiłby tylko ołów i proch.
— Dobrze, przystaję, chciałbym jednak zasięgnąć zdania porucznika.
— Niech więc przyjdzie, sir! Sądzę, że nie nada innego kierunku lasce, którą chcę puścić wpław[10].
Kapitan przyprowadził porucznika. Po naradzie przyjęto plan Hawkensa. Obaj oficerowie byli bardzo ciekawi widoku Dicka Stone’a i Willa Parkera. Atoli Hawkens wyperswadował im, że tak wizyta u wozów, jak również wizyta obu wymienionych westmanów u nich zwróciłaby powszechną uwagę. Mógłby się o niej dowiedzieć szpieg finderów, poczem z nitki do kłębka Buttler domyśliłby się, że wychodźcy wezwali do pomocy garnizon Tucsonu. — Po omówieniu dalszych drugorzędnych szczegółów, Sam powrócił do towarzyszów bardzo zadowolony z rezultatów rozmowy z panem „kolegą“.  —   —   —



I
NAPAD

U wozów Sam zastał całą próżniaczą ludność stolicy, która zbiegła się zewszechstron, jak u nas gapie zbiegają się dokoła obozu cygańskiego. Wychodźcy i ich towarzysze, nie zważając na wielką ilość widzów, spożywali śniadanie. Sam przysiadł się do nich, aby wziąć udział w posiłku i zdać sprawę z rokowań z kapitanem.
Niebawem kilku najciekawszych widzów podeszło bliżej, pragnąc zawiązać rozmowę z przybyszami. Jedynie z kantorem powiodło im się jako tako, ponieważ w jego wiedzy lingwistycznej znalazło się najwięcej okruchów angielszczyzny. Jeden z ciekawskich, młody dziarski mężczyzna, przystanął z przewodnikiem na uboczu. Sam obserwował bacznie, zauważył jego postawę wojskową i spojrzenie rzucane przeważnie na niego i je go dwóch przyjaciół. Po chwili westman podniósł się i podszedł do obu rozmawiających. Zdołał jeszcze usłyszeć zdanie scouta, będące zapewne odpowiedzią na zapytanie nieznajomego:
— Tak, to trójlistek, mogę pana zapewnić, aczkolwiek z początku sam nie chciałem wierzyć.
Sam ujął energicznie nieznajomego za rękę i odezwał się dobitnym głosem:
— Master, jest pan żołnierzem? Służy pan w tutejszym garnizonie?
Znać było po zagadniętym, że pytanie Sama wprawiło go w ambaras. Mruczał coś pod nosem, co miało być odpowiedzią, ale czego nie można było pojąć.
— Nie gniewam się na pana — dodał Sam. — Kapitan nie zna mnie osobiście, a musi przecież wiedzieć, czy naprawdę jestem tym, za kogo się podaję. W tym celu przebrał się pan po cywilnemu i poszedł zasięgnąć języka. Przyznaj pan!
— Tak, sir, nie myli się pan, — brzmiała teraz wyraźna odpowiedź. — Ponieważ wiem, że jesteście panowie trójlistkiem, więc mogę bez osłonek wyznać prawdę.
— Zamelduj pan kapitanowi, co słyszałeś, ale nie mów o tem z nikim innym!
— Ani słowa, sir, — wiem o co chodzi. Jestem podoficerem i należę do owej dwudziestki, która pojedzie pod komendą porucznika. Za pół godziny mamy wyruszyć w drogę.
Ukłonił się grzecznie i odszedł. Teraz Sam zwrócił się do przewodnika:
— Powiedz mi pan, na jakiej zasadzie udzielasz o nas informacyj?
— Zapytał mnie — odpowiedział scout.
— Tak? A więc ktokolwiek pana pyta, dostaje odpowiedź?
— Nie zamknie mi pan chyba gęby?
— Owszem, do tego zmierzam! Wiadomo panu, że nie powinniśmy się afiszować, a mimo to odrazu wygadałeś się na pierwsze zapytanie. Chce pan być scoutem, westmanem i nie znasz nawet abecadła ostrożności. Nie obrałbym sobie pana za przewodnika.
— To zbyteczne! Zanim pan się do nas przyłączył, podróż odbywała się według moich wskazówek i według mojej woli. Teraz pasuje się pan na naszego rozkazodawcę. Ci ludzie mnie wynajęli i prowadzę ich — —
— Ku zagładzie! — dokończył Sam. — Powinien pan ich bronić. A jak pan swoje obowiązki spełnia? Gdyby nie my, obrabowanoby ich i wytępiono co do nogi!
Pshaw! Ja też mam oczy otwarte. Pozwól pan sobie powiedzieć, master Hawkens, że mam doprowadzić wychodźców do fortu Yuma. Do tego miejsca ja jestem panem wyprawy. Chce pan z nami jechać, zgoda, ale musisz się stosować do moich zarządzeń. Potem możesz rozkazywać, ile chcesz. Basta!
Sam uderzył go po ramieniu i rzekł z uprzejmym uśmiechem, pod którym kryło się wręcz co innego:
— Nie basta. O, daleko do tego! Wiem, dokąd ci ludzie dążą. Poco jechać drogą na fort Yuma? Istnieje krótsza droga, której pan, zdaje się, nie zna. Zostanie pan u nas aż do poranka, a potem możesz iść, dokąd chcesz.
— Zgoda, o ile dostanę zapłatę za całą drogę do fortu Yuma!
— Dostanie pan, poczem ja ich zaprowadzę, nie żądając żadnego wynagrodzenia. Może pan być pewny, że gadulstwo przewodnika nie narazi ich odtąd na niebezpieczeństwa.
Scout, mrucząc coś pod nosem, usiadł na dyszlu jednego z wozów. Sam wrócił do swoich towarzyszów.
— Palnąłeś głupstwo, stary coonie, — odezwał się Will Parker. — Nie mogę cię zrozumieć.
— Głupstwo? Jakie?
— Poco ma zostać u nas do jutra? Powinieneś był go zmiejsca wyforować.
— I to ma być głupstwo! Will Parker, ten greenhorn, śmie pouczać Sama Hawkensa! Czyż nie rozumiesz, czcigodny Willu, że nie mogłem go jeszcze wyforować?
— Nie, nie rozumiem.
— O słodki Willu, jakże źle z tobą! Nigdy, nigdy nie zostaniesz westmanem. Jakże się wstydzę, że mam takiego tępego ucznia! Ty natomiast możesz czuć się szczęśliwy, że jestem twoim mistrzem. Gdybyśmy z Dickem nie czuwali nad tobą, dawnobyś został zgaszony. Czy nie wiesz, co uczyniłby ten tak zwany scout, gdybyśmy go dzisiaj wypędzili?
— No, cóż?
— Przez zemstę poszedłby do finderów i wtajemniczył ich w nasz plan. Ale twój drobny mózg nie zmieści tak ogromnej myśli.
Yes — potwierdził poważnie Parker. — Masz naprawdę słuszność, stary Samie. Wstyd i hańba, że żadna z twoich dobrych rad nie utkwiła mi w pamięci. Nie pojmuję zgoła, jak możesz mnie tak długo ścierpieć przy sobie.
— Nie dziw, że nic nie rozumiesz. To ja jestem winien, że czuję i myślę za ciebie, niczem dobra matka, kochająca najbardziej to dziecko, które przysparza jej najwięcej kłopotów.
W tej chwili ujrzano szybko przejeżdżający oddział żołnierzy. — Dosyć długo jeszcze wychodźcy odpoczywali w mieście, bo dopiero w południe podjęto jazdę.
Do miejsca, gdzie wyznaczono postój, było jeszcze niespełna dziewięć mil angielskich. Powolną nawet jazdą mogli wychodźcy dojechać przed wieczorem. Droga wypadała przez żwirową pustynię, gdzie tu i owdzie rósł chudy kaktus, lub nędzny krzew. Zbierano suchy chróst, aby wieczorem rozpalić wielkie ognisko. Cała ta przestrzeń między Tucsonem a Gila stanowi żwirem pokryte pustynie, gdzie tylko w kilku miejscach można znaleźć wodę dla zwierząt, i trzy, cztery studnie, wydrążone jeszcze przez byłe Towarzystwo Komunikacji Lądowej.
Miejscowość ta nosi miano dziewięćdziesięciomilowej pustyni. Oprócz wzmiankowanej studni, istnieją jeszcze inne, aliści w ukryciu, znanem tylko Indjanom. Czerwonoskórzy pokrywają owe ukryte studnie skórami, przysypanemi piaskiem i żwirem, podobnie jak to czynią szczepy nomadów na Saharze.
Sam Hawkens prowadził karawanę — dotychczasowy przewodnik nie jechał już na przodzie. Spojrzenia, które rzucał na Sama, nie wróżyły nic dobrego. Uważny obserwator wyczytałby w nich pragnienie zemsty.
Już w odległości dwóch mil od celu Sam zwracał baczniejszą uwagę na drogę i okolicę. Mówiąc droga, nie mamy na myśli utorowanego traktu, zawsze jednak czy jeździec, czy wóz obiera w tej miejscowości ten sam mniej więcej kierunek, co, z dopuszczeniem pewnej przesady, składa się na pojęcie drogi, łączącej poszczególne miejscowości.
Ostatnie dwie mile wypadło jechać przez tak sfalowany teren, że mogło się wydawać, iż jacyś giganci wysypali rzędami z olbrzymich koszów ławice piasku, żwiru i głazów. Wozy posuwały się tędy nader powoli. Jeden z tych wyimaginowanych gigantów napełnił swój kosz wielkiemi, ludzkiej, nawet nadludzkiej wysokości głazami, rozrzucił je obok siebie i nagromadził na sobie. Schroniwszy się tutaj, można było z ukrycia ogarnąć wzrokiem rozległy widnokrąg.
Sam wskazał na te skały i zawołał do obu swych przyjaciół:
— Oto miejsce, gdzie zatrzymają się finderzy. A może chcesz się założyć, Willu Parkerze?
— Ani mi się śni, stary coonie, — odpowiedział Will. — Jakkolwiek, twojem zdaniem, mam drobną mózgownicę, to jednak poznała w tych głazach przyszłe schronienie bandytów. Lecz spójrz — tam, na lewo, sterczą podobnie wysokie złomy. Być może, łotry schronią się tam, a nie tutaj.
— Nie, gdyż tu kiełkuje kilkaset ździebeł trawy, którą uraczą swoje rumaki. Ale i tamto miejsce znajdzie amatora.
— Kogo?
— Nie możesz się domyślić?
— Owszem, stary Samie.
— Kogóż więc?
— Ciebie samego. Schowasz się tam, aby podglądać zbirów.
Sam podniósł ręce do głowy i zawołał z dobrze odegranem zdumieniem:
— Czy podobna! Ten greenhorn wpadł wreszcie na pomysł, prawdziwy pomysł, i co więcej słuszny i odpowiedni! Albo świat się przewraca naopak, albo temu staremu Parkerowi nareszcie zaczyna w głowie świtać. Tak, szlachetny Willu, po rozbiciu naszego obozu pójdę tam i będę czekał na finderów.
— Czy zabierzesz mnie ze sobą?
— Nie mogę, Willu. To wymaga zręcznych i doświadczonych ludzi. Musisz jeszcze długo do szkół chodzić.
— Hm, czy aby nie mylisz się stary Samie? Znałem chłopca, który nic a nic się nie nauczył, aczkolwiek miał głowę nie od parady. Ludzie powiadali, że nie chłopak, lecz nauczyciel jest winien, nauczyciel, który sam nic nie umiał. —
Tymczasem teren znowu się wyrównał, a o kwadrans drogi dalej żwir ustąpił miejsca glebie, zarośniętej mesquitami i ocochilla. Była tu nawet woda w jednej z owych studni, które ongi wykopało Towarzystwo Komunikacji Lądowej. Tu był cel całodziennej jazdy.
Po ugaszeniu pragnienia, zaprowadzono konie i woły na wodopój. Zwierzęta usiłowały wyciągnąć z kolącego zagajnika nieliczne zielone liście. Wozy ustawiono, zgodnie z wczorajszą radą Sama, w czworobok.
Oczywiście, wyczekiwano żołnierzy. Sam rzekł zadowolony:
— Ten porucznik ma głowę na karku. Nie chciał się tutaj stawić przed naszem przybyciem. A teraz tylko patrzeć, jak przybędzie.
Jakgdyby słowa jego były czarodziejskiem zaklęciem, w tej samej chwili ukazał się od północy jeździec, gnający w galopie. Był to właśnie porucznik.
Dotarłszy do obozu, przywitał uściskiem ręki Sama i powiedział:
— Od kilku godzin znajdujemy się już wpobliżu, ale unikamy tego miejsca, bo mógłby jeszcze kto przyjść po wodę, zobaczyć nas, a później zdradzić finderom. Jednakże i my chcielibyśmy napoić konie. Czy możemy tu przyjechać?
— Tak, sir, — odpowiedział westman. — Lecz skoro się ściemni, będziecie musieli odjechać. Przybędą wywiadowcy; naturalnie, nie powinni was widzieć. We właściwym czasie zawezwiemy was zpowrotem.
— Zgoda. Czy domyśla się pan, gdzie tymczasem zatrzymają się finderzy?
Sam wskazał na południo-wschód, gdzie można jeszcze było widzieć powyżej opisane głazy.
— Tam za temi głazami, sir. Ponieważ prawdopodobnie przybędą jeszcze za dnia, więc nie odważą się dalej jechać.
— Ale czy stamtąd nie zobaczą mnie i moich jeźdźców?
— Nie. Gościłem wśród nich wczoraj i wiem, że żaden nie posiada lunety. A nieuzbrojone, choćby nawet najprzenikliwsze oko może z takiej odległości rozpoznać zaledwie wielkie wozy, a już, skoro się ściemni, jedynie ognisko. Możecie zatem śmiało sprowadzić swych ludzi, sir.
Oficer odjechał i wkrótce wrócił z dwudziestoma kawalerzystami, którzy dotychczas stali tak daleko od obozu, że nie można ich było dojrzeć. Oznaczono miejsce, do którego oddział z nastaniem zmroku miał się cofnąć. Następnie Sam poszedł na zwiady. Musiał opuścić obóz pieszo, gdyż na koniu nie można się tak szybko i łatwo ukryć. Poszedł więc do swego muła, dał mu lekkiego klapsa po pysku i rzekł:
— Kładź się, stara Mary, i czekaj, aż powrócę.
Zwierzę zrozumiało wlot; położyło się, aby już nie powstać z miejsca aż do jego powrotu. Następnie Sam zwrócił się do Parkera:
— Jak tam, słodki Willu? Czyż nie chciałeś, abym cię ze sobą zabrał?
— Idź sam! — brzmiała odpowiedź. — Nacóż taki greenhorn, jak ja, mógłby ci się przydać?
— Muszę cię jednak zabrać, o ile masz się czego nauczyć.
Well, idę z tobą, ale nie dla nauki, lecz aby starego Sama nie zostawić bez pomocy, kiedy finderzy go zdybią i zechcą skalpować.
— Niech skalpują! Mogą dostać moją skórę. Kupię sobie inną i piękniejszą.
Hawkens i Parker opuścili obóz, zabrawszy ze sobą broń. Na południo-wschodzie ukazały się kamienie, za któremi, jak sądził Sam, ukryć się mieli finderzy. Bardziej na południu, a więc na prawo, sterczały złomy skalne, wśród których Sam chciał się schować. Tam też skierowali swe kroki, nie prostą jednak drogą, lecz łukiem, zakreślonym w kierunku zachodnim, aby nie nasuwać się przed oczy finderów, którzy przecież mogli tymczasem nadjechać. Oczywiście, Sam nie omieszkał zostawić w obozie wskazówek, dotyczących różnych ewentualnych wypadków.
Skoro obaj westmani dotarli do celu, słońce już skłaniało się ku linji horyzontu; w pół godziny później powinien był zapaść bardzo krótki w owych stronach zmierzch. Śród drugiej grupy skał nie widać było jeszcze żywej duszy. Westmani wpatrywali się w drogę, którą miała nadjechać banda. Nie widać było nikogo.
— Czy wogóle przybędą? — zapytał Parker. — Przypuszczaliśmy tylko, ale nie mamy żadnej pewności.
— Co ty nazywasz przypuszczeniem, to dla mnie jest oczywiste, jeśli się nie mylę.
— Mogli nas poniechać; daliśmy się przecież im dobrze we znaki.
— Tem bardziej pragną zemsty. Patrz! Czy tam między przedostatniem wzniesieniem nie porusza się coś ciemnego?
Parker natężył wzrok i odpowiedział szybko:
— Jeźdźcy! To oni!
— Tak, to oni; przybywają z tej pochyłości. Nie można ich jeszcze zliczyć, ale niema więcej, niż dwunastu.
— Ani też mniej. To oni na pewno. Stary Samie, miałeś słuszność!
— Ja mam zawsze słuszność, słodki Willu, zawsze. Nietrudno mi to przychodzi. Wiesz jak należy sobie radzić, aby nigdy się nie mylić?
Yes. To bardzo łatwe.
— No, jakże?
— Nic nie twierdzić.
— Też prawda. Ale nie to mam na myśli. Nie trzeba orzekać, dopóki, człowieku, nie jesteś pewny słuszności.
— To nie sztuka!
— Nie? No, w takim razie należy zawsze twierdzić coś wręcz przeciwnego, niż utrzymuje greenhorn.
— Pięknie, drogi Samie! Nie będę się zatem z tobą godził nigdy, a wówczas zawsze będę miał słuszność. Patrz, zatrzymali się dla narady. Nie zechcą przecież do nas podejść!
— Nawet im na myśl nie wpadnie! Teraz znowu jadą. Odchylają się na prawo od naszego tropu. Znają tę miejscowość i wiedzą, że dopiero z poza tamtych głazów można zobaczyć obóz.
— Więc, twojem zdaniem, są pewni, żeśmy nad wodą rozbili obóz?
— Naturalnie! Nikt nie zatrzyma się na pustyni, jeśli może zatrzymać nad wodą. Co znowu za pytanie! Willu Parkerze, Willu Parkerze, jesteś mojem utrapieniem! Kompromitujesz mnie tylko — nie mogę się z tobą przed nikim pokazać. Zagryziesz mnie do samej śmierci, jeśli się nie mylę. Patrz, jadą tam! Znowu miałem słuszność: tutaj nie przybędą.
Istotnie, zdążali ku wskazanym skałom, poruszając się coraz ostrożniej, szukając osłony za głazami. Zsiedli wnet z koni i poprowadzili je za sobą, gdyż na wysokich siodłach łatwiej ich mogli spostrzec siedzący przy ognisku. Wreszcie dotarli do skały i ukryli się za nią. Znać było z ich ruchów, że uradowali się na widok karawany. Odprowadziwszy konie nieco w tył i przywiązawszy je, stanęli w pozycjach, z których najwygodniej było obserwować obóz wychodźców.
— To oni — skinął Sam. — Dwunastu; można ich teraz zliczyć.
— Czy podejdziemy bliżej? — zapytał Will.
— Tak, skoro się tylko ściemni.
Nie czekali długo. Słońce dotknęło linii widnokręgu, po chwili skryło się za nią; coraz posępniejszy cień zmierzchu nadciągał z zachodu. Nad wodą buchnął jasny wysoki płomień. Nie można było rozpoznać finderów.
— Chodź! — rzekł Sam do przyjaciela. — Nie marudźmy tu dłużej.
Opuścili kryjówkę i podeszli do obozu zbójów. Im bliżej, tem cichsze były ich kroki, tem mniej uchwytne dla ucha. Rzecz niepojęta, w jaki sposób Sam Hawkens umiał w swoich olbrzymich butach chodzić bezgłośnie, niby wróbel po trawie. Zręczność zaś Willa Parkera dowodziła, że nie jest bynajmniej greenhornem, jak go nazywał Sam Hawkens.
Kiedy dotarli do małego wzniesienia, Sam w ręczył towarzyszowi strzelbę i szepnął:
— Zostań tu i trzymaj moją Liddy! Sam wdrapię się na górę.
Well. Ale jeśli wpadniesz w biedę, przyjdę ci z pomocą.
Pshaw, nie wyobrażam sobie żadnej biedy! Natężaj słuch, Willu, aby cię nie nakryto.
— Kto?
— Wywiadowca, którego na pewno wnet wyślą. Niewiadomo, czy nas nie wyminie.
Położył się na ziemi i poczołgał naprzód. Była to chwila najstosowniejsza do przedsięwzięcia Hawkensa, ponieważ zaraz po zmierzchu nielicznie dostrzegalne na niebie gwiazdy świecą matowo i słabo. Jak wiadomo, blask ich wzmaga się stopniowo i powoli.
Wspomnieliśmy już, że grunt składał się ze żwiru. Jakże łatwo można było potrącić i rozsypać piach! Sam jednak przebywał drogę cal za calem, nie wytrącając z pierwotnego położenia ani jednego kamuszka. Zatrzymał się dopiero na szczycie. Jego przenikliwe, przywykłe do mroku oczy ujrzały przeciwników; stwierdziłby ich obecność, gdyby ich nawet nie widział, rozmawiali bowiem dosyć głośno. Odważył się przysunąć bliżej i przykucnął wreszcie za większym odłamkiem skały. Dwaj czy trzej finderzy stali przy jej grzbiecie, obserwując dalekie ognisko obozowe. Reszta rozgościła się na gołej ziemi. Buttler prowadził rozmowę. Sam słyszał wyraźnie słowa jego interlokutora:
— Gdybyśmy mogli dostać więcej amunicji! Musimy być bardzo oszczędni.
— Tylko chwilowo — odparł Buttler — Odbierzemy sobie wszystko, jeśli nie o wiele więcej. Ale komu w drogę, temu czas, — ściemniło się dostatecznie. — Zwrócił się do drugiego kamrata: — Idźże czem prędzej! Ale pamiętaj, nie daj się nakryć!
— Będę się miał na baczności — rzekł kamrat. — Nie pierwszy raz idę na zwiady.
— Dlatego właśnie wybrałem ciebie, a nie kogo innego. Nie narażaj się na niebezpieczeństwo! Nie podchodź za blisko.
— Ale chciałbym ich podsłuchać!
— Zbyteczne. Chcę tylko wiedzieć, czy są sami i czy się ktoś do nich nie przyłączył.
— Gdybym jednak ich podsłuchał, dowiedziałbym się, czy mają jakieś podejrzenie!
— Podejrzenie? Skądże znowu!
— Mogą wpaść na domysł, że puściliśmy się za nimi w pościg.
— Nie pomyślą o tem. Wychodźców wcale nie liczę, scout zaś nie wydaje się skory do narażania życia dla innych. Pozostają tylko ci trzej głuptaskowie, którym wczoraj dopisywało tak kapitalne szczęście. Nie mają tyle rozumu, aby się domyślić, że pojechaliśmy za nimi. Te kpy jadą nad Gila zastawiać sidła na bobry i niedźwiedzie! Czy kto słyszał o takim szaleństwie? A więc idź i uwiń się szybko! Za pół godziny powinieneś wrócić.
Wywiadowca oddalił się. Zbir, który poprzednio rozmawiał z Buttlerem, podjął znowu:
— Jak myślisz, kiedy się na nich rzucimy, Buttlerze? Czy wieczorem, czy też jutro rano?
— Dopiero jutro? Tak długo nie będę czekał! Chcę jak najszybciej załatwić z nimi, a zwłaszcza z małym grubasem, pewne porachunki. Nie, napadniemy na nich jeszcze dziś wieczorem.
— Podczas snu, kiedy ognisko wygaśnie?
— Nie. Zastrzelimy ich jedną salwą — przy świetle ogniska.
— Ale ognisko jest zbyt wielkie i oświetla tak daleką przestrzeń, że zobaczą nas podchodzących!
— Ten ogromny płomień świadczy aż nadto, że nie powzięli żadnego podejrzenia. Światło, istotnie, daleko dociera; musimy czekać, póki nie zmaleje, ale wówczas nie można będzie tracić ani chwili. Powiadam wam, nikt nie powinien strzelać w małego grubasa, — biorę go na siebie!
Potoczyła się przeplatana wściekłem i wyzwiskami i przekleństwami rozmowa o wczorajszych przeżyciach, o nieprzyjacielach i fatalnej pijatyce. Sam czekał, spodziewając się usłyszeć coś ciekawego. Pozostał jeszcze na posterunku przez dobry kwadrans aż wreszcie, rozczarowany, opuścił miejsce równie cicho i ostrożnie, jak przybył. Wróciwszy do Willa, odebrał przedewszystkiem strzelbę.
— Masz swoją Liddy — rzekł Will. — Co słyszałeś?
— Mało.
— Ale coś doniosłego?
— Tylko to, że napad ma nastąpić, skoro ognisko nasze zmaleje. Musimy się do tego przystosować. Czy widziałeś wywiadowcę?
— Tak. Przeszedł bardzo blisko, ale nie spostrzegł mnie.
— A więc chodź! Musimy wrócić do swoich!
Szli z początku głuszonemi krokami, potem swobodniej. Obrali bowiem nie prostą drogę, lecz okrężną, aby nie zderzyć się przypadkiem z wracającym wywiadowcą. Nie przebyli jeszcze połowy drogi, gdy usłyszeli głośny okrzyk angielski, po którym nastąpił wnet niemiecki.
Tempest! — zawołał pierwszy głos.
Boże Wielki! — krzyczał drugi. — Kto mnie napadł?
— To kantor — szepnął Sam do towarzysza. — Palnął jakieś głupstwo. Zbliż się, ale cicho, aby nie zauważono nas przedwcześnie!
Podbiegli do miejsca, skąd rozlegały się krzyki. Stanęli nieopodal i nadstawili uszu.
— Pytam się, kto zacz! — rzekł mówiący po angielsku.
— Duszę się! — brzmiała odpowiedź po niemiecku.
Tak, to był głos kantora. Brzmienie świadczyło, że wydobywał się ze ściśniętej krtani.
— Chcę znać nazwisko! — zabrzmiało znów po angielsku.
— Tam z obozu.
— Nie rozumiem. Gadajże po angielsku!
— Komponuję!!!
— Czy należysz do owych ludzi, którzy zasiedli koło ogniska?
— Opera bohaterska na trzy spektakle!
— Człowieku, jeśli się nie będziesz wyrażał zrozumiale, przypłacisz to życiem! A więc odpowiadaj! Kim jesteś?
— Dwanaście aktów, po cztery na każdy spektakl.
— Nazwisko, nazwisko!
— Szukam Hobble-Franka!
— A, nareszcie! Nazywa się Frank! Czego się wałęsasz samotnie po nocy i skąd się wziąłeś?
— Z Kłotzsche pod Dreznem. Puść mnie pan — o, o, nareszcie! Bogu dzięki!
Głos brzmiał swobodniej. Kantor wyrwał się i dał drapaka. Słychać było śpieszny pęd jego kroków.
— Uciekł jednak! — rzekł gniewnie napastnik, Wartoby... nie, muszę śpieszyć!
Nie ścigał uciekającego; pośpieszył szybko w kierunku finderów.
— To wywiadowca — szepnął Sam. — Paskudna historja! Może nam popsuć szyki! Wrócę do skały, aby podsłuchać meldunek tego draba. Zostań tutaj! Muszę go wyprzedzić.
Zawrócił. Will Parker czekał. Minęło pół godziny, zanim Sam się znowu ukazał.
— Lepiej poszło, — oznajmił — niż przypuszczałem. To spotkanie albo skróciłoby życie naszego kantora, albo też, gdybyśmy mu pośpieszyli z pomocą, obróciłoby wniwecz cały piękny plan.
— Za kogo więc zbóje uważają naszego nieszczęśliwego kompozytora?
— Nie napomykano o nim wcale. Sprytny wywiadowca nie wspomniał o tej przygodzie.
— Naprawdę? To niepojęte! Tak ważny wypadek powinien był bezwarunkowo zameldować!
— Chyba sobie z tego nie zdaje sprawy; a może przemilczał ze strachu.
— Ze strachu? Jakto?
— Ze strachu przed karą. Buttler napominał, aby pod żadnym pozorem nie pokazywał się nikomu, on zaś napadł na kantora. Takie wyznanie mógłby drogo przypłacić. Dlatego wolał przemilczeć tę przygodę. — Chodź teraz do obozu!
Nie uszli wiele kroków, gdy zatrzymał ich znowu jakiś szmer. Zbliżywszy się, poznali tętent kopyt.
— Rumak pędzący w galopie wprost na nas, jeśli się nie mylę! Baczność, nabok!
Koń wkrótce nadjechał. Cofnęli się w odpowiedniej chwili. Mimo mroku, ujrzeli dwie postacie na koniu. Jedna głośno jęczała.
— Czy to był jeden z naszych, Samie? — zapytał Parker.
— Nie wiem. Było ich dwóch, stary greenhornie.
— Byli to wrogowie. Jeden siedział na siodle, drugi klęczał za nim i ściskał go za gardło.
— Tak dokładnie nie widziałem. Czyś się nie omylił?
— Nie! Stałem bliżej od ciebie, mogłem więc wyraźniej widzieć. Jeden był stanowczo z naszych, ale kim mógł być drugi? — —
Ten drugi również należał do ich grona. Podczas nieobecności Sama rozegrało się nieoczekiwane zdarzenie. Rzecz się miała tak: pani Rozalja, rozmawiając z Pollerem, scoutem, posprzeczała się z nim, zawrzała gniewem i zawołała:
— Nie mniemaj pan, że jesteśmy twoi poddani i niewolnicy! Ja, pani Rozalja Eberschbach, urodzona Morgenschtern i wdowa po młynarzu, mam takie same prawo do rozkazywania, co i pan. Zrozumiano? Wskazywał pan drogę i dostał za to pieniądze. Tak ma się rzecz. A jutro — fora ze dwora! Poprowadzi nas pan Sam Hawkens; on rozumie się na tem lepiej, niż pan, i nie weźmie złamanego szeląga.
— Lepiej, niż ja? — krzyknął rozgniewany scout. — O tem jako cudzoziemka i kobieta nie może pani rozstrzygać! Kobiety wogóle nie powinny zabierać głosu.
— Ja mam milczeć? Co, co pan powiedział? Damy mają milczeć? Słuchaj pan, mylisz się bardzo! Poco Bóg nam dał usta? Pan milczeć powinien, bo ślina przynosi ci na język tylko fałsz i brednie! Będziemy zadowoleni, kiedy jutro zejdziesz nam z oczu!
— Mogę już dzisiaj złożyć swoje obowiązki.
— Bardzo proszę, to nam na rękę; na to natychmiast się godzę. A więc idź pan!
— Nie wcześniej, niż dostanę całą zapłatę!
— Dostanie pan, natychmiast nawet! O parę groszy nie pójdziemy do wójta. Juljuszu, czy masz pieniądze przy sobie?
Juljusz, jej mąż, stał wpobliżu. Skinął potakująco.
— Zapłać temu człowiekowi! Niech mi się już więcej nie naprzykrza. Pokażę mu, czy damy powinny milczeć, czy nie! Dlatego tylko pojechałam do Ameryki, że damy są tu lepiej traktowane, niż u nas, a ten pierwszy lepszy Jonatan, który wlazł mi w drogę, zabrania używać moich organów mowy! Djabli biorą człowieka, kiedy to słyszy. A więc zapłać mu i hau du ju du![11]
Scout dostał zapłatę za całą drogę do fortu Yuma. Schował ją z chytrym uśmiechem do kieszeni. Zaprzestał kłótni, aby dostać pieniędzy i oddalić się podczas nieobecności Sama. Zabrał strzelbę, osiodłał i dosiadł wierzchowca. W tej chwili zbliżył się do niego Dick Stone i zapytał:
— Czy nie zechciałby mi pan powiedzieć czemu tak szybko osiodłałeś konia? Jak mi się zdaje, chce pan odjechać?
Yes. Ma pan coś przeciwko temu? Nie będę pana pytał o zdanie.
— Oho! Dick Stone jest właśnie jednym z tych, o których zdanie należy się pytać. Mają na nas napaść. Tu jest miejsce tylko dla wroga, albo przyjaciela. Wiemy dobrze, dlaczego chce pan natychmiast odjechać!
— Wiecie? Ah, istotnie? — szydził scout. — Czy nie zechciałby pan łaskawie powiedzieć?
— Owszem. Chce pan jechać do finderów, żeby ich ostrzec.
— Zdaje się, że pan bredzi, master! Powiem panu zatem, dokąd zamierzam jechać. Ci Niemcy mnie wypędzili, nie mogę więc u nich zostać. Honor mi na to nie pozwala. Przyłączę się tedy do żołnierzy, aby zostać u nich do rana. Tak, zna pan mój zamiar, — a teraz puść mnie!
Dick Stone, przez chwilę zbity z tropu tym wykrętem, wypuścił cugle z ręki. Scout klepnął konia i pomknął w kierunku kryjówki wojska. Poniewczasie Dick zrozumiał, co się święci. Skoczył do miejsca, gdzie leżała strzelba, wołając:
— Ten łotr mnie okłamał; chce nas zdradzić. Poślę za nim kulkę!
Szi-So zabiegł mu drogę.
— Nie strzelaj, sir! Ciemno jest — kula chybi. Przyprowadzę wam tego człowieka!
Rzekłszy to, pomknął w ciemną noc.
— Przyprowadzi go? Ten chłopak? — pytał Dick. — Trudno w to uwierzyć! Muszę sam pojechać.
Chciał dosiąść konia, lecz Adolf Wolf uchwycił go za ramię.
— Zostań pan! Naprawdę przyprowadzi.
— Nie jestem pewien.
— Przyprowadzi go — może pan ufać! Szi-So, mimo młodego wieku, potrafi dokonać większych czynów!
Pewny ton młodzieńca przekonał Dicka.
— Hm, — mruknął — i tak już przepadło! Nie wiem przecież, dokąd uciekł. Jeśli zamierza jechać do finderćw, to na pewno natknie się na Sama i Willa, którzy go dalej nie puszczą. A więc zostaję. Będzie to jednak piekielna historja, jeśli nam zwieje. Co powie Sam! — —
Sam nic nie powiedział. Stał bowiem w tej chwili z Parkerem i wsłuchiwał się w cwał rumaka. Po chwili tętent zamarł; słychać było tylko parskanie. Niebawem jednak znów się rozległ. Rzecz dziwna, koń zawracał, choć w powolniejszem tempie, niż jechał poprzednio.
— Ciekawe! — mruknął Sam. — Wracają stępa. Połóżmy się zpowrotem, gdyż w ten sposób zobaczymy jeźdźców.
Nachylili się ku ziemi. Koń nadjechał; siedział na nim jeden tylko jeździec, ciągnący za sobą jakiś ciemny przedmiot.
— Szi-So! — zawołał Sam. — To wy, wy? Skądżeście się tutaj wzięli?
Zagadnięty osadził konia i odpowiedział łagodnie:
— Mów pan do mnie ty, sir! Prosiłem już pana o to. Scout kazał sobie wypłacić pieniądze i odjechał wbrew naszej woli. Chciał nas zdradzić finderom; pobiegłem więc za nim i z rozbiegu skoczyłem na konia. Ogłuszyłem zdrajcę kolbą rewolwerową, osadziłem rumaka i strąciłem scouta. Teraz ciągnę go za sobą na lassie.
— Do tysiąca piorunów! Pobiec, skoczyć na konia, ogłuszyć, strącić! Konkurujesz z Old Shatterhandem, dzielny zuchu! Opowiem to twemu ojcu. A może zatłukłeś go na śmierć?
— Nie, tylko ogłuszyłem.
— Do stu piorunów! I obeszło się tak spokojnie, bez wystrzału, bez hałasu, jeśli się nie mylę!
Młodzieniec odparł skromnie:
— Nie mogło być hałasu, bo wrogowie są blisko.
All rigtht; wywiązałeś się z zadania ponad wszelkie pochwały. Chodź ze mną do obozu! Spieszmy, aby jak najprędzej pozbyć się finderów.
Podążyli do ogniska. Scout oprzytomniał wskutek bólu, jaki mu sprawiło dotkliwe ciągnienie na lassie. Jęczał, ale nikt nań nie zwracał uwagi, dopóki nie dotarli do obozu. Przy ognisku scout podniósł się powoli. Lasso, przywiązane do siodła, opasywało go pod pachami. Łatwo pojąć, jak przywitano go w obozie. Spoglądał posępnie przed siebie i milczał uporczywie. Szi-So podobnie zbywał milczeniem pochwały, których mu znikąd nie szczędzono. Chciał się usunąć w cień, aliści pani Rozalja uchwyciła go za ręce i zapytała:
— Panie Szi-So, słyszał pan chyba baśń o zaczarowanej królewnie?
— Jaką? Słyszałem wiele baśni na ten temat.
— Mam na myśli tę królewnę, która została zaczarowana w guziku na wieży kościelnej.
— Nie, tej baśni nie znam.
— Wieża była wysoka na sto jedenaście łokci; dlatego ten, który miał wyzwolić królewnę, musiał dokonać stu jedenastu czynów bohaterskich, po jednym na każdy łokieć. Przez wiele tysięcy lat tkwił ten biedny robaczek w guziku, a nikt jeszcze nie dokonał ponad trzy, lub cztery czyny, kiedy nakoniec przybył młody rycerz z Szlezwigu i dokazał mieczem, jednego po drugim, stu jedenastu czynów bohaterskich. Guzik pękł, wyzwolona królewna wyszła, podała zbawcy prawą rękę i zaprowadziła go nadół do zakrystji.
— Tak! — roześmiał się Szi-So. — I jaki stąd płynie morał?
— Morał? Co pan ma na myśli? Co to ma znaczyć? Niech panu to aby nie wyjdzie na złe! Opowiedziałam o tym guziku, ponieważ widzę, że pan jesteś takim właśnie dzielnym rycerzem. Czy u Indjan też bywają zaczarowane królewne?
— Nie.
— Szkoda wielka! Myślałam, że dojdzie pan tak samo do stu jedenastu bohaterskich czynów. Lecz, w każdym razie, zasłużył pan na mój szacunek i na moją wdzięczność!
Chciała coś jeszcze dodać, ale ktoś ją gwałtownie odsunął. Był to kantor, który, uchwyciwszy dłoń Szi-So, rzekł:
— Drogi przyjacielu i młodzieńcze, wie pan, że chcę skomponować wielką operę bohaterską?
— Tak, wspominał pan nieraz.
— I że ta opera będzie miała dwanaście aktów? Mówił pan właśnie o dwunastu.
— Pięknie! W którym akcie chce pan wystąpić?
— Dlaczego ja?
— Ponieważ jest pan bohaterem, jakiego poszukuję właśnie. Wystąpi pan nakońcu, ciągnąc na lassie zdrajcę przez całą scenę. A zatem, w którym akcie?
Poważna zazwyczaj twarz Indjanina drgnęła w uśmiechu, gdy odpowiedział:
— W dziewiątym.
— Pięknie! A czy chce pan w dur czy w moll ciągnąć go przez scenę?
— W moll.
— Dobrze! W takim razie wybiorę C-moll, gdyż w pierwszym stopniu spowinowacony jest z cudnem Es-dur. A takt wybierzemy czteroćwierciowy, gdyż koń ma cztery nogi. Widzi pan, jak się wszystko dobrze składa! Zaraz to sobie zanotuję.
Wyciągnął notes z kieszeni. Lecz za nim rozległ się głos:
— Mam panu również coś do zanotowania, panie kantorze!
Odwrócił się i zobaczył przed sobą Sama. Odpowiedział uprzejmie:
— Proszę, proszę, kantorze emeritus! To tylko przez wzgląd na dokładność. Ponieważ nie sprawuję już urzędu, więc — —
— Więc uganiasz się zdala od obozu! — dokończył Sam. — Kto panu pozwolił opuścić obóz?
— Pozwolił? Wygnało mnie natchnienie, z początku lento, potem vivace i wreszcie allegrissimo. Wie pan, że, kiedy Muza rozkazuje, miłośnicy jej powinni słuchać.
— Proszę więc, abyś pożegnał swoją Muzę, gdyż ma ona wobec pana złe zamiary.
— Nie wiedziałem o tem, drogi panie. Poszukiwałem dla opery podwójnego trelu. Ponieważ nie znalazłem go w obozie, więc oddaliłem się w noc, gdzie nikt mi nie przeszkadza.
— Usiadł pan na ziemi?
— Tak.
— I czekał przybycia trelu? Ale zamiast niego przybył kto inny, jakiś obcy, który cię nie zobaczył i potknął się o pana.
— Nie potknął się, lecz runął na mnie jak długi. Po chwili trzymał mnie już za gardło tak, jak się trzyma skrzypce.
— Potem był duet?
— Właściwie nie duet. Niewiele ze sobą rozmawialiśmy.
— Pan po niemiecku, on po angielsku, i nie zrozumieliście się wzajemnie!
— Nic dziwnego. Kto chce mnie zrozumieć, nie powinien ściskać za gardło. Powinien był o tem wiedzieć! Zresztą, skoro tylko zwolnił nieco uścisku, skorzystałem z okazji i opuściłem to miejsce dysonansów.
— Czy aby allegro czy allegrissimo?
— Więcej już con fretta, gdyż podejrzewałem, że mnie ponownie schwytać zechce.
— Chciał, chciał nawet czegoś więcej! Czy wie pan kto to był?
— Nie. W toku krótkiej rozmowy nie mieliśmy sposobności przedstawienia się wzajemnego.
— Wierzę! Chodziło zresztą nie tyle o formy towarzyskie, ile o pana życie.
— Moje życie? — zapytał zdumiony kantor.
— Stanowczo! Ten człowiek jest jednym z owych finderów, którzy chcą nas napaść i zamordować.
— Czy mam w to wierzyć? Chyba się pan myli! Już miałem przyjemność wyjaśnić panu, że niema niebezpieczeństwa dla syna Muzy, prócz jednego: braku uznania.
— A więc, kiedy morderca potyka się o pana i chwyta za gardło, aby zadusić, nie uważa pan tego za niebezpieczeństwo?
— Nie. Ma pan dowód, drogi panie. Pozwolił mi odejść i sam też odszedł. Nade mną unosi się genjusz, który czuwa i strzeże mnie przed każdem niebezpieczeństwem.
— Jeśli ta wiara przynosi panu szczęście, to może ją pan zachować, dopóki cię nie zastrzelą, nie zakłują i nie oskalpują! Atoli tęskne oczekiwanie trelu naraziło także nas na niebezpieczeństwo. Na przyszłość będziemy musieli przywiązać nietylko pańskiego konia, ale także i ciebie samego!
— Panie, muszę się sprzeciwić! Genjusz nie zna więzów, a kiedy go skrępują, zrywa wszelkie pęta. Jak pan stłumi dźwięki trąby, która tkwi w ustach?
— Poprostu, wyciągając ją z ust, jeśli się nie mylę. Chwilowo żądam, aby się pan zachowywał zupełnie spokojnie i został tam, gdzie pana umieszczę. Nasze życie zawisło od postępowania każdego z obecnych tutaj.
— Jeśli tak, to będę posłuszny pana zarządzeniom. Gdyby jednak doszło do walki i ktoś poległ, wówczas chętnie skomponuję dlań missa pro defunctis na każdy tekst. Będę rozmyślał nad tym pięknym i wzruszającym tematem.
Ognisko chwilowo podsycano bez przerwy. Teraz należało opuścić obóz. Sam postanowił, że tylko on, Stone, Parker i żołnierze wezmą udział w ataku na finderów. Pozostali nie powinni się byli narażać. Schmidt, Strauch, Ebersbach i Uhlmann przystali na to z ochotą. Pani Rozalja jednak oświadczyła:
— Co, ja miałabym założyć ręce, kiedy inni narażają dla mnie życie? Prędzej rak skiśnie i ryba piśnie. Jeżeli nie starczy dla mnie flinty, wezmę hak lub łopatę, i biada temu, kto się do mnie zbliży! W bohaterskiej operze pana emeritusa muszą przecież występować także kobiety, a ja chcę być pierwsza. Więc wskażcie mi posterunek!
Z wielkim trudem udało się ostudzić jej zbytnie zapały wojenne. Niechętnie przyłączyła się do grupy bezczynnych. Czterej wychodźcy z żonami, dziećmi i wołam i wycofali się do stanowisk, na których oczekiwali wezwania żołnierze. Oczywiście, wychodźcom towarzyszył również kantor. Sam upominał, aby nie spuszczano go z oka, gdyż znowu natchnienie mogło emeritusa wygnać na „poszukiwanie trelów“. Odprowadzono także konie i spętanego scouta. Właściwie Szi-So i Adolf Wolf, jako zbyt młodzi, nie powinni byli brać udziału w walce, ale pierwszy dobitnie oświadczył, że pominięcie będzie uważał za obrazę. Sam więc musiał Indsmana dopuścić do kompanji — nie mógł zatem Adolfa odtrącać. Tymczasem przybyli pokryjomu żołnierze, pozostawiwszy konie pod nadzorem wychodźców. Sam Hawkens dał im potrzebne wskazówki, a następnie rzekł do oficera:
— Podkradnę się do finderów, aby sprawdzić, czy wszystko idzie po naszej myśli.
Szi-So prosił, aby mu pozwolono także się podkraść i obserwować nadchodzących finderów. Hawkens przymknął swoje drobne czyste oczy i mrugnął potakująco. Po chwili zniknęli w ciemnościach, każdy w innym kierunku.
Szi-So ruszył wprost ku finderom. Po dziesięciu minutach ostrożnego skradania się, skręcił nieco nabok. Dookoła panowała głęboka cisza. Za jego plecami powoli przygasało ognisko obozowe. Nastąpił moment, kiedy finderzy mieli ruszyć. I w samej rzeczy, Szi-So wkrótce usłyszał coś, jakby lekki szmer z odnośnej strony — ledwo uchwytny szmer skradających się kroków. Indjanin podniósł się do połowy i natężył słuch silniej, niż dotychczas. Zmiarkował, że dzieli go od szubrawców odległość dwudziestu do trzydziestu kroków. Uszedł na stronę i położył się plackiem na ziemi.
I oto nadeszli, powoli i cichaczem, zbitą gromadą, a nie gęsiego, jak zwykli w takich razach skradać się czerwonoskórzy i doświadczeni westmani. Wyminęli go. Szi-So podniósł się, aby iść wślad za nimi.
Szli więc wciąż dalej i dalej, oni na przodzie, a on jak cień za nimi. Nieopodal obozu finderzy zatrzymali się na chwilę. Chcąc ich podsłuchać, syn wodza musiał zaryzykować. Położył się znów na ziemi i przyczołgał tak blisko, że mógł uchwycić ręką najbliższego findera.
To śmiałe posunięcie zostało nagrodzone; usłyszał wnet, jak Buttler szepnął:
— Ogień przygasa; sądzę, że śpią wszyscy. Mimo to poczekamy jeszcze nieco. Jak pewność, to pewność. Ale okrążyć ich musimy bezzwłocznie. Jeśli każdy z nas oddali się od sąsiada o trzydzieści kroków, wystarczy nas dwunastu, aby otoczyć kołem wozy. Czekajcie na mój sygnał.
— Jaki sygnał? — zapytano.
— Zapomocą źdźbła trawy będę naśladował ćwierkanie świerszcza. Na dany znak, każdy przysunie się do wozów. Skoro dotrzemy, zaćwierkam po raz drugi. Przeczekam chwilę. Na trzeci sygnał macie pełzać pod dyszle, pomiędzy kołami, i szybko zakłuć łotrów. Ile możności, unikajcie wystrzałów.
— A kobiety i dzieci?
— Zgasimy również. Nikt nie powinien zostać przy życiu, aby nas później nie zdradził. Po podziale łupu spalimy wozy wraz z ciałami. A zatem do roboty! Jedna połowa przejdzie na prawo, druga na lewo; ja zostanę tutaj. Miejcie się na baczności i unikajcie szmeru, bo może nas zdradzić!
Jeden z finderów zapytał:
— A jeśli natrafimy na wartownika? Może wystawili straże?
— Nie sądzę, ale gdyby nawet, trzeba będzie przedewszystkiem zakłuć go zmiejsca. A więc do dzieła i uważać na moje ćwierkanie!
Finderzy oddalili się, aby okrążyć wozy. Buttler został na miejscu. Szi-So zastanowił się; czy powinien biec natychmiast do Sama z meldunkiem? Nie! Miał herszta tuż przed sobą. Gdyby go unieszkodliwić, łatwiej poszłoby z pozostałymi. Czekał minutę, poczem ostrożnie podniósł się za Buttlerem i uderzył go tak mocno głownią rewolweru, że bandyta osunął się bez dźwięku. Następnie począł ciągnąć powoli Buttlera aż do miejsca, gdzie Sam umieścił żołnierzy wraz z Dickiem i Willem. Zastał Sama, który już był powrócił z rundy. Mały myśliwy nachylił się, aby zbadać przedmiot, ciągniony przez Szi-So, poczem rzekł ze zdumieniem:
— Człowieku, jakżeś go schwytał? Nie żyje?
— Jest tylko nieprzytomny — odpowiedział Szi-So.
— Któż to?
— Buttler.
— Tysiąc djabłów! W jaki sposób się to stało?
— Uderzyłem go kolbą.
Zounds! Popełniłeś wielki błąd i zmarnowałeś cały mój piękny plan. Opowiadaj szybko, jak się to stało!
Szi-So opowiedział pokrótce. Kiedy skończył, Sam rzekł innym niż poprzednio tonem:
— Do piorunów! Tak, jeśli się tak rzeczy mają, to nie mogę cię ganić; wręcz przeciwnie, powinienem pochwalić. Teraz, zamiast Buttlera, ja będę naśladował ćwierkanie świerszcza i zwabię ich w potrzask. Zwiążcie tego opryszka i wsadźcie mu knebel do ust, aby nie mógł krzyczeć, kiedy oprzytomnieje!
Żołnierze szybko spełnili rozkaz. Porucznik tymczasem odezwał się:
— A zatem da pan sygnał zamiast Buttlera? Jak pan zdoła naśladować ćwierkanie?
— Bardzo prosto, zapomocą źdźbła trawy. Składa się obie ręce tak, aby kciuki leżały na sobie, i wsuwa pomiędzy nie źdźbło trawy. Skoro się dmuchnie, powstaje ton, naśladujący ćwierkanie świerszcza.
— Muszę spróbować!
— Nic przeciwko temu nie mam, sir; ale proszę, tylko abyś tę próbę odłożył na jutro, albo na dziesięć lat, gdyż, czyniąc ją tutaj i teraz, przepędzisz nam zbirów.
— Jakto?
— Próba nie udaje się od pierwszego razu. Wyda pan niewątpliwie taki ton, jakgdybyś wydmuchiwał śmietanę, albo miód przez klarnet. A zatem, teraz możemy zakraść się za finderami; na każdego z nich wypada po dwóch naszych. Skoro dam pierwszy znak, łotry przysuną się do wozów, a wy za nimi. Po trzecim sygnale zechcą przejść pod wozami, a wówczas napadniecie ich i powalicie uderzeniami kolb.
— Ale sądzę, że lepiej strzelać, albo dźgać nożem! Ci hultaje już i tak przegrali życie.
— Pewnie; lecz ja nie jestem ich sędzią, ani katem.
— Ale, sir, jak pan myśli, co ich oczekuje w Tucsonie?
— Z krawatami na szyjach będą dyndać w powietrzu.
— Prawda, więc zginą. Co za różnica, czy tutaj, czy gdzie indziej!
— Zapomniał pan o jednem; tam ich wyśle na śmierć prawo, a tu jeszcze nie zostali oskarżeni. Schwytamy ich żywcem. Co się z nimi stanie w mieście — to rzecz wasza.
— Hm, godzę się, chociaż uważam, że zbóje nie zasługują na takie względy.
Zabrano się do dzieła. Żołnierze uszeregowali się dwójkami. Komendę objęli Stone, Parker i porucznik. Oddalili się, aby parami odciąć odwrót zbirom; Szi-So musiał zaprowadzić Sama Hawkensa na miejsce, gdzie obezwładnił Buttlera. Oni dwaj więc stanowili ogniwo w kręgu finderów, podczas gdy żołnierze tworzyli drugi — wewnętrzny łańcuch.
Skoro zeszły się końce łańcucha, Sam ścisnął między kciukami źdźbło trawy i wydał umómione ćwierkanie. Teraz szybko posunął się naprzód — rozbrzmiał drugi sygnał. Potem przeczekał chwilę. Z obu stron przysuwano się bez szmeru. Wyciągnięty w trawie, widział, jak wił się wąż finderów. Koło tak się zwęziło, że można było poznać swoich sąsiadów.
— Buttler, jestem — szepnął sąsiad z prawej strony.
— Wszystko idzie dobrze — dodano z lewej strony. — Nie marudź, daj sygnał!
Hawkens się odwrócił. Jego przenikliwe oko dojrzało Dicka Stone i jednego z żołnierzy za najbliższym finderem; za sąsiednim czaili się już dwaj inni wojskowi. Teraz Sam po raz trzeci zaćwierkał i szybkim skokiem znalazł się przy żołnierzach. Również syn wodza poskoczył na prawo, atoli już Dick Stone trzymał swoją ofiarę mocno za kołnierz.
Rozległy się uderzenia kolb i parę zagłuszonych krzyków, poczem — znów zaległa cisza.
Halloo! — zawołał głośno Hawkens. — Czy wszystkim dobrze poszło?
— Wszystkim — odpowiedział z drugiej strony Will Parker.
— A więc przyprowadźcie ich tutaj i podsyćcie ognisko, abyśmy mogli się im zaprezentować, jak tego grzeczność wymaga.
Po upływie kilku minut spętani finderzy leżeli wewnątrz czworoboku z wozów. Dookoła nich siedzieli Sam, Dick, Will, porucznik i Adolf Wolf, żołnierze zaś poszli po wychodźców i konie. Niektórzy z Szi-So na czele udali się do obozu finderów, aby sprowadzić ich konie. Ognisko płonęło jasno i wysoko, oświetlając cały obóz.
Finderzy leżeli wszyscy razem. Oprzytomnieli po uderzeniach. Wpatrywali się i wsłuchiwali we wszystko, co się dookoła działo. Nikt z nich nie przemówił, ale spojrzenia zdradzały wściekłość.
Sam Hawkens czekał na wychodźców. Naraz rozległ się zdala triumfalny głos kobiecy:
We have them, we have them!
Ta, która wołała, zbliżyła się, przeszła pod dyszlem i, wpadając na Sama Hawkensa, krzyknęła:
We have them, we have them! Czy to nie znaczy: mamy ich, mamy ich, panie Hawkens?
Była to łaskawa pani Rozalja Ebersbach, z domu Morgenstern, wdowa po młynarzu. Wyprzedziła wszystkich innych w zwycięskim zapale.
— Tak, — potwierdził Sam — to właśnie znaczy.
— A więc we have them, we have them! mamy ich! Bogu dzięki! Ile strachu o was nałykałam się, ile troski! Rwało mnie i ciągnęło, żeby walczyć, walić i pomóc wam. Wreszcie przyszli żołnierze i powiedzieli: We have them! Zrozumiałam, co to znaczy po naszemu, i czem prędzej przybyłam, aby ich także mieć!
Spojrzenie jej padło na jeńców.
Ale, co to? Żyją jeszcze! Myślałam, że zobaczę nieboszczyków. To nie chce mi się w głowie pomieścić. Czy dobrze się wszystko odbyło?
— Oczywiście.
— No, w takim razie Wielkanoc wypada w czwartek, zamiast w niedzielę, jak zazwyczaj bywa! Czy nie wiesz pan, panie Hawkens, że ci panowie zbóje chcieli nas zamordować?
— Wiem z całą pewnością.
— A jednak wyście ich nie powystrzelali? Tej szlachetności nie mogę pochwalić! Kto zabija, powinien paść zabity; oko z a oko, klin klinem, tak stoi w Biblji i we wszystkich prawniczych książkach!
— Czy naprawdę została pani zamordowana, pani Ebersbach?
— Nie. Jak się pan może pytać! Gdyby mnie zamordowano, stanęłabym przed panem jako duch. Mam nadzieję, że nie uważa mnie pan za marę.
— Pewnie, pani Ebersbach. A więc oko za oko, ząb za ząb. Nie zamordowano pani, dlatego nie zamordowaliśmy finderów.
— Ale przecież chcieli nas zamordować! Tak samo, jakgdyby nas zamordowano.
— I dlatego chciałem ich uśmiercić, a więc tak samo, jakgdybym ich w rzeczy samej uśmiercił.
Strapiona kobieta uderzyła się w czoło i rzekła:
— Co za głupia Rozalja byłam! Pozwoliłam się pobić własnemi słowami! To mi się po raz pierwszy w życiu przytrafiło, gdyż kto na mnie zęby ostrzy, musiał je sam połknąć. A powiedz mi pan przynajmniej, co się stanie z tą szajką zbójecką! Ponieważ obszedł się pan z tymi łotrami tak pobłażliwie, więc pozwolę sobie zapytać, czy dostaną jakieś wynagrodzenie, premję, czy może złoty medal?
— Dowie się pani niebawem, jakie żywimy zamiary.
— Mam nadzieję! Weź pan pod uwagę, że ja także należę do osób na zgubę przeznaczonych! Gdyby się napaść udała, leżałabym teraz jak zamarznięty trup na polu walki, i promienna jutrzenka oświetliłaby moją śmierć przedwczesną. Domagam się kary, rozumie pan?
— Kara ich nie minie, pani Ebersbach, może mi pani ufać. Nie chcę przez to powiedzieć, że to my wymierzymy karę. Jesteśmy chrześcijanami, a pani jest damą, kobietą. Należy pani do płci delikatnej, nadobnej, która nie zna nienawiści, ani gniewu, i panuje nad światem dobrocią i miłością. Jestem przeświadczony, że także w pani sercu mieszka łagodność, bez której nawet najpiękniejsza kobieta jest potworem.
Słowa te odniosły pożądany skutek. Pani Rozalja uderzyła się w pierś i odpowiedziała:
— Mieszka łagodność? A jużci, naturalnie, że mieszka! Mam jeszcze serce i co za serce. Topi się, jak masło na słonku. Należę również do nadobnej i delikatnej płci pięknej, o której pan mówił, i chcę dobrocią panować nad światem. Bywało nieraz, że człek się zapominał, albo nieraz zdarzyła się chwila, kiedy moja łagodność i dobroć taiła się wstydliwie, — lecz przy tej okazji chcę otwarcie dowieść, że moja słaba płeć jest niezłomna w dobroci. Nie zawiódł się pan na mnie, panie Hawkens! Nie chcę nic wiedzieć o ukaraniu tej bandy. Niech sobie uciekają!
Mówiłaby dłużej, gdyby nie wrócili wychodźcy ze spętanym scoutem, oraz żołnierze, którzy przyprowadzili konie i zatrzymali się przed wozami.
Krzyżowały się pytania i odpowiedzi. Nieprędko można było zaspokoić ciekawość wychodźców. Nawet kantor przysłuchiwał się uważnie, mimo że nie siedział, jak inni spokojnie koło ogniska, lecz krzątał się nieustannie; niezadowolony z ugrupowania jeńców, przesuwał to jednego, to drugiego w jedną, lub w drugą stronę.
— Co pan robi? — zapytał wreszcie Sam. — Czy nie leżą, jak trzeba, panie kantorze?
Zagadnięty odwrócił się i rzekł:
— Kantor emeritus, jeśli łaska, panie Hawkens! Jedynie przez wzgląd na dokładność. Tak, odgadł pan, jeńcy powinni leżeć zupełnie inaczej.
— Dlaczego?
— To ugrupowanie nie wywiera właściwego wrażenia. Zdaje się, że zapomniał pan, albo też nie wiesz zgoła, czem ja właściwie się zajmuję?
Ponieważ Sam nie przypominał sobie chwilowo osobliwych marzeń kantora, wyrwało mu się nieprzezornie:
— Czem?
— Niczem innem, tylko moją operą. Pragnę skomponować wielką operę heroiczną w dwunastu aktach i udałem się tutaj w tym celu jedynie, aby poszukać odpowiedniego materjału. Znalazłem teraz świetną scenę, mianowicie „chór morderców“. Leżą na ziemi i śpiewają podwójny sekstet. Ale w takim razie powinni być ugrupowani zupełnie inaczej. Studjuję właśnie sposób właściwy i zanotuję go sobie, skoro znajdę. Może pan być pewny, że postaram się nie urażać tych ludzi!
— O to się nie lękam! Do takich operacyj nie trzeba jedwabnych rękawiczek.
Kompozytor krzątał się przy jeńcach coraz gorliwiej, aż wreszcie zniecierpliwiony Buttler przerwał dotychczasowe milczenie i rzekł gniewnie do Sama:
— Sir, czego ten człowiek chce od nas? Postaraj się pan, aby nas zostawił w spokoju! Nie jesteśmy jego kukłami!
Sam nie zadał sobie trudu odpowiedzieć.
— Muszę w ogóle zapytać, — dodał Buttler po chwili — jakiem prawem napadnięto na nas!
— Zapytać? — roześmiał się westman. — Przypuszczam, że możecie sobie sami odpowiedzieć.
— Jakto? Przybyliśmy jako spokojni podróżni i ujrzeliśmy zdala ognisko. Nie wiedząc, kogo mamy przed sobą, podkradliśmy się, jak to zazwyczaj się czyni. Wówczas napadliście na nas zdradziecko. Żądamy, abyście nas natychmiast puścili!
— Żądajcie, ile wam się żywnie podoba, — nie mam nic przeciwko temu, jeśli się nie mylę. Będziecie wolni dopiero jutro, na szubienicy w Tucsonie, hihihihi!
— Jeśli chcesz pan stroić figle, to postaraj się o lepsze! To nie przelewki, chwytać uczciwych ludzi, — wkrótce się przekonacie. Niewiadomo jeszcze, kto z nas zawiśnie na szubienicy!
Sam podniósł się, podszedł doń i rzekł urągliwie:
— Aby zakończyć wreszcie te głupie rozmowy, przedstawimy się sobie! Nazywam się Sam Hawkens, rozumie pan? Tam zaś siedzą Dick Stone i Will Parker. Nadano nam przydomek „trójlistka“, zrozumiano? Czy pokusicie się o podejrzenie takich westmanów?
Buttler zbladł śmiertelnie i zaniemówił.
Sam Hawkens dodał:
— Ja sam byłem dziś u was, podsłuchiwałem i słyszałem każde słówko. Jesteście finderami. Wiedziałem już o tem w San Xavier.
Heavens! — zawołał przestraszony Buttler. — Finderzy! Co za myśl! Kto pana tak poinformował, sir?
— Wy sami. Mam dobre uszy.
— O, nawet najlepsze uszy mogą się omylić i fałszywie zrozumieć!
— Tak pan sądzi? A zatem źle zrozumieliśmy, kiedy pana poprzednio zapytano, co się stanie z dziećmi i kobietami?
— Nic o tem nie wiem!
— Że mają wyginąć, aby później nie mogły was zdradzić?
— Nie mam o tem najmniejszego wyobrażenia!
— Ani o tem, że mieliście podzielić między siebie łup, a potem spalić wozy?
— Nie!
— W takim razie z przerażenia stracił pan pamięć. Sądzę jednak, że odzyskasz ją w Tucsonie.
Oficer, dotychczas milczący, odezwał się do Sama:
— Nie trać pan darmo słów z tym człowiekiem, sir! Niech się wypiera; nanic się to zda. Mamy dowód, fakt, że są finderami, i jutro będą wisieć.
— Czy będzie potrzebne nasze świadectwo? — zapytał Dick.
— Nie. Jeśli chcecie jechać dalej, nie będę was zatrzymywał, ani ciągnął zpowrotem do Tucsonu. Świadczyliście przede mną, a to ma taką samą wartość, jakgdybyście osobiście złożyli ze znania przed sądem. Posiadamy nadmiar dowodów. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że nasz kraj będzie wreszcie uwolniony od tej zbójeckiej plagi. Daję panu słowo, że wszyscy będą dyndać.
Nie wszczynano więcej rozmów. Zaciągnięto straże i ułożono się do snu. Jeden z żołnierzy przysiadł się do jeńców, aby ich mieć na oku.
Spętany scout leżał nieopodal Buttlera. Nie zamienili ze sobą ani słowa, aczkolwiek nietrudno im było rozmówić się ukradkiem, ponieważ leżeli stłoczeni razem. Kiedy wszyscy dookoła usnęli, scout, zmiarkowawszy, że strażnik zważa jedynie na więzy, potrącił łokciem Buttlera i szepnął:
— Czy śpi pan, sir?
— Nie — brzmiała odpowiedź. — Ktoby mógł zasnąć w takich okolicznościach?
— Więc odwróć się do mnie — muszę z panem pomówić!
— Wszak był pan przewodnikiem tych szubrawców? — zapytał Buttler, zwracając się twarzą do scouta. — Skąd te więzy?
— Posądzono mnie, że chcę się z wami sprzymierzyć.
— Ale to nieprawda?
— Z początku nie, ale później powziąłem ten zamiar. Nazywam się Poller, sir, i chciałbym, aby pan miał do mnie zaufanie. Sto szans przeciw jednej, żeście zgubieni, lecz jabym chętnie was uratował.
— Czy mówi pan poważnie?
— Tak, przysięgam panu. Te hultaje obrazili mnie ciężko, a ja nie przepuszczam obelgi płazem. O własnych jednak siłach nic nie dokonam. Jeśli pan zechce mi dopomóc, to na pewno dostaną od nas cięgi.
— Pomóc? Nikt tu nie potrafi pomóc, ani pan mnie, ani ja panu!
— Nie mów tak! Jestem przeświadczony, że mnie jutro rano puszczą. Natomiast was przytroczą do siodeł i odwiozą do Tucsonu. — Pojadę za wami.
— Dziękuję bardzo, sir! Pomoże to, jak umarłemu kadzidło. Nie zdołam uciec.
Pshaw! Mam dobry pomysł. Czy jest pan tak przywiązany do swoich ludzi, że nie uciekniesz bez nich?
— Bzdury! Bliższa ciału koszula. Mogą sobie wisieć, bylebym ja się uratował.
Well, doskonale! Powiedz im pan, żeby w drodze udali, iż dają im się we znaki następstwa uderzeń. Niech się chwieją na koniach, niech udają cierpiących. Dziwiłbym się, gdyby porucznik nie urządził choć raz jeden postoju dla ulżenia jeźdźcom. Wówczas zdejmie wam pęta z nóg. Mimo że ręce będziesz miał skrępowane, dopadnie pan najszybszego rumaka i pomknie, oczywiście wstecz, gdzie ja już będę na pana oczekiwał. W oszołomieniu nie puszczą się odrazu w pościg, dzięki czemu zyska pan przewagę. Każdego kto się następnie do nas zbliży, zakatrupię ze swojej strzelby.
Buttler nie odrazu odpowiedział; zastanowił się i dopiero po dłuższej chwili rzekł:
— Jest to jedyny możliwy pian. Godzę się na propozycję. Jeżeli się naprawdę uwolnię, to biada trójlistkowi i wszystkim wychodźcom! Będziemy działali społem, master Poller!
Zmowa doszła do skutku. Buttler był tak uspokojony, że zasnął niebawem. — —
Przebudzono się w obozie ze świtem. Po lekkiem śniadaniu ,przyrządzonem z zapasów kawalerzystów, porucznik oświadczył, że zamierza natychmiast ruszyć z jeńcami w powrotną drogę. Polecił też finderów przywiązać do koni. Spętano im ramiona na piersiach, aby mogli trzymać cugle. Tymczasem scout krzyknął do Sama:
— A co się ze mną stanie? Czy spętacie mnie jak więźnia?
— Nie — odpowiedział Sam. — Chciałem pana tylko zatrzymać przez ubiegłą noc. Teraz może pan jechać, dokąd cię oczy poniosą.
Well, uwolnijcie mnie zatem!
— Nie tak prędko, mój bardzo szanowny master Poller! Przypuszczam, że zechcesz się pan na nas zemścić, i że w tym celu pojedziesz za nami. Unieszkodliwię pana, odebrawszy mu broń.
— Protestuję! To kradzież, rabunek!
Pshaw! Jakkolwiek to nazwiesz, stanie się, jak orzekłem.
Uwolniono Pollera z więzów. Klnąc siarczyście, dosiadł swego wierzchowca i pojechał na wschód, aby potem niepostrzeżenie skręcić w kierunku Tucsonu. Niedługo później porucznik pożegnał się i wyruszył na czele żołnierzy i jeźdźców. Teraz, kiedy przerzedziło się i życie w karawanie wróciło do dawnego trybu, zauważono nieobecność kantora. Już miano wysłać kogoś na poszukiwania, gdy przywlókł się powoli z zachodniego kierunku, strojąc dziwne miny. Skoro dotarł do obozu, Sam wpadł na niego z gniewem:
— Gdzie się pan znowu podziewa? Czego pan tam szukał?
— Marsza triumfalnego — odpowiedział entuzjasta.
— Marsza triumfalnego? Czy pan oszalał?
— Oszalał? Jak pan może zadać tak obelżywe pytanie, szanowny panie? Zwyciężyliśmy! Schwytaliśmy wrogów i dlatego szukałem samotności, aby wykoncypować motyw do marsza triumfalnego.
— Głupstwo! Nie powinien się pan uganiać bez powodu. Nie ścierpię dłużej takiej nierozwagi!
— Wybaczy pan! Adept Muz nie popełnia nierozwagi. Popełnił ją scout.
— Scout? Jakto?
— Komponowałem właśnie szczęśliwie, gdy nadjechał i odebrał mi broń. Zostawił mi tylko szablę, bo nie może mu się przydać.
— Bodaj w pana kartacze biły! — zawołał Sam Hawkens. — Pomyślałem to sobie odrazu! Wypędzam go bez broni, a pan śpieszy na jego spotkanie, aby mu oddać swoją!
— Oddać? Ani mi się śniło! Sam sobie zabrał, i jako zapłatę dał mi dwa — dwa — — nie powinienem tego wypowiedzieć!
— Powiedz pan! Muszę wiedzieć.
— W ojczystym języku nie zdołam wykrztusić; po łacinie zowie się to colaphus.
Colaphus to policzek. A więc dwukrotnie pana spoliczkował?
— Tak, a jakże! Fortissimo!
— Najszczęśliwszy pomysł, na jaki ten c zło wiek wpadł w swojem życiu!
— Proszę, proszę bardzo, szanowny panie Hawkens! Kompozytor i miłośnik Muz, którego się dwukrotnie policzkuje, który — —
— Zasłużył na to rzetelnie — wtrącił Sam. — Odtąd będę pana miał na oku. Gotuj się pan do wymarszu! Jedziemy dalej!
Po upływie godziny karawana ruszyła w drogę. Na czele jechał Sam Hawkens, który zastępował dotychczasowego przewodnika. — — —

∗             ∗

Buttler zdecydował się stosować do rady scouta. Nie było innego wyjścia z groźnej sytuacji.
A więc symulować niemoc! Zmówił się zaraz po przebudzeniu ze swymi ludźmi, ostrzegł ich jednak, by nie zaczynali za wcześnie, gdyż mogłoby to wzbudzić nieufność. Gdy ujechali jednak połowę drogi, podniósł związane ręce ku głowie i zaczął jęczeć. Porucznik zapytał o powód. Buttler przypomniał o wczorajszem uderzeniu w głowę, które zapewne spowodowało wstrząśnienie mózgu. Herszt słabł coraz bardziej. Słaniał się w siodle, wskutek czego przydzielono doń z obu stron dwóch kawalerzystów.
Skoro coraz to inni zaczynali okazywać oznaki słabości, oficer zarządził odpoczynek. Oczywiście z początku zeskoczyli z koni żołnierze, aby uwolnić nogi finderów. Zaczęli od Buttlera. Ledwo go zdjęli z konia, gdy upadł na ziemię. Widząc go w takim stanie, żołnierze przestali nań zwracać uwagę. To właśnie miał na celu. Zmiarkował, że najbardziej rączy jest koń oficera, stojący zboku. Zerwał się raptem i, mimo spętanych rąk, błyskawicznie dopadł upatrzonego wierzchowca, pochwycił cugle i puścił się w cwał — na zachód, gdzie spodziewał się zastać scouta.
Stało się to tak szybko, że oszołomienie sparaliżowało żołnierzy. Dzięki temu ubiegł ich o szmat drogi, zanim rozległ się pierwszy krzyk gniewu.
— Strzelać, strzelać! Wystrzelcie go z siodła, ale uważajcie, aby nie trafić w konia! — krzyczał porucznik.
Żołnierze pobiegli do koni, ponieważ broń zostawili przy siodłach. Upłynęło tyle czasu, że już trudno było celować, tem bardziej, skoro należało oszczędzać konia. Wreszcie padło kilka wystrzałów. Kule przemknęły ponad głową zbiega. Po chwili wysunął się już poza promień strzału.
Jeńcy wykorzystali popłoch. Niektórzy rozbiegli się na wszystkie strony, inni pomknęli na koniach, z których nie zdążono ich jeszcze zdjąć. Spowodowało to wściekłą wrzawę i straszliwe zamieszanie. Żołnierze musieli ścigać zbiegłych, wskutek tego tylko czterech czy pięciu mogło się puścić za Buttlerem, — i to, niestety, za późno. Daleko ich ubiegł i nadomiar dosiadał bardziej rączego rumaka. Ścigający stracili go wnet z oczu i, klnąc, wrócili z pustemi rękoma. Zbieg natomiast cwałował przed siebie, dopóki nie zobaczył zdala jeźdźca. To był scout, nowy sojusznik, który radośnie go przywitał. Wyszukali na noc bezpieczne ukrycie, a nazajutrz z pragnieniem zemsty w sercach pojechali wślad za karawaną, która wyprzedziła ich o dzień drogi. — — —




II
RANCHO FORNERA

Nad rzeką Rio San Carlos, wpadającą do Rio Gila, znajdowało się rancho, zwane od nazwiska właściciela ranchem Fornera. Wielkie, ciągnące się dookoła pastwiska były własnością tego Amerykanina. Atoli pod pług nadawała się tylko gleba, leżąca nad rzeką. Dom nie był wielki, ale mocno z kamienia budowany i okrążony równie mocnym murem wysokości człowieka. W murze, w równych odstępach, wybite były wąskie otwory strzelnicze, niezbędne w tym niebezpiecznym kraju. Polana wewnątrz murów zajmowała tak wielką przestrzeń, że w razie niebezpieczeństwa, można tu było spędzić wszystką trzodę ranchera.
Była najlepsza pora roku. Step obrastał gęstą trawą, którą raczyły się niezliczone stada owiec i baranów; kilka tuzinów koni pasło się na wolności pod nadzorem parobków, którzy zabijali czas ożywioną grą w karty. Szerokie, wychodzące na rzekę wrota, były naoścież otwarte. Oto ukazał się w nich ranchero, prawdziwie krzepka, muskularna postać karczownika. Drapieżnem spojrzeniem obrzucił trzody, poczem osłonił oczy ręką, aby wpatrzeć się wdal.
Po chwili odwrócił się i zawołał w kierunku domu:
Halloo, boy, przygotuj brandy! Przychodzi jegomość, którego niebawem zobaczycie pod stołem.
— Kto? — zapytał wezwany syn ranchera, wyglądając z okna.
— Król nafty.
— Sam?
— Nie. Sprowadza dwóch jeźdźców i objuczonego konia.
Well. Jeśli piją, jak bąki, lepiej odrazu postawić kilka flaszek.
Przed domem leżało dziesięć czy dwanaście ciosanych głazów. Środkowy i zarazem największy służył za stół, pozostałe — za krzesła. Syn ranchera wyszedł niebawem z domu, postawił na tym stole trzy pełne butelki i kilka szklanek, poczem przystanął obok ojca, aby wraz z nim powitać gości.
Przybysze dotarli do przeciwległego brzegu rzeczki i puścili konie wpław przez płytką wodę.
— Czy to być może! — krzyknął zdumiony Forner. — Ale chyba się nie mylę. Nie pojmuję, co mogło sprowadzić tego człowieka ze spokojnego Arkanzasu do tej niebezpiecznej miejscowości!
— Kogo? — zapytał syn.
— Master Rollinsa z Brownsville.
— To ten bankier, z którym swego czasu miałeś interesy?
— Tak. W rzeczy samej, to on, nie mylę się przecież! Jestem ogromnie ciekaw, czego ten szuka w dzikiej Arizonie.
Jeźdźcy dotarli do brzegu i cwałowali w kierunku rancha. Jadący na przodzie zawołał zdaleka:
Good morning, master Forner! Czy ma pan mocny haust dla trzech gentlemanów, którzy z pragnienia omal nie padają z koni?
Był to długi, szczupły, bardzo dobrze uzbrojony mężczyzna. Słońce spaliło i wiatr wygarbował jego twarz o nader ostrych rysach. Nosił przedni jak na te strony ubiór, który jednak nie na jego miarę był skrojony.
Drugi jeździec był to mężczyzna w podeszłych latach nader poczciwego wyglądu. Zmęczyła go szybka jazda; był oblany potem. Przy siodle wisiała piękna strzelba myśliwska. Czy miał jeszcze inną broń, — może w kieszeniach — trudno było poznać, gdyż nie nosił pasa. Z pierwszego wejrzenia widać było, że nie zadomowił się na Dzikim Zachodzie. Sprawiał na tle tej dzikiej miejscowości podobne wrażenie, co szczur lądowy na oceanie.
Trzeci wreszcie przybysz był to młody krzepki blondyn. Dosiadał konia nie jak doświadczony westman, lecz jak dobry jeździec amator. Twarz miał szczerą, sympatyczną, lekko opaloną słońcem. Zaopatrzony był w strzelbę, nóż i dwa rewolwery.
— Więcej niż haust! — odpowiedział Forner. — Welcome, messurs! Zejdźcie z koni i roztasujcie się, jak u siebie w domu!
Starszy jeździec osadził konia, przez kilka sekund mierzył wzrokiem ranchera, poczem rzekł:
— Zdaje mi się, że pana już kiedyś widziałem, sir. Rancho Fornera! A więc nazywa się pan Forner? Czy nie był pan u mnie w Brownsville? Nazywam się Rollins, a ten pan przy mnie to Mr. Baumgarten, mój buchalter.
Forner skłonił się jednemu i drugiemu i odpowiedział:
— Oczywiście, żeśmy się widzieli, sir. Złożyłem ongi swoje oszczędności u pana i odebrałem je przed wyjazdem nad Arizonę. Ale nie była to tak wielka suma, aby mógł pan zachować mnie w pamięci. A zatem, wejdźcie panowie! Moje brandy nie jest gorsze, niż gdziekolwiek indziej, a zakąsek również wam nie zbraknie, o ile nie jesteście szczególnie wybredni. Jak długo zamierza pan tutaj zabawić, master Grinley?
— Póki nie miną najgorętsze godziny południa — odpowiedział jeździec, przezwany poprzednio królem naftowym.
Rozsiodłano konie i puszczono na pastwisko. Przybysze usiedli na kamieniach. Grinley natychmiast napełnił szklankę brandy i wypił duszkiem. W krótkim czasie wypróżnił butelczynę do dna. Bankier rozcieńczył alkohol wodą, a Baumgarten napił się wody czystej. Fornerzy, ojciec i syn, poszli przygotować dla gości skromny posiłek.
Nikt nie zauważył, jak przez rzekę przeprawili się jeźdźcy, dążący do rancha. Przybyli zapewne długą drogę, gdyż konie ich wlokły się znużone. Byli to Buttler, herszt dwunastu rozproszonych finderów, i Poller, wydalony przewodnik niemieckich wychodźców. Zanim dotarli do wrót, zapytał Poller:
— Czy jest pan pewny, że ranchero pana nie zna? Opisał mi go pan jako człowieka uczciwego, przypuszczam więc, że nazwisko Buttler nie dozna u niego życzliwego przyjęcia.
— Nie widział mnie nigdy — odparł Buttler. — Natomiast mój brat bywał u niego często.
— A przecież chyba nazywa się również Buttler!
— No tak, ale tu przybrał nazwisko Grinley.
— Sprytnie postąpił! Jednak, wszakże bracia są zazwyczaj do siebie podobni?
— Jesteśmy braćmi przyrodnimi, nie z jednej matki.
— Czy wie pan, gdzie brat teraz przebywa?
— Nie. Kiedyśmy się rozstali, ja udałem się na południe, aby założyć towarzystwo finderów, on zaś nie był zdecydowany, jaką drogę obrać. Kto wie, gdzie się jeszcze spotkamy, jeśli się wogóle w tem życiu — — — do kroćset piorunów, siedzi tam właśnie!
W tej chwili bowiem podjechali do wrót i ujrzeli trzech gentlemanów, siedzących przed domem. Buttler odrazu poznał króla nafty i, zdumiony, osadził konia. Spojrzenie Grinleya padło w tej samej chwili na wrota. On również poznał natychmiast brata. Był jednak na tyle przytomny, że położył rękę na ustach, na znak milczenia.
— Tak, to on, — dodał Buttler. — Czy widział pan ten ruch ręki? Nie powinienem go poznać.
Zeskoczyli z koni, puścili je i zbliżyli się do kamieni w tej samej chwili, kiedy obaj Fornerzy wyszli z domu, aby poczęstować gości chlebem i mięsem. Nowi przybysze ukłonili się i zapytali, czy mogą usiąść. Oczywiście, gospodarze ich przyjęli i, nie zapytawszy nawet o nazwiska, ani o cel podróży, zaprosili do posiłku.
Obaj bracia, którzy pragnęli zataić wspólność krwi, pragnęli porozumieć się w cztery oczy. To też po posiłku Grinley podniósł się i oświadczył, że zamierza położyć się w cieniu za domem, aby nieco wypocząć. Buttler po chwili wymknął się za nim, nie ściągając niczyjej na siebie uwagi.
I znowu nadjechali dwaj jeźdźcy, ale tym razem już nie z drugiej strony rzeki.
Obaj dosiadali wyśmienitych biegunów. Gdy by ich postacie były inne, można byłoby ich przyjąć zdaleka za OldShatterhanda, znakomitego myśliwego, i za Winnetou, sławnego wodza Apaczów. Ci jednak byli o wiele drobniejsi, jeden tęższy od Winnetou, a drugi szczuplejszy od Old Shatterhanda.
Ten drugi nosił skórzane wyfrendzlowane legginy i podobnież wyfrendzlowaną skórzaną koszulę myśliwską; cholewy długich butów sięgały kolan. Głowę miał okrytą kapeluszem filcowym o szerokich kresach. Za pasem, splecionym z pojedyńczych rzemieni, tkwiły dwa rewolwery i nóż-bowie. Od lewego ramienia do prawego biodra kilkakrotnie przewijało się lasso. Na jedwabnym sznurku na szyi wisiała indjańska fajka pokoju. Wpoprzek pleców widniały dwie strzelby, długa i krótka. Tak właśnie ubierał się Old Shatterhand. On także miał dwie strzelby: siejący postrach dwudziestopięciostrzałowy sztuciec Henry’ego i słynną długą, ciężką niedźwiedziówkę.
O iie ten młody szczupły mężczyzna był niejako wizerunkiem Old Shatterhanda, o tyle drugi naśladował Winnetou. Odziany był w białą, wygarbowaną i ozdobioną angielskim czerwonym haftem koszulę myśliwską i w legginy z tego samego materjału z włosami we szwach; nie wyglądały one zresztą na włosy ze skalpów. Nogi tkwiły w mokasynach, wyszytych perłami i ozdobnemi kolcami jeża morskiego. U szyi wisiała również fajka pokoju i woreczek skórzany, imitujący indjański worek na leki. Pas szeroki z santillo wił się dookoła pełnych bioder. Z za pasa wyglądała rękojeść noża i kolby dwóch rewolwerów. Długiej gęstej czupryny nie okrywał kapeluszem. Wpoprzek grzbietu wisiała dubeltówka ze srebrnemi ćwiekami na drewnianej kolbie — naśladownictwo osławionej srebrnej rusznicy wodza Apaczów Winnetou.
Kto znał Old Shatterhanda i Winnetou, ten nie mógłby się powstrzymać od śmiechu na widok ich żywej parodji. Ta gładka, opalona, dobroduszna, a trochę przemądrzała twarz szczupłego jeźdźca w porównaniu z męskiemi gładkiemi rysami Old Shatterhanda; i te świeże, rumiane, pucułowate policzki, ruchliwe oczy i sympatyczny uśmiech w kącikach warg grubasa, jako naśladownictwo poważnej, surowej twarzy Apacza!
Wszelako nie godziło się z tych ludzi wyśmiewać. Tak, na cudaków wyglądali, ale niemniej byli to ludzie honoru, gentlemani z krwi i kości, i nieraz już śmiało zaglądali w oczy śmierci. Przecież grubas nosił popularne wśród westmanów przezwisko Ciotka Droll, a szczupły był jego przyjacielem i krewniakiem — nazywał się Hobble-Frank.
Tak wielką czcią darzyli Old Shatterhanda i Winnetou, że naśladowali ich w ubiorze, co nadawało im niezwykły wygląd. Ubiory te były nowe i kosztowały huk pieniędzy; a niemniej drogie były rumaki.  —
Niewątpliwie zdążali do rancha. Ukazanie się ich przed domem wywołało pewną sensację, naskutek kontrastu między dobrodusznym wyglądem a marsowym strojem. Nie robili zaś wiele ceregieli. Zeskoczyli z koni, ukłonili się i usiedli na dwóch pustych głazach, nie zapytawszy o pozwolenie.
Forner obrzucił obu przybyszów ciekawem spojrzeniem. Mimo doświadczenia długich lat, na Dzikim Zachodzie spędzonych, nie wiedział, co o nich sądzić. Nie mógł pohamować ciekawości, więc zapytał:
— Czy zechcieliby się gentlemani czemś uraczyć?
— Jeszcze nie teraz — odpowiedział Droll.
— A więc później. Jak długo zamierzacie tu zabawić?
— Zależy od okoliczności, jeśli to konieczne.
— Mogę was zapewnić, że u mnie jesteście bezpieczni.
— Gdzie indziej również!
— Tak mniemacie? A więc nie wiecie, że Nawajowie wykopali topór wojenny?
— Wiemy.
— I że Nijorowie już wyruszyli?
— I to wiemy.
— A jednak czujecie się bezpiecznie?
— Dlaczegóżby nie, jeśli to konieczne?
Wiadomo powszechnie, że prawie każdy westman ma swój ulubiony zwrot. Sam Hawkens używa stale wyrażenia „jeśli się nie mylę“; Droll znowu przyzwyczaił się do wyrażenia „jeśli to konieczne“. Często myśliwcy stosowali je w wypadkach najmniej właściwych, nie cofając się nawet przed sprzecznością. Tak się też w tym wypadku stało. Forner przeto ze zdumieniem obejrzał grubasa i zapytał poważnie!
— Czy zna pan te plemiona, sir?
— Znam nieco.
— To nie wystarcza! Nawet współżycie z Indjanami w zgodzie i przyjaźni niezawsze chroni przed utratą skalpu, skoro wybuchnie wojna z białymi. Jeśli droga panów wiedzie na północ, radzę z niej zrezygnować. Coraz tam niespokojniej! Jesteście wprawdzie dobrze uzbrojeni, lecz, jeśli sądzić z tych nowiutkich ubiorów, przybywacie ze Wschodu, a z waszych twarzy również nie można wyczytać doświadczenia nieulęknionych westmanów.
— Tak, to prawda! Sądzi pan ludzi według ubiorów, jeśli to konieczne?
— Tak.
— Pozbądź się pan tego nawyku, godnego krawca. Strzela się z dubeltówki, dźga się nożem, a nie twarzą, zrozumiano! Pod bitną, zaczepną powierzchownością może ukrywać się dusza zajęcza.
— Nie przeczę, ale panowie... Hm, czy nie mogę wiedzieć kim jesteście?
— Czemu nie? — Jesteśmy — no, zaliczamy się do tych, których zazwyczaj nazywają rentjerami.
— O biada! A więc dla rozrywki pojechaliście na Zachód?
— Przecież nie dla udręki.
— Jeśli tak, sir, to wróćcie; wróćcie, gdyż tutaj zgaszą was tak łatwo, jak świecę! Z tego, co mówicie, wnioskuję, że nie macie wyobrażenia o niebezpieczeństwach, które ten kraj nawiedzają, master — master — jak się pan nazywa?
Droll sięgnął do kieszeni, wyciągnął kartę wizytową i podał rancherowi. Ów zagryzł wargi, aby nie wybuchnąć śmiechem, i przeczytał na głos: Sebastjan Melchior Droll.
Hobble-Frank poszedł za przykładem towarzysza. Forner przeczytał: Heljogabalus Morfeusz Edeward Franke.
Przez chwilę obracał obie karty między palcami, a następnie roześmiał się na całe gardło i rzekł:
— Ależ, gents[12], co to za osobliwe imiona i jacy z was dziwni ludzie! Czy spodziewacie się, że wzburzeni Indjanie dadzą drapaka przed waszemi nazwiskami? Powiadam wam, że — —
Tu przerwał bankier Rollins:
— Proszę, master Forner, nie mów nic takiego, co mogłoby obrazić tych gentlemanów! Nie mam wprawdzie zaszczytu znać ich osobiście, ale wiem, że są godni najwyższego szacunku. — I, zwracając się do Hobble-Franka, dodał: — Sir, nazwisko pana jest tak niezwykłe, że zapamiętałem je ongi dobrze. Jestem Rollins, bankier z Brownsville z Arkanzasu. Czy kilka lat temu nie miałem dla pana przesyłki pieniężnej?
— Tak, sir, to prawda, — skinął Frank. — Powierzyłem pieniądze dobremu przyjacielowi, ten zaś złożył dług u pana, ponieważ Old Firehand polecił mu gorąco bank pański. Później, ponieważ nie mogłem sam odebrać, kazałem sobie przesłać pieniądze do New-Yorku.
— Słusznie, słusznie! — potwierdził Rollins. — Old Firehand, istotnie! Znalazł pan później wpobliżu Fillmore City, nad Srebrnem Jeziorem, jak mi się zdaje, wielkie pokłady srebra. Czy tak, sir?
— Tak — roześmiał się z zadowoleniem Frank. — Było tam parę naparstków tego kruszcu.
Forner zerwał się z miejsca i zawołał:
— Do piorunów! Czy to prawda, czy to być może? Był pan tam nad Srebrnem Jeziorem?[13]
— No tak. I ten mój kompan również.
— Naprawdę, naprawdę? Wówczas wszystkie gazety rozpisywały się na temat tej niezwykłej historji. Old Firehand, Old Shatterhand, Winnetou, gruby Jemmy, Długi Davy, Hobble-Frank, ciotka Droll i wielu innych. A więc zna pan owych ludzi, sir?
— Naturalnie, że znam. Tu właśnie siedzi ciotka Droll, obok mnie, jeśli pozwolicie panowie.
Mówiąc to, wskazał na swego towarzysza. Ten zaś nie pozostał dłużny:
— A tu macie naszego Hobble-Franka, jeśli to konieczne. Czy wciąż jeszcze mniemacie, że nie znamy Zachodu?
— Nie do wiary, naprawdę nie do wiary! A też to być nie może! Ciotkę Droll widuje się tylko w dziwacznym stroju, który go upodabnia do lady. A Hobble-Frank nosi zazwyczaj niebieski frak z jasnemi guziczkami; na głowie zaś ma wielki kapelusz z piórem!
— Czy zawsze tak być musi? Czy nie można się inaczej ubrać? Jako przyjaciele i towarzysze Old Shatterhanda i Winnetou chcieliśmy się do nich upodobnić. Jeśli nam nie wierzycie, rzecz to wasza. Nie mamy nic przeciwko temu.
— A jakże, wierzę, sir, wierzę! Słyszałem, że po ciotce Droll i po Hobble-Franku nie poznasz, jakie z nich wspaniałe zuchy, i w rzeczy samej — nie znać tego po was! Jakże mnie cieszy, że widzę was, messurs! Teraz jednak chcę się z waszych własnych ust dowiedzieć, jak się to wszystko wówczas odbyło i jak odkryliście ów wspaniały placer[14].
— Powoli, powoli, sirl — wtrącił bankier. — Możemy się tego kiedy indziej nasłuchać. Są rzeczy pilniejsze, przynajmniej dla mnie, — i zwrócił się zkolei do Drolla i Franka: — Nadarza mi się podobne odkrycie; jestem na drodze do zarobienia wielu, wielu miljonów.
— Czy zna pan podobny placer, sir? — zapytał Droll.
— Tak, nie złota wprawdzie, lecz nafty.
— Niezgorzej, sir. Nafta to płynne złoto. Gdzie się znajduje ten placer?
— To sekret. Master Grinley odkrył. Nie mogąc z braku odpowiednio wielkiego kapitału eksploatować placeru, chce mi go odstąpić. Jestem gotów zawrzeć ten interes; ale trzeba obejrzeć teren osobiście, i oto jadę tam wraz z moim buchalterem Mr. Baumgartenem. Jeśli opis Grinleya zgodny jest z prawdą, odkupię zmiejsca cały placer.
— A więc nie wie pan, dokąd zamierza master Grinley pana zaprowadzić?
— Niedokładnie. Jest rzeczą zrozumiałą, że Mr. Grinley pragnie zachować sekret do ostatniej chwili. Kiedy wchodzą w grę miljony, nie można gardzić żadnym środkiem ostrożności.
— Słusznie. Mam nadzieję, że nietylko on, ale i pan nie zapomina o zaleceniach ostrożności. Musi pan przecież mniej więcej wiedzieć, w jakiej okolicy Mr. Grinley odkrył ropę naftową.
— Wiem.
— No gdzie? Może mi pan zechce powiedzieć.
— Chętnie panu powiem, gdyż radbym usłyszeć zdanie pana. W okoliby Chelly, dopływu Rio San Juan.
Pełne rumiane oblicze Drolla wyciągnęło się niepomiernie. Długo się zastanawiał, zanim powtórzył:
— Chelly, dopływ Rio San Juan? Tam miałaby znaj — do — wać — się — nafta? — Przenigdy!
— Co? Jakto? Dlaczego? — zawołał bankier. — Nie wierzycie? Czy zna pan tę miejscowość?
— Nie.
— A więc nie możesz tak kategorycznie zaprzeczać!
— Czemu nie? Nie byłem tam nigdy, a jednak wiem, że nafty tam niema.
— Mr. Grinley był tam i znalazł naftę.
— Hm! Nie byłem także w Egipcie, ani na biegunie, a jednak, gdyby mnie kto zapytał, czy na Nilu pływa śmietana, a na biegunie rosną palmy, zaprzeczyłbym kategorycznie.
— Robi pan z tego szopkę. Wydawać tak pochopne i stanowcze sądy mógłbyś tylko jako geolog. Czy jesteś nim?
— Nie, ale posiadam swój zdrowy ludzki rozsądek i doświadczyłem go w dostatecznej mierze.
— Niesłusznie pan krzywdzi Grinleya — odezwał się Forner do westmana. — Każdy tutaj wie, że Grinley odkrył placer ropy naftowej. Już niejeden szpiegował go nadaremnie.
— Tak, nadaremnie, ponieważ ten placer wcale nie istnieje.
— Istnieje, powiadam panu! Mr. Grinleya nazywają tu powszechnie królem naftowym.
— Czego to dowodzi?
— Ale pokazywał mi nieraz próbki!
— To też nie dowód. Naftę każdy pokaże. Doprawdy, nie mogę uwierzyć, aby tam znajdowała się nafta. Miej się pan na ostrożności, Mr. Rollins! Rozważ pan, że niedawno operowali tutaj farmazoni, którzy skusili kapitalistów do eksploatowania kopalni brylantów i złota. Potem okazało się, że ani brylantów, ani złota nie było śladu.
— Sir, czy posądza pan Mr. Grinleya?...
— Ani mi w głowie nie postało! Ta sprawa wcale mnie nie obchodzi. Pytał pan o zdanie — wyraziłem je, i to wszystko.
— Dobrze! Czy mogę się dowiedzieć, co sądzi o tem Mr. Frank?
— To samo, co Droll, — odpowiedział Hobble-Frank. — Jeśli pan nam nie wierzy, poczekaj kilka dni, dopóki nie przybędą jeszcze dwie osoby, na których zdaniu będzie się pan mógł oprzeć bez zastrzeżeń.
— Któż to?
— Old Shatterhand i Winnetou.
— Co? — zapytał oszołomiony z radości gospodarz. — Obaj ci mężowie przybędą tutaj? Skąd wiecie?
— Od samego Old Shatterhanda. Od czasu do czasu pisuje do mnie listy. Przed ośmioma tygodniami zawiadomił mnie, że umówił się z Winnetou w ranchu Fornera nad Rio San Carlos.
— I spotkają się tutaj istotnie?
— Z całą pewnością.
— Może co stanąć na przeszkodzie!
— Tak. Ale w takim razie jeden z nich poczeka tutaj na drugiego. Bywało, że wyznaczali sobie spotkanie na dzień określony przy określonem drzewie olbrzymiego pralasu, i nigdy się nie wymijali. Kiedy więc przeczytałem list, byłem przeświadczony, że poradzą sobie z każdą przeszkodą i o oznaczonym czasie spotkają się w ranchu. Zdecydowałem się zmiejsca zaskoczyć ich swoją obecnością. Mój kuzyn Droll przyłączył się do mnie. Skoro wyłącznie w tym celu przybyliśmy z Niemiec, z Saksonji, to chyba może pan być pewny, że wkrótce ich tutaj ujrzysz.
— Z Niemiec? Z Saksonji? — odezwał się buchalter Baumgarten. — Jesteś pan Niemcem, sir?
— Tak. Nie wiedział pan?
— Nie. Może nawet otarło mi się o uszy, lecz zapomniałem. Tem bardziej cieszę się, że mogę pozdrowić rodaka. Oto moja ręka, sir. Pozwól mi swoją uściskać!
Hobble-Frank uścisnął serdecznie dłoń rodaka i przemówił w ojczystym dialekcie.
— Pan też z Niemiec? Gdybym tego nie przeżył, nigdybym nie uwierzył! W jakich ojczystych stronach właściwie skoczył pan z tamtej wieczności w tę doczesność?
— W Hamburgu.
— W Hamburgu? Tysiąc piorunów! Kilka godzin nad geograficznem miejscem, gdzie moja droga Elba święci swoje zaręczyny z Morzem Północnem. Więc obu nas ochrzczono tą samą wodą, a kiedy usiądę w mojem Sadle Niedźwiedziem, to mogę panu franko przesłać ukłony na falach.
Niedźwiedzie Sadło? — zapytał zdziwiony Baumgarten.
— Tak, tak! Tak się mianowicie nazywa willa, którą zbudowałem na rodzimej glebie. Jeśli pan przybędzie do Saksonji, musisz mnie odwiedzić. Znajdziesz wszystkie pamiątki po moich tamtejszych i tutejszych przeżyciach.
Baumgarten wiele słyszał o Hobble-Franku. Przypomniał sobie, że opowieści przedstawiały go jako dziwaka. Teraz miał go przed sobą. Wdał się z nim w długą gawędę, która ożywiła się jeszcze bardziej, kiedy i Droll przyłączył do niej swój altenburski dialekt. — —
Tymczasem Poller, dawny scout, podniósł się i oddalił pod pozorem, że chce rzucić okiem na wierzchowca. Stał przy nim chwilę, poczem znikł za węgłem domu. Podążył do obu braci Buttlarów, leżących na trawie i prowadzących ożywioną rozmowę. Dla jasności będziemy jednego z braci i nadal nazywali jego przybranem nazwiskiem Grinley. Ci godni siebie braciszkowie, z kamratami podobnego usposobienia, grasowali niegdyś na obszarze między Kalifornją, Nevadą i Arizoną. Gwałty ich i występki nareszcie zmusiły uczciwych ludzi do zespolenia się w związek samoobrony, który w krótkim czasie silną pięścią zmiażdżył bezprawie. Rozgromiono bandę, zl nchowano większość zbrodniarzy. Salwowali się tylko nieliczni. Jednakże między tymi byli dwaj najniebezpieczniejsi, najgroźniejsi hersztowie. Jak wspomnieliśmy, po pogromie rozjechali się na różne strony; jeden na południu zwertował szajkę finderów, drugi zaś wałęsał się przez długi czas bez planu po Utah, Colorado i New-Mexico, dopóki nie wpadł na nowy nikczemny pomysł. Do wykonania projektu zabrał się z całym zapałem. Tu, w ranchu Fornera, spotkawszy brata, wtajemniczył go w zarys swego planu. Buttler mierzył go zdumionem spojrzeniem.
— Byłeś zawsze sprytniejszy ode mnie i — wyznam ci, że twój plan przypada mi ogromnie do gustu. Czy myślisz, że bankier Rollins wpadnie w pułapkę?
— Stanowczo. Poprostu traci przytomność na myśl o tym interesie, który za jednym zamachem da mi sto tysięcy dolarów.
— Tyle — — tyle płaci? — zawołał Buttler.
— Cyt, ciszej! Tu nieraz trawa miewa uszy. Pomyśl, że Rollins jest przeświadczony, iż łatwo w krótkim czasie wyciągnie z pokładu krocie.
— Ale kiedy zapłaci? Wkrótce może mu spaść z oczu łuska.
— Natychmiast zapłaci, natychmiast! Wiem, że już teraz ma czeki przy sobie. Trzeba je tylko podpisać, a podpisze czem prędzej, gdyż widok nafty przyprawi go o istny zawrót głowy.
— Dziwi mnie tylko jedno, że nie zabrał ze sobą eksperta. Buchalter, który mu towarzyszy, nie zna się przecież na ropie naftowej.
— Tak, sprytnie się urządziłem. Im więcej towarzyszów, tem więcej amatorów do kupna. Rollins pragnął usunąć wszelką możliwość konkurencji. Gdyby zabrał ze sobą inżyniera, ten mógłby na własną rękę potajemnie ze mną potraktować. Ja mu tę myśl nasunąłem, aczkolwiek zdaje mu się, że powziął ją samorzutnie. Pojechał zaś z buchalterem tylko w tym celu, aby miał każdej chwili kim dysponować. Podoba mi się ten towarzysz — głupie dobroduszne niemczysko. Nie wyczuje w tym interesie naftowym szwindla.
— Czyś przeświadczony, że zapas nafty jest dostateczny? — zapytał Buttler po chwili.
— Wystarczy, Możesz sobie wyobrazić, ile pracy kosztowało mnie przewożenie poszczególnych baryłek na miejsce. Nikt nie powinien był tego zobaczyć; musiałem omijać każde spotkanie. Zajęło to pół roku. Pracowałem sam, gdyż nie mogłem nikomu zaufać, a ciebie tutaj nie było.
— Czy mógłbyś sam dokonać pozostałej pracy?
— Musiałbym, ale też musiałbym natężyć wszystkie siły. Weź pod uwagę, że jestem przewodnikiem bankiera, że zatem nie mogę się od niego oddalić, nie budząc jakiegoś podejrzenia. A jednak musiałbym, skoro miałbym sam jeden napełnić basen naftą. Jest tam czterdzieści beczek praca przerastająca siły jednego człowieka, jeśli nadomiar ma pracować kryjomo. Dlatego też cieszę się, że cię spotkałem. Liczę na twoją pomoc.
— Z najwyższą przyjemnością. Ale, oczywiście, nie za darmo.
— Rozumie się. Wprawdzie ze stu tysięcy dolarów nie zdejmę ani centa, bo zarobiłem je rzetelnie, a tobie zaś pozostaje tylko otworzenie beczek; zażądam jednak więcej i nadwyżkę dam tobie, rozumiesz?
— A jeśli Rollins nie da?
— Doda na pewno. Zresztą, znasz mnie i wiesz, że się pogodzimy. Ale będziesz musiał dziś jeszcze wyruszyć, bo, jeżeli zostaniesz tu dłużej, może wyjść najaw, że jesteśmy braćmi.
— I tak muszę wyjechać, ponieważ po obiedzie przybędą wychodźcy wraz z „trójlistkiem“, którzy mnie nie powinni zobaczyć.
— Czy wiedzą, że na nich czyhasz?
— Nie, nie przypuszczam, nie mogli się przecież dowiedzieć, żem drapnął. Musieliśmy pędzić co koń wyskoczy, aby ich przegonić. Ten chytry Hawkens namówił do zboczenia z obranego kierunku. Przeprawił się przez Gila, zamiast jechać wzdłuż tej rzeki, a następnie w farmie Bella zamienił powolne woły na szybsze muły, pozbył się wozów i wszelkiego zbytecznego bagażu. Teraz wszyscy dosiadają wierzchowców.
— Czy wiesz na pewno, że przyjadą tu dzisiaj?
— Tak, podkradłem się wczoraj wieczorem pod obóz. Poller też słyszał.
— Ah, ten Poller! Czy ci nie zawadza?
— Chwilowo nie.
— Ale mnie zawadza. Czy nie możesz się go pozbyć?
— Z trudem. Zechce się zemścić, zdradzi mnie „trójlistkowi“, a następnie wyśpiewa coś o tobie.
— Przecież mnie nie zna!
— A jednak. Kiedy cię zobaczyłem, powiedziałem mu, żeś moim bratem. Teraz prawdopodobnie rozprawiają tam o twoich źródłach nafty; wykoncypuje odrazu całą rzecz i zdradzi ciebie, jeśli go opuszczę.
— To głupie. Nie powinieneś mu był się zwierzać.
— Stało się i nie odstanie. Poza tem ułatwi mi pracę tam nad Gloomywater[15].
— Czy chcesz go wtajemniczyć w aferę?
— Tylko w części.
— Zażąda udziału.
— Może żądać — nic nie dostanie. Skoro będzie nieprzydatny, usunę go bez skrupułów.
Well, to mi się podoba! Chwilowo niech nam pomaga, a następnie dostanie kulkę, lub utonie w nafcie. Kiedy stąd wyruszycie?
— Możemy natychmiast.
— Pięknie! Wieczorem będziecie już daleko.
— Mylisz się. Nie mam zamiaru spuszczać z oka wychodźców.
— Będziesz musiał ich poniechać.
— Bynajmniej. Jest tu jeden, nazywa się Ebersbach, który ma przy sobie sporo gotowizny. Oprócz tego wychodźcy posiadają spory dobytek nie do pogardzenia. Dodajmy do tego zemstę, z której nie mogę skwitować.
— Nie dogadza mi ta zemsta; krzyżuje się z moim planem!
— Bynajmniej. Droga wychodźców wypada przez okolice Gloomywater. Masz się tylko do nich przyłączyć; resztę biorę na siebie.
W tej chwili zobaczyli Pollera. Scout podszedł do nich i rzekł poważnie:
— Muszę wam przeszkodzić; przynoszę ważną wiadomość.
— Czy naprawdę aż tak ważną, że musi nam pan przerywać rozmowę? — zapytał niechętnie Buttler.
— Tak. Przybędą tu Old Shatterhand i Winnetou.
— Do piorunów! — krzyknął Grinley. — Czego ci tutaj szukają!
— Cóżto ciebie obchodzi, że przyjadą? — zapytał Buttler, nie tracąc spokoju.
— Gdziekolwiek ci dwaj przybędą, nie znajdziesz spokoju. O wszystkiem wiedzą i wszystko wywąchają.
— Hm, to prawda. Skąd pan wie, Mr. Poller, że przyjadą?
— Przybyli dwaj jeźdźcy z tą nowiną. Pragną tu poczekać na Old Shatterhanda i Winnetou, do których są uderzająco podobni z ubioru. Siedzą teraz przy stole i szwargocą z buchalterem bankiera po niemiecku.
— Skąd pan wie, — zapytał Grinley — że to buchalter i bankier?
— Z własnych ust Rollinsa.
— Czy mówił coś więcej o nas?
— Ma pan na myśli naftę? Tak, mówił o nafcie.
— Fatalność! — zawołał Grinley, zrywając się z miejsca. — Muszę do nich pośpieszyć i zatkać im usta. Powiada pan, że rozmawiają po niemiecku. Czy to Niemcy?
— Tak. Jeden nosi przezwisko ciotka Droll, a drugi nazywa się Hobble-Frank.
— Co pan mówi? Przecież ci należą do towarzystwa, które się w tak krótkim czasie zbogaciło nad Srebrnem Jeziorem!
— Tak. Zdaje się, że mają przy sobie sporo gotówki.
— A co mówili o mojem źródle nafty?
— Ostrzegli bankiera przed oszustwem.
— Pioruny i bomby! Czyż nie powiedziałem odrazu, że Old Shatterhand i Winnetou sprowadzą nieszczęście! Jeszcze nie przybyli, a już mi djabeł bróździł Musimy umykać. Co na to bankier?
— Zdaje się, że nie podważyli jego zaufania. Poradzili mu, aby czekał na Winnetou i Old Shatterhanda, i zasięgnął ich opinji.
— Tego mi brakowało! Czy się zgodził?
— Nic jeszcze nie powiedział. Siedzi, milczy; zdaje się zastanawiać.
— Wybiję mu z głowy te brednie. Przedtem jednak muszę rozmówić się z panem, bo powinniście już jechać. A zatem posłuchajcie, co wam powiem!
Układali się przez kilka chwil szeptem, kilkakrotnie ściskając sobie ręce. Następnie Buttler i Poller wrócili do ranchera i oświadczyli, że czas im w drogę. Chcieli zapłacić za gościnę, Forner jednak oświadczył, że jego rancho nie jest gospodą. Wkrótce odjechali, nie wymieniwszy nawet nazwisk, ani celu podróży. Nikt ich zresztą o to nie pytał.
Niebawem ukazał się Grinley, jakoby po wypoczynku. Przywitawszy się z ciotką Droll i Frankiem, usiadł zpowrotem na swojem miejscu i przybrał wyraz szczery a zacny, który miał pozyskać ich przychylność. Bankier nie mógł się powstrzymać od nawiązania rozmowy do ostrzeżeń westmanów.
— Master Grinley, tu siedzą dwaj dobrzy znajomi Winnetou i Old Shatterhanda, mianowicie Mr. Droll i Mr. Hobble-Frank. Ci panowie nie wierzą w waszą naftę. Co pan o tem powie?
— Co ja o tem powiem? — odpowiedział obojętnie zapytany. — Powiem, że nie wezmę im tego za złe. Trzeba postępować bardzo ostrożnie, kiedy w grę wchodzą tak wielkie sumy. Ja sam nie wierzyłem, dopóki eksperci nie zbadali próbek nafty. Jeżeli ci panowie wątpią, niech z nami jadą, a zobaczą, jaki to wspaniały placer.
— Chcą zaczekać na Winnetou i Old Shatterhanda.
— Nie mam nic przeciwko temu. Ale ponieważ nie sprzedaję swego placeru Winnetou, ani Old Shatterhandowi, więc ja mogę na nich nie czekać.
— Ale jeśli ja zechcę?
— Nie myślę panu przeszkadzać. Nikogo nie zniewalam. Pojadę do Frisco i znajdę tam dosyć wielu kapitalistów, którzy odrazu się zgodzą i nie sprawią mi zawodu. Kto nie ufa, może zostać w domu!
Wychylił duszkiem szklankę brandy i udał się do konia.
— Oto macie go! — rzekł bankier. — Jego zachowanie się musi nas przekonać, że jest pewny sprawy.
— Stanowczo — odpowiedział ciotka Droll. — Ale, czy ta sprawa jest uczciwa, to się dopiero później okaże.
— Obraziłem go i nie będzie tu czekał. Rozumie się, że nie puszczę go samego, — nie chcę stracić tak niezwykłej okazji. Przyzna pan chyba, że nieufność byłaby bezpodstawna.
— Dla pana prawdopodobnie tak. Ale poczytujemy sobie za obowiązek przestrzec pana. Powiedzieliśmy, że tam, dokąd pan jedzie, niepodobna znaleźć nafty. Nie znaczy to jeszcze, aby Grinley był oszustem, gdyż on sam mógł paść ofiarą oszustwa. Jednakże wyznam panu otwarcie, że nie podoba mi się jego powierzchowność. Dziesięciokrotniebym sobie rzecz przekładał, zanim obdarzył go zaufaniem.
— Dziękuję panu za szczerość, ale jestem zdania, że człowiek nie odpowiada za swoją powierzchowność, bo nie on ją urabiał.
— Mylisz się, sir! Wygląd, który natura nadaje człowiekowi, podlega zmianom pod wpływem trybu życia i wrażeń, przyczem dusza bierze w tych zmianach żywy udział. Nie zaufam człowiekowi, który mi nie spojrzy prosto w oczy, a Grinley nie spojrzy. Nie wpajam w pana, że to opryszek, chcę go tylko pobudzić do ostrożności.
— Sir, i tak nie postępowałbym lekkomyślnie. Jestem człowiekiem interesu i zwykłem długo się zastanawiać. Kiedy mam wyłożyć wielkie kwoty, namyślam się stokrotnie, zanim co postanowię. Przytem jest nas dwóch na jednego, Mr. Baumgarten bowiem to godny zaufania i wypróbowany urzędnik.
— Hm, ale Grinley może mieć wspólników którzy na pana czekają. Poza tem powinien pan wziąć pod uwagę, że wojna nawiedza tereny, które stanowią cel pana podróży. Zresztą, cóż z tego, że was jest dwóch, a on tylko jeden. Wszak może was znienacka zastrzelić, albo spętać podczas snu, aby potem wymusić pieniądze. Dlatego proponowałem, abyście czekali na Old Shatterhanda i Winnetou, na których zdaniu możecie w zupełności polegać.
Rollins przez chwilę zastanawiał się z oczami utkwionemi w ziemi, poczem rzekł:
— Niestety, nie mogę na nich czekać. Jeśli będę się upierał, król nafty pojedzie beze mnie.
— Jestem tego pewny i wiem nawet, dlaczego się lęka towarzystwa takich ludzi. W każdym razie spełniłem swoją powinność, ostrzegając. Pan decyduje.
— Trudno, bardzo trudno decydować zmiejsca. Dotychczas ufałem Grinleyowi bez zastrzeżeń. Teraz stoję na rozdrożu. Co czynić — zrezygnować? Nigdy nie będę mógł tego sobie wybaczyć, jeśli interes jest solidny! Mr. Baumgarten, co mi pan doradzi? Buchalter z uwagą śledził rozmowę, nie biorąc w niej udziału. Teraz na zapytanie bankiera odezwał się:
— W tak poważnej sprawie nie mogę panu radzić, gdyż nie chciałbym brać na siebie ciężkiej odpowiedzialności. Mogę panu jedynie powiedzieć, jak postąpiłbym na pana miejscu.
— No? Zrezygnowałby pan, czy zaryzykował?
— Ani jedno, ani drugie.
— Trzeciego wyjścia wszak niema!
— A jednaki Pojechałbym z królem nafty, a mimo to nie naraziłbym się na niebezpieczeństwo.
— Jakżeto?
— Poprosiłbym obu tych gentlemanów, Mr. Drolla i Mr. Franka, aby nam towarzyszyli. W kompanji tak doświadczonych ludzi możemy się niczego nie bać.
— Słusznie! Ale czy naprawdę pojedziecie z nami, moi panowie?
— Hm, — rzekł Hobble-Frank — właściwie wcale chętnie, gdyż Mr. Baumgarten jest naszym rodakiem, a rodacy powinni trzymać się społem. Wiecie jednak, dlaczego musimy tu zostać.
— Musicie? — wtrącił Baumgarten. — Bynajmniej! Winnetou i Old Shatterhand mogą za wami pojechać, albo, jeśli nie zechcą, czekać tu waszego powrotu. Pomyślcie panowie, że do rzeki Chelly jest trzy dni drogi, a więc sześć dni wraz z drogą powrotną, — niewiele to dla ludzi, którzy mogą nie liczyć się z czasem, dla ludzi, którzy są panami swoich dni i tygodni.
— Przyznajemy, że pod tym względem jesteśmy nietylko panami, lecz równi hrabiom i książętom. Zresztą, nasi znakomici przyjaciele poczekają na nas chętnie, lub pojadą wślad za nami, jeśli ich o to za pośrednictwem ranchera poprosimy. Nie spodziewają się nas tutaj spotkać. Wiadomość o tem tak ich uraduje, że chętnie zastosują się do naszych życzeń. Co o tem myślisz, ciotko Droll?
— Jedziemy — odpowiedział lakonicznie zapytany.
— Old Shatterhand na pewno pojedzie za nami wraz z Apaczem. Chciałbym zajrzeć w ręce tego króla nafty, a ponieważ nie chce czekać, więc nic nam innego nie pozostaje, jak jechać z wami. Dwie ważne pobudki skłaniają nas do tego: chodzi o interes miljonowy, a następnie Mr. Baumgarten jest naszym rodakiem, a zatem ma prawo żądać od nas pomocy.
— Dziękuję — odpowiedział buchalter, ściskając im ręce. — Szczerze wyznaję, że nie miałem przekonania do króla naftowego, dlatego właśnie uprosiłem Mr. Rollinsa, aby mnie zabrał ze sobą. Podczas podróży obserwowałem Grinleya, ale nie odkryłem nic, co mogłoby uzasadnić moje obawy. Lecz teraz, kiedy nam towarzyszą tacy ludzie, jak wy, jestem dobrej myśli. Zawrzyjmy przyjaźń!
Podał im ponownie rękę. Uradowany bankier naśladował go chętnie. Ranchero, który dopiero co podszedł do nich i usłyszał zakończenie rozmowy, rzekł:
— Słusznie, messurs, trzymajcie się razem! Radzę nietyle z nieufności do króla nafty, o którym nic złego nie mogę powiedzieć, ile ze względu na Indjan. Nijorowie i Nawajowie wykopali topór wojny. Krążą nawet wieści, że nie można ufać tak skądinąd spokojnym Indjanom Moqul. Z przykrością rozstaję się z wami, messurs. Co mam powiedzieć Winnetou i Old Shatterhandowi, skoro przybędą?
— Niech na nas tutaj czekają, albo, jeśli nam pragną wyświadczyć przysługę, niech podążą za nami ku rzece Chelly, — odpowiedział Droll. — Muszę jeszcze bardzo prosić pana, abyś nie wspomniał o tem królowi naftowemu.
— Przyrzekam chętnie. Nie dowie się ani słowa. Gdzież mógł się podziać?
Wyszedł przed wrota, za któremi poprzednio znikł Grinley.
Od południa zbliżała się do rancha grupa Jeźdźców. — — —




III
STRASZYDŁO

Z daleka ranchero to jedynie dostrzegł, że jeźdźcy prowadzą juczne zwierzęta. Niebawem przekonał się, że w gromadzie jadą nietylko mężczyźni, ale również kobiety i dzieci. Część dosiadała koni, część jechała na mułach. Na przodzie pędził kusy jegomość w zbyt dużej i zbyt obszernej skórzanej kurtce. Poprzez gęsty zarost widać było tylko parę maleńkich chytrze świecących oczu oraz nos zastraszających rozmiarów. Był to Sam Hawkens, który wraz ze swymi przyjaciółmi, Dickem Stone i Willem Parkerem, objął kierownictwo karawany. Teraz oto puścił w cwał swego starego muła. Skoro zatrzymał się przed wrotami, powitał Fornera w te słowa:
Good day, sir! Nieprawdaż, że ta osada nazywa się rancho Fornera?
Ay, master, tak jest, — odpowiedział Forner, zmierzywszy od stóp do głów przybyszów. — Wydajecie się wychodźcami, master?
Yes, o ile nie ma pan nic przeciwko temu.
— Nic, jeśli jesteście uczciwymi ludźmi. Skąd przybywacie?
— Nieco z Tucsonu, jeśli się nie mylę.
— Przebyliście więc żmudną drogę, tem bardziej, że wleczecie ze sobą dzieciaki. Dokąd zdążacie?
— Ku Colorado. Czy ranchero jest w domu?
Yes, jak widzicie. To ja właśnie.
— A więc powiedz pan, czy do jutra rana możemy się u was zatrzymać?
— Tak. Mam nadzieję, że nie będę tego później żałował.
— Nie objemy was, możecie być pewni. A za wikt zapłacimy uczciwie, jeśli się nie mylę.
Zsiadł z konia. Król naftowy z początku stał zdaleka, potem jednak zbliżył się i przysłuchiwał rozmowie. Poznał więc, że ma przed sobą wychodźców, których polecił mu brat. Reszta przygodnie zebranego towarzystwa również wyszła przed wrota w chwili, kiedy wychodźcy zeskakiwali z wierzchowców. Nie obeszło się bez wypadku. Kłapouch, który dźwigał panią Rozalję, kierował się widocznie własnym rozumem; nie pozwalając jej zsiąść, cwałował dalej. Hobble-Frank, jako obyty i szarmancki kawaler, pośpieszył z pomocą, co tak oburzyło muła, że podniósł naraz przednie kończyny i zrzucił amazonkę ze siebie. Runęłaby na ziemię, gdyby Frank nie chwycił jej w objęcia. Zamiast podziękować, wyrwała się, uderzyła go potężnie w bok i huknęła ze złością:
Sheep’s-bead! — Barania głowo!
Sheep’s-nose! — Barani nosie! — odpowiedział Frank.
Clown! — Grubjanin! — krzyczała, wściekle zaciskając pięści.
Stupid girl! — Idjotka! — roześmiał się i odwrócił od niej.
Uważając Franka za Amerykanina, obdzieliła go znanemi sobie angielskiemi wyzwiskami. Stupid girl tak ją rozzłościło, że uchwyciła Franka za rękę i, ponieważ wyczerpał się zasób jej angielszczyzny, zgromiła po niemiecku:
— Ośle, skończony ośle! Jak śmie pan obrażać damę! Czy nie wie pan, kim ja jestem? Jestem pani Rozalja Eberschbach, z domu Morgenschtern, wdowa po młynarzu. Zaskarżę pana, do sądu podam! Z początku wyprowadził pan mego osła z równowagi, potem łapie mnie pan za biodra, wkońcu obrzucasz wyzwiskami, których przyzwoity człowiek nie zna nawet. Ta zniewaga krwi żąda! Zrozumiano?
Obejrzała go wyzywająco i wzięła się pod boki. Hobble-Frank z oszołomienia cofnął się o krok i zapytał po niemiecku:
— Jakto? Pani godność Rozalja Eberschbach?
— Tak — odparła, posuwając się o krok.
— Z domu Morgenschtern? — zapytał, cofając się o dwa kroki.
— Naturalnie! A może ma pan coś przeciwko temu? — rzekła, posuwając się także o dwa kroki.
— Wdowa po młynarzu?
— No, tak! — skinęła.
— Ale w takim razie jest pani Niemką?
— I co za Niemką! Niech usłyszę jeszcze jedno złe słówko, a poznasz mnie! Jestem przyzwyczajona do uprzejmości. Zrozumiano?!
— Ależ byłem dla pani uprzejmy!
— Uprzejmy? Co pan powiada! Czy to uprzejmość chwytać mego osła?
— Chciałem go zatrzymać, bo nie słuchał pani.
— Nie słuchał? A więc posłuchaj pan, co powiem! Mnie słucha każdy osioł, niech pan to sobie zmiarkuje! Pan omal mnie nie zadusił w ramionach! Dech mi zaparło, świeczki stanęły w oczach. Wypraszam sobie podobne czułości! Z damą trzeba się obchodzić grzecznie i bardzo ostrożnie. Jesteśmy piękniejszą i delikatniejszą płcią, i wymagamy delikatnego postępowania. Ale kto łapie jak tragarz i — — —
Nie zdołała dokończyć; za nią rozległ się okrzyk, który ją oszołomił, okrzyk zdumienia i zachwytu:
— Boże miłosierny, to przecież znakomity Hobble-Frank!
Frank odwrócił się szybko i, ujrzawszy mówcę, zawołał z równie wielkiem zdumieniem:
— Nasz kantor Hampel! Czy to być może! Zsiadaj pan i spocznij w moich objęciach!
Szanowny kompozytor, jak zwykle, jechał nakońcu oddziału i dopiero teraz przyłączył się do towarzystwa. Podniósł ostrzegawczo palec i odpowiedział:
— Kantor emeritus, jeśli mogę prosić, panie Frank! Wie pan, że tylko przez wzgląd na dokładność i aby uniknąć qui pro quo. Wszak może egzystować inny kantor, także Mateusz Aureljusz Hampel, jeszcze nie emerytowany. Ceterum, zanim zsiądę, jeszcze na jeden punkt zwrócić muszę pana uwagę.
— Na jaki? Jestem bardzo ciekaw, mój szanowny i drogi kantorze.
— Widzi pan, semper idem! Powiada pan tylko kantor, podczas gdy ja tytułuję pana grzecznie panem Frankiem. Amator artis powinien wymagać szacunku, i dlatego zanoszę do pana suplikę, abyś na przyszłość nie zapominał dodawać „pan“. To bynajmniej nie z pychy, lecz przez wzgląd na dokładność, jak pan chyba sam rozumie.
Kantor bardzo ostrożnie zsiadł z konia i objął Franka majestatycznym ruchem. Westman odpowiedział ze śmiechem:
— Tutaj, na Dzikim Zachodzie, dokładność jest właściwie zbyteczna, ale jeśli to pana bawi, albo ma sprawić przyjemność, nie zapomnę mówić panie kantorze.
— Panie kantorze emeritus, bardzo proszę!
— Dobrze, pięknie! Ale powiedz mi pan przedewszystkiem, co go tutaj zagnało. Rozumie pan chyba, że nie spodziewałem się reservoir pana w tym kraju.
Revoir, t. zn. spotkanie, chciał pan zapewne powiedzieć! Powinien się pan był spodziewać tego spotkania. Wiedział pan przecież, że noszę się z zamiarem skomponowania opery?
— Tak. Mówił pan, że chcesz skompromitować operę w trzech, czy czterech aktorkach.
— Dwanaście! Skomponować, a nie skompromitować! I nie aktorki, ale akty! Ma to być opera heroica, ergo chciałem jechać na Zachód, aby zebrać materjały do opusu. Niestety, pan opuścił ojczyznę, nie zawiadomiwszy mnie uprzednio. Wszakże wiedziałem, dokąd pan zmierza, i dlatego pojechałem za panem.
— Co za nieostrożność! Czy mniema pan, że można się tutaj równie łatwo i prędko spotkać, jak w domowych pieluchach, Uhlandzie Szalony?
— Rolandzie, chciał pan powiedzieć, — poprawił kantor.
Frank zmarszczył czoło i rzekł z wyrzutem:
— Słuchaj pan, panie kantor, przebrała się miarka; ja nie mogę i nie powinienem ścierpieć pana korekty. W poprzednich wypadkach przepuszczałem ją mimo uszu, ale teraz skończone! Pańskie negocje są dla mnie rękawiczką obelgi, która właściwie zmusiłaby mnie do pojedynku, gdyby nie to, że jesteśmy przecież dobrymi przyjaciółmi. A zatem, nie przerywaj mi pan, kiedy wypowiadam swój sąd. Rozparcelowanie naszej wzajemnej sympatji, przez wzgląd na pana, sprawiłoby mi przykrość. Teraz zaś pozwolę sobie przedstawić pana memu przyjacielowi i kuzynowi, zaczem spodziewam się, że zaprezentuje mnie pan swoim kompanom.
Dobroduszny kantor, niezrażony tą perorą, spełnił życzenie swego przyjaciela i wymienił nazwiska towarzyszów. Przez dłuższy czas pytania krzyżowały się z odpowiedziami. Trzeba jednak było rozbić obóz i zaopiekować się zwierzętami.
Król naftowy przez parę chwil przyglądał się tym zajęciom. Musiał przyrzec żądnemu zemsty bratu, że się przyłączy do wychodźców. Korzystając z tego, że Sam stanął na uboczu, podszedł doń, ukłonił się grzecznie i rzekł:
— Słyszałem, że mam przed sobą westmana Sama Hawkensa. Czy wymieniono panu moje nazwisko?
— Nie — odpowiedział westman z równą uprzejmością.
Król nafty był przyrodnim bratem Buttlera. Nie dostrzegłbyś jednak między nimi żadnego podobieństwa. Sam nie mógł więc zmiarkować, że ma przed sobą tak bliskiego krewnego herszta finderów.
— Jestem Grinley; nazywają mnie tutaj królem nafty, ponieważ znalazłem wspaniałe źródło oleju skalnego.
— Źródło oleju skalnego? — zapytał żywo Sam. — W takim razie szczęście panu dopisało i możesz zrobić wspaniałą fortunę. Czy zamierza pan eksploatować źródło na własną rękę?
— Nie mam środków.
— A więc sprzeda pan?
— Tak.
— Czy ma pan już kupca?
— Znalazłem takiego. Siedzi tam na dziedzińcu — Mr. Rollins, bankier z Brownsville w Arkanzas.
— Nie daj się pan ocyganić i żądaj, ile tylko można. Czy chce go pan zawieźć do źródła?
— Tak.
— Czy to daleko?
— Niebardzo.
Well, miejsce jest pana sekretem, — nie będę pana pytał. Aliści zagadnął mnie pan, z czego wnioskuję, że ma pan do mnie jakiś interes?
— Słusznie, sir. Opowiadano poprzednio, że dąży pan w okolice Colorado?
— Stanowczo.
— Moje źródło znajduje się nad rzeką Chelly, a zatem wypada nam stąd wspólna droga.
— Właściwie tak. Ale czemu pan o tem mówi?
— Ponieważ chcę pana prosić, abyś pozwolił mi przyłączyć się do karawany.
— Wraz z bankierem?
— Tak, i jego buchalterem.
Sam zmierzył króla naftowego od stóp do głów i odpowiedział:
— Hm, jak panu wiadomo, w tych okolicach trzeba ostrożnie dobierać towarzystwo.
— Wiem o tem dobrze, ale powiedz mi, sir czy wzbudzam nieufność?
— Nie chcę tego twierdzić, jeśli się nie mylę. Ale czemu chce pan z nami jechać? Taki placer odkrywca zachowuje w sekrecie i dlatego wydaje mi się podejrzanem, że chcesz nam towarzyszyć, jeśli się nie mylę.
— Co się tego tyczy, jestem całkowicie przeświadczony, że taki Sam Hawkens nie zechce mnie oszukać.
Well, trafił pan w sedno. Przeze mnie ani przez moich towarzyszów nie straci pan kropli nafty.
— Powodują mną także dwie inne przyczyny. Czerwoni burzą się, dlatego będzie mi u was bezpieczniej, niż gdybym tylko z tymi dwoma jechał. Rozumie pan?
— Bardzo dobrze, jeśli się nie mylę.
— A następnie Mr. Droll popsuł mi szyki. Szczerze wyznaliśmy mu, czego szukamy nad Chelly, a on w odpowiedzi na to podburzył przeciwko mnie bankiera. Nie wierzy, że nad Chelly można znaleźć naftę.
— Hm, nie mogę mu tego brać za złe. Muszę panu wyznać, sir, że ja też nie wierzę.
— Mówi pan poważnie?
— Z całą powagą.
— A więc i pan mnie uważa za oszusta?
— Nie. Przypuszczam natomiast, że pana oszukano.
— Nikt mnie nie mógł oszukać, gdyż ja odkryłem placer!
— A więc oszukałeś siebie samego, i jakiś inny płyn bierzesz za naftę.
— Ależ, sir, jakiż to mógłby być płyn?
— Nie wiem. Alem gotów przysiąc, że nad Chelly niema nafty.
— Zna pan tę miejscowość?
— Tak, byłem już tam, jeśli się nie mylę.
— Długo?
— Nie, kilka dni wszystkiego. Ale i to zbyteczne. Nie trzeba tam być, aby wiedzieć, że niema śladu nafty. Poprostu, nie odpowiada to miejscowości. O, gdyby pan powiedział, że znalazł złoto i srebro, albo inne metale, to mógłbym wierzyć, ale naftę — nigdy!
— Rzeczoznawcy badali.
— Tak? I jakże rezultat wypadł?
— Ku mojemu najwyższemu zadowoleniu.
— Nie mogę tego zrozumieć. W takim razie stał się cud i przyznaję, że chętnie obejrzę tę osobliwą naftę.
— Do usług, sir, jeżeli tylko pan pozwoli się nam przyłączyć.
— Zaprowadzi mnie pan do placeru?
— Tak.
Well, to mnie cieszy. A zatem Mr. Droll nie wierzył w istnienie nafty i Mr. Frank także nie?
— Obaj nie wierzyli.
— I to pana złości?
— Złości mnie właściwie tylko to, że poderwali wiarę bankiera. Mogą sobie wątpić do końca życia, ale powinni byli zachować wątpliwości dla siebie. Omal wniwecz nie obrócili całego interesu.
— Czy się ten Mr. Rollins naprawdę zawahał?
— Tak. I właśnie z tego też względu zwróciłem się do pana. Świadomi opieki pana, przestaną podejrzewać, że noszę się ze złemi zamiarami. Czy wyświadczy mi pan tę grzeczność, sir?
— Chętnie, ale przedtem chciałbym zasięgnąć opinji przyjaciół.
— Czy to konieczne, sir? Czy aż tak podejrzanie wyglądam, że pan, przywódca karawany, musi pytać innych o pozwolenie?
— Nie jest tak źle. Jeśli mi pan pozwoli mówić bez osłonek, wyznam, że nie uważam pana za oszusta, ale też nie ręczyłbym za pana głową. Uważam pana za człowieka, którego trzeba poznać, i wypróbować, zanim się wyda sąd. Dlatego pragnę się poradzić Dicka Stone i Willa Parkera.
— Do licha, sir! Szczerość pana nie przynosi mi chluby!
— Czy woli pan, żebym w oczy mówił komplementa, a za oczami obmawiał? Bynajmniej, nie chcę pana odtrącać — przeciwnie, przyjmuję propozycję.
— Dziękuję, sir. A kiedy pan stąd odjeżdża?
— Jutro rano, jeśli się nie mylę. A kiedy panowie zamierzali?
— Dzisiaj. Namówię jednak Mr. Rollinsa i Mr. Baumgartena, aby czekali do jutra.
— Doskonale, sir. Nasze zwierzęta są zmęczone. Kobiety i dzieci, które z nami jadą, nie przywykły do jazdy konnej. Pragnę wierzyć, że nie będę później robił sobie wyrzutów.
— Płonne obawy, sir! Jestem uczciwym człowiekiem; dowiodę tego gotowością pokazania wam piaceru. Inny na mojem miejscu nie kwapiłby się zdradzić sekretu.
— Tak, ja przynajmniej nie zdradziłbym swej tajemnicy nikomu, prócz nabywcy. A więc doszliśmy do porozumienia, sir. Jutro rano wyruszamy.
Odwrócił się od niego. Król naftowy skierował się ku podwórzu, zaklął, poczem mruknął do siebie ze złością:
Damned fellom! Pożałujesz! Wypalić mi coś podobnego w oczy. Musi mnie wybadać i wypróbować, zanim będzie uważał za uczciwego człowieka! Bodaj go piorun! Teraz się nawet cieszę, że brat gotuje mu zemstę. Nie miałem chęci wiązania się z tą bandą, ale po takiej zniewadze z największą rozkoszą wydam ich w jego ręce. Tak, obejrzą naftę, i to jaką!
Zwierzęta skubały świeżą trawę i piły chciwie wodę. Sporządzono namioty z prętów i koców, ponieważ takie mnóstwo osób nie mogło się zmieścić w ranchu. Kobiety zakrzątały się żywo, i wkrótce wszystkie nosy połaskotał zapach przyrządzanego mięsa i chleba kukuruzowego. Wychodźcy zaprosili ciotkę Droll i Hobble-Franka. Pozostali musieli na własną rękę postarać się o posiłek.
Frank z trudem tłumił wesołość, doznając ze strony pani Rozalji Ebersbach, z domu Morgenstern, wdowy po młynarzu, oczywistych dowodów życzliwości.
Kładła przed nim najlepsze kąski; musiał pałaszować ponad wszelką miarę swego żołądka. Skoro wreszcie, nie mogąc nic więcej przełknąć, podziękował za świeży pachnący placek, odezwała się:
— Weź pan tylko to jeszcze, panie Hobble-Frank! Chętnie to daję. Zrozumiano?
— O tak — roześmiał się. — Wiedziałem już poprzednio, że pani mi coś chętnie daje. Nieomal, że dostał mi się policzek.
— Ponieważ nie wiedziałam, kim pan właściwie jesteś. Gdyby pan się przedstawił jako znakomity Hobble-Frank, nie mogłoby powstać żadne nieporozumienie.
— Ale wobec kogo innego byłaby pani niedelikatna?
— Rozumie się. Pana postępowanie było obrazą, a ja nie pozwalam się obrażać, ponieważ jestem nietylko wykształconą, ale także bardzo mężną kobietą, i wiem dokładnie, jak należy się zachowywać, kiedy się nie doznaje delikatnego obejścia, należnego damie.
— Ale powtarzam to pani, że o niedelikatności, a co więcej — o obrazie, nie może być mowy! Chciałem okazać rycerski sakursal, kiedy muł zaczął panią ponosić. A tymczasem pani odpłaciła mi wyrzutami, chociaż to osioł okazał się wobec pani nie-gentlemanem.
— Ale poco go pan uchwycił? Samabym sobie z nim poradziła! Jużci, umiem się obchodzić z osłami wszelkiego rodzaju. Jeszcze mnie pan pozna pod tym względem. Nie lękam się żadnego osła, ani muła, ani czerwonego Indjanina, ani żadnej białej twarzy. Pan kantor emeritus opowiadał o panu tyle pięknych i miłych rzeczy, że polubiłam pana i jestem gotowa pomóc panu w każdej potrzebie i niebezpieczeństwie. Pójdę dla pana w ogień, jeśli będzie konieczność. No, weź pan ten kawałeczek baraniny; to najlepsze, co mam jeszcze dla pana.
— Dziękuję, dziękuję! — wzbraniał się Frank. — Nie mogę więcej, naprawdę nie mogę. Jestem przesycony i mógłbym łatwo nabawić się indigestykulacji.
Indigestji, chciał pan powiedzieć, panie Frank, — wtrącił kantor.
— Trzymaj pan język za zębami, — żachnął się Frank — panie emeritechnikus! Co pan wie o greckim i arabskim wokarbularzu! Umie pan grać na organach i komprymować opery, w innych zaś kwestjach jest pan ciemny jak tabaka w rogu, zwłaszcza wobec myśliwego i uczonego, jakim ja jestem! Gdybym się wdał z panem w naukowe dysputacje, przysiadłby mosterdziej cicho, jak mysz pod miotłą!
— Wątpię — odpowiedział kantor.
— Jak? Co? Nie chce mi pan przyznać? Czy mam dowieść? No, co pan może zarzucić mojej indigestykulacji, mój drogi, słodki, uczony panie kantorze emeriticus Mateuszu Aureljuszu Hampel z Klotzsche pod Dreznem?
— Mówi się indygestji.
— Tak, tak! A co oznacza to pańskie miłe słówko?
— Niestrawność. Indigeste to znaczy po francusku niestrawny.
— Wierzę panu zmiejsca i z całego serca, ponieważ pan sam jesteś w najwyższym stopniu indigeste, — przynajmniej ja nie mogę strawić pańskiego wszędybylskiego wszystkoznawstwa. Ale co pan zarzuca wyrazowi, którego ja użyłem, mianowicie indigestykulacji?
— To jest czysty bezsens.
— Ach tak, hm! A co oznacza słowo gestykulacja?
— Wysławianie się za pośrednictwem rąk, lub innych członków.
— Pięknie, bardzo pięknie! Teraz trzymam pana za słowo. Teraz jesteś schwytany w niewolę, jak Kleopatra przez Karola Wielkiego w bitwie pod Berezyną. A zatem, gestykulacja jest mową ruchu ciała, a indi oznacza coś wewnętrznego, co się odnosi do żołądka, gdyż sam pan powiedział, że indigeste oznacza tyle, co niestrawny. A zatem, skoro użyłem nader dowcipnego wyrażenia: indigestykulacja, to chciałem przez to powiedzieć, że wiele jadłem i że mój żołądek wije się gwałtownie, aby żywą mową ruchów kazać mi odłożyć nóż, widelec i łyżkę. Pan natomiast zdaje się nie mieć zrozumienia dla tak delikatnych wskazówek żołądka, bo inaczej nie wystąpiłbyś przeciw mej indygestykulacji. Czy zna pan bajkę o żabie i wołu?
Ra a et bos, tak.
— No, jakże tam było?
— Żaba zobaczyła wołu; chciała być tak wielka, jak on, rozdęła się i — — pękła.
— I co stąd za morał?
— Nikt nie powinien się pysznić, gdyż może łatwo wpaść w biedę.
— Pięknie, bardzo pięknie! Nawet wyśmienicie! — potwierdził natychmiast Frank. — Bierz pan sobie tę naukę do serca, panie kantorze emeritus! Ta bajka świetnie pasuje do nas, to znaczy do mnie i do pana.
— Jakto?
Chytry uśmieszek kantora świadczył, że chciał tem pytaniem schwytać Franka w jego własną pułapkę. Wszyscy przyglądali się małemu westmanowi z oczekiwaniem, ciekawi, czy wpadnie w dołek, który wykopał był pod kantorem. Frank zapędził się w pasji i bez namysłu wypalił:
— Ponieważ jest pan duchowo drobniutki, ja zaś jestem ową wielkością. Jeśli pan zechce się przyrównać do mnie, to bezwarunkowo pękniesz, gdyż w stosunku do mojej wiedzy, umiejętności i erudytacji jest pan małą żabą, podczas gdy ja jestem w tych wszystkich dziedzinach wielkim wo — — —
Urwał w połowie zdania; połapał się, niestety, za późno.
— Wielkim wołem! — dokończył kantor. — Nie chcę się z panem o to certować.
Rozległ się głośny, iście homeryczny śmiech. Frank krzyczał wściekle, ale z tym skutkiem, że śmiano się jeszcze głośniej i dłużej. Wreszcie zerwał się i ryknął na całe gardło:
— Stulcie pyski, krzykacze! Jeśli się nie przymkniecie, to zmiejsca wyjeżdżam i zostawiam was na łasce losu!
Nikt nie zważał na tę groźbę, i śmiech rozpoczął się odnowa. Nawet przyjaciel i kuzyn ciotka Droll śmiał się tak, że gruby brzuch trząsł się wraz z rękoma, które na nim spoczywały. Do reszty rozjuszyło to Hobble-Franka. Wymachując ściśniętemi pięściami, zawołał wezbranym wściekłością głosem:
— No dobrze! Nie chcecie słuchać, to pożałujecie! Strzepnę wasz kurz ze swoich butów i pójdę, dokąd mnie oczy poniosą. Umywam ręce w dziecięcej niewinności i zostawiam dla was mydliny!
Wykrzyknąwszy to, uciekł ścigany salwą niepohamowanego śmiechu.
Jeden tylko z obecnych nie dzielił powszechnej wesołości: Szi-So, syn wodza. Wrodzona powaga indjańska nie pozwoliła mu okazywać płochego rozbawienia. Władał wszakże niemieckim i zrozumiał komiczną sytuację Hobble-Franka; zdradzał to lekki uśmieszek, drgający w kącikach ust. Natychmiast po zniknięciu ośmieszonego westmana podniósł się i wyszedł za nim przed wrota.
Wrócił wnet z oznajmieniem:
— Hobble-Frank nie żartuje. Siodła teraz konia. Czy mam go prosić, aby wrócił?
— Nie — odpowiedział Droll. — Chce nas tylko nastraszyć. Znam ja swoich. Ani mu się śni odjeżdżać i zostawiać mnie samego.
Jednakże Szi-So wrócił do wrót. Zaraz potem gwizdnął i zawołał, skoro się odwrócono:
— Dosiada konia, naprawdę odjeżdża!
Wszyscy wyszli przed bramę. Zobaczyli, jak rozzłoszczony Hobble puszcza konia w galop ku rzece. Droll zawołał za nim:
— Franku, kuzynie, dokąd to? Nie tegośmy się spodziewali!
Hobble odwrócił konia I odpowiedział:
— Spodziewajcie się, czego chcecie. Myśliwy i znakomity samouk Heljogabalus Morfeusz Edeward Franke nie pozwala robić z siebie pośmiewiska.
— Nie śmieliśmy się z ciebie, lecz z kantora, — kłamał Droll.
— Nie wykręcisz się sianem! Śmieliście się z wołu, którego zresztą nie wypowiedziałem całkowicie. Czy to tak śmieszne?
— Nie śmieszne, ale nader niebezpieczne mieć całą tylną połowę wołu w gębie. Nikt z nas nie potrafi tego dokazać. Nasz szacunek do ciebie wzrasta, a więc wracajże do nas, stara kamienico!
— Nawet we śnie nie wpadnie mi do głowy wracać, zwłaszcza że znowu się śmiejesz z wołu. O, kuzynie Droll, ile się przez ciebie nacierpię! Zbyt wiele ci wybaczałem. Ale teraz nadeszła godzina kary! Hobble-Frank zniknie z widowni areny! Bierze z tobą rozbrat.
— Bzdury pleciesz! Podejdź-no I nie bądź głupcem!
Głupcem? To słówko przebiera miarę! Hobble-Frank głupcem!
Odwrócił się i pomknął ku rzece.
— Frank, Frank, wracaj, wracajże! — krzyczał, śmiejąc się Droll. — Wszak nie porzucisz swej ciotki!
Ale gniewem pałający Achilles przeprawił się przez rzekę i wyjechał na drugi brzeg.
— Bardzo mi przykro — wyznał zaniepokojony kantor. — Skory jest do kłótni, zwłaszcza w kwestjach erudycji, ale wogóle to nader zacny człowiek. Tak się cieszyłem, że go spotkałem, i oto znowu znikł!
— Najwyżej na kilka godzin — odpowiedział Droll.
— Tak pan sądzi, naprawdę?
— Tak, znam go. Jeśli mu nie przyznasz słuszności, wybucha gniewem, aby się prędko udobruchać. Wiem, że nie potrafi żyć beze mnie. Wyładuje swój gniew w polu, zostawi go tam i wróci do nas. Oczywiście, będzie pan musiał unikać zaczepki i zachowywać się tak, jakgdyby nigdy nic się nie zdarzyło. A wogóle nie należy mu przeczyć, skoro się uweźmie. Uważa siebie za beczkę wszelakiej wiedzy. Czy to komu przynosi uszczerbek? Dlatego pozwól mu pan jeździć na koniku, jeśli to pana nic nie kosztuje!
Oczywiście, wszyscy byli świadkami zniknięcia Franka. Nawet domownicy ranchera, zwabieni śmiechem, zebrali się pod wrotami.
Baumgarten przetłumaczył na angielski swemu szefowi pojedynek słowny, który wywołał tak komiczny incydent. Bankier śmiał się do rozpuku. Był bardzo ciekaw, czy sprawdzi się przypuszczeni nie Drolla. — Niebawem podszedł do Rollinsa Sam Hawkens i zapytał:
— Chce pan jechać do rzeki Chelly, Mr Rollins? Moja droga prowadzi tamtędy. Wyruszamy jutro rano. Wasz król nafty zamierza przyłączyć się do nas za moją zgodą. Czy wie pan o tem?
— Nie. Nic nam nie mówił. Co pan sądzi o źródle.
— Sądzę, że się w najlepszym wypadku — — omylił! Mogę tylko zalecić jak najdalej posuniętą ostrożność.
— A więc potwierdza pan zdanie Mr. Drolla. W każdym razie zgoda pana zapewnia mi ochronę. A zatem, przyłączę się do was, sir! Jestem panu bardzo wdzięczny.
Narazie więc wszyscy byli zadowoleni. Rollins, Baumgarten i król naftowy przyłączyli się do wychodźców. Na miłej pogawędce upłynęło popołudnie. Zapadł wieczór. Rozpalono na dziedzińcu ognisko. Niebawem przystawiono mięso, dostarczone przez ranchera; na deser miała być zgotowana kawa. Śród bagażu wychodźców znalazło się dosyć naczyń. Pani Rozalja i jedna z jej towarzyszek wzięły kubły i poszły po wodę do rzeki. W kilka minut później wróciły — bez naczyń — w najwyższym stopniu podniecone.
— Co się wam stało? — zapytał kantor. — Gdzieżeście podziały kubły? Jakże panie wyglądają?
Towarzyszka pani Rozalji nie mogła z przerażenia dobyć głosu. Pani Rozalja z trudem wykrztusiła:
— Jak wyglądam? Bardzo źle, co?
— Trupio blada. Czy spotkało was co niemiłego?
— Czy spotkało? A jakże! Jezusie drogi, cośmy widziały!
— Cóż takiego?
— Co? Nie wiem co, za wiele pan żąda!
— Otrząśnij się, kobieto! — zawołał jej mąż. — Musisz przecież wiedzieć, coś widziała!
Ujęła się pięściami pod boki i krzyknęła ze złością:
— A może ty wiesz?
— Ja? Nie! — odpowiedział zamierającym głosem:
— No więc! Siedź cicho — rozumiesz! Wiem chyba, gdzie mam oczy. Ale tak wstrętnej istoty, jak teraz, nie widziałam jeszcze, póki żyję!
— To był duch, prawdziwy wodnik, — oświadczyła druga, otrząsnąwszy się z trwogi.
— Babskie gadanie! — ofuknęła ją pani Rozalja. — Niema duchów. Tem bardziej nie mogę wierzyć w wodnika.
— A więc była to rusałka!
— Przesądna baba! Rusałki istnieją tylko w bajkach dla dzieci.
— No to co?
— Nie był to duch, bo duchy nie istnieją. Ani człowiek — a więc bydlę, ale jakie!
Teraz znów odezwał się kantor:
— Jeśli to było zwierzę, to wkrótce określimy gatunek, rodzaj i nazwę. Jestem także zoologiem, to znaczy, jeszcze z czasów szkolnych. Niech mi panie odpowiedzą na moje pytania! Czy to był kręgowiec?
— Nie zauważyłam żadnych kręgów. Było zbyt ciemno.
— Jakiej wielkości był ów dziwoląg?
— Kiedy siedział w wodzie, nie mogłam dokładnie zbadać. Ale kiedy skoczył, wydał mi się wielkości ludzkiej.
— A więc kręgowiec; zapewne ssak.
— Nie mogę wiedzieć — może i ssak.
— Ilustrujmy poszczególne klasy. Czy to była małpa?
— Nie, bo nie miała włosów.
— Tak, tak, hm, hm! A może ryba?
— Nie, wcale nie! Ryba nie ma nóg, ani rąk.
— A więc potwór miał ręce i nogi?
— Tak.
— To dziwne, bardzo dziwne! Nogi i ręce mają tylko ludzie i małpy. Ale nie była to małpa, jak pani twierdzi. A zatem należy przyjąć, że to był człowiek.
— Boże uchowaj, to nie był człowiek! Człowiek ma zgoła inny głos.
— Wydawał dźwięki?
— No, jeszcze jakie!
— Czy nie mogłaby pani powtórzyć?
— Spróbuję — rzekła. Odetchnęła głęboko i ryknęła: — Uhuahuahuahuaauauauahhh!
Wszyscy skoczyli na nogi.
— Mój Boże, co to za zwierzę! Chyba tygrys — lew — — pantera! — zawołano dokoła.
— Cicho, ludzie! — rozkazał kantor. — Nie frasujcie się! Słyszeliście, że to nie drapieżnik. Nie mamy się czego lękać — wkrótce wyklaruję tę rzecz naukowo. Zwierzę nie ma sierści, a zatem nie jest to ssak. Ryba też nie, gdyż ma głos. Ponieważ musimy pominąć kręgowców, pozostają więc tylko płazy, zwłaszcza żaby i krety.
— Tak, to prawda, — zawołała druga kobieta. — To był kret!
— Nie, to będzie żaba! — zawyrokowała pani Rozalja.
— Nie, kret! Tylko kret potrafi w ten sposób siedzieć w wodzie.
— Ale straszydło skoczyło wgórę!
— Krety też skaczą!
— Nie tak, jak żaby. Zresztą, kret siedzi przeważnie w ziemi, a nie w wodzie. Zrozumiano? A jużci, to żaba!
— Ale taka duża żaba!! — wtrącił kantor, potrząsając niedowierzająco głową. — Powiedziana pani, że potwór był wielkości ludzkiej.
— Takiej wielkości, na honor!
— Hm, hm! Największą żabą w Ameryce jest żaba bawola, wszakże i tej jeszcze daleko do wielkości ludzkiej.
— Żaba bawola? Czy one są tu także? W takim razie to na pewno żaba bawola.
Impossibile. Płaz nigdy nie osiąga takich rozmiarów.
— Czemu nie? Wszędzie istnieją olbrzymy i karliki, a zatem także u żab. A więc jest to olbrzym żaby bawolej, albo żaba olbrzyma bawolego, albo bawół olbrzymiej żaby, albo ba wola żaba olbrzyma, albo olbrzymi bawół żabi albo — — —
— Stój, stój, stój! — krzyknął kantor. — W mojem kompendjum zoologji nie było olbrzymiej żaby bawolej, ale nie chcę się certować. Żyję więcej sztuką, niż zoologją, i nie śmiem twierdzić, że natura nie rodzi takich poczwar. Czy naprawdę mniema pani, że to była olbrzymia żaba bawola pani Ebersbach?
— Tak, na honor i zbawienie duszy! Mogę przysiąc, gdyż zwierzę, które wszystkiemi czworakami skacze wgórę, musi być żabą a jakże!
— Ale przed skokiem — czy pływało, czy też siedziało spokojnie?
— Siedziało, jak żaba! Tylnej części nie widać było, a wyglądały z wody tylko przednie łapy, nieco cielska i morda. Przypominam sobie teraz szerokie usta żabie i okrągłe ślepia, które łypały na mnie, panie kantorze.
— Kantor emeritus, przez wzgląd na dokładność. Mimo opisu pani, nie mogę rozwiązać zagadki. Proponuję iść do rzeki i przekonać się osobiście.
— Czy mniema pan, że żaba tam wciąż jeszcze siedzi?
— Tak. Żaby nie są to zwierzęta wędrowne, lecz osiadłe i wytrwałe. Ta żaba urodziła się tutaj, i zatem nie opuści tej miejscowości. Licząc się wszakże z jej rozmiarami, zabierzemy ze sobą broń. Ta bestja może kąsać.
Gospodarz musiał dostarczyć kilku latarek, poczem wszyscy bez wyjątku udali się ku rzece. Sam Hawkens, Dick Stone i Will Parker szli nakońcu. Przyłączył się do nich także Droll. Śmiejąc się pocichu, zapytał:
— Jak myślicie, messurs, co to za zwierzę?
— Zapewne żaba wielkości mojej ręki — odparł Hawkens. — Skoczyła znienacka. Przerażone kobiety przyjęły ją za pięćdziesięciokrotnie większą, niż jest w rzeczywistości.
— Bynajmniej, jest naprawdę tak wielka, — odparł Droll.
— Androny! Żaba wielkości ludzkiej!
— Wcale nie żaba! To człowiek, który się kąpał. Naturalnie, mój Hobble-Frank!
— Do piorunów! Co za myśl, jeśli się nie mylę!
— Tak, to on na pewno. Mówił mi dzisiaj podczas upału, że wieczorem wykąpie się w rzece.
— Ale przecież odjechał!
Pshaw! Wrócił — znam go. Nie chciał, oczywiście, jechać wprost do nas, więc zatrzymał się nad rzeką. Wprawił w czyn swój zamiar, rozebrał się i wykąpał. A, patrzcie! Oto mamy naszą żabę!
Orszak zbliżył się już do rzeki. Na trawie siedział Hobble-Frank obok spokojnie pasącego się konia. Ujrzawszy tylu ludzi, podniósł się zdziwiony i zapytał po niemiecku:
— Co was tu sprowadza? To prawdziwa pielgrzymka!
— Ah, wrócił pan, panie Frank! — odpowiedział emeritus. — Bardzo to nam na rękę, gdyż prawdopodobnie potrafi pan przysłużyć się nam indykacjami. Od jak dawna bawi pan na tem miejscu?
— Od godziny może.
— Czy zauważył pan, co się tutaj przytrafiło?
— Naturalnie! Mam przecież oczy i także uszy, a taki westman, jak ja, słyszy, jak trawa rośnie.
— Czy widział pan te dwie kobiety, które przyszły po wodę?
— Tak.
— A także zwierzę?
— Jakie zwierzę?
— Co siedziało w wodzie.
— W wodzie siedziało? Nie zauważyłem. Jakie?
— Żaba bawola!
— Nie. Żaby bawolej nie widziałem.
— Czy był pan wpobliżu, kiedy obie damy podeszły do rzeki?
— Mogę zapewnić, że byłem bardzo blisko.
Pani Rozalja wysunęła się i rzekła:
— Nie widziałam pana, panie Hobble-Frank, ale zato dobrze widziałam żabę bawolą. Jeśli pan był tak blisko, to musiałeś bezsprzecznie zobaczyć ją także! Była wszak dosyć wielka!
— Jak wielka?
— Jak dorosły człowiek.
Oho! Tak wielkich żab nigdzie niema, pani Ebersbach. Widziałem dosyć żab w swojem życiu; osiągają czasem rozmiar przyzwoitej ręki ludzkiej, ale niewiększy. Nazwa ich nie świadczy o bawolich rozmiarach — wywodzi się raczej z podobieństwa głosów. Skrzek ich przypomina poryk bawołów.
— To się zgadza, tak, to się zgadzał Słyszałyśmy krzyk tej bestji.
— Musiałbym i ja słyszeć.
— Sądzę! Gdzie pan podział oczy i uszy ześ ani widział, ani słyszał?
— Naprawdę, sam nie wiem. Niech mi pani łaskawie pokaże miejsce, gdzie ta żaba ryczała.
— Ryknęła dopiero wówczas, kiedy skoczyła pod górę.
— Niech mnie pani posłucha, pani Ebersbach. To nie do wiary! Żaba nie ryczy w skoku.
— A właśnie; że ryknęła w skoku! Pokażę panu miejsce.
Pani Ebersbach zaprowadziła niedowiarka do brzegu, wskazała miejsce, gdzie stało jeszcze puste wiadro, poczem, zwracając palec ku wodzie wytłumaczyła:
— Tu stanęłyśmy, aby zaczerpnąć wody do kawy. Na dowód prawdy widzi pan to wiadro, które ze strachu zostawiłyśmy. A tu w wodzie siedziała żaba bawola.
Twarz Hobble-Franka wydłużyła się, lecz wnet przybrała wesołą minę.
— A więc. — zapytał — widziała pani dokładnie, że to żaba bawola?
— No, mówiąc szczerze i otwarcie, z początku me wiedziałyśmy, do jakiej kategorji insektów zaliczyć tę bestję. Lecz Mr. kantor studjowa zoologję, i dzięki jego łaskawej pomocy domyśliłyśmy się, że to była żaba bawola.
— Świetnie, świetnie! To mnie bardzo cieszy, szanowne damy i panowie! Lecz czemu przyszliście tu z latarniami i pochodniami?
— Aby odszukać i schwytać tę żabę bawolą — odpowiedziała pani Rozalja.
— Przypuszcza pani, że to tak łatwo?
— No, nie będziemy lękać się żab! Olbrzymka to wprawdzie, ale, jakkolwiek będzie się wzbraniać, nie da nam rady. Skoro zechce kąsać, zastrzelimy bestję bez zlitowania. Przynieśliśmy ze sobą flinty, jak pan widzi.
W odpowiedzi rozległ się taki śmiech, że pani Rozalja, dotknięta w swej godności, żachnęła się gniewnie:
— To nie żarty, panie Frank, w nocy, w takim mroku — — —
— — — — brać znakomitego i wielce uczonego Hobble-Franka za żabę bawolą!
Odstąpiła o krok, wytrzeszczyła oczy i zapytała:
— Pan — — pan byłeś tą żabą bawolą?
— Tak, ja, — wykrztusił przez śmiech. — Objechałem tę malowniczą okolicę, a skoro się ściemniło, wróciłem nad rzekę. Dzień był tak gorący i parny, jazda tak mnie rozgrzała, że dojechawszy do rzeki, przypomniałem sobie, iż zamierzałem wziąć kąpiel — i dałem nura.
Pani Rozalja skrzyżowała ręce i zawołała:
Jezus Marja, co ja słyszę! Przysiadł pan w wodzie?
— Tak. Nurkowałem tu i owdzie, pluskałem, ochlapywałem się dzielnie i chciałem właśnie wrócić na brzeg, gdy zobaczyłem dwie kobiece postacie. Ponieważ zmrok już zapadł, niepostrzeżenie, bardzo blisko mnie, podeszły do brzegu. Natychmiast się skuliłem, ponieważ myślałem, że przejdą dalej, ale kobiety akurat zbliżyły się do owego miejsca, gdzie sławny Frank leżał w wodzie. Tu zatrzymały się i wytrzeszczyły na mnie gały.
— Prawda — wtrąciła pani Rozalja. — Świeciło się w wodzie, lecz nie wiedziałyśmy, co o tem sądzić. Była to żywa istota, która straszliwie łypała na nas ślepiami.
— Bardzo proszę, pani Ebersbach, — tylko nie łypała! Spojrzałem z trwogą, ponieważ miałem nadzieję, że zgodnie ze swą subtelną obyczajnością, oddalą się panie natychmiast. Ale stało się wręcz przeciwnie. Dlatego zdecydowałem się na strategiczną rewolucję: skoczyłem wgórę, klasnąłem w ręce i spłoszyłem obie kobiety.
Pani Ebersbach, urażona relacją, zamierzała odpowiedzieć ostrzej, niż dotychczas, lecz ubiegł ją Droll:
— To była pomyłka, moi szanowni państwo, pomyłka, jaka nikomu nie przynosi ujmy. Dlatego nie będziemy się sprzeczać i kłócić, lecz okażemy szacunek temu, kto na szacunek zasłużył Nasz Hobble-Frank, olbrzymia żaba bawola, niech, żyje sto lat!
Kiedy burze okrzyków ucichły, dodał:
— Tam leży wiadro. Zaczerpnijcie wody, abyśmy wreszcie dostali kawy. Następnie ustawmy się szeregiem i w triumfie zanieśmy naszą żabę do rancha.
Nanicby się zdał opór Hobble-Franka. Kowal Ebersbach, najwyższy z wychodźców, posadził sobie małego westmana na plecach, jak dziecko, poczem cały oddział, naśladując skrzeczenie żab, skocznym krokiem pomaszerował zpowrotem do farmy. Wkrótce znów zakrzątano się dokoła ogniska. — —
Najbliższym postojem miało być samotne pueblo, wznoszące się na południowym stoku Gór Mogollon. Aby dotrzeć tam przed wieczorem, trzeba było wyruszyć rano i nie odpoczywać w drodze często, ani długo. Mimo to, nie ułożono się wcześnie do snu. Nikomu nie chciało się przerywać interesującej rozmowy.
Król naftowy brał w niej żywy udział. Ponieważ ani on, ani bankier nie znali niemieckiego, przeto posługiwano się przeważnie angielskim. Grinley niemało zadawał sobie trudu, aby pozyskać życzliwość kompanji. Powiodło mu się z wychodźcami, aczkolwiek niewiele rozumieli po angielsku; udało mu się też w części rozproszyć nieufność bankiera.
Szczery charakter Sama Hawkensa, wesołość ciotki Droll i oryginalność Hobble-Franka przyczyniły się do przyjemnego spędzenia wieczora. Czas upływał niepostrzeżenie. Wszyscy byli zdziwieni, kiedy Will Parker przypomniał wreszcie, że minęła już północ.
Pozostały cztery, najwyżej pięć godzin snu. Ułożono się na odpowiednio przygotowanych legowiskach. Nie trzeba było zaciągnąć warty, służba bowiem ranchera czuwała przed wrotami. — — —




IV
PUEBLO

Jeszcze noc szarzała, a już Forner przygotował kawę i świeże chlebki z kukuruzy. Dzięki temu wychodźcy nie stracili czasu na przygotowanie śniadania. Napojono zwierzęta. Ranchero został wynagrodzony za wszystko, czego dostarczył. Nie zapomniano również zostawić służbie sutego napiwku. Skoro świt, wyruszono w drogę.
Sam Hawkens postarał się, aby panie miały wygodne na wierzchowcach siedzenia. Dzięki temu jazda nie męczyła kobiet bardziej, niż mężczyzn. Dzieci umieszczono w słomą wyłożonych koszach, które zawieszono po dwa z obu stron każdego muła. Dzięki temu podróż mogła odbywać się szybciej.
Im dalej od rzeki, tem kraj był mniej płodny. Wszędzie, gdzie jest wilgotność, lub woda bieżąca, grunt obradza bogato. Lecz gdzie zabraknie ożywczej kropli, tam się rozrasta beznadziejna pustynia.
Przed południem żar nie był jeszcze tak dokuczliwy, ale im wyżej słońce wschodziło, tem bardziej upał się wzmagał. Promienie słoneczne odbijały od suchego skalistego gruntu, od nagich łysych gór.
Wychodźcy, nieprzyzwyczajeni do takiego gorąca, ledwie mogli je znieść.
Parę godzin po południu droga wypadała przez płaskie kotliny, lub przez płaskowzgórze, gdzie niepodobna było dostrzec ani źdźbła trawy. Następnie ciągnęły się wyżyny, którym skąpa tutaj natura odmówiła drzew i zagajników. Tylko tu i owdzie w osłoniętych miejscach, gdzie słońce nie prażyło od rana do wieczora i gdzie można było na jaki krótki czas cień znaleźć, widać było samotne fantastycznie sformowane kaktusy, których bezbarwna szarzyzna nie sprawiała oku żadnej przyjemności.
Podczas największej spiekoty zatrzymano się pod jakąś stromą górą. Było tu nieco dobroczynnego cienia, atoli przeciwległa ściana skalna zionęła takim żarem ku odpoczywającym podróżnym, iż woleli ruszyć dalej. Szybka jazda budziła przecież w zakrzepłem powietrzu powiew chłodzący.
Nareszcie słońce zbliżyło się do widnokręgu. Temperatura zaczęła opadać — i to o wiele szybciej, niż należało. Sam Hawkens zatroskany spojrzał na niebo.
— Czemu zadzierasz głowę do góry? — zapytał Hobble-Frank. — Zdaje się, że nie jesteś zadowolony z miejscowego firmamentu.
— Masz słuszność — odpowiedział Sam.
— Dlaczego?
— Ponieważ powietrze tak szybko i raptownie ochłodło.
— A więc burza?
— Obawiam się, że tak.
— Ależ z wielką przyjemnością. Po takiej suszy i upale burza jest tylko delicją!
— Dziękuję! Burze w tych stronach objawiają się inaczej, niż sądzisz. Bywa, że przez upalne miesiące nie pada ani kropla wody; zdarzało się nawet, że upłyną dwa lata bez deszczu. Natomiast, skoro rozsroży się burza, bywa naprawdę straszna. Starajmy się czem prędzej dotrzeć do puebla.
— Jak daleko stąd?
— Za pół godziny przybędziemy.
— A więc niema niebezpieczeństwa. Nie widać jeszcze ani chmurki na niebie; upłyną godziny, zanim na górze się ściemni.
— Jesteś w błędzie! Wystarczy kilka minut, aby błękit nieba sczerniał. Mógłbym, co więcej, twierdzić, że czuję już elektryczność, która się zebrała w powietrzu. Przyjrzyj się tylko mojej Mary, jak się spieszy, jak wydęła chrapy, jak strzyże uszami i macha ogonem! To roztropne bydlę; przeczuwa, co się święci.
Istotnie, stary muł rwał z kopyta i okazywał jawny niepokój. A przecież człowiek niedoświadczony nie dostrzegłby nic groźnego.
Frank podzielił się obawami Sama z Drollem, ten zaś odpowiedział:
— Właśnie to sobie pomyślałem. Patrz-no, jak żółto już na widnokręgu! Ta ponura barwa podnosi się coraz wyżej, a skoro dojdzie do zenitu, zerwie się burza. Dobrze, że wkrótce znajdziemy osłonę!
— W pueblu!
— Tak.
— Tam znajdziemy tylko namioty, które nie ochronią nas przez ulewą.
— Co ty sobie myślisz! Czyś nie widział jeszcze puebla?
— Nie.
— Zdziwisz się zatem wielce. Takie pueblo przedstawia osobliwy widok.
Miał zupełną słuszność. Słowo pueblo oznacza po hiszpańsku miejsce zamieszkania, a więc tak samo pojedynczy dom, jak i wioskę, osadę. Indjanie, zamieszkujący pueblo, noszą nazwę Indjan-Pueblo, czyli krótko Pueblosów. Do tych zaliczają się Tanosi, Taosi, Tehua, Jemesi, Queres, Acoma, Zuni i Moqui, a w rozleglejszem znaczeniu tego słowa także Pima, Maricopasi i Papagos z nad rzeki Gila i na południu.
Pueblo jest zbudowane albo z kamienia, albo z rodzaju cegły, zwanego adobes, albo z obu materjałów jednocześnie. Zazwyczaj opiera się o skałę, która stanowi jego tylną ścianę. Odłamki skalne wchodzą w skład budulca. Sam budynek tworzy kondygnacje; każde niższe piętro jest obszerniejsze niż następne wyższe. Wszystkie zaś posiadają płaskie dachy. Parter dźwiga na swym płaskim dachu pierwsze piętro, cofnięte o kilka metrów, wobec czego pierwsze piętro ma przed sobą platformę zaopatrzoną w otwór, przez który schodzi się do wnętrza parteru. Analogicznie drugie piętro spoczywa na pierwszem. Pueblo nie posiada drzwi, lecz otwory w dachu, przez które się schodzi do wnętrza. Nie znajdziesz tu także schodów — zastępują je przenośne drabiny, które stoją we wnętrzu. Jeśli chcesz dostać się do parteru, musisz wejść na pierwsze piętro i następnie zejść wdół przez otwór w dachu-platformie. Wyższe piętra tworzą szereg podobnych stopni, przypominających winnicę, sfałdowaną w kondygnacje.
Taki system budowania narzuciła dawnym i pracowitym mieszkańcom tych miejsc obawa przed napadem, grasujących po kraju, dzikich hord zbójeckich. Taka prosta budowla stanowi twierdzę, której niepodobna było zdobyć przy pomocy ówczesnych środków oblężniczych. Wystarczyło usunąć drabiny, aby uniemożliwić dostęp wrogom. Gdyby nawet nieprzyjaciele sprowadzili własne drabiny, musieliby pokolei zdobywać każde piętro, narażając się na pociski obrońców z wyższych pięter.
Pueblosi są przeważnie spokojnego usposobienia i poddają się nadzorowi rządowemu. Niezupełnie to się stosuje do pueblów, zarzuconych w dalekich ustroniach. Mieszkańcy ich uważają się za wolnych Indjan i niewiele różnią od wędrujących plemion. Do takich właśnie zaliczali się Pueblosi, do których śpieszyli nasi podróżni. Byli to dzicy Nijorowie, których wódz nazywał się Ka Maku, co znaczy Trzy Palce. To imię zawdzięczał pewnej potyczce, w której stracił dwa palce u lewej ręki. Był to wojownik mężny, ale chciwy i ambitny. Jego słowu, jego przyjaźni można było w czasie pokoju zawierzyć. Teraz jednak, kiedy rozmaite plemiona wykopały topory wojenne, nie można było ufać mu bez zastrzeżeń.
Pueblo wznosiło się w promieniach prawie zachodzącego słońca. Prócz parteru miało pięć pięter, opartych o ścianę skalną — niemal pionową. Niższe piętra były zbudowane z ogromnych głazów, spojonych kamieniami adobes, wyższe zaś składały się wyłącznie z cegieł. Aczkolwiek ta budowla miała na pewno pięćset lat, nie widać na niej było ani jednej rysy.
Na tarasach siedziały kobiety i dzieci przy pracy i poważnie spoglądały nadół. Czujny obserwator zauważyłby może, iż zerkały często zpodełba w kierunku południa, jakgdyby oczekując czegoś stamtąd. Nie widać było śród nich mężczyzny.
Ale oto z otworu trzeciego tarasu aż trzech ich wyjrzało: jeden czerwonoskóry i dwaj biali. Zatrzymali się na platformie i również obrócili wzrok na południe. Czerwonoskóry był to Ka Maku, wódz, — długa żylasta postać z kruczemi piórami we włosach. Twarz jego nie była pomalowana — dowód, że jego pueblo zachowało neutralność. Dlatego również za pasem sterczał tylko nóż do skalpowania. Obaj biali byli to — — Buttler, herszt dwunastu rozgromionych finderów, i Poller, jego towarzysz, który przedtem był przewodnikiem wychodźców. Nie dostrzegając nic na widnokręgu południowym, Buttler rzekł:
— Jeszcze ich niema, ale na pewno przybędą przed wieczorem.
— Tak, pośpieszą się, — potwierdził wódz. — Jest tam kilku mądrych ludzi. Poznają, że burza nadciąga. Przyśpieszą jazdę, aby się przed nią schronić.
— Dotrzymasz słowa? Czy mogę na tobie polegać?
— Przez długi czas byłeś moim bratem. A ponadto spodziewam się, że dostanę zapłatę, którą mi przyrzekłeś.
— Dałem ci swoją rękę, to tyleż, co przysięga, postaraj się tylko, abym mógł jak najprędzej pomówić ukradkiem z królem naftowym.
— Przyprowadzę go do ciebie. W innych warunkach trudnoby mi było dotrzymać słowa, ale dzięki temu, że zbiera się na burzę, biali zechcą wejść do puebla. Łatwo ich będzie zatem wziąć do niewoli, nie doprowadzając do walki.
— Ale musisz od nich odłączyć tych, których ci wskazałem, aby później króla nafty uważali za swego zbawcę.
— Będzie tak, jak rzekłeś. Uff! Nadjeżdżają. Pochowajcie się czem prędzej!
Obaj biali czem prędzej pośpieszyli ku wyższemu piętru, gdzie wnet znikli. Wódz został na miejscu i bacznie przypatrywał się przybyszom.
Był to oddział jeźdźców i zwierząt jucznych. Na czele jechali trzej mężczyźni: Sam Hawkens, Droll i Hobble-Frank, który rzekł, ujrzawszy budowlę:
— Takiego budynku nigdy jeszcze nie widziałem! Cóżto za styl być może? Czy bizantyjsko-chloroformiczny, czy hebrajsko imperjalistyczny? A może gotycko-objektywistyczny, albo nawet grecko-miksturalny? W każdym razie, dla takiego znawcy, jak ja, jest nader ciekawą rzeczą oglądać, z jaką regularnością stopniowoschodową nadbudowali swój dom ci Pueblosi.
Drabina, która pozwalała się wspinać na pierwsze piętro, była wciągnięta na górę. Na bocznych tarasach widać było tylko kilku mężczyzn w gromadzie licznych kobiet i dzieci. Czyżby nieobecni byli wojownicy? Wódz w dumnej i nieruchomej postawie oczekiwał przybyszów. Teraz Sam Hawkens zawołał w żargonie angielsko-hiszpańsko-indjańskim, używanym w tych stronach:
— Czy ty jesteś Ka Maku, wódz tego puebla?
— Tak — brzmiała odpowiedź.
— Chcemy się tutaj zatrzymać. Czy możemy dostać wody dla nas i dla naszych koni?
— Nie.
Była to tylko pozorna odmowa. Zamierzał ich zatrzymać. Jeśli wzdragał się odstąpić wody, to z wyrachowania; zbyt chętne i pochopne przyjęcie mogłoby wzbudzić podejrzenie w podróżnych.
— Czemu nie? — zapytał Sam.
— Ta odrobina wody, którą posiadamy, ledwo wystarczy dla nas i dla naszych zwierząt.
— Ale, nie widzę ani waszych wojowników, ani koni. Gdzież są?
— Na łowach. Wkrótce wrócą.
— W takim razie musicie mieć dosyć wody. Czemu nam odmawiasz?
— Nie znam was!
— Czy nie widzisz, że są z nami kobiety i dzieci? Czy posądzasz je o wojownicze zamiary? Jesteśmy spragnieni. Jeśli nam nie dacie wody, sami jej poszukamy.
— Nie znajdziecie.
Odwrócił się, udając, że nic o nich nie chce wiedzieć. Tego było za wiele dzielnemu Hobble-Frankowi. Odezwał się gniewnie do ciotki Droll:
— Co sobie ten hultaj właściwie myśli o nas? Jeśli zechcę, poczęstuję go kulą. Może nabierze uprzejmości. Zjedliśmy niejeden rozum, i nie pozwolimy się, niczem włóczęgi, odprawić z kwitkiem. Proponuję pomówić z nim poważnie. A może nie?
— Tak — odpowiedział Droll. — Nienajprzyjemniejsza jest śmierć z pragnienia. Spodziewam się jednak, że znajdziemy wodę. Trzeba tylko poszukać.
Jeźdźcy zsiedli z koni. O obfitości wody świadczyła wysoka trawa, rosnąca wpobliżu puebla; nieopodal widać także było wiele małych ogródków z kukuruzą, melonami i warzywami, które wymagają częstego polewania. Jednakże nie mogli znaleźć źródła, mimo największych starań.
Zniecierpliwiony Frank zawołał:
— Jesteśmy osłami i basta! Gdyby tu byli Old Shatterhand i Winnetou ze swoją obecnością osobistą, dawnoby już wyszukali wodę. Tak, sądzę nawet, że zwąchaliby ją natychmiast.
— Nie trzeba aż tak znakomitych wojowników — odezwał się Szi-So, syn wodza, który z uśmiechem przyglądał się poszukiwaniom. — Trzeba się tylko zastanowić przed szukaniem.
— Tak? No, więc zastanów się!
— Już! — odpowiedział młody Indjanin.
— Istotnie? A więc bądź łaskaw, i podziel się z nami wynikiem swego duchowego wysiłku!
— Pueblo, które jest twierdzą, nie mogłoby obyć się bez wody. Zwłaszcza podczas oblężenia, kiedy obrońcy nie mogą budowli opuścić. Jeśli to wziąć pod uwagę, to nietrudno będzie się domyślić, gdzie należy szukać studni.
— Aha, myślisz, że we wnętrzu puebla? Ale gdzie?
— W każdym razie na górnem piętrze — uśmiechnął się Indjanin.
— Nie, ja także nie widziałem jeszcze studni na wierzchołku wieży kościelnej. Należy wody szukać na dole.
— Gdzie studnia została wydrążona, zanim jeszcze zbudowano pueblo, — wiele stuleci temu.
— Słusznie! To jest tak jasne i wyraźne, jak wosk do butów. Słuchaj, mój młody przyjacielu, wydajesz się nie taki głupi, jak, napozór, wyglądasz. Jeśli się tak dalej będziesz rozwijał, może i wyrosną z ciebie ludzie. A zatem, na parterze trzeba szukać wody. Ale jakże się tam dostaniemy? Niema nawet bramy wejściowej, niema też ani prostych, ani kręconych schodów. Drabiny usunięto. Wszelako, jeśli utworzymy piramidę egipską, jeśli każdy stanie na plecach swego bliźniego, to niektórzy wreszcie dosięgną dachu i stąd będą mogli dostać się do wnętrza parteru, gdzie znajdzie się także aqua destillanterium.
— Byłaby to przemoc — rzekł Sam Hawkens. — Musimy unikać gwałtu, jeśli się nie mylę, i, zdaje się, unikniemy. Wódz schodzi nadół. Mam wrażenie, że chce z nami pomówić.
Istotnie, Ka Maku zszedł na pierwszą platformę, zbliżył się do krawędzi i zapytał:
— Czy blade twarze znalazły wodę?
— Pozwól nam wejść do puebla, a na pewno znajdziemy, — odpowiedział Sam.
— Domyślasz się słusznie. Dałbym wam chętnie, ale jest ona tutaj tak rzadka, że — —
— Zapłacimy! — przerwał Sam.
— Zgoda! Chyba mój brat wie, że mnóstwo czerwonych plemion wykopało topory wojenne przeciwko białym. Czy można w ięc ufać bladym twarzom?
— Nie wszystkim. Może jednak słyszałeś o nas. Ja i ci dwaj wojownicy, którzy stoją przy mnie, nazywamy się „trójlistkiem”. Za mną zaś widzisz — —
— Trójlistek? — zapytał szybko wódz. — Znam wasze nazwiska! Nazywacie się Hawkens, Stone i Parker?
— Tak.
— Czemu nie powiedzieliście odrazu? Trójlistek zawsze był dla nas-czerwonych życzliwy. Jesteście naszymi braćmi — witamy was. Dostaniecie wody za darmo, ile tylko zapragniecie. Przyniosą nasze kobiety.
Na zawołanie wiele squaws zeszło na najniższą platformę i przyniosło z parteru napełnione wodą gliniane dzbany. Przystawiwszy kilka drabin, zniosły je białym.
Wszystko to odbyło się z taką naturalnością; że ani Sam Hawkens, zazwyczaj tak bystrooki, ani żaden z jego towarzyszów nie wpadł na myśl, że życzliwość wodza była fałszywa.
Tymczasem kolor nieba zmienił się naprawdę zastraszająco. Z początku jasno czerwony, później ciemny, a następnie fioletowy, niebawem przybrał ponure czarne zabarwienie, aczkolwiek niepodobna było odkryć na niebie chmur we właściwem tego słowa znaczeniu.
— Źle mi wygląda — rzekł Dick Stone do Hawkensa. — Co powiesz o tem, Samie? Zdaje się, że nadciąga huragan, lub tornado.
— Bynajmniej — odpowiedział zapytany, długiem spojrzeniem zbadawszy niebo. — Tak, będzie burza, nawet potężna, ale poza tem również potężna ulewa. Najlepiej byłoby wraz z końmi znaleźć się pod dachem.
I, zwracając się do wodza, który wciąż jeszcze stał na platformie, zapytał:
— Co powie mój czerwony brat o tych oznakach niepogody? Co z tego wyniknie?
— Wielka burza z taką nawałnicą, że wszystko niebawem będzie pływać.
— Ja też tak sądzę, nie chce mi się jednak pływać. Czy nie udzieliłbyś nam schronienia w pueblu?
— Moi biali bracia mogą wejść wraz z kobietami i dziećmi. Nie zmoczy ich ani jedna kropla deszczu.
— A nasze zwierzęta? Czy nie znajdzie się i dla nich pomieszczenie? — Można je będzie zamknąć w korralu, tam na lewo, za węgłem puebia.
— Dobrze. Tymczasem mogą wejść kobiety.
Spuszczono jeszcze kilka drabin, poczem kobiety i dzieci weszły na drugie piętro i przez otwór do wnętrza pierwszego. Wiele squaws indjańskich, a także wyrostków, zeszło nadół i zaniosło bagaż, zdjęty z koni i mułów, przez pierwszą platformę do parteru. Tam, gdzie wskazał wódz, dosyć wysokie mury zamykały czworokątny plac, nazwany przez Ka Maku korralem. Tu umieszczono konie, poczem zaparto wejście sztabami, wsadzonemi naukos do oznaczonych dziur w murze. Ledwo ostatnią założono, padła błyskawica. Zdawało się, że całe niebo w ogniu. Rozległ się piorun, aż ziemia jękła. Jednocześnie spadł deszcz tak ulewny, że nie widać było nic na odległości kilku kroków, i rozszalała burza tak potężna, że trzeba się było trzymać muru, aby nie runąć. Mężczyźni pośpieszyli do drabin.
Bankier i jego buchalter nie byli tak zręczni i doświadczeni, jak inni. Dlatego dotarli do drabiny naostatku. Wszyscy śpieszyli na drugą platformę — ku otworowi, przez który drabina prowadziła na pierwsze piętro. Ponieważ można było schodzić tylko pojedynczo, ucieczka przed groźnym żywiołem nie odbywała się tak szybko, jak wymagała ulewa, zwalająca się na mury całem morzem wody. Każdy myślał tylko o sobie i parł naprzód, na nic nie zważając. Nikt więc nie zwrócił uwagi na pięciu, czy sześciu Indjan, którzy znienacka wyłonili się u boku wodza, doglądającego porządku.
Pokrywa otworu leżała tuż obok. Nieopodal stały ogromne, więcej niż centnarowe głazy, które również nie zwróciły uwagi podróżnych. — Bankier i Baumgarten szli, jak już napomknęliśmy, naostatku. Skoro Rollins chciał postawić nogę na pierwszym stopniu drabiny, wódz huknął nań:
— Stój, wstecz! Nie wchodźcie tam!
— Dlaczego? — zapytał bankier.
— Zaraz się dowiecie!
Rzucił się ze swoimi Indjanami na obu białych, którzy zanim mogli pomyśleć o oporze, leżeli już w pętach. Huk piorunów i poszum burzy zagłuszał ich wołania o pomoc. Tymczasem z wprawną szybkością wódz wyciągnął drabinę z otworu i zrzucił pokrywę, poczem ludzie jego potoczyli na nią leżące obok głazy. Ci, którzy zeszli nadół, nie mogli wrócić. Byli uwięzieni. — — —



I
UWIĘZIENI

Rollinsa i buchaltera sprowadzono na niższe piętro i opuszczono na lassach do parteru. Następnie zatrzaśnięto otwór pokrywą. Jeden z Indjan, wystany przez wodza, pomknął, mimo błyskawic i piorunów, mimo burzy i ulewy, wzdłuż wyżyn, wspierających budowlę, i zniknął za skrętem. Po dziesięciu niespełna minutach dotarł do placu, gdzie zwaliska, jak się zdawało, za padniętego muru utworzyły ruiny, nadające się świetnie na kryjówkę.
Tu właśnie, a nie na łowach, znajdowali się wojownicy z puebla wraz z końmi. Posłaniec Ka Maku doniósł, że upatrzeni wpadli w zasadzkę, że zatem wojownicy mogą powrócić.
W samej rzeczy powiódł się plan, i to o wiele, wiele łatwiej, o wiele lepiej i szybciej, niż wódz przewidywał. Sprawiła to niepogoda, ale i niemniej brak ostrożności, wykazany przez podróżnych.
Z początku, jak wspomnieliśmy, kobiety i dzieci zeszły na pierwsze piętro. Znalazły się w wysokiem, prawie na trzy metry, pomieszczeniu pozbawionem okien. Poza otworem u góry nie było innego wydrążenia w murach. Cztery ściany poprzeczne dzieliły piętro na pięć izb. Ta, w której się wychodźcy znaleźli, była środkowa, największa. W niszy paliła się mała lampka gliniana, której mdłe światełko jaśniało na kilka zaledwie kroków.
Pani Rozalja obejrzała się dookoła, potrząsając głową. Nie odkrywszy nic, prócz drabiny i lampki, rzekła z rozczarowaniem:
— Czy się pakuje gości do takiej nory, gdzie niema kanapy i ani jednego krzesła? Zupełnie jak w piwnicy! Gdzie się tu siada? Gdzie się wiesza okrycie? Gdzie się wznieca ognisko? Gdzie gotuje się kawę? Ani okna, ani pieca! Wypraszam to sobie! Jesteśmy damami, a dam nie sadza się — — — Pioruny! — przerwała przestraszona, usłyszawszy pierwszy grzmot. — Zdaje się, że trafił! Nie?
— To dopiero był piorun! — odpowiedziała pani Strauch. — Spoglądałam wprost w otwór i widziałam błyskawicę.
— No, to stańcie wszystkie w najodleglejszym kąciel Mężczyźni mówili właśnie, że burza inaczej się sroży, niż u nas w domu. Kiedy taka zwarjowana amerykańska błyskawica zejdzie przez otwór, to padniemy trupem zmiejsca. Dobrze, że niema tu siana, ani słomy, ani łatwo zapalnych rzeczy. Rozumiecie mnie? Czy słyszycie, jak deszcz chlapie? Nasi dobrzy mężowie zmokną do ostatniej niteczki. Jeszcze się przeziębią. Jeśli będą kasłać, jeśli nabawią się bólu żołądka i kości, na kogo zwalą troski i zmartwienia? Na nas, kobiety, naturalnie, na nas, na damy! Oby tylko rychło nadeszli!
Życzeniu jej stało się natychmiast zadość — oto wszedł Hobble-Frank, a za nim pozostali. Przybywszy nadół, Frank otrząsnął się z wody deszczowej, rozejrzał dokoła i rzekł rozczarowany, jak przed chwilą pani Rozalja:
— Co to za niegodziwa konura? Kto tu mógłby mieszkać? Jeśli ci czerwoni gentlemani nie znajdą lepszego pomieszczenia, to z najbliższą okazją przyślę stolarsko-saskiego architekta. On im już pokaże, jaka jest różnica między moją willą „Sadło Niedźwiedzie“ nad Elbą, a tą szkaradną katakumbiną. Gdzie tu właściwie można usiąść, kiedy się jest znużonym, albo kiedy się chce uciąć poobiednią drzemkę?
— Wszędzie, panie Frank, — odpowiedziała pani Rozalja. — Miejsca tu nie brak.
— Co? Co pani powiada? Wszędzie? Dlaczego pani nie siedzi? Może pani nie wypada?
— Ciszej, Frank! — upominał Sam. — Nie miejsce tu i nie czas na przekomarzania. Mamy — ważniejsze zajęcie.
— Co? Cóż takiego?
— Przedewszystkiem musimy zapalić fajkę pokoju, jeśli się nie mylę.
— Z tymi Indjanami?
— Tak, przynajmniej z wodzem. Wiesz, przecież, że dopiero po wypaleniu kalumetu można polegać na czerwonych.
— Wiem dobrze. Ale powinniśmy byli wobec tego wypalić przed wejściem!
— Nie było na to czasu.
— Nie należało zwracać uwagi na burzę. Teraz tkwimy w lochu i, jeśli czerwonoskórzy mają złe względem nas zamiary, to tak samo, jakgdyby do stu tysięcy fur kartaczy! Widzisz, już się zaczyna! Usuwają drabinę. Trzymajcie mocno, trzymajcie mocno!
Skoczył z wyciągniątemi rękoma wgórę, aby uchwycić drabinę, ale było za późno. Znikła na górze.
— Macie podarunek! — rzekł gniewnie. — Teraz siedzimy w łapce, jak Pitagoras w beczce.
— Masz na myśli Diogonesa — poprawił Sam.
— Milcz! — huknął Frank. — Co ty wiesz o Diogenesie! To przecież ten karzeł na beczce heidelberskiej. Czy nie możesz żyć bez kłótni.
— Nie — roześmiał się Sam. — Ale ta sprawa z drabiną wydaje mi się podejrzana. Poco ją wciągnęli do góry? Czy była potrzebna do innych pięter? Mogło się to zdarzyć wobec takiej nawałnicy. Zobaczmy, czy nikogo z nas nie brak tutaj.
Okazało się, że nie było bankiera i buchaltera.
— To mnie trochę uspakaja — rzekł Sam Hawkens. — Przecież i ich uwięzionoby z nami. Ujrzymy ich niebawem. Drabiny pozabierano gdzie indziej, jeśli się nie mylę.
— Ale dlaczego założono pokrywę? — wtrącił Droll.
— Pytasz jeszcze? — odparł Frank. — Doprawdy, wstydzę się, że jesteś moim kuzynem i krewnym! Każdy rozsądny człowiek zamyka klapę, skoro pada deszcz. Tu nietylko pada, ale leje jak z cebra. Dlatego właśnie przymknięto otwór, aby ochronić nasze cenne głowy. Czy pojmujesz?
— Tak. drogi przyjacielu i kuzynie Heljogabalusie Morfeuszu Edewardzie Franke. Ponieważ umiesz tak jasno tłumaczyć, więc zrozumiałem.
— Tak, to jedyny powód, — potwierdził Sam. — Dopóki wodza niema, poddajmy oględzinom nasze dzisiejsze mieszkanie.
Nie byli zbudowani rezultatem badań. Nie znaleźli tu żadnego siedzenia, żadnego śladu słomy, siana czy listowia, z któregoby można przygotować posłanie. Zdeprymowało to wysoce naszych przemokłych podróżnych. Tylko Sam nie tracił pogodnego humoru:
— Wkrótce wszystko się zmieni. Niech tylko wódz przyjdzie! Dostarczy nam wszelkich wygód.
Szi-So nie brał udziału w oględzinach mieszkania. Oparty plecami o mur, siedział na ziemi i spoglądał przed siebie poważnie. Usłyszawszy pocieszające słowa Sama, przerwał milczenie i rzekł:
— Sam Hawkens się myli. Nic się zmieni. Jesteśmy uwięzieni.
— Uwięzieni? Do stu tysięcy fur kartaczy! Z czego to wnosisz?
— Jestem Indjaninem i wiem, co o tem myśleć. Kiedyśmy weszli na górę, spostrzegłem dwie drabiny wsparte o wyższe piętro. W pośpiechu najwygodniej było wziąć jedną z nich do przeprowadzenia ludzi.
— Ach! Ja też widziałem drabiny. To dziwne, że właśnie naszą zabrali.
— I jeszcze coś — dodał młodzieniec. — Gdzie jest Grinley, zwany królem naftowym?
— Do piorunów, to prawda! — zaklął Sam.
— Dlaczego niema też obu jego towarzyszyć Według wszelkiego prawdopodobieństwa chce ich oszukać. Nas postanowił usunąć i dlatego podjudził przeciwko nam wodza.
— Ale jak i kiedy?
— Przypomnijcie sobie obu białych, którzy przed nami byli w rancho Fornera. Rozmawiał z nimi; dowiedziałem się nawet, że z jednym z nich przez dłuższy czas odpoczywał na ustroniu.
— Jeśli tak, to istotnie ujawnia się łączność, która powinna była zwrócić moją uwagę. Ale jakżeby się wódz ośmielił tylu ludzi uwięzić? Jesteśmy doskonale uzbrojeni i możemy się uwolnić.
— Jak?
— Podniesiemy pokrywę.
— Spróbujcie! Na pewno nie ruszycie jej z miejsca.
— Przebijemy się przez ścianę szczytową.
— Zbudowana z głazów i jeszcze twardszego wapna.
— Więc przez platformę!
— Spróbujcie ryć mury nożami.
— Ale przecież poza wodzem widziałem tylko kobiety i dzieci!
— Wojownicy się ukryli. Wódz twierdził, że pojechali na łowy. Co za zwierzynę można znaleźć o tej porze roku i w tem pustkowiu? Wiecie, że liczne plemiona indjańskie wykopały topór wojenny. Skoro są na szlaku wojny i grasują po okolicy, któżby się odważył opuścić pewne obozowisko i jechać na łowy, które można przypłacić życiem? Czy wogóle Pueblosi chodzą taką gromadą na łowy? Czy tak namiętnie tropią zwierzynę? Czyż nie żywią się raczej ziemiopłodami?
— Masz słuszność! Przedstawiasz nieodparte dowody.
— Tak, jesteśmy uwięzieni.
— A więc przekonajmy się, i przedewszystkiem spróbujmy, czy nie da się usunąć pokrywy!
Dick Stone i Will Parker stanęli pod pokrywą. Sam wdrapał się na ich plecy, wskutek czego dosięgał pokrywy, i z całej siły wparł się w nią — napróżno.
— To prawda — zamknięto nas! — burknął, złażąc nadół. — Ale pokażemy tym łotrom, że się przeliczyli!
— W jaki sposób? — zapytał Stone.
— Wykopiemy się, albo przez mur, albo przez dach. Przedewszystkiem zbadajmy ścianę!
Przy świetle lampki zbadano mur w rozmaitych miejscach. Okazało się, że ściany zewnętrzne, jak twierdził Szi-So, składały się z grubych kamieni, spojonych wapnem, którego nie mógł odbić żaden nóż. A innych narzędzi nie było.
Pozostawał dach. Mężczyźni utworzyli piramidę. Okazało się, że podkład składał się z mocnych jak żelazo belek. Wytrwały przez długie stulecia; nie tknęła ich wilgoć. Noże natrafiły na nieprzebytą powłokę, to też niepodobna nawet było zbadać, z czego składały się wyższe warstwy.
Kobiety przyglądały się z trwogą tym daremnym wysiłkom. Skoro ich zaprzestano, pani Rozalja zawołała gniewnie:
— Czy można było pomyśleć, że na święcie istnieją tak nikczemni ludzie, jak ta banda indjańska! Gdybym miała tutaj tych szubrawców, Panie mego życia, powiedziałabym im teraz w oczy całą prawdę. Oto, co cię czeka, kiedy polegasz na mężczyznach! Pasowali się na naszych obrońców, ale, zamiast chronić od złego, prowadzą nas wprost na zagładę.
— Ciszej! — prosił mąż. — Obrażasz tych panów swojem wiecznem gderaniem.
— Co? Jak? Wiecznem? — zapytała ze złością. — Od jak dawna mówię? Co najwyżej od trzech, czy czterech sekund. I to się nazywa wiecznością! Kto ma słuszność, nie powinien przycinać sobie języka. Byliście tak głupi, żeście się pozwolili przymknąć. Czy to moja wina? Chcę tylko zapytać, czego mamy się spodziewać i co się z nami stanie?
— Pyta się pani? — odpowiedział Hobble-Frank z uśmiechem. — Wiadomo wszak, co się z nami stanie.
— No, co naprzykład?
— Z początku spętają nas...
— Niby damy również?
— Naturalnie! Potem przywiążą do pala męczarni...
— Damy też?
— Stanowczo! A kiedy wydamy ostatnie tchnienie, zdejmą z nas skalpy.
— Niech piorun trzaśnie! Chyba damom oszczędzą tej haniebnej operacji?
— Przeciwnie! Czerwonoskórzy zazwyczaj skalpują kobiety żywcem. Nie czekają na ich śmierć, wie pani, bo damy mają piękniejsze i dłuższe włosy, co nadaje większą wartość skalpom...
— Dziękuję uprzejmie za takie pochlebstwo!
— Proszę bardzo! No, i dlatego, że skalp trudniej ściągnąć z nieboszczyka, niż z żywego człowieka.
— Czy to prawda, czy chce mi pan tylko stracha napędzić, panie Frank?
— Jakże mógłbym żartować w tak poważnej chwili?...
— W takim razie ci czerwoni są prawdziwymi barbarzyńcami! Ale ja nie pozwolę się skalpować, ani żywa, ani martwa. Mojej skóry nie dostaną za żadną cenę! Będę broniła swoich włosów za życia i po śmierci. Jestem pani Rozalja Eberschbach, z domu Morgenschtern, wdowa po młynarzu. Jużci, poznają mnie! — —
Druga grupa jeńców, mianowicie bankier i jego buchalter, nie wywoływała hałasu. Leżeli spętani na parterze. Nie paliła się tu żadna lampka — było zupełnie ciemno. Wilgotność powietrza i szmer wody świadczył o bliskości źródła. Mury były tutaj tak grube, że nie przepuszczały odgłosów burzy. Skoro jeńców opuszczono na lassach i nakryto otwór, każdy z nich nadstawił ucha. Panowała grobowa cisza. Wreszcie odezwał się bankier:
— Czy zemdlał pan, Mr. Baumgarten, czy też słyszy mnie pan?
— Słyszę, sir. Jestem bliski omdlenia. Czem zawiniliśmy tym czerwonoskórym, że się tak z nami obeszli?
— Hm, chciałem pana o to pytać. Dlaczego akurat nas uwięzili z pośród całej gromady?
— Co do tego, to przypuszczam, że pozostałych spotkał ten sam los.
— Z czego pan to wnosi?
— Z wielu okoliczności. Jedno jest pewne: czerwoni nie mogliby nas uwięzić, nie uwięziwszy także naszych towarzyszów, gdyż ci na pewnoby nas odbili.
— To słuszne, ale zarazem smutne, gdyż musimy wyrzec się nadziei.
— Nie tracę nadziei aż do ostatniej chwili. Sądzę, że mimo wszystko, możemy liczyć na naszych towarzyszów. Prawdopodobnie są tak samo uwięzieni, jak my, ale przynajmniej nie są spętani, Mają przy sobie broń. Rozważ pan, co to za ludzie! Ten Hobble-Frank, mimo osobliwości charakteru, na pewno jest nieustraszonym, mężnym i tęgim westmanem. O Hawkensie, Parkerze, Stone i Drollu można to samo powiedzieć, a co się tyczy pozostałych, to, oprócz może nieodpowiedzialnego kantora, nikogo strach nie pozbawi przytomności umysłu.
Well, sądzę. Ale dlaczego właśnie nas uwięziono oddzielnie? Może chcą wykupu?
— Wątpię. Tak postępują biali bandyci, ale nie Indjanie. Przypuszczam, że skrupiły się na nas skutki sporów, wynikłych między tymi czerwonoskórymi a białymi.
All devils! W takim razie nie byłoby dla nas nadziei. Bylibyśmy bowiem jeńcami wojennymi, co pachnie śmiercią! Piękna perspektywa! Smażyć się i oddać skalp przy palu męczarni!
— Nie jest jeszcze tak źle! Spróbujmy przedewszystkiem, czy się nam nie uda uwolnić z więzów.
Trudzili się i natężali wszystkie siły, ale bez powodzenia. Rzemienie były zbyt mocne. Nie wpadli na myśl, że należy je rozsupłać. Powinni się byli o to pokusić, aczkolwiek ręce mieli związane.
Leżeli i czekali — długo, bardzo długo, tak się im przynajmniej zdawało. Naraz usłyszeli nad sobą szmer. Pokrywa została usunięta. Zobaczyli niebo usiane gwiazdami. Burza zatem minęła już i zapadł wieczór. Widzieli, jak spuszczano drabinę, po której zszedł do nich wódz. Nachylił się nad nimi i pomacał więzy. Przekonawszy się, że są nienaruszone, rzekł:
— Białe psy są głupsze, niż wyjące kujoty. Weszli do domu czerwonych wojowników, nie pomyślawszy, że między czerwonymi a białymi wykopano topór wojenny. Zagrabili nasz kraj, nasze święte przybytki i wypędzili nas samych. Prześladują nas i oszukują bez przerwy. Przyśli pojedyńczo i wnet rozmnożyli się do miljonów, my natomiast, którzyśmy się liczyli na miljony, wymieramy jak mustangi i bizony w sawanach. Lecz zanim przyjdzie nam szczeznąć, dokonamy zemsty. Wykopaliśmy topór wojny, i wszyscy biali, którzy wpadli nam w ręce, są zgubieni. Jutro, skoro świt, przywiążemy was do pala męczarni. Wasze krzyki będą się głośno rozlegać po okolicy! Tak się stanie, gdyż Ka Maku, wódz, tak powiedział!
Rzekłszy to, wrócił na górę, wyciągnął drabinę i nakrył pokrywę.
Jego groźby przejęły jeńców dreszczem. Nie wiedzieli bowiem, że przedstawił im przyszłość w tak ciemnych barwach jedynie w tym celu, aby później poczuwali się do tem większej wdzięczności wobec wrzekomego zbawcy.
Wizyta wodza do reszty przybiła bankiera, i zachwiała ufnością Baumgartena. Skoro świt, na palu męczarni! Tak straszliwie szybko miał się rozstrzygnąć ich los. Za mało było czasu na ratunek!
Dzielili się rozpaczą; suszyli sobie głowy w poszukiwaniu wyjścia. Zaczęli ponownie rozciągać więzy, z tym jedynie skutkiem, że rzemienie wpiły im się w ciało. Po kilku godzinach znowu usłyszeli szmer. Spojrzeli wgórę. Pokrywa była usunięta i jakaś głowa ukazała się w otworze.
Pst, pst, Mr. Rollins, czy to wy jesteście na dole? — zapytano cichym głosem.
— Tak, tak! — zawołał radośnie wezwany.
— Cicho, cicho! Jeśli nas usłyszą, będę zgubiony! Czy Mr. Baumgarten jest z panem? Tak, i ja tu jestem, — odpowiedział Niemiec.
— Nareszcie, nareszcie was znajduję! Szukałem wszędzie, narażając się na tysiączne niebezpieczeństwa, byleby was uratować. Czy stawiliście opór? Czy was nie zraniono?
Szczera troska brzmiała w tych słowach.
— Nie, jesteśmy zdrowi i cali, — odpowiedział Rollins.
— A więc czekajcie chwilkę. Zobaczę, czy zdołam spuścić drabinę. Chociaż stoją tu gdzie niegdzie wartownicy, spróbuję was wyratować.
Głowa znikła z otworu.
Bogu dzięki! Uratowani! — westchnął bankier, ciężko oddychając. — To Grinley, nasz król naftowy. Nieprawdaż?
— Tak — odpowiedział buchalter. — Nie widziałem jego twarzy, ale poznałem po głosie, mimo że szeptał.
— Wydobędzie nas z tego lochu. Gotów życie narazić, byleby nas wyratować. Czy to nie dzielny postępek?
— Bardzo!
— Jakże łatwo ludziom, skądinąd mądrym, omylić się w sądach o bliźnim! Chciano go napiętnować jako oszusta. Teraz możemy być przeświadczeni, że zasługuje na bezgraniczne zaufanie. Nie wolno nam wątpić o jego uczciwych zamiarach.
Król nafty znów ukazał się nad otworem. Spuścił drabinę i szepnął:
— Udało się... Oto drabina... Wejdźcie szybko!...
— Nie możemy, jesteśmy spętani, — odpowiedział Rollins.
— To pogarsza sprawę! Stracimy wiele cennego czasu. Będę musiał do was zejść.
Zeszedł do jeńców, wymacał po ciemku więzy i przeciął. Podnieśli się, wyciągnęli członki, aby przywrócić normalne krążenie krwi. Rollins podał mu rękę i szepnął:
— Nigdy panu tego nie zapomnę, sir! Ale powiedz mi, w jaki sposób — — —
Pst, cicho! — upominał król naftowy. — O tem pomówimy później. Teraz trzeba się jak najszybciej stąd wydostać, gdyż każdej chwili może nas kto zobaczyć, a w takim razie bylibyśmy zgubieni. Chodźcie prędzej! Ale nie wolno nam się podnosić; trzeba pełzać na czworakach.
Wszedł na górę, a oni za nim. Na dachu położyli się plackiem.
— Spójrzcie wgórę! — szepnął. — Widzicie wartowników?
W blasku gwiazd zauważyli wartowników, stojących na górnych tarasach. Nie mając doświadczenia, nie pomyśleli o tem, że na ich tarasie, gdzie warta była najniezbędniejsza, nikt nie czuwał. Nie pomyśleli również o tem, że i ci wartownicy musieli ich widzieć — że gesty króla naftowego mogły być fałszywe. Nie zakrył przecież otworu, ani nie wyniósł drabiny.
— Posuwajcie się — szepnął cicho — za mną aż do krawędzi, gdzie przystawiłem drabinę. Jeśli zejdziemy nadół niepostrzeżenie, nic już nam nie może grozić.
Podsunęli się do krawędzi pierwszego tarasu. Zobaczyli drabinę. Okoliczności aż nazbyt sprzyjające ucieczce nie zbudziły w nich żadnych podejrzeń. Jeden po drugim zeszli nadół i znaleźli się poza obrębem puebla.
— Nareszcie, nareszcie! — rzekł król nafty. — Umykajmy stąd szybko!
— Jeszcze nie, Mr. Grinley, — rzekł buchalter, najbardziej sumienny. — Nasi towarzysze są wszak również uwięzieni?
— Tak.
— Czy opuścimy ich? Naszym obowiązkiem — —
— Absurd! Co panu na myśl wpada! Wódz kłamał. Jego wojownicy nie są na łowach, lecz schowali się tutaj wpobliżu. Czy w trójkę poradzimy sobie z sześćdziesięciu, czy siedemdziesięciu wojownikami? Niechybna śmierć. Bądźcie zadowoleni, że choć was wydobyłem!
— Słusznie, ale martwi mnie ich los...
— O, będą się sami starali uwolnić! Jest tam kilku dzielnych ludzi, którzy na pewno znajdą jakieś wyjście.
— To mnie uspakaja. Ale jakże uciekniemy? Prawdopodobnie ruszą za nami w pościg. Bodajbyśmy to mieli nasze konie i broń! Stracimy także bagaż.
— Wszystko w porządku, wszystko uratowałem!
— Jak? Co? Nie może to być!
— O, dzielny człowiek dla swoich przyjaciół dokazuje cudów. Ja sam, zresztą, nie poradziłbym, znalazłem jednak pomoc i poparcie.
— Czyje?
— Dwóch mężnych gentlemanów, do których was zaprowadzę. Chodźcie szybko; nie możemy tu ani chwili marudzić!
Zaprowadził ich do ruin, gdzie poprzednio zaczaili się Indjanie. Tu spotkali Buttlera i Pollera, i znaleźli nietylko swoje wierzchowce i broń, ale także całe swe mienie. Zdumieni, zasypali Grinleya szeregiem zapytań, które jednakże uchylił:
— Musimy natychmiast jechać! Jak sami słusznie zauważyliście, zaczną nas wnet ścigać. Dlatego powinniśmy wyforsować się naprzód. W drodze wam opowiem, jak się to wszystko odbyło.
Ułożył sobie w myślach opowiadanie o tyle prawdopodobne, aby nie budziło poważnych wątpliwości. Dosiedli rumaków i puścili je w galop. Bankier był pełen wdzięczności dla swoich zbawców; nie myślał wcale o pozostawionych na łasce indjan towarzyszach. Lecz Baumgarten nie mógł się pozbyć myśli, że obowiązkiem ich było przynajmniej pokusić się o uratowanie więźniów. — — —
Rzeczywiście, sytuacja uwięzionych była bezsprzecznie bardzo poważna, niepozbawiona jednak śmiesznych stron, a to z powodu osobliwych właściwości charakteru niektórych podróżnych. Z początku spodziewali się, że wkrótce sprowadzą do nich bankiera i buchaltera. Twierdzenie Szi-So zrobiło pierwszy wyłom w tej pewności. Kiedy minęło kilka godzin, a pokrywa się nie poruszała, przestano wątpić o słuszności słów młodego indjanina. Dotychczas dosyć spokojne usposobienie więźniów uległo gwałtownej zmianie. Doświadczeni westmani przywykli panować nad wzruszeniem, lecz zatroskani wychodźcy nie mogli utaić niepokoju i podniecenia. Wyjątkiem był kantor, któremu w głowie nie mogło się pomieścić, żeby jego praca dla sztuki miała tu dobić do nagłego i gwałtownego kresu. Łatwo się domyślić, że pani Rozalja wiodła rej w żywej wymianie zdań. Urągała ostro Indjanom, nie oszczędzając również Sama i jego towarzyszów, na których składała winę obecnej sytuacji.
— Ktoby coś podobnego pomyślał o tym starym, czerwonym wójcie indjańskim! — gniewała się. — Ten człowiek był tak uprzejmy, tak grzeczny, zachowywał się tak mile, że myślałam sobie: tylko patrzeć, jak cię zaprosi do walca. A teraz okazuje się, że to wszystko było fałszem, oszustwem, łajdactwem. O co mu właściwie chodziło? O nasze rzeczy, o nasze pieniądze? Powiedz mi pan, panie Hawkens? Gadajże pan, mówże! Nie stój jak chiński bałwan, który nie może wydać dźwięku!
— Oczywiście, że chodzi o nasz dobytek, — odpowiedział Sam.
— Oczywiście? Nie uważam, aby to było tak oczywiste! Mój dobytek jest moim dobytkiem i nikt nie zdoła mi go zdmuchnąć. Kto wysuwa rękę po moje prawdziwe i prawne mienie, ten jest rzezimieszkiem, rozumie pan! I na takiego u nas w Saksonji istnieją pewne paragrafy, na które policja bardzo zważa. Kto chce cudze zwędzić, ten dostaje się do więzienia!
— Słusznie, ale niestety nie jesteśmy w Saksonji.
— Nie w Saksonji? Co, co pan tam mówi? Przecież nie jestem Amerykanką, a chociaż widzi mnie pan teraz na wychodztwie, nie wyzbyłam się swego dobrego saskiego obywatelstwa, o nie! Zawszeć jestem córką pięknego saskiego kraju nad Elbą. Sasi bili wrogów więcej niż w dwudziestu wojnach, potrafią mnie więc również stąd wydobyć. Nie pozwolę się ograbić, aby następnie bez szeląga w kieszeni wałęsać się po Ameryce!
Sam obejrzał podnieconą kobietę właściwym sobie szczególnym spojrzeniem i odezwał się:
— Źle pani to sobie wyobraża, pani Ebersbach. Nie ograbią pani, aby później pozwolić się wałęsać po Ameryce.
— Nie? A co?
— Kiedy Indjanin rabuje, nie zapomina także zamordować. Skoro odbiera czyjąś własność, odbiera także życie, aby zażegnać zemstę.
— Panie mojej duszy! No, w takim razie wszystko się kończy! Wiedział pan o tem, a jednak zaprowadziłeś nas do tego czarciego loszku? Panie Hawkens, nie bierz mi pan tego za złe, ale jesteś potworem, salamandrą, smokiem, jakiego nie znajdziesz, jak świat szeroki i długi!
— Wybaczy pani! Czyż mogłem przewidzieć zamiary Indjan? Ci Pueblosi są znani ze spokojnego usposobienia. Nie można było wiedzieć, że nastawią na nas pułapkę.
— Czy musieliście wejść? Moglibyśmy wszak zostać pod gołym niebem! — A nawałnica? — Ach, co znaczy nawałnica! Wolę, aby mi zmyła czuprynę z głowy, niż żebym miała paść ofiarą rabunku i morderstwa. Przecież sam pan może się tego domyślić. Drogie niebiosa! Być zamordowaną! Ktoby o tem pomyślał! Wywędrowałam, aby przez długie lata żyć po amerykańsku, a ledwo postawiłam stopę na tej ziemi, już śmierć zaziera mi w oczy. Chciałabym widzieć takiego, coby to mógł wytrzymać!
Teraz podszedł do niej kantor, położył jej rękę na ramieniu i rzekł uspakajająco:
— Niech się pani nie podnieca niepotrzebnie, moja droga pani Ebersbach. O śmierci nie może być mowy.
— Nie? Jakto?
— Póki jestem przy pani, nie może cię spotkać nieszczęście. Ja pani bronię!
— Pan —  —  — mnie —  —  —? — zapytała niedowierzająco, mierząc go od stóp do głów.
— Tak, ja! Wie pan! przecież, że chcę wystawić operę heroiczną w dwunastu aktach?
— Naturalnie. Słyszałam o tem aż zbyt często.
— No, więc! Kompozytor jest miłośnikiem Sztuki, a może pani ufać, że ta potężna bogini nie pozwoli umrzeć zawczasu żadnemu ze swych zwolenników.
— Ale ja przecież nie komponuję!
— Zato jest pani pod mojem skrzydłem opiekuńczem. Przez wzgląd na moją wielką operę, Muzy powrócą mnie nieuszkodzonego na ciele i zdrowiu do domu, albowiem w przeciwnym razie jedyne i niezastąpione arcydzieło przepadłoby dla świata bezpowrotnie. Podczas całej podróży amerykańskiej nie spadnie mi włos z głowy; ergo każdy, kto mi towarzyszy, jest zabezpieczony od nieszczęścia.
— Pięknie! Jeśliś pan tak pewny, że nic nie może nam się stać złego, zbierz się na odwagę i wydobądź nas z tej łapki.
Podrapał się za uchem i odpowiedział mrukliwie:
— Zdaje się, że pani mnie źle zrozumiana, moja najmilsza. Nie można grać allegro vivace opusu, który jest oznaczony w lento. Jeśli powiedziałem, że w mojej obecności nie może was spotkać nieszczęście, to nie znaczy, abym ja właśnie miał otworzyć furtkę wolności. Nato są inni. Wystarczy tylko wymienić pana Franka, który już dokonał tylu cudów waleczności i który w żadnym razie nie pozwoli nam tutaj zmarnieć. Czy nie mam słuszności?
Z tem pytaniem zwrócił się do Hobble-Franka. Mile połechtany westman odpowiedział:
— Tak, mówił pan słusznie, zupełnie słusznie, panie kantorze emeriticus, i nie zawiedzie pana zaufanie, które we mnie pokładasz. I choćby wszystkie powrozy miały pęknąć, ja was oswobodzę!
— Jak? — zapytał Sam.
— Nie wierzysz? Podczas gdyście tutaj przelewali z pustego w próżne, ja udałem się po radę do rozumu i odbyłem drogę, która nas wyprowadzi na wolność.
— Jestem jej bardzo ciekaw — rzekł Sam.
— Wierzę ci na słowo. I takbyś jej nie znalazł!
— Wykaż uprzednio, czy twoja droga nie jest manowcem.
— Ty, powiem ci coś: „gdziekolwiek się ukażesz, panie organisto, wszystkie flety milkną“. Ja jestem panem organistą, a ty fletem, który ma milczeć! Moja droga jest dobra, jak się wkrótce przekonacie. Tłukliście głową o ściany, kłuliście dach i noże stępiliście o kamienie. Ja zaś idę o zakład, że znajdą się tu dziury, o które będzie można oprzeć dźwignię wolności!
— Dziury? Gdzie?
— Gdzie? Musimy dopiero poszukać.
— A więc nie ruszyliśmy z miejsca. Szukaliśmy i nic nie znaleźli!
— Milcz! Ślepota poraziła wam oczy, wasze nosy niewarte są szeląga! Otwór w sklepieniu wszak zamknięty, a oprócz niego nie widać żadnej innej dziury. Gdyby tak było w rzeczy samej, musielibyście się tutaj zadusić, ponieważ wkrótce zabrakłoby ożywczego powietrza. W każdym razie poczulibyście zgniły i dziwny zapach. No, przyjrzyjcie się teraz lampie, a zobaczycie, jak pięknie płonie; natężcie organy powonienia i przekonajcie się, czy jest chociażby zapowiedź złego powietrza! Powietrze stale się odnawia, muszą tu zatem wgórze, lub na dole być otwory, podobnie jak w mojej willi Niedźwiedzie Sadło nad Elbą. Ten stały dopływ powietrza musimy odkryć. A wiecie, jak to zrobić?
— Z pomocą świecy, co? — zapytał Sam.
— Tak, z pomocą lampki. Widzisz więc, że chwilami wykazujesz trochę rozumu! Weźcie lampkę i trzymajcie u dołu przy podłodze, a znajdziecie otwory, przez które wchodzi świeże i wychodzi zepsute powietrze.
— Ty, Frank, ta myśl jest naprawdę niezła! — zawołał Sam Hawkens. — Spostrzeżenie zupełnie słuszne — mamy tu czyste powietrze, musi więc być dopływ. Poszukajmy!
— No, widzisz stary flecie, że organista rozumie się na rzeczy! Gdyby nie ja, to —  —  — uważaj!
Z góry rozległ się szmer. Burza minęła; nie grzmiało już; słychać więc było wyraźnie, co się działo na płaskim dachu. Odsunięto cieżkie głazy, poczem uchylono nieco pokrywy. Rozległ się głos wodza:
— Białe twarze niech wysłuchają, co im powiem! Wiedzą już chyba, że są moimi więźniami. Wojna wybuchła między nami a białymi, a zatem powinniście umrzeć; ale będę dla was pobłażliwy i daruję wam życie, jeśli mi oddacie wszystko, co macie przy sobie.
Wasz przywódca niechaj odpowie! Miał na myśli Sama Hawkensa. Ten odpowiedział:
— Dostaniesz wszystko, czego sobie życzysz. Puść nas na górę, a oddamy!
— Mój brat mówi językiem węża. Jeśli was wypuszczę, stawicie opór.
— Zejdź nadół i weź sobie sam!
— Zatrzymacie mnie na dole. Niech białe twarze przedewszystkiem zbiorą swoją broń i następnie zwiążą rzemieniem, który wam zrzucę. Potem spuścimy lassa, aby ją podciągnąć.
Sam Hawkens niech odpowie, czy przystaje na to!
— Czy Ka Maku dotrzyma słowa i puści nas na wolność, skoro oddamy wszystko?
— Tak. — Tak? Hihihihi! Nie uważaj nas za takich głupców, jakim sam jesteś, i uciekaj czem prędzej, bo podaruję ci kulę! Wiemy dobrze, co o was myśleć, kłamcy i zdrajcy! Nic nie dostaniecie!
— W takim razie biali zginą!
— Czekaj więc aż do tej chwili. Zadalibyście nam śmierć, gdybyśmy nawet spełnili wasze życzenia. Przeliczyliście się! Mamy broń, i zmusimy was do zwrócenia nam wolności bez wykupu!
— Sam Hawkens myli się. Wasza broń wcale wam się nie przyda, gdyż nie dojdzie do rozprawy. Jesteście uwięzieni i nie zdołacie wyjść z lochu. Nie napadniemy na was, a zatem nie będziecie potrzebowali się bronić; brak wody i jadła wyda was w nasze ręce. Poczekamy, aż zginiecie z głodu i pragnienia, a następnie, już bez żadnej walki, weźmiemy wszystko, czego pragniemy.
Pokrywa znowu opadła. Słychać było, jak na nią wtoczono ciężkie głazy.
— Głupstwo — mruczał Dick Stone. — Przegapiłeś okazję.
— Jakże? — zapytał Sam.
— Należało nie odpowiadać wcale, lecz posłać mu kulkę w łeb. Wprawdzie trzymał głowę zdała, ale czoło widziałem tak wyraźnie, że nietrudno je było przedziurawić.
— Wiem o tem, stary Dicku, ale chyba nie sądzisz, że toby się nam przydało? Wręcz przeciwnie, pogorszyłoby naszą sytuację. Nie, skoro nie zachodzi konieczność, nie pozbawiam nikogo życia. Gdzie indziej szukajmy ratunku. Idźmy raczej za radą Franka; trzeba się śpieszyć, gdyż lampka wkrótce się dopali.
Hobble-Frank miał słuszność. Powietrze przepływało przez wydrążenia w murze tuż nad podłogą; wkrótce też więźniowie odkryli w powale otworki, przez które wychodziło zepsute powietrze. Otworki były wydrążone ukośnie; pionowe bowiem łatwiejby wpadły w oczy, ukazując niebo. Średnice ich nie przekraczały sześciu centymetrów. O wiele większe były otwory w ścianie.
— Teraz wszystko dobrze pójdzie — rzekł Will Parker. — Poprzednio nie mogliśmy obracać nożami; teraz jednak dziury stanowią punkty oparcia dla klingi. Pozostaje zagadnienie, którędy drążyć?
— Mur jest za gruby — oświadczył Sam. — Aby wydrążyć dostatecznie obszerny otwór, musielibyśmy bardzo długo pracować.
— Więc powała?
— Tak. Wprawdzie utrudnia pracę ta okoliczność, że trzeba stanąć na barkach dwóch towarzyszów, ale skoro usuniemy bierwiona, reszta pójdzie jak po maśle. Niestety, mamy światła najwyżej na pół godziny. Poszukajmy więc szybko najodpowiedniejszego miejsca!
Znaleziono je niebawem. Sam i Droll chcieli rozpocząć; pierwszy stanął na barkach Stone’a i Parkera, drugi na barkach Ebersbacha i Straucha. Po pewnym czasie mieli ich inni zluzować. Skoro rozpoczęto pracę, odezwał się Szi-So:
— Światła nie starczy. Być może, później będzie potrzebniejsze, niż teraz. Czy lampka ma się wypalić do reszty?
Dobra była rada. Zgaszono lampkę. Rozległ się szmer świdrów i podźwięk noży, oraz ciężkie oddechy obu pracujących. Tak natężyli siły, że już po kwadransie trzeba było ich zluzować. O spaniu nie było mowy. Świdrowano, drążono przez całą noc; wreszcie usunięto tyle drzewa, że powstał otwór, przez który pojedynczo można było się przeczołgać. Pozostało tylko przeryć się przez górną warstwę dobrze ubitej, stwardniałej w kamień gliny. To zajęło wiele czasu. Dopiero koło południa szczególny dźwięk noży zasygnalizował, że praca ma się ku końcowi.
— Teraz pracujcie cicho, jak najciszej, — upominał Sam Hawkens. — Inaczej usłyszą nas z góry.
Ledwo to powiedział, rozległ się wystrzał, a zaraz potem Dick Stone, pracujący wraz z Szi-So, zawołał:
All devi’s! Jestem ranny!
— Gdzie? — zapytał Sam.
— W ramię. Hultaje strzelają.
— Przez dach? A więc słyszeli szmer waszych noży! Czy rana jest głęboka?
— Nie sądzę. Prawdopodobnie powierzchowna. Kość nieuszkodzona; ale czuję, że krew spływa.
— A więc złaź żywo! Mogą znowu strzelić i trafić w głowę. Zbadamy twoje ramię!
Dick i Szi-So zeskoczyli na ziemię. Teraz lampa mogła się przydać. — Znowu rozległy się dwa czy trzy strzały, nikogo już jednak przed otworem nie było; kule uderzyły w podłogę. Atoli Sam Hawkens ryknął przeraźliwie.
— Czego krzyczysz? — zapytał Parker. — Czy cię trafiło? — Nie. Chcę tylko wiedzieć, gdzie te łotry stoją.
Na górze rozgrzmiały radosne okrzyki. Indjanie usłyszeli głos Sama i uwierzyli, że kula go ugodziła.
— Bardzo dobrze! — roześmiał się Sam. — Ci zbóje siedzą tuż przy naszym otworze i nasłuchują. Poczęstujmy ich śrutem! Franku i Willu, podejdźcie do mnie! W naszych trzech dubeltówkach tkwi sześć kul. Każdy wypali szybko po dwie kule! Raz — dwa-trzy! Rozległ się huk, a zaraz potem okrzyki bólu i gniewu.
Well! Doskonale! Hihihihi! — roześmiał się Sam. — Zdaje się, że trafiliśmy kilku. Nie sądzę, aby się odważyli znowu podsłuchiwać.
— Ale ja też nie stanę ponownie w otworze, żeby mnie zastrzelono! — mruknął Stone.
— Nikt tego nie żąda — odrzekł Sam. — Pokaż ramię!
Zapalono lampę. Kiedy opatrzono ramię Dikka, jak się okazało, lekko jedynie ranione, rzekł Hobble-Frank:
— Powinniśmy byli drążyć w ścianie, a nie w dachu. Na dachu stoją Indjanie i słyszą wszystko. Jeżeli zaś będziemy ryć się przez ścianę, to nikt nas nie usłyszy.
— Ale jest to o wiele cięższa praca — zauważył Sam.
— Lepsza jest cięższa, a bezpieczna, niż lekka w asyście kul!
Sąd jego znalazł powszechne uznanie. Przystąpiono do roboty. Otwory w ścianie były tak obszerne, że więźniowie mogli w nie wsadzić po dwie naraz lufy, służące za dźwignie. Po wielogodzinnym trudzie udało się tak rozluźnić spoidło, że można już było do dalszej pracy używać noży.
Upłynęło już popołudnie i zapadł zmierzch, kiedy pierwszy kamień wypadł z muru. Pierwszy. A ile ich jeszcze było do usunięcia! I w jakim opłakanym stanie znaleźli się uwięzieni! Wszak pragnęli tu urządzić postój i wypocząć. Po przybyciu do puebla zdążyli jedynie ugasić pragnienie, nie zaspokoili jednak głodu. Teraz minęła już przeszło doba, a nic jeszcze nie mieli w ustach. Głód i pragnienie dokuczały dorosłym, a cóż dopiero dzieciom, których wprost nie można było uspokoić.
Pracowano na zmianę, po dwóch. Na pracy upłynęła cała noc, na bardzo powolnej pracy, ponieważ mur był nader mocny, a wapno może jeszcze mocniejsze. Wreszcie przebito otwór nawylot. Tym razem kamień wypadł za mur puebla. Dosyć mała dziura przepuściła płowy blask świtu. Teraz robota szła szybciej; jeszcze pół godziny, a otwór tak się powiększył, że mógł przepuścić człowieka.
— Wygraliśmy! — cieszyła się pani Rozalja. — Ten otwór nie jest wprawdzie wygodnem przejściem dla przyzwoitej damy, ale, kiedy chodzi o wolność, gotowa jestem przeleźć przez komin, co pociąga za sobą absolutną niemożliwość przyzwoitego doprowadzenia się do stanu pierwotnej czystości. Teraz, naprzód marsz, moi panowie! Kto pójdzie na czele? Grzeczność naturalnie wymaga, aby przedewszystkiem ratowały się damy. Dlatego godzę się iść pierwsza.
Nachyliła się już, aby wetknąć głowę w otwór, lecz Hobble-Frank pociągnął ją wtył.
— Czy postradała pani zmysły, madame Ebersbach? Co pani na myśl przyszło? To nie dla bab! Tu muszą rozpocząć panowie wszechstworzenia!
— Kto? — zapytała. — Panowie wszechstworzenia? I do nich pan się zalicza?
— Naturalnie!
— No, w takim razie żal mi tego całego wszechstworzenia! Jestem damą, niemiecką damą z Saksonji rodem. Czy pan nie słyszał, że wobec dam trzeba być grzecznym?
— Ależ ja pani nie rozumiem, droga, najmilsza pani Ebersbach! Jeśli chcę wyjść przed panią, to jedynie z grzeczności!
O — o — o! Jeżeli pan tak myśli, to użył pan tego słowa fałszywie. Będziesz pan grzeczny, jeśli mnie pozwolisz być grzeczną. Nie może pan tego zmiarkować?
— Bardzo dobrze, lecz czyni to pani nawspak.
— Nawspak? Jakto?
— No, otwór jest co najmniej trzy metry nad platformą. Nie?
— Tak.
— Będzie pani musiała z tej wysokości skoczyć. Czy potrafi pani?
— Mam nadzieję. Skoro chodzi o wolność, zeskoczę z każdej wysokości.
— Głową naprzód?
— Głową. A jak inaczej?
— Jeśli pani skoczy głową naprzód na trzy metry wdół, to wświdruje ją pani w plecy tak głęboko, że jej nikt nie dojrzy. Skacze się wszak nogami, a nie tą częścią ciała, gdzie przechowuje się zazwyczaj zdrowy ludzki rozsądek. A zatem, należy wleźć w otwór naprzód nogami.
— Ale to będzie skok nienaturalny! Przecież nie mam oczu w nogach!
— Przyznaję. Jednakże sama pani zobaczy, że postępuję grzecznie, wyprzedzając panią. Przypuśćmy, że Indjanie spostrzegli spadające kamienie. W takim razie na pewno stoją na straży. Otóż, skoro się ktoś ukaże w otworze, wszystko jedno nogami, czy głową, poczęstują go kulą. Jeśli i teraz zechce pani wyjść pierwsza, owszem, nie mam nic przeciwko temu.
— Dziękuję uprzejmie! Jestem damą, a jako taka nie mam obowiązku brać kul, przeznaczonych dla panów wszechstworzenia.
Złożywszy to oświadczenie, cofnęła się szybko. Atoli i Frank nie dostąpił tego niebezpiecznego zaszczytu, który w rzeczywistości przypadł Samowi Hawkensowi. Westman zatknął kapelusz na strzelbę, wysunął go lekko, bardzo lekko przez otwór, poczem wychylił głowę, ale nader powoli. Ledwo oko jego dotarło do wylotu, cofnął się czem prędzej i zameldował:
— Istotnie, na dole, na platformie, stoi gromada wartowników. A więc odkryto nasz otwór.
— Czy widzieli ciebie? — zapytał Dick Stone.
— Nie.
— Czy są uzbrojeni?
— Mają strzelby.
— A więc na pewno będą strzelać! Stoją na dole, na platformie, i oczekują nas, my zaś możemy wyskakiwać pojedyńczo. Prawdopodobnie czatują nietylko z dołu, ale także u góry. Zaraz się przekonamy!
Wziął swoją długą rifle, nasadził na nią swoje nieopisane nakrycie głowy i powoli wysunął lufę przez otwór — tak, że mogło się wydawać głową ludzką. Rozległ się okrzyk, poczem padło naraz wiele strzałów. Dick wycofał strzelbę, dokładnie zbadał kapelusz i orzekł:
— Dwie kule trafiły, jedna z góry, druga z dołu. Co o tem powiesz, stary Samie?
Zapytany dopiero po dłuższej chwili odezwał się przygnębionym głosem:
— Na górze stoją strażnicy i obserwują otwór. Nad nami Indjanie i pod nami Indjanie; źle, bardzo źle!...
— Odpędzimy ich strzałami! — rzekł z tupetem Hobble-Frank.
— Spróbuj! Powystrzelaj tych, co siedzą na naszym dachu! — Ale tem łatwiej jest zastrzelić tych, którzy stoją na dole.
— Jakże to zrobisz?
— No, trzeba tylko wycelować w nich i wypalić!
— Łatwo powiedzieć. Dziura jest tak ciasna, że potrafisz celować, o ile wysuniesz na powietrze całą strzelbę, obie ręce i głowę. Lecz, zanim złożysz się w tej niebezpiecznej pozycji, poczujesz kilka kul w mózgownicy.
— Do stu tysięcy kartaczy! To prawda! Mamy więc piękne otwory i nie możemy wyjść!
— Niestety, niestety! Napróżnośmy się trudzili. Nie możemy się wydostać ani przez dach, ani przez ścianę.
— Bodaj piorun trzasł! Czy to prawda? — zapytała pani Rozalja.
— Jeszcze jaka prawda! — oświadczył Sam.
— Czyż niema innego wyjścia? Naprzykład przez podłogę?
— Nie, gdyż odrazu spostrzegą nas z dołu.
— No, a więc wały stoją, jak stały! I tacy chcą być panami wszechistnienia. Gdybym była mężczyzną, wiedziałabym, co począć!
— Co? Właśnie, że nie wiem, bo nie jestem mężczyzną, lecz damą. Stworzono was, panowie, poto, żebyście nas bronili; rozumiecie? Spełnijcie swoją powinność! Nie jestem powołana do suszenia sobie głowy nad sposobem wydobycia się z tego lochu. Ale wyjść stąd muszę bezwarunkowo, żądam więc, abyście natężyli swoje rozumy i znaleźli sposób ratunku!
Nastąpiła długa pauza. Każdy szukał w myśli drogi do wolności; ale nikt nie otwierał ust, aby tę drogę zwiastować. Upływały długie chwile w męczącem posępnem milczeniu. Wreszcie odezwał się Szi-So:
— Nic nie pomoże zastanawianie się i przemyśliwanie. Moglibyśmy wyjść tylko pojedynczo, a więc musielibyśmy paść pod kulami. A jednak wierzę, że będziemy ocaleni.
— Jak? Jak? W jaki sposób? — rozległo się dookoła.
— Old Shatterhand i Winnetou mieli się spotkać w rancho Fornera. Gospodarz zawiadomi ich prawdopodobnie o naszej podróży, więc udadzą się wślad za nami, i przybędą do puebla.
— Tak, — odpowiedział Sam, głęboko wzdychając, — to jedyna nasza nadzieja. Przybędą tutaj; mógłbym przysiąc, że przybędą. Jeśli wytrwamy do tego czasu, będziemy uratowani.
— Mówicie o dwóch tylko ludziach. Cóż oni dokażą wobec tylu Indjan? — wtrąciła pani Rozalja.
— Zamilknij pani uprzejmie! — odezwał się Frank. — Co może pani wiedzieć o tych bohaterach, którzy są moimi przyjaciółmi i dobroczyńcami! Skoro wpadną na nasz trop, możemy zaśpiewać psalmy dziękczynne. Wydobędą nas, i to nietylko nas!
— Kogóż więcej?
— Bankiera, jeśli jeszcze żyje.
— Ten już chyba nie będzie żył — westchnął Droll. — Ani on, ani jego buchalter. Względem nich miano nieszczególne zamiary, inaczej bowiem nie odłączanoby ich od gromady. —
Miał słuszność, aczkolwiek z innych względów, niż sądził. Dla tych szczególnych zamiarów wypuszczono Rollinsa i buchaltera z puebla. — — —




II
WYZWOLENIE

Bankier i jego buchalter uciekli z puebla.
Jechali teraz na północ wraz z królem naftowym Buttlerem i Pollerem. Nie biwakowali w drodze, póki w południe nie dotarli do pierwszego lasu gór Mogollon, który ich uraczył cieniem, ochłodą i napojem. Zeszli zatem z koni i usiedli nad stawem, aby wypocząć i dać również wypoczynek koniom. Teraz król naftowy opowiedział bajeczkę, która miała wytłumaczyć bankierowi dziwne zdarzenia ubiegłej nocy. Osiągnął cel. Rollins nabrał całkowitej do niego ufności i cieszył się niemało z towarzystwa tak mężnych i czcigodnych ludzi, jak Buttler i Poller.
Wypocząwszy, dosiedli koni i pojechali dalej Wieczorem natrafili na miejsce, doskonale nadające się do przenocowania. Płynął tu strumyk i było sporo suchego drzewa, którem mogli podsycać ognisko przez całą noc. Ani Rollins, ani Baumgarten nie zwrócili na to szczególnej uwagi, że król nafty, Buttier i Poller byli suto zaopatrzeni w żywność, której wszak nie mogli zabrać z puebla. Kiedy Poller wskrzesał ognisko, Buttler rzekł kłopotliwie:
— Wpobliżu ciągną się obszary Nijorów. Czyż nie byłoby lepiej zrezygnować z ognia? Łatwo może nas zdradzić.
— Niema niebezpieczeństwa — oświadczył król naftowy. — Jestem z Nijorami na dobrej stopie.
— Wykopali topór wojenny!
— Nic nie szkodzi. Dla mnie nie są groźni, nawet na ścieżce wojennej.
— Nijorowie mieszkają na północy, a na południu Gilenowie. Obozujemy na pograniczu obu plemion, więc w strefie najniebezpieczniejszej. Pełno tu wałęsających się oddziałów, które dla zysku nie oszczędzają ani wroga ani przyjaciela.
— A ja ci powiadam, że w całej okolicy nikogo teraz nie znajdziesz. To właśnie miejsce jest głęboko ukryte; nie spotkałem jeszcze, aczkolwiek bywałem tu już nieraz, żywej duszy, nawet śladu żywej duszy. Możemy zatem spokojnie rozpalić ognisko. — —
Aczkolwiek tak bardzo był pewny swej sprawy, mylił się przecież, gdyż na północ od nich jechali dwaj jeźdźcy, którzy, nie widząc się nawzajem, dążyli do tego samego celu, mianowicie do miejsca, gdzie król naftowy obozował wraz z towarzyszami.
Jeden od drugiego był oddalony o milę, obaj zaś o trzy mile od obozu.
Jeden był biały i dosiadał wspaniałego karego ogiera o różowych nozdrzach, z owemi kręconemi kosmykami włosów, które u Indjan uchodzą za oznakę przednich zalet. Siodło i uprząż były najlepszej indjańskiej roboty. Jeździec był nie nazbyt wysoki, nie nazbyt szeroki, lecz ścięgna jego wyglądały jak stalowe, a mięśnie jak żelazne. Broda ciemnoblond okalała spalone słońcem poważne oblicze. Nosił wyfrendzlowane legginy, koszulę myśliwską również po szwach wyfrendzlowaną i długie buty, które podciągał aż za kolana; na głowie kapelusz filcowy o szerokiej kresie z rzemykiem, ozdobionym koniuszkami uszu szarego niedźwiedzia. Za szerokim, splecionym z pojedynczych rzemyków i wyłożonym patronami pasem, tkwiły dwa rewolwery i nóż-bowie. Z lewego ramienia wiło się ku prawemu biodru lasso, skręcone z drobnych rzemieni, a szyję okalał mocny sznur jedwabny, na którym wisiała ozdobna w skórki koliberków fajka pokoju. W główce jej były nacięte misterne znaki indjańskie. W prawej ręce trzymał strzelbę o krótkiej lufie, o zamku nader dziwnej konstrukcji, — był to dwudziestopięciostrzałowy sztuciec sysiemu Henry’ego a na plecach wisiała dwururkowa niedźwiedziówka najcięższego kalibru, jakiej już dzisiaj nie znajdziesz nigdzie.
Prawdziwy myśliwy nie dba o elegancję i czystość. Im bardziej zaniedbany strój nosi, tem wyższego doznaje szacunku, gdyż zapewne tem więcej przebył drogi i tem więcej doznał przygód. Z pogardą spogląda na każdego, kto zwraca uwagę na swoją powierzchowność. Największą zaś zgrozę budzi w nim wyczyszczona do połysku strzelba. Według powszechnego mniemania, westman-obieżyświat nie ma czasu na zajmowanie się drobnostkami. Otóż wspomniany jeździec odznaczał się tak starannym i czystym wyglądem, jakgdyby dopiero poprzedniego dnia wyruszył z St. Louis na Far West. Strzelba — zdawało się — chyba przed godziną dopiero wyszła z rąk rusznikarza. Buty połyskiwały wyczyszczone pastą, ostrogi nie miały na sobie ani śladu rdzy. Na ubiorze tego człowieka nie znać było żadnych przebytych trudów. Nietylko twarz miał umytą, ale i ręce! Nietrudno było, naprawdę, uznać go za myśliwego od parady.
I w rzeczy samej, wielu, bardzo wielu ludzi, widząc go po raz pierwszy, przyjmowali za niedoświadczonego amatora. Jakże jednak czuli się zawstydzeni, skoro usłyszeli jego nazwisko. Albowiem nie był to nikt inny, tylko Old Shatterhand, znakomity, odważny a jednak ostrożny myśliwy, wierny przyjaciel czerwonej rasy i zarazem nieubłagany wróg wszystkich łotrów, którzy grasowali i wciąż jeszcze grasują na zachodnim brzegu Missisipi.
Znano go pod przewiskiem Old Shatterhanda. Nazwa ta pochodzi z angielskiego czasownika shatter, oznaczającego: rozbić, zmiażdżyć. Nie przelewał krwi wroga, chyba z konieczności, a i w tym wypadku częściej ranił, niż zabijał. Jeśli go mógł tylko dosięgnąć, miażdżył uderzeniem pięści w skroń, tak potężnem, że niktby mu na wejrzenie nie przypisał takiej siły. Stąd to przezwisko, nadane przez białych i czerwonych myśliwych.
Drugi jeździec, oddalony o milę angielską na zachód, był to Indjanin. Koń, którego dosiadał, dokładnie przypominał rumaka Old Shatterhanda. Bywają ludzie, którzy z pierwszego wejrzenia, zanim jeszcze powiedzą słówko, wywierają na nas głębokie, niezapomniane wrażenie. Takim człowiekiem wydawał się ten Indjanin.
Nosił białą wygarbowaną koszulę myśliwską, ozdobioną indjańskim haftem. Legginy były uszyte z tego samego materjału i ozdobione grubemi frendzlami z włosów skalpu. Nie widać było na koszuli, ani na spodniach najmniejszej plamki. Drobne stopy tkwiły w wyszywanych perłami mokasynach, ozdobionych kolcami jeżowca. Z szyi zwisał cenny woreczek z lekami, kunsztownie rzeźbiona fajka pokoju i potrójny łańcuch z pasów szarego niedźwiedzia, najniebezpieczniejszego z drapieżników górskich. Dookoła smukłych bioder wił się szeroki pas, z bardzo cennego santilio. Z za pasa wyglądały, podobnie jak u Old Shatterhanda, rękojeście dwóch rewolwerów i noża do skalpowania. Głowy nie okrywał. Długie, gęste, granatowokrucze włosy były ułożone w wysoką czuprynę i splecione skórą grzechotnika. Żadne pióro orle, żadna oznaka nie zdobiła tej fryzury, a jednak z pierwszego rzutu oka poznać było wodza i to niepospolitego. Rysy jego pięknej męskiej i poważnej twarzy możnaby nazwać rzymskiemi; kości policzkowe uwydatniały się nieznacznie. Wargi tej gładkiej twarzy były pełne i subtelnie wzniesione, a zabarwienie cery matowe, jasnobronzowe. Przed nim, wpoprzek siodła, leżała strzelba o kolbie nabitej gęsto srebrnemi ćwiekami.
Każdy westman, któryby go ujrzał po raz pierwszy, poznałby natychmiast, kogo ma przed sobą, a to po strzelbie, która była przedmiotem gawęd u tysiąca rozmaitych ognisk obozowych. Trzy były strzelby Zachodu najznakomitsze: sztuciec Old Shatterhanda, jego niedźwiedziówka i srebrna rusznica Winnetou.
Owym czerwonoskórym jeźdźcem był zatem Winnetou, wódz Apaczów, najwierniejszy i zawsze skory do poświęcenia przyjaciel ludzi dobrej woli i zarazem najbardziej groźny przeciwnik złoczyńców.
Nie jechał, jak jedzie zazwyczaj myśliwy; wisiał niejako w siodle, jakgbyby nie znał się na konnej jeździe. Zdawał się marzycielsko i ze znużeniem wodzić oczami po ziemi, atoli ci, którzy go znali, wiedzieli, ze zmysły ma nieprawdopodobnie wyostrzone, że kontroli jego oczu nie ujdzie najmniejsza drobnostka.
Naraz podniósł się, nie osadzając konia; równie szybko przyłożył strzelbę i wycelował w drzewo; huknął wystrzał — był to huk krótki, ostry. Skierował konia ku drzewu, sięgnął do wydrążenia, znajdującego się wpobliżu najniższej gałęzi, i wyciągnął przestrzelone zwierzę wielkości przeciętnego psa, o żółto-szarem futerku, którego włosie u końców zabarwione było na czarno. Ogon miało o połowę krótszy od ciała. Był to szop, zwany przez Amerykan coati lub raccoon, poszukiwany przez myśliwych, którzy przyrządzali z niego smaczną pieczeń.
Nie upłynęło jeszcze dziesięć sekund od wystrzału, gdy ze wschodu rozległ się drugi, o głębokim, osobliwie ciężkim odgłosie.
Uff! — zawołał Indjanin. — Akaya Selkahi-Lata!
Znaczy to w narzeczu Apaczów: „Tam jest Old Shatterhand!“ I rzecz dziwna: Old Shatterhand również jechał był napozór obojętnie i sennie swoją drogą, lecz, usłyszawszy wystrzał, osadził zmiejsca konia i rzekł:
— To głos srebrnej rusznicy!
Szybko zdjął niedźwiedziówkę i dał wystrzał, ten właśnie, po którym Winnetou natychmiast poznał strzelbę przyjaciela. Europejczyk i wogóle każdy, kto nie przebywał przez dłuższy czas na Zachodzie, nie uwierzy w tak nieomylną wrażliwość słuchu. Doświadczony westman ma zmysły wyczulone, gdyż od nich po stokroć zawisło jego życie. Kto nie może im zaufać, ten ginie niechybnie. Jakże różnorodny jest głos ludzki! Można poznać znajomego z pośród tysęcy ludzi. A szczekanie psa? Czyż nie poznamy natychmiast swego Cezara, lub Nerona po szczekaniu? Czemużby miało być inaczej ze strzelbami? Każda posiada swój własny głos, choć wie o tem tylko ten, kto ma dobre uszy.
Skoro przebrzmiał drugi wystrzał, obaj przyjaciele porzucili dotychczasowy kierunek i pojechali na spotkanie; Old Shatterhand na zachód, a Winnetou na wschód. Aby się szybciej odszukać, wystrzelili raz jeszcze. Spotkali się tedy, zeskoczyli z koni i serdecznie się uściskali.
— Jakże się cieszy moja dusza, że już dzisiaj spotykam mego dobrego białego brata! — rzekł Winnetou. — Mieliśmy się spotkać dopiero pojutrze w ranchu Fornera. Moje serce oddawna tęskniło za tobą i myśli śpieszyły ci naprzeciw.
— A jakże ja jestem szczęśliwy, że mam przy sobie najlepszego i najszlachetniejszego przyjaciela, — odrzekł Old Shatterhand. — Myślałem o tobie z utęsknieniem. Brakło mi ciebie od czasu, jakeśmy się rozstali; dusza we mnie zamarła z radości, skoro cię zobaczyłem. Jakże się powodziło memu bratu?
— Słońce podnosi się i zachodzi, dnie przychodzą i odchodzą, trawa rośnie i więdnie, lecz Winnetou nie zmienił się wcale. Czy mój brat wiele przeżył od tego czasu, jak widzieliśmy się po raz ostatni.
— Wiele! Nie każdy dzień jest piękny i śród traw prerji niejedną znajdziesz jadowitą. Przeszłość jest podobna do tej prerji. Ale i pozostałem taki, jakim byłem. Skoro zasiądziemy koło ogniska, opowiemy sobie wszystkie przeżycia i przygody. Czy mój brat zna miejsce, gdzie można wygodnie odpocząć?
— Tak. Jeśli będziemy jechać godzinę jeszcze, przybędziemy do drobnego stawu, w który przelewa się boczne źródło. Opokę źródła ze wszystkich stron osłania zagajnik; nie zdoła go przebić żadne oko. Tam rozniecimy ogień i upieczemy szopa, którego dopiero co upolowałem. Mój brat niech jedzie za mną!
Jechali więc między wysokiemi drzewami lasu. Było dosyć mrocznie, gdyż słońce, ledwo, ledwo tu przenikające, chyliło się ku widnokręgowi.
Po upływie godziny dotarli do wody, do owego małego wąskiego stawu, o którym wspominał Winnetou. Naraz osadzili konie, na trawie bowiem zauważyli pasmo — wydeptany ślad, który ciągnął się z lewej strony ku prawej. Obaj myśliwi zsiedli z koni, aby dokładnie obejrzeć trop, i obaj po kilku chwilach podnieśli się równocześnie.
— Pięciu jeźdźców — rzekł Old Shatterhand — na dosyć znużonych koniach.
— Przejeżdżali tędy dopiero przed kilku minutami — uzupełnił Winnetou. — Niedaleko stąd rozbiją obóz.
— Musimy zobaczyć, co to za jedni. Mój brat wie chyba, że w tej okolicy wykopano topór wojny.
Poszli ku zagajnikowi, który rósł nieopodal, wprowadzili konie między gęste krzewy i położyli im ręce na chrapach. Dla koni wytresowanych po indjańsku był to nakaz zachowania spokoju i ciszy. Następnie wrócili do wody i cichemi powolnemi krokami poszli za śladem. Obaj byli mistrzami w skradaniu się i korzystali z każdego drzewa, z osłony każdego krzewu, każdego wykrotu.
Nie upłynęło pięć minut, gdy Winnetou zatrzymał się i wciągnął powietrze do nosa. Old Shatterhand poszedł za jego przykładem i poczuł zapach dymu.
— Obozują wpobiiżu i rozniecili ognisko — rzekł Winnetou. — To chyba biali, gdyż czerwony wystrzegałby się obozowania na miejscu, nieokrytem przed wiatrem.
Staw wił się tutaj między drzewami, pod któremi stały dosyć wysokie krzewy, wspaniała osłona dla obu myśliwych. Wkrótce ujrzeli ognisko; płonęło tuż nad wodą, wysokie na wiele stóp. Prawdziwy westman nie dopuściłby do takiej nieprzezorności.
Grunt stanowił miękki mech, głuszący lekkie kroki tak wyćwiczonych wywiadowców, jak Winnetou i Old Shatterhand. Ognisko paliło się za czterema drzewami, stojącemi blisko siebie i oddzielonemi gęstym zagajnikiem. Tworzyły niejako parasol, zakrywający obu westmanów. Posuwali się bardzo ostrożnie; teraz wyciągnęli się na ziemi, głowy wsunąwszy między krzewy, i popatrzyli skroś liście. Ujrzeli pięciu nieznajomych. Ognisko płonęło w odległości czterech kroków od drzew. Po bliższej stronie ogniska siedzieli król naftowy i Buttler, jego brat, grzbietami oparci o drzewa. Po drugiej stronę — bankier i buchalter; na prawo Poller łamał suche gałęzie na drobne szczapki i podsycał niemi płomień. Musieli się czuć bezpiecznie, gdyż rozmawiali tak głośno, że słowa ich rozlegały się wyraźnie w promieniu co najmniej dwudziestu kroków. Oczywiście, obaj podsłuchujący myśliwi nie mieli ochoty ganić ich za tę nieostrożność.
— Tak, Mr. Rollins, — mówił król naftowy — zapewniam pana, że zrobi pan pierwszorzędny, nadzwyczaj świetny interes. Na powierzchni nafta płynie na grubości palca. Pod wodą musi się znajdować w ogromnych ilościach. Szczęśliwym ją trafem odkryłem, gdyż miejsce jest tak niedostępne, że mogę się założyć, iż nigdy jeszcze nie postała tam stopa ludzka, — i nie postanie przez dziesiątki lat, aczkolwiek dopływ Chelly często nawiedzają myśliwi i czerwonoskórzy. Jak wspominałem, wyminąłbym to miejsce, gdyby mnie nie uderzył zapach nafty.
— Czy istotnie był aż tak silny? — zapytał bankier.
— Myślę! Byłem oddalony o pół mili, a jednak wywąchałem naftę. Możecie sobie zatem wyobrazić, ile tam oleju skalnego. Jestem przeświadczony, że nie trzeba będzie głęboko świdrować, aby natrafić na podziemne źródła. Heigh-day, to dopiero tryśnie fontanna! Załóżmy się, sir, że będzie wysoka co najmniej na sto stóp!
— Nigdy się nie zakładam, — odpowiedział Rollins spokojnym tonem, który nie był w danej chwili naturalny, gdyż blask oczu zdradzał ogromne podniecenie, — ale chcę wierzyć, że jest tak, jak pan powiada.
— Czy może być inaczej, sir? Czy mógłbym pana oszukać? Przybywszy na miejsce, odkryłby pan odrazu prawdę. Nie żądałem przecież od pana ani dolara; zapłaci mi pan dopiero wówczas, kiedy się przekonasz, że interes jest uczciwy, i że pana nie ocyganiłem.
— Tak, postępowaniem swojem dowiódł pan, że jest uczciwym człowiekiem. Chętnie to panu przyznaję.
— Dodajmy do tego, że zapłaci pan nie gotówką lecz przekazami na San-Francisco?
Baczny obserwator zauważyłby, że pytaniu temu towarzyszył wyraz niecierpliwego wyczekiwania. Spojrzenie Grinleya wraziło się w bankiera ze źle utajoną chciwością.
Rollins nie zauważył złego spojrzenia króla nafty i odpowiedział zatroskany:
— Tak, na tem może pan polegać. Naturalnie, zaopatrzyłem się w pióra i buteleczkę atramentu. — A co się tyczy wczorajszej przygody w pueblu, dziwię się niezmiernie, że wódz Ka Maku nie wypróżnił nam kieszeni. Nie mogę sobie tego wytłumaczyć.
— O, wytłumaczenie jest tak jasne, jak tylko być może. Czerwoni poprostu nie mieli czasu na grabież. Przedewszystkiem chcieli nas wszystkich wyłapać i uwięzić.
— Czy mniema pan że śmierć nam groziła?
— Naturalnie! Na pewno przywiązanoby nas o świcie do palów męczarni.
— W takim razie obaj winniśmy panu życie. Tem bardziej smuci mnie los naszych towarzyszów. Prawdopodobnie już wszyscy pojednali się z Niebem.
— Tak — dodał Baumgarten. — Czynię sobie gorzkie wyrzuty, że odjechaliśmy, nie zatroskawszy się o towarzyszów. Powinniśmy byli uwolnić ich za wszelką cenę.
— Mówi pan tak, — odezwał się król naftowy — ponieważ czujesz się teraz bezpieczny. Ja natomiast zapewniam pana, że niepodobna ich było uratować. Znam Far-West — może pan ufać moim słowom. Nie powinniśmy sobie czynić najmniejszych wyrzutów, wręcz przeciwnie, twierdzę, że nasza ucieczka bardziej się przydała towarzyszom, niż wszelkie daremne próby ich odbicia, próby, które przypłacilibyśmy życiem.
— Jakto?
— Dzięki naszej ucieczce zyskali wiele czasu. Czerwonoskórzy, odkrywszy ślady, natychmiast wyruszyli w pościg. Nie mogli zatem dzisiaj dręczyć swych ofiar. Liczę dzień na pościg, dzień na powrót. To czyni zwłokę dwudniową, a wiadomo, co może się zdarzyć w ciągu takiego czasu, tem bardziej gdy chodzi o tak dzielnych, doświadczonych i śmiałych ludzi!
— Hm, — mruknął bankier — to co pan mówi, jest dosyć przekonywające. Hobble-Frank i ciotka Droll są bardzo dziwnymi osobnikami, ale na pewno nie pozwolą się spokojnie zakłuć, a co się tyczy owych trzech myśliwych, zwanych „trójlistkiem”, oni, zdaje się, tem bardziej nie dadzą się zbyt łatwo zakatrupić.
— Ma pan na myśli Sama Hawkensa? — zapytał Buttler.
— Tak, jego, Dicka Stone i Willa Parkera. To są westmani, o jakich czyta się tylko w książkach. Nie widzieliście ich, Mr. Buttler i Mr. Poller i nie wiecie jeszcze, w jakich okolicznościach zetknęli się z wychodźcami. Poznalibyście, co to za dzielni ludzie.
— Czy był pan świadkiem, sir? — zapytał Poller.
— Nie, ale opowiadano o tem podczas jazdy z rancha Fornera do puebla.
— Tak, — odpowiedział Buttler z uśmiechem — zwłaszcza ten Sam Hawkens wydaje się szczwanym lisem. Ale czyż nie mówił pan, że czerwoni nas ścigają, sir?
— Owszem — potwierdził król naftowy.
— Jeśli nas zdybią? Jeśli ujrzą ognisko, które płonie tak jaskrawo!
— Do tego nie dojdzie. Nie dościgną nas.
— Czy nie jest pan w błędzie, sir? — zapytał Rollins. — Nie znam Dzikiego Zachodu, ale słyszałem o nim wiele i jeszcze więcej czytałem. Ci Indjanie, ci straszni ludzie, miesiącami tropią człowieka, dopóki go nie złapią.
— Ale cóż z tego? Rozważ pan, kiedy wyruszyliśmy z puebla. Czerwoni dopiero rano mogli zarządzić pościg! Ubiegliśmy ich więc o szmat drogi, którego nie zdołają nadrobić.
— Czemu nie? Powinni tylko ciągle jechać bez wytchnienia, — podczas gdy my tu siedzimy — aby nas dogonić przed północą.
Król naftowy roześmiał się na całe gardło i zawołał:
— Twierdził pan poprzednio, że nie znasz Dzikiego Zachodu i nie myliłeś się; istotnie, nie ma sir najmniejszego o nim wyobrażenia. Pan sądzi, że czerwoni mogą nas ścigać po nocy?
— Tak. Przynajmniej jeśli mają rozum w głowie.
— Czy wiedzą gdzie jesteśmy?
— Nie, ale wystarczy jechać naszym tropem, aby nas znaleźć.
— Czy można wąchać ślady, sir, albo widzieć w nocy?
— No, oczywiście, że nie.
— Czy czerwonoskórzy zatem mogą jechać naszym tropem, teraz kiedy ciemno?
— Nie.
— Słusznie. Muszą się zatrzymać i czekać dnia. Jakże nas dogonią, jeśli jutro rano trop będzie niewidoczny? Nie, sir, to płonne obawy! Szczęśliwie przybędziemy do Glooray-water i tam doprowadzimy nasz interes do końca.
Gloomy-water? Cóżto?
— Miejsce, gdzie odkryłem naftę.
— A skąd ono bierze nazwę? Wszak powiedział pan, że nie postała tam dotychczas ludzka noga.
— Powiedziałem, oczywiście, i nie mam żadnych wątpliwości.
— Przecież powiedział mi pan, że to bezimienne miejsce; skoro się nazywa Gloomy-water, musiał mu ktoś tę nazwę nadać!
Te wnioski wprawiły króla naftowego w zakłopotanie. Mimo sprytu, nie odrazu wpadł na odpowiedź stosowną. Wypełnił krótką pauzę, która nastąpiła, półgłośnym śmiechem, nadrabiającym ironję. Na szczęście, Buttler znalazł wyjście z sytuacji.
— Mr. Rollins, — odezwał się — sądzi pan, żeś upolował dowcipną uwagę. Nie?
— Dowcipną? — odpowiedział zapytany. — Nie, sądzę, że tylko rzeczową. Miejscowość ta ma swoją nazwę, a więc musiał ktoś tam być przed Mr. Grinleyem. Czemuż więc nie mówił nic o nafcie, której zapach musiałby poczuć? Widzi pan, że zachodzą tu sprzeczności, na które muszę zwrócić uwagę.
— No, to sprzeczności łatwo usunąć! Tym człowiekiem, o kim pan mówił, był właśnie obecny tu Mr. Grinley, król naftowy.
Ach! — zawołał zdumiony bankier.
— Tak, on to ochrzcił miejscowość nazwą Gloomy-water, ponieważ... — ...ponieważ — przerwał król naftowy — miejscowość jest posępna i ponieważ woda ma niemal czarne zabarwienie.
Był bardzo uszczęśliwiony dowcipną odpowiedzią Buttlera i rzucił mu dziękczynne spojrzenie, na co tamten odwzajemnił się lekkiem ganiącem skinieniem głowy. Ani Rollins, ani Baumgarten nie zauważyli tej wymiany spojrzeń. Król nafty stracił ochotę do rozmowy; podniósł się i oddalił pod pretekstem zbierania paliwa.
Teraz Old Shatterhand i Winnetou musieli się wycofać, bo Grinley mógł ich przypadkiem odkryć. Na szczęście, król naftowy poszedł brzegiem rzeki, nie racząc nawet spojrzeniem miejsca, gdzie zaczaili się obaj westmani.
Nie widzieli poprzednio mówiącego, ponieważ był odwrócony do nich plecami, a w dodatku dzielił ich gęsty zagajnik. Ale teraz mogli się przyjrzeć jego twarzy. Wycofali się zpowrotem do zagajnika, gdzie ukryli konie. W milczeniu wyprowadzili je z pomiędzy krzewów i, trzymając za uzdy, szli lasem.
Była w owem miejscu, gdzie ukryli konie, woda i trawa — dwa nieodzowne warunki obozowania. Dobrze tu było urządzić postój, tem bardziej że w ciągu nocy nie zaszedłby żaden z pięciu białych. Ale nazajutrz? Przezorni westmani poszli dalej. Ślady, które wycisnęli w trawie, musiały podczas nocy zniknąć.
Jednakże potrzebowali wody i paszy dla koni; wrócili tedy do stawu, oczywiście, w dostatecznie oddalonem miejscu. Trzeba było zakreślić łuk przez las, bo na miękkim mchu nie utrwalały się odciski nóg i kopyt, Jedynie przyzwyczajone do ciemności oczy Winnetou i Old Shatterhanda mogły prowadzić śród chróstu i gałęzi bez potknięć i upadków. Poruszali się z pewnością, jak za dnia; szli przez kwadrans i skręcili następnie na prawo w kierunku stawu. Wlewał się doń w tem miejscu potok; przeprawili się na prawą stronę stawu i szli wzdłuż wąskiego potoku, póki nie dotarli do jego początku, do owego źródła, o którem wspomniał Winnetou, i nad którem pragnął obozować. Jakże wyjątkowo rozwinięty zmysł orjentancji miał wódz Apaczów, jeśli w mrokach nocy, śród dzikiego, lasu, mógł znaleźć to źródło!
Rozsiodłali konie i puścili je na popas, nie wodząc nawet za niemi okiem, ponieważ oba rumaki były wierne, jak psy, posłuszne każdemu wezwaniu, i nigdy nie oddalały się od swych panów. Dopiero teraz padło pierwsze słowo. To Winnetou zapytał:
— Czy brat mój ma coś do, zjedzenia?
— Kawał suszonego mięsa — odpowiedział Old Shatterhand. — Nie zabrałem więcej, ponieważ jutro miałem stanąć w pueblu Ka Maku.
— Mój brat może zachować swoje mięso. Upieczemy coona, którego poprzednio zastrzeliłem.
Rzekłszy to, odszedł. Old Shatterhand nie wstał. Wiedział, że Winnetou obejdzie okolicę źródła, aby się przekonać, czy są tu bezpieczni. Wrócił po dziesięciu minutach. Przyniósł ze sobą suchego drzewa, co stanowiło pośredni dowód, że nie odkrył nic podejrzanego. Nawet wyjątkowo czułe ucho Old Shatterhanda nie ułowiło łomu i chrzęstu drwa, co znowu dowodziło niezrównanej zręczności Apacza.
Wkrótce zapłonęło ognisko, ale małe, rozniecone zwyczajem indjańskim; obaj westmani usiedli, aby ściągnąć sierść ze zwierzęcia. Po krótkim czasie rozniósł się zapach pieczeni, ów szczególny zapach, właściwy ogniskom obozowym. Westmani spożywali mięso w milczeniu, powoli i z apetytem. Zaspokoiwszy głód, przypiekli pozostałe mięso na dzień następny, i dopiero teraz przemówił Winnetou:
— Ile rzemieni ma przy sobie mój brat?
— Z jakie dwadzieścia sztuk — odpowiedział Old Shatterhand, domyślając się celu zapytania o rzemienie, w które zazwyczaj każdy westman jest dobrze zaopatrzony.
— I ja mam tyleż, — oświadczył wódz — jednakże pokrajemy skórę szopa, ponieważ jutro zapewne będzie nam potrzebna większa ilość rzemieni.
— Tak, dla wojowników Ka Maku, — odpowiedział Old Shatterhand. — Ten wódz wprawdzie nigdy przeciwko nam nie występował, ale należy się spodziewać, że trzeba będzie jutro zmusić go do posłuchu.
— Mój biały brat ma słuszność. Czy zna tych ludzi, których podsłuchiwaliśmy?
— Tylko jednego widziałem kiedyś, tego, którego nazywali Grinleyem, albo królem naftowym. Przypominam sobie, że widziałem go śród bandy opryszków.
— Pomyślałem sobie odrazu, że to niebezpieczny człowiek. Mój brat był wraz ze mną nad rzeką Chelly, o które j rozmawiali; niech mi zatem powie, czy tam może znajdować się nafta?
— Ani kropli!
— I czy też Grinley odkrył Gloomy-water i nadał miejscowości tę nazwę?
— Nie. Przed wielu laty byłem wszak z Winnetou nad tem jeziorkiem, a już wówczas nosiło tę nazwę. „Król naftowy“ zamierza oszukać swoich dwóch towarzyszów; co najmniej oszukać.
— Podwójne zabójstwo?
— Tak, zmierza oszukać i zabić dwóch nieznajomych. Mają zapłacić za domniemane, przez niego jakoby odkryte źródło nafty, a potem — zniknąć.
— Musimy ich uratować!
— Pewnie! Ale oswobodzenie jeńców Ka Maku wymaga większego pośpiechu.
Mój biały brat jest gotów zrezygnować z naszego pierwotnego planu?
— Tak. Mieliśmy się spotkać w ranchu Fornera, a spotkaliśmy się już tutaj. Stamtąd mieliśmy jechać do Sonory, aby odwiedzić tamtejsze plemiona Apaczów; możemy podróż odłożyć na później. Teraz należy jeńców wydobyć z puebla, a następnie uratować tych obu białych. Ale co mój brat myśli o tem, że wśród więźniów znajdują się także nasi przyjaciele?
Uff! Skąd się tu bierze Hobble-Frank?
— Od czasu do czasu koresponduję z Hobblem. W jednym z listów wspomniałem, gdzie i kiedy mam się z tobą spotkać. Wówczas dreszcz Zachodu obudził się w tym mężnym człowieku i zagnał go do nas. Droll, oczywiście, chętnie mu towarzyszył.
— I są tam również Hawkens, Stone i Parker! Uff!
Był to okrzyk zdumienia, lecz zarazem nagany. Old Shatterhand natychmiast dopowiedział jej powód:
— Trudno uwierzyć, aby tak doświadczeni ludzie dali się schwytać! Wszak na pewno słyszeli o tem, że rozpoczęła się niebezpieczna ruchawka wojenna wśród niektórych plemion czerwonych, — że zatem należy podwoić środki ostrożności. Nie powinni byli przestąpić progu puebla, póki nie wypalili z wodzem fajki pokoju. Tylko przez wczorajszą niepogodę mogli się dopuścić takiego niedbalstwa.
— Słusznie! Niepogoda prawdopodobnie zapędziła ich do puebla i nie pozwoliła zapewnić sobie rękojmi bezpieczeństwa. Poza tem, Ka Maku jest naogół przychylnie usposobiony do białych.
— Jutro dowiemy się, co go pobudziło do zdradzieckiego postępku. — Teraz jednak podam memu bratu Winnetou coś ważnego pod rozwagę. Nasz Hobble-Frank z Drollem udał się do rancha Fornera, ponieważ tam miałeś się ze mną spotkać. Znając nas dobrze, wiedział, że przybędziemy punktualnie. Czemu na nas nie czekał i czemu przyłączył się do wychodźców?
— Król naftowy!
Winnetou powiedział tylko te dwa słowa, słowa, świadczące o jego niezwykłej przenikliwości.
— Słusznie! Hobble-Frank i Droll słyszeli w ranchu o wrzekomem odkryciu nafty i, nie dowierzając tej bajeczce, podzielili się podejrzeniami z „trójlistkiem“; weszli z nim w porozumienie. Król naftowy spostrzegł się zawczasu i pozbył ich w ten sposób, że namówił Ka Maku do uwięzienia całego oddziału, oprócz, naturalnie, upatrzonych dwóch ofiar oszustwa.
— Mój brat Old Shatterhand wyłuszcza moje własne myśli. — Kiedy, według jego mniemania, powinniśmy wyruszyć do puebla?
— Jutro rano. Jeśli pojedziemy natychmiast, przybędziemy pod pueblo za dnia i nie zdołamy się ukryć przed wzrokiem mieszkańców. Musimy plan wykonać w nocy. Jeśli wyruszymy jutro rano, staniemy u celu w czasie właściwym.
— Winnetou podziela twoje zdanie. Będziemy wieczorem wpobliżu puebla. A teraz zgaśmy ognisko!
Old Shatterhand polał ognisko wodą ze źródła, Winnetou zaś tymczasem odbył rundę, aby się upewnić, czy można spać bez troski. Wkrótce położyli się na miękkiej trawie. Nie było potrzeby czuwania; mogli zresztą polegać na swoim czułym słuchu i na koniach, które zwykły zdradzać parskaniem zbliżanie się człowieka, lub zwierzęcia. — —
Następnego dnia rano obaj myśliwi napoili konie, ponieważ należało się spodziewać, że co najmniej przez cały dzień nie dostaną wody. Wszak woda w pueblu nie mogła wejść w rachubę; Pueblosi byli wrogami. Tak odmiennych ras i kolorów, a jednak tak bliscy przyjaciele zjedli część upieczonej poprzedniego wieczora zwierzyny, osiodłali konie i pojechali na spotkanie dnia, którego wieczór miał być dla nich ciężką próbą.
Od obecnego obozu do puebla był dzień dobrej jazdy. Przez całe przedpołudnie jechali wstecz po śladach króla naftowego i jego towarzyszy i dopiero koło południa zatrzymali się, aby dać wypoczynek koniom. Dotychczas tematem ich rozmowy były tylko przeżycia po ostatniej rozłące; o trudach najbliższej przyszłości nawet nie napomykali. Teraz jednak, podczas odpoczynku, Winnetou zauważył:
— Mój brat widzi, żeśmy się nie omylili: Ka Maku był w sojuszu z królem naftowym.
— Prawda! — skinął Shatterhand. — Wódz go nie ścigał. Spotkalibyśmy bowiem albo jego samego, albo jego ślady.
Pojechali dalej. Po południu dzieliła ich od puebla już tylko odległość godzinnej jazdy. Należało teraz ze zdwojoną czujnością wystrzegać się niepożądanego spotkania. Zsiedli z koni, żeby przeczekać jeszcze jakiś czas, gdyż dopiero tuż przed wieczorem chcieli się zbliżyć do puebla.
Piaszczysta nizina, którą przebywali, w ciskała się wypukłym klinem między góry Mogollon. Tu i owdzie widać było rozrzucone pojedynczo bloki skalne. Usiedli za jednym z takich głazów, przez którego krawędź mogli patrzeć na południe, gdzie wznosiło się pueblo.
Nie siedzieli długo, gdy Winnetou w skazał na prawo i zawołał zdumiony:
Teshi, tlao tchate!
Te trzy słowa w języku Apaczów oznaczają: „Patrz ile saren!“, albo „patrz, stado saren!“. Nie miał jednak na myśli prawdziwych saren, lecz pewien rodzaj amerykańskich antylop, nader rzadko spotykanych w Arizonie. Stąd zdumienie Apacza. Jakże chętnieby on i Old Shatterhand zapolowali na te szybkonogie zwierzęta, które dają tak smaczną pieczeń. Sytuacja jednak zabraniała im łowów.
Piękne zwierzęta mknęły przeciw wiatrowi w czarujących, wdzięcznych skokach na południe, gdzie wkrótce zniknęły za horyzontem. Ścigane — mkną zazwyczaj z wiatrem, aby uwolnić się nietylko od wzroku, ale i węchu prześladowców.
— Cudowna zwierzyna, — rzekł Old Shatterhand ale — nawija się o nadzwyczaj niewłaściwej porze.
Zaczął wdychać powietrze, które wiało z południa.
Może łatwo sprowadzić nam wrogów — rzekł Winnetou. — Stado pędzi wprost ku pueblu. Jeśli je stamtąd zobaczą, to tylko patrzeć, a wróg przybędzie.
Jeszcze baczniej zaczęli się wpatrywać w południe. Upłynęło pół godziny i więcej, a nie spostrzegli nic ciekawego. Zdawało się, że nie zauważono w pueblu antylop. Aż oto ukazało się wdali wiele małych, szybko wzrastających punktów.
Uff! Nadjeżdżają! — rzekł Winnetou. — Zaraz nas odkryją!
— A może i nie — mniemał Old Shatterhand. — Być może, będziemy mogli się schronić. Jeśli wyminą nas zwartym oddziałem, a więc tylko z jednej strony głazu, będziemy mogli skryć się po drugiej. Zobaczymy!
Podnieśli się i ujęli konie za cugle.
Tak, w pueblo spostrzeżono antylopy; teraz wracały, ścigane przez czterech prześladowców, którzy dobywali z koni ostatnich sił.
— Tylko czterej! — rzekł Winnetou. — Bodajby wódz był między nimi!
Old Shatterhand wyjął szybko dalekowidz i skierował go na jeźdźców.
— Jest! — oznajmił. — Mknie na czele, na najokazalszym rumaku.
— Dobrze! — zawołał Apacz z błyszczącemi oczami. — Czy schwytamy go?
— Tak. I, oczywiście, nietylko jego, ale również trzech pozostałych.
Uff!
Wykrzyknąwszy to słowo, dosiadł rumaka i ujął za srebrną strzelbę. W tej samej chwili Old Shatterhand siedział już na swoim koniu i trzymał sztuciec wpogotowiu. Wnet nadciągnęło uciekające stado i przemknęło w oddaleniu niespełna tysiąca kroków. Czterej Indjanie znajdował1 się jeszcze daleko; słychać było szybkie ich okrzyki, któremi napędzali konie.
— Teraz! — krzyknął Winnetou.
Jednocześnie z tym okrzykiem pomknął ukosem na spotkanie Indjan, a Old Shatterhand za nim. Czerwonoskórzy byli zaskoczeni nieoczekiwanym napadem.
— Stój! — zawołał Old Shatterhand, powstrzymując jednocześnie z Apaczem konia. — Dokąd mknie Ka Maku ze swoimi wojownikami?
Indjanie z trudem zdołali osadzić rozpędzone wierzchowce. Wódz krzyknął gniewnie:
— Czemu nas powstrzymujecie! Przez was straciliśmy zwierzynę!
— I takbyście jej nie dostali. Czy goni się rącze gazele, jak powolnego kujota? Czyż nie wiecie, że myśliwi tylko wtedy mogą je upolować, kiedy otoczą stado ze wszystkich stron?
Właściwie teraz dopiero czerwoni zdołali w zupełności opanować rumaki; mogli też bacznie się przyjrzeć obu nieznajomym.
Uff! — zawołał wódz. — Old Shatterhand, wielki biały myśliwy, i Winnetou, znakomity wódz Apaczów!
— Tak, to my, — rzekł Old Shatterhand. — Zsiadaj wraz ze swoimi ludźmi z koni i chodź z nami pod cień głazu, gdzie odpoczywaliśmy, zanim się zjawiliście.
— Poco mamy tam pójść? — zapytał Ka Maku.
— Chcemy z wami pomówić.
— Czy rozmowa nie może się tutaj odbyć?
— Tu słońce przypieka; tam ochłodzi nas cień.
— Niechaj więc moi obaj znakomici bracia pojadą ze mną do puebla. Tam będą mogli swobodnie się wypowiedzieć.
— Pojedziemy, ale po wypaleniu z tobą fajki pokoju.
— Czy to konieczne? Już dawno ją wypaliłem z wami.
— Wówczas panował pokój; teraz wykopano topór wojny. Dlatego ufamy tylko tym, którzy są gotowi wypalić z nami kalumet. Kto natomiast się waha, tego uważamy za wroga. A zatem, zdecydujcie się, ale szybko!
Mówiąc to, operował sztućcem w taki sposób, że wodza ogarnął strach. Znał bardzo dobrze tę broń, którą czerwoni uważali za zaczarowaną, i wiedział, co to oznacza, kiedy Old Shatterhand w tak wymowny sposób obraca ją w ręku. Dlatego odpowiedział kwaśno:
— Jeśli życzą sobie tego moi znakomici bracia, nie odmówimy.
Najchętniejby uciekł, ale wiedział, że to prochem pachnie. Jego rumak nie był tak śmigły, jak kule Old Shatterhanda i Winnetou. Miał wprawdzie flintę, tak samo, jak trzej jego towarzysze, atoli zdawał sobie sprawę, że ich strzelb nie można było porównać ze znakomitemi strzelbami obu westmanów. Zeskoczył więc z konia. Trzej pozostali poszli za przykładem wodza. Prowadząc wierzchowce za uzdy, wszyscy razem skierowali się ku blokowi. Skoro usiedli, Ka Maku zdjął ze sznura swoją fajkę pokoju i rzekł:
— Mój woreczek na tytoń jest pusty; może moi wielcy bracia mają kinnikinnik[16] do nabicia kalumetu.
— Mamy dosyć tytoniu — odpowiedział Old Shatterhand. — Ale zanim wypalimy z tobą fajkę pokoju i zanim wejdziemy do puebla, chciałbym wiedzieć, kto tam obecnie przebywa.
— Swoi.
— Nikt więcej?
— Nie.
— Powiedziano mi, że ukrywasz tam obcych wojowników. Wynikły zamieszki między niektóremi plemionami, a także między czerwonoskórymi a białemi twarzami. Ka Maku rozumie, że musimy zachować ostrożność.
— Jeśli moi bracia przyjdą do nas, nie znajdą żadnego wojownika
— A jednak wielki ślad prowadzi z rancho Fornera do waszego puebla; od puebla zaś zwęża się do nieznacznego tropu pięciu ludzi.
Ka Maku, ledwo mogąc utaić przestrach, gorliwie zapewniał:
— Moi bracia są w błędzie. Nic nie wiem o żadnym tropie.
— Wódz Apaczów i Old Shatterhand nigdy się nie mylą w odczytywaniu śladów. Nietylko odkryli trop koni i ludzi, ale znają także ich nazwiska.
— W takim razie znają moi słynni bracia nazwiska, których ja nie znam.
— Czy nigdy nie słyszałeś o Grinleyu, królu naftowym?
— Nie.
— Kłamiesz!
Wódz wyrwał natychmiast nóż z za pasa i zawołał gniewnie:
— Czy Old Shatterhand chce zelżyć głowę mężnego wodza? Mój nóż mu odpowie!
Biały myśliwy wzruszył ramionami.
— Ka Maku popełnia wielki błąd, grożąc mi nożem. Wszak zna mnie i wie dobrze, że moja kula przedziurawi mu głowę, zanim dotknie mnie ostrzem swego noża, lub zanim zdoła podnieść swoją flintę.
W okamgnieniu trzymał oba rewolwery w ręku, wycelowane w wodza; Winnetou zaś wycelował lufy w trzech pozostałych Indjan. Teraz Old Shatterhand dodał spokojnym tonem:
— Znacie tę małą broń — w każdej tkwi po sześć kul. Mój brat Winnetou odbierze wam noże i strzelby. Najdrobniejszy odruch sprzeciwu ukrócimy kulą. Powiedziałem i tak będzie. Howgh!
Wpił rozkazujące spojrzenie w oczy wodza, który nie śmiał stawiać oporu, kiedy Winnetou odbierał mu nóż i strzelbę. Po rozbrojeniu Indjan, Old Shatterhand podjął:
— Czerwoni mężowie widzą, że są w naszej mocy. Tylko wyznanie całej prawdy może ich uratować. Ka Maku niech odpowie na moje pytania! — Czemu pozwolił umknąć niektórym więźniom z królem naftowym na czele?
— Nie mieliśmy żadnych więźniowi — syknął ze złością wódz.
— I nawet teraz niema ich w pueblu?
— Nie.
— Ka Maku powinien zdać sobie sprawę, że Winnetou i Old Shatterhand nie są niedoświadczonymi młokosami, których łatwo oszukać. Wiemy dobrze, że więzicie Sama Hawkensa, Dicka Stone i Willa Parkera.
Drżące rzęsy czerwonoskórego ujawniały przestrach.
— Oprócz tego jeszcze dwóch wojowników, Franka i Drolla, i wielu innych białych mężów wraz z żonami i dziećmi. Czy Ka Maku przyznaje się do tego?
— Niema tam nikogo, ani jednego, — brzmiała odpowiedź wodza. — Czy jestem bezpańskim parszywym psem, że tak do mnie przemawiasz?
Pshaw! Pomówię z tobą inaczej jeszcze! A może twoi wojownicy wyznają to, czego się ich wódz z głupoty zapiera?
Skierował pytanie do towarzyszów wodza.
— Wódz powiedział prawdę — potwierdził jeden z Pueblosów, — Nie mamy więźniów.
— Jak chcecie. Pojedziemy do puebla i przekonamy się o tem naocznie. Tymczasem zwiążemy was, abyście nam nie przeszkadzali. Mój brat Winnetou rozpocznie od Ka Maku!
Apacz wyciągnął rzemienie z kieszeni. Ka Maku zerwał się na równe nogi i zawołał wściekle:
— Mnie wiązać? Niech więc — — —
Nie mógł dokończyć, ponieważ Old Shatterhand, który rów nież szybko się podniósł, wymierzył mu w skroń taki cios, że wódz natychmiast runął, tracąc przytomność. Był to jeden z owych ciosów, którym słynny westman zawdzięczał swoje przezwisko.
— Widzicie, — rzekł do trzech wojowników — że opór byłby daremny. Czy mam was tak samo obezwładnić?
Groźba podziałała; Indjanie bez oporu pozwolili się spętać. Następnie związano Ka Maku ręce i nogi. Obaj myśliwi mieli ułatwione zadanie: Pueblosi, Indjanie osiadli, w znacznej mierze zatracili swój pierwotny charakter wojowniczych nomadów.
Z obawy, aby konie czerwonoskórych nie uciekły, westmani przywiązali je do siebie długiemi powrozami. Potem trzeba było uniemożliwić jeńcom swobodę ruchu i wzajemną pomoc. Wkopali zatem flinty Indjan głęboko w piasek, w dość znacznem oddaleniu od siebie, i przywiązali do każdej po jednym jeńcu.
Tymczasem wódz wrócił do przytomności; zgrzytał zębami, pojmując beznadziejność swej sytuacji. Old Shatterhand, usłyszawszy ten znamienny dźwięk, oświadczył:
— Ka Maku sam jest winien, że tak niegodnie został potraktowany. Jeszcze raz napominam go, aby wyznał prawdę. Jeśli mi przyrzeknie wydać jeńców i całą ich własność, chętnie go uwolnię.
Wódz w odpowiedzi splunął. Ta obelga wywołała tylko uśmiech politowania na wargach Old Shatterhanda. Po ponownem dokładnem zbadaniu trwałości więzów, obaj przyjaciele dosiedli rumaków i pojechali ku pueblu.
Ka Maku odprowadzał ich nienawistnem spojrzeniem. Spodziewał się, że niedługo zostanie w więzach. Spodziewał się, że, skoro w pueblu nie doczekają się jego powrotu, wywiadowcy pojadą go szukać i znajdą niechybnie.
Mylił się Ka Maku. Pueblosi ani myśleli go szukać. Jego dłuższa nieobecność nie zaniepokoiła nikogo. W pościgu za rączą antylopą myśliwy nieraz uchodzi bardzo daleko od obozu i, jeśli tymczasem zapada noc, wraca dopiero dnia następnego. — — —
Pueblo leżało na południowym zboczu gór, przeto tylko z południowej strony było dostępne dla obserwacji. Old Shatterhand i Winnetou przybywali z przeciwnej strony, z północy, więc musieli zakreślić łuk. Nie trzeba dodawać, że nie zaniedbali żadnych środków ostrożności, w każdej bowiem chwili w polu widzenia mógł się ukazać Indjanin i, sam dostrzeżony, również ich dojrzeć.
Słońce skryło się za widnokręgiem, kiedy ujrzeli górę i wznoszące się na jej stromem zboczu pueblo. Zbliżyli się, osadzili konie i Old Shatterhand wyjął lunetę. Niebawem podał ją Winnetou, który się wkrótce potem odezwał:
— Więźniowe usiłowali się wydostać. Czy mój brat widział otwór w ścianie drugiego piętra?
— Tak — odpowiedział Old Shatterhand. — Przedziurawili ścianę, lecz nie mogą wyjść, bo otwór jest strzeżony. Może także usiłowali wydostać się przez dach.
— I to się nie mogło powieść. Tam również stoją wartownicy.
— W każdym razie, skoro się ściemni zupełnie, Pueblosi zapalą ognisko. To nam utrudni zadanie. Lecz przedewszystkiem bądźmy zadowoleni, że zauważyliśmy ten otwór, gdyż teraz wiemy, pod którym tarasem siedzą więźniowie. Na dole stoi drabina — chyba dla wodza, kiedy wróci.Oby jej nie zabierali!
Zeskoczyli z koni i usiedli w trawie, czekając, aż mrok zapadnie. Niebawem w rozmaitych miejscach puebla zapłonęły ogniska. Obaj przyjaciele przywiązali swoje konie do drzew i powoli poszli ku miejscu, gdzie mieli wykonać prawdziwy majstersztyk. Ci dwaj mężczyźni zamierzali — podstępem, czy przemocą, — pokonać liczną załogę puebla!
Właściwie było jeszcze zbyt wcześnie na to zuchwałe przedsięwzięcie. Lepiej było czekać kilka godzin, do chwili, kiedy Pueblosi pokładą się do snu; wówczas należałoby tylko unieszkodliwić wartowników. Aliści wiele bardzo rzeczowych względów nie pozwalało na zwłokę. Po pierwsze, mogło się zdarzyć, że schwytany wódz i jego towarzysze odzyskają wolność; mógł się na nich natknąć przypadkiem jakiś Pueblos. Gdyby Ka Maku udało się wrócić do swoich, sprawa prawdopodobnie byłaby stracona. Po drugie, niewiadomo było, jaki jest los więźniów i co im grozi. Zwłoka mogłaby pociągnąć dla nich wielce fatalne następstwa. A po trzecie, Pueblosi chwilowo nie byli zaniepokojeni nieobecnością wodza; mogło to nastąpić dopiero nazajutrz, ale mogło też w ciągu tegoż wieczora. W takim wypadku wysłanoby wywiadowców i czekano na ich powrót. W atmosferze podniecenia i zdwojonej czujności plan obu westmanów natrafiłby na ogromne szkopuły. Lepiej było zatem wziąć się bezzwłocznie do dzieła.
Zbliżywszy się do puebla, Winnetou rzekł:
— Mój brat niechaj idzie na prawo, a ja na lewo. Spotkamy się pośrodku przy drabinie.
Old Shatterhand pojął go wlot: mieli nasamprzód zbadać plac przed budowlą i przekonać się, czy nie stoi tam wartownik, lub ktokolwiek z Pueblosów. Old Shatterhand nie znalazł nic, co mogłoby się wydawać podejrzanem. Niebawem obaj spotkali się pośrodku.
Uff!... — rzekł pocichu Apacz. — Niema drabiny.
— Niema, — skinął Old Shatterhand — ale to nas nie powstrzyma od wejścia na najniższy dach. Przedewszystkiem jednak musimy wiedzieć, jak są rozsadowieni wrogowie.
— Płoną dwa ogniska.
— Słusznie. Są to ogniska wartownicze: jedno na tarasie, pod którym zamknięto jeńców, i jedno na niższem piętrze, oświetlające otwór, przez który biali chcieli się wydostać. Tam stoją wartownicy. Zliczyłem ich — na górze trzej i na dole trzej. A gdzie reszta Pueblosów?
— We wnętrzu. Czy mój brat nie widział, że tam płonie światło?
— Tak. Wejścia są otwarte i światła biją z wnętrzy. Z tego należy wnosić, że czerwoni wraz z ich squaws i dziećmi zamieszkują wyższe piętra, podczas gdy oba dolne służą prawdopodobnie do przechowywania zapasów.
— Mój brat słusznie rozumuje. Przed wielu laty byłem tu i obejrzałem pueblo.
— Hm! Ówczesne urządzenia mogły ulec zmianie. Musimy postępować ostrożnie. Dziś jest piękny wieczór i można śmiało twierdzić, że nie wszyscy Indjanie przebywają w mieszkaniach. Być może, niektórzy siedzą na płaskich dachach.
— Czy to nas powstrzyma?
— Nie.
— A więc przysuń się do muru, abym mógł stanąć na twoich plecach!
Stanął na jego barach. Nie mogąc jednak dosięgnąć kantu niższej platformy, szepnął do towarzysza:
— Wyciągnij obie ręce wysoko; stanę ci na dłoniach.
Old Shatterhand wyciągnął ręce i trzymał wodza z taką łatwością, jakgdyby Apacz był kilkoletniem dzieckiem.
— Nie dosięgnę — rzekł Apacz.
— Jaki jeszcze odstęp? — zapytał Old Shatterhand.
— Trzech dłoni.
— Nie szkodzi! Palce masz jak z żelaza. Jeśli tylko dosięgniesz kantu, będziesz się mógł utrzymać; wówczas pomogę ci swoją długą niedźwiedziówką. Liczę do trzech i podrzucę cię wgórę. Uważaj i szybko się uchwyć! Raz — dwa — trzy —!
Podrzucił Apacza wgórę; wódz uchwycił się rękoma kantu muru i trzymał, niby żelaznemi klamrami. Old Shatterhamd szybko podparł kolbą niedźwiedziówki nogę Wfnnetou, który teraz zwinnie skoczył na taras. Przez chwilę leżał cicho i nieruchomo; nasłuchiwał, czy nie zwrócił czyjejś uwagi. Leżał gotowy do skoku, do szybkiego rzucenia się, jak pantera na wroga, i unieszkodliwienia go ściśnięciem gardła. Jego przenikliwe oczy przeszukały taras wzdłuż i wszerz — nie było tam nikogo. Nieopodal ujrzał czworokątny otwór, prowadzący do parteru. Tuż obok leżała drabina, która poprzednio została wciągnięta.
Z początku pełzał bez szmeru wężowemi ruchami ku otworowi. Przybywszy, nadstawił ucha. Na dole było ciemno. Nic się nie poruszało; zdawało się, że nikogo niema. Cofnął się do drabiny i opuścił ją dla Shatterhanda, który dzięki temu mógł się wspiąć na górę. Położył się przy Winnetou i zapytał:
— Czy jest kto pod nami?
— Nic nie słyszałem — odpowiedział Winnetou.
— Czy wciągniemy napowrót drabinę?
— Nie.
— Słusznie! Mogłaby zajść konieczność ucieczki, a w takim razie drabina nam się przyda. Ale teraz wejdźmy na drugie piętro.
Prowadziła tam drabina, tylko bowiem najniższa była usunięta. Ale i po tej nie mogli się wspinać: była oparta o środek platformy, gdzie płonęło ognisko i siedzieli trzej wartownicy, którzy mieli uważać na wybity przez więźniów otwór. Gdyby obaj myśliwi usiłowali wejść tędy, spostrzeżonoby ich odrazu.
Platforma nad nimi miała cztery kroki szerokości, osiemdziesiąt długości. Ognisko, płonące pośrodku, było — na modłę indjańską — małe, to też nie oświetlało krańców tarasu. Na krańcach jedynie było ciemno, a więc tam musieli wspiąć się obaj myśliwi — z prawej, albo z lewej strony. Obrali lewą, a to wskutek okoliczności, skądinąd nieistotnej, lecz dla nich nader korzystnej.
Otóż, trzej indjańscy wartownicy tak siedzieli przy ognisku, że dwaj byli zwróceni twarzą do strzeżonego otworu; trzeci przykucnął po lewej stronie i rzucał poza siebie długi, mroczny cień. Ten oto cień pozwalał westmanom zbliżyć się niepostrzeżenie.
Wyciągnęli drabinę, która prowadziła do wnętrza parteru, i zanieśli ją na lewy kraniec platformy. Oczywiście, należało poruszać się z najwyższą ostrożnością. Przybywszy na miejsce, przystawili drabinę do muru i weszli na górę. Przez chwilę, rozglądając się po platformie, leżeli równie cicho, jak poprzednio.
— Wartownicy są sami — szepnął Apacz.
— Pomyślnie się składa — oświadczył jego biały przyjaciel. — Mimo to sprawa jest nader ciężka. Niema tu żadnej osłony, za którą moglibyśmy się schronić.
— Ale cień?
Well! Lecz nie wystarcza. Możemy przysunąć się najwyżej na dwadzieścia kroków. Jeśli jednak drab, który rzuca cień, poruszy się, światło padnie na nas i zdradzi odrazu.
— Zwrócimy ich uwagę w przeciwnym kierunku.
— Czem? Drobnemi kamykami?
— Tak.
— Pięknie! Jeśli głupi, to dadzą się w błąd wprowadzić. Wówczas trzeba będzie przebyć dwadzieścia kroków w dwie chwile. Ja powalę tego, który zwrócony jest do nas plecami; ty weźmiesz jego sąsiada, trzeciego ja znowu biorę.
— Ale bez szmeru! — upominał Winnetou.
— Naturalnie, — mogą usłyszeć nas trzej wartownicy z wyższego piętra. Jeśli nawet uda nam się z tymi, wystarczy, aby jeden drab z góry spojrzał nadół, a nastąpi komplikacja.
— W takim razie trzeba będzie szybko powalić tych trzech i natychmiast pośpieszyć ku trzem następnym. Skoro i tych unieszkodliwimy, dostęp do więźniów będzie wolny.
— Ale nie obejdzie się bez hałasu i, co za tem idzie, powstanie alarm w pueblu.
— Alarm nie przerazi Winnetou, ani Old Shatterhanda. Zgasimy ogniska. Nikt nas nie zobaczy i nie będzie mógł w nas celować.
— Dobrze! A więc zbiorę kamuszki!
Dobrze się stało, że omówili wszystkie możliwości, gdyż istotnie później zostali odkryci i nie tracili czasu na uzgadnianie swoich ruchów. — Zebrali garść kamyków; następnie wyciągnęli się na ziemi i przysunęli do trzech wartowników. Old Shatterhand miał słuszność: zatrzymali się w odległości dwudziestu kroków. Winnetou nieco się podniósł i rzucił kamyk poprzez głowy strażników, tak, że upadł z drugiej strony. Szmer, bardzo nieznaczny, nie uszedł jednak ich uwagi. Zwrócili twarze na prawo i nadstawili uszu.
— Udało się! — szepnął Old Shatterhand.
Winnetou cisnął jeszcze kilka kamyków, w następstwie czego strażnicy sądzili, że na prawo od nich znajduje się jakaś istota, może nawet wroga.
— Teraz! — szepnął Old Shatterhand.
Podnieśli się... Pięć, sześć niezwykle cichych susów, a wpadli na wartowników. Pięść silnego białego ugodziła tak mocno w głowę pierwszego Pueblosa, że runął bez dźwięku; w mgnieniu oka obaj przyjaciele trzymali pozostałych dwóch wartowników za gardła. Ścisnęli je z całej siły i zadali kilka uderzeń w skronie, pozbawiając czerwonych przytomności. Następnie szybko wzięli ich w łyka i zakneblowali usta.
— Poszczęściło się! — szepnął Old Shatterhand. — A teraz drabinę do otworu, za którym siedzą więźniowie! Chcę z nimi pomówić. Tymczasem niech mój brat Winnetou nie spuszcza z oka najbliższego piętra. Na krawędzi dachu może się ukazać jeden z czuwających tam strażników.
Podniósł ostrożnie drabinę z niższego piętra, oparł ją koło otworu w murze i wspiął się do jego poziomu. Wsadziwszy głowę w otwór, zawołał tak, że słychać go było tylko we wnętrzu:
— Samie Hawkensie, Dicku Stone, Willu Parkerze! Czy jest tu który z was?
Nadstawiwszy ucha, usłyszał czyjeś słowa:
— Słuchajcie! Tam ktoś mówi! Jakiś człowiek przy otworze.
— Prawdopodobnie jeden z czerwonych hultajów — rozległ się drugi głos. — Podarujcie mu kulę!
— Szaleństwo! — odezwał się trzeci. — Indjanin nie odważyłby się tak zuchwale wsadzać do nas swego łebska, bo możemy zgasić płomyk jego życia, jeśli się nie mylę. Musi to być kto inny, ktoś, kto chce nas ocalić, może nawet Old Shatterhand lub Winnetou. Miejsca!
Old Shatterhand poznał mówcę po zwrocie: „jeśli się nie mylę“.
— Samie Hawkensie, — zapytał — czy to pan?
— Myślę! — odpowiedział zapytany. — Kimże pan jesteś?
— Old Shatterhand.
Heigh-day! Czy to prawda?
Yes. Chcemy was ratować.
Chcemy? A więc liczba mnoga? Nie pan sam?
— Jest i Winnetou.
Thank you! Wyczekiwaliśmy was z utęsknieniem. Ale, sir, czy aby jest pan naprawdę Old Shatterhand? A może się pan nazywa Mr. Grinley, król naftowy?
— Powinien mnie pan poznać po głosie, stary Samie!
— Co tam głos! W tym lochu wszystkie głosy brzmią jednakowo, tem bardziej, że mówi pan szeptem. Byłaby to miła historja, gdybyśmy zaufali głosowi, a później Old Shatterhand okazał się królem naftowym. Nie jestem jeszcze tak głupim coonem. Proszę o dowód!
— Jaki?
— Czy ma pan przy sobie sztuciec Henry’ego?
— Tak.
— Dawaj go pan, abym mógł pomacać!
— Oto i on! Ale zwróć mi natychmiast, gdyż może być każdej chwili potrzebny.
Wsunął strzelbę do otworu. Po kilku sekundach odzyskał ją zpowrotem.
— To prawda! — oświadczył Sam. — To pan we własnej osobie, sir! Dzięki Bogu, że pan przychodzi, stary przyjacielu. Nie mogliśmy się wydostać. Jedyna nadzieja ratunku prowadziła do gorącej rozprawy, a nie chcieliśmy przelewać krwi. Jak zamierzacie nam pomóc?
— Czy nie możecie wyjść górą?
— Nie. Otwór jest zamknięty.
— Nie macie drabiny?
— Łotry ją zabrali.
— A broń?
— Mamy — nie mogli odebrać. Później wam opowiem, jak się dostaliśmy do tego przytulnego gabinetu.
— Musieliście postępować bardzo dowcipnie; to istny majstersztyk dla takich ludzi, jak wy. Kto tu z panem siedzi?
— Dobrzy znajomi: Stone, Parker, Hobble-Frank I tak dalej.
— Dzieci?
— Niestety!
Well! Więc słuchajcie, co powiem! Z początku wydacie nam dzieci, ale mają zachować absolutną ciszę. Później kobiety, które — należy się spodziewać — również nie zakłócą milczenia. Następnie pójdą ci, którzy nie znają Zachodu i mają niewiele doświadczenia. Trzeba, aby oni przedewszystkiem znaleźli się na wolności. Unieszkodliwiliśmy trzech wartowników, którzy tu siedzieli. Nad wami siedzą jednak trzej inni; ci mogą łatwo nas zauważyć. W tym wypadku pośpieszę natychmiast na górę, aby ich powalić. Jeśli mi się uda, usunę pokrywę i spuszczę drabinę, aby pozostali mogli wejść na górę, — pomóc mnie i Winnetou. Czy zrozumieliście wszystko?
— Wszystko.
— Więc szybko! Czekam na dzieci.
Niebawem w otworze ukazał się chłopiec. Old Shatterhand wyciągnął go i oddał Apaczowi, który malca postawił tuż przy murze. Kolejno wydobyli dzieci i kobiety. Była to praca nielada. Old Shatterhand, stojąc na drabinie, musiał się niemało wysilać. Kiedy Sam Hawkens oznajmił, że kolej na mężczyzn, więc przedewszystkiem na wychodźców, westman odpowiedział:
— Ci mogą się obejść bez mojej pomocy. Schodzę nadół i będę uważał na trzech strażników, znajdujących się nad wami.
Zszedł do Winnetou, szepnął mu kilka słów wyjaśnienia i pośpieszył ku lewej stronie, gdzie stała drabina, po której się wspięli. Podniósł ją i oparł o wyższy taras.
Przybywszy na górę i obejrzawszy oświetloną ogniskiem platformę, zobaczył ciężkie głazy na pokrywie.
Nieopodal leżała drabina, którą, jak sobie przypominamy, Indjanie wyciągnęli z otworu, zanim go przykryli. Druga drabina prowadziła na wyższą platformę. Wartownicy siedzieli tak, że dwaj byli odwróceni od Old Shatterhanda.
Westman wszedł tu w tym celu, aby, w razie odkrycia, móc odrazu interwenjować. Zamierzał jednak, skoro tylko wszystkim więźniom uda się wydostać, zejść zpowrotem nadół. Obliczył sobie, ile czasu wymagało wydobycie się jednej osoby, ile zatem osób mogło tym czasem wyjść. Kiedy pomyślał, że to już szósta zrzędu, przeraźliwy krzyk rozdarł ciszę nocną:
Jezus Marja, kantorze, nie zwalaj się pan na mnie!
Strażnicy natychmiast zerwali się na równe nogi, podbiegli do krawędzi platformy i spojrzeli nadół. Zobaczyli uwolnionych białych i również Apacza, który stał przy ognisku. Poznali go i jeden z nich zawołał tak głośno, że rozległo się po całem pueblu:
Akhane, akhane! Arku Winnetou, nonton, szis inteh!
To znaczy: Do mnie, do mnie! Winnetou, wódz Apaczów, jest tutaj!
Ledwo przebrzmiał ten okrzyk, rozległ się za nim drugi:
— A tu stoi Old Shatterhand, aby uwolnić jeńców! Winnetou, bierz tych dwóch chłopoów!
Z błyskawiczną szybkością biały myśliwy skoczył i rzucił się na wartowników. Wołając powyższe słowa, powalił jednego z nich, a dwóch innych strącił z krawędzi platformy, na której stali, nadół, gdzie przyjęto ich z ochotą. Następnie ułożył drabinę, która prowadziła na wyższe piętra, aby nikt z góry nie mógł zejść, poczem zesunął głazy z pokrywy i odsłonił otwór. Niewiele chwil upłynęło, a sterczała w nim drabina.
Old Shatterhand zawołał:
— Szybko na górę! Może dojść do walki.
Skoczył teraz ku ognisku, aby je zdeptać. Udało mu się to odrazu, ponieważ płomień był mały. Zapadła ciemność — Winnetou bowiem zagasił niższe ognisko. Old Shatterhand działał z taką szybkością, że ledwo minuta upłynęła od krzyku kobiety, a już stanęli na platformie ostatni z uwięzionych. Tymczasem ożywiło się na wyższej platformie. Padały głośne zapytania. Ukazały się światełka i widać było, jak ciemne postacie schodziły po drabinach. Wówczas rozległ się potężny głos Old Shatterhanda:
— Czerwoni mężowie niechaj zostaną na górze, jeśli nie chcą umrzeć! Tu stoi Winnetou, Old Shatterhand, oraz ich ludzie. Kto się odważy zejść do nas, padnie trupem!
Nie chciał nikogo zabijać, lecz musiał dać im dowód swej przewagi, Tym dowodem mógł być tylko powszechnie znany wielostrzałowy sztuciec, którego się Indjanie lękali. Przyłożył go więc i wycelował w Pueblosa, spieszącego ze światłem w ręku. Chciał go w rękę trafić i spuścił kurek.
Hahi, latah-szi! — O, moja ręka! — krzyknął trafiony, wypuszczając z ręki ogarek.
Trzy dalsze wystrzały, jeden po drugim, i tyluż Indjan zniknęło.
— To zaczarowana strzelba Old Shatterhanda! Na górę, szybko na górę!
Na górze ściemniło się i tak ucichło, jakgdyby wszyscy wymarli.
— Czy jesteście tu wszyscy? — zapytał Old Shatterhand stojącego przy nim Sama. — Czy nikt na dole nie został?
— Nikt — odpowiedział Sam Hawkens.
— Przystawcie obie drabiny i zejdźcie nadół. Myślę, że czerwoni dadzą nam spokój, póki nie znajdziemy się na wolności.
Usłuchali. Shatterhand zszedł ostatni.
Skoro stanął na niższej platformie, przekonał się, że przezorny Apacz czujnie doglądał przeprawy. Uwolnieni uwijali się na drabinach Winnetou nie naglił do pośpiechu; wprost przeciwnie, upominał, aby, przez wzgląd na kobiety i dzieci, byli ostrożni i powolni, wiedział bowiem, że przez jakiś jeszcze czas można się nie lękać Indjan. Dwa imiona — Old Shatterhand i Winnetou — trzymały ich w ryzach.
Schodzono zatem dosyć wygodnie po wszystkich drabinach, które zabrano z góry, aby utrudnić czerwonym pościg. Kiedy już wszyscy biali znaleźli się poza obrębem puebla, Old Shatterhanrt rzekł: — Powiodło się nam i to łatwiej, niż sądziłem. Teraz — —
Musiał przerwać, zagłuszony burzą dziękczynień. Wnet jednak opanował sytuację:
— Cicho! Ani słowa o tem! Są rzeczy ważniejsze. Później, kiedy stąd wyruszymy, będziecie mogli mówić dowoli. Gdzie są wasze konie?
— Tam w korralu, na prawo za budowlą/ — odrzekł Hawkens.
— Czy macie broń?
— Tak.
— A wasze mienie?
— Nie mogli zabrać tego, co mieliśmy przy sobie, ale chyba zrabowali wszystko z juków.
— Czy mieliście także juczne konie?
Yes. Z mieniem i sprzętem wychodźców.
— Czy zachowało się to wszystko?
— Nie wiem, nie sądzę. Burza tak nas zaskoczyła, że nie mieliśmy czasu rozsiodłać zwierząt.
— Hm! Gdybyście mieli wszystko, co do was należy, moglibyśmy natychmiast wyruszyć; teraz jednak trzeba będzie zmusić czerwonych, aby zwrócili łup. Sam Hawkens może mi towarzyszyć do korralu; pozostali niechaj tu stoją i uważają na niższe tarasy puebla. Skoro tylko ukaże się na nich jakiś Indjanin — strzelać w niego, ale tak, aby chybić. Zrozumiano? Wystarczy, jeśli usłyszy świst kuli. Pueblosi powinni wiedzieć, że trwamy na stanowisku. Trzymajmy ich w szachu. Mój brat Winnetou pójdzie tymczasem po oba nasze rumaki.
Apacz oddalił się pocichu, jak zazwyczaj, a Old Shatterhand poszedł wraz z Samem ku ostrokołowi, za którym umieszczono konie. Skoro ci trzej odeszli, kantor odezwał się, oczywiście po niemiecku:
— A więc to są ci dwaj bohaterowie, których widoku jestem tak żądny! Nie obejrzałem ich dokładnie, ponieważ jest ciemno, ale już pierwszy ich występ podoba mi się nadzwyczajnie. Dostaną nader wybitną rolę w mojej operze.
— No, obejrzyjno pan sobie ich przy świetle dziennem! — odpowiedział Hobble-Frank. — Czy nie jest tak, jak wyprorokowałem? Niech tylko się ukażą, a jesteśmy wolni!
— Prawda! — potwierdził Droll. — To prawdziwy czyn bohaterski wydobyć nas tak, że włos z głowy nikomu nie spadł. Ale zawsze poszłoby o wiele lepiej, gdyby pani Ebersbach trzymała język za zębami.
— Niby ja? — zapytała pani Rozalja. — Może pan myśli, że to moja wina, iż wyrwał mi się krzyk z gardła?
— Naturalnie! Czyja więc?
— Kantora, a nie moja!
— Proszę uprzejmie! — bronił się oskarżony. — Wie pani dobrze, emeritum esse'. Że też pani nigdy o tytuł nie dba! Nie ma pani prawa twierdzić, że ja przerwałem głębokie silentium, które było zalecone. Przez moje wargi nie przedostał się żaden dźwięk, żadne choćby najgłębsze pianissimo. To pani, pani Ebersbach, krzyczała.
— Nie przeczę. Ale dlaczego krzyczałam? Nie mógł się pan mocniej trzymać, panie, panie emeritus! Jeśli znowu zechce pan skakać z drabiny, to nie skacz akurat w tym momencie, kiedy na dole stoi dama! Jeśli pan nie trzyma mocniej skali muzycznej, to cała pańska opera bohaterska budzi we mnie politowanie! Rozumie pan?
— Rozumiem panią, czcigodna pani Ebersbach. Pani zato nie rozumie, z jaką benewolencją odnosić się należy do synów Muzy. Przyrzekłem pani swego czasu pamiętać o niej, i w rzeczy samej miałem zamiar oddać pani arję sopranową; ale skoro pani w ten sposób odzywa się o mojej sztuce, cofam przyrzeczenie. Honor aparycji w mojej operze nie przypadnie pani w udziale!
— Nie? Ej, co pan też mówi! Myśli pan, że zależy mi na tem, aby się ukazać na deskach, co udają ziemię? Ani mi to przez myśl nie przeszło. I ja miałam śpiewać soprano? Posłuchaj pan, zostaw mnie pan w spokoju! Jeśli ja chcę śpiewać, to nikt mi nie może rozkazywać, jak. Śpiewam tak, jak chcę. Fagotem, klarnetem, albo basem, — jak mi się żywnie podoba. A teraz rozprawiliśmy się ze sobą na całe życie. Bądź pan zdrów na wieki wieków!
Wielce podniecona, odwróciła się od niego manifestacyjnie. Chciał jeszcze coś dodać, lecz ostrzegł go Hobble-Frank.
Pst! Siedź tam cicho! Zdaje mi się, że zauważyłem żywą istotę na pierwszem piętrze. Istotnie, oto się skrada! Teraz zatrzymała się i przechyliła głowę. To Indjanin — chce nas podpatrzeć. Zaraz mu pokażę!
Podniósł strzelbę, krótko celował i wypalił.
Uff! — krzyknął jakiś przerażony głos.
W tej chwilli wrócił Old Shatterhand ze Samem Hawkensem.
— Co się dzieje? Kto wystrzelił? — zapytał.
— Ja — odpowiedział Frank.
— Dlaczego? — Pewien czerwony signor stał na dachu numer jeden; chciał zapewne wiedzieć, która godzina, więc pokazałem mu, ile wybił zegar. Natychmiast się też wycofał.
— Czy trafił pan?
— Nie. Celowałem na prawo, może na dwa łokcie dalej; ale jeśli miał czterołokciowe uszy, kula przebiła mu prawy koniuszek, co też może służyć mu za ostrzeżenie.
— A zatem odważyli się zejść aż na pierwsze piętro! Musimy podwoić czujność. Oczywiście, staniemy w takiej odległości, aby nas nie dostrzegli, gdyż mogliby strzelać. Powinni jednak wiedzieć, że czuwamy i że nie pozwolimy im zejść. Niech więc Frank i Droll położą się tuż pod murem. Patrząc wgórę, dojrzą każdą głowę, wychyloną nad kantem. A wówczas czem prędzej poślą kulę!
— Która powinna jednak chybić? — zapytał Hobble-Frank.
— Tak. Nie chcę nikogo zabijać.
— W takim razie nie zmarnuję żadnej z moich pięknych kul. Nie nabiję wcale strzelby.
W tej chwili Szi-So podszedł do Old Shatterharida i poprosił go, również po niemiecku:
— Panie, pozwól mi wziąć udział w strzeżeniu puebla! Trzy pary oczu więcej dojrzą, niż dwie.
— To prawda — odpowiedział myśliwy, mierząc okiem młodzieńca, którego twarzy nie mógł poznać. — Ale wydaje się pan bardzo jeszcze młodym. Czy ma pan w tej dziedzinie doświadczenie?
— Jestem uczniem swego ojca — odpowiedział skromnie Szi-So.
— Kim jest ojciec pana?
— Nitsas-Ini, wódz Nawajów.
— Co? Mój przyjaciel Wielki Piorun? W takim razie jest pan Szi-So, który ma przebywać w Niemczech?
— Tak, to ja!
— Oto moja ręka, młody przyjacielu! Cieszę się bardzo, że pana tutaj spotykam. Pomówimy ze sobą, skoro tylko będzie więcej czasu. Gdyby było jaśniej, poznałbym pana na pewno. — Ponieważ jesteś Szi-So, więc mogę spokojnie spełnić pana prośbę. Idź pan zatem z Frankiem i Drollem! Ustawcie się tak, abyście mieli na oku platformę w całej rozciągłości.
Syn wodza oddalił się dumny z przyzwolenia Old Shatterhanda.
Tymczasem wrócił Winnetou z dwoma końmi, które stały uwiązane w dostatecznem oddaleniu od puebla.
— Słyszałem huk. Kto strzelił? — zapytał.
Old Shatterhand poinformował go, nadmieniając:
— Konie uwolnionych stoją w korralu; lecz wszystkie rzeczy, siodła i uprząż znikły bez śladu.
— Należy ich szukać w pueblu.
— Tak. Nie możemy się zatem oddalić: póki nie odzyskamy wszystkiego.
— Pójdzie nam dosyć łatwo, gdyż mamy wodza.
— Słusznie — trzeba go sprowadzić. Czy mój czerwony brat zechce objąć komendę? W takim razie pojadę z Samem Hawkensem, Stonem i Parkerem po Ka Maku.
— Mój brat może jechać.
„Trójlistek“ chętnie zgodził się jechać z Old Shatterhandem. Poszli do korralu po konie. Myśliwi niewiele sobie robili z braku siodeł i uzd. Dosiedli koni i pojechali na północ. Rozumie się, że podczas jazdy Old Shatterhand poinformował się o szczegółach spotkania z wychodźcami i uwięzienia w pueblu. Było dosyć czasu, aby dokładnie rzecz wyłożyć, a nawet scharakteryzować uczestników przygody.
Wysłuchawszy do końca relacji, Old Shatterhand potrząsnął głową i rzekł:
— Dziwni ludzie i jakże nieostrożni! A zatem przyłączyliście się do nich i chcecie im towarzyszyć?
— Tak — odpowiedział Sam. — Potrzebują opieki, a nam zasadniczo wszystko jedno, dokąd się skierujemy.
— Hm! Chciałem wprawdzie wraz z Winnetou przeprawić się przez granicę, ale poczuwam się do obowiązku czuwania nad wychodźcami: wypada im droga przez miejscowości, gdzie bez pomocy doświadczonych ludzi zginęliby niechybnie. W takich okolicznościach trzeba być bardzo ostrożnym. Naprzykład ten emerytowany kantor może stać się powodem niejednego nieszczęścia.
— Już był niejednokrotnie. Najchętniej przepędziłbym go na cztery wiatry, ale nie mogę. A następnie sprawa króla naftowego. Co pan o tem powie?
— Oszustwo!
— Weil, jestem tegoż zdania. Buchalter jest naszym rodakiem. Nie możemy dopuścić do jego zguby.
— W żadnym razie! Pojedziemy za Grinleyem, który zresztą korzysta chyba także z innych jeszcze nazwisk. Mniemam, że go dogonimy na czas. Jestem ciekaw, w jaki sposób zamierza wyczarować z ziemi naftę!
Mknęli bardzo szybko. Niewielka już odległość dzieliła ich od miejsca, gdzie zostawili spętanego wodza i jego wojowników.
Old Shatterhand opowiedział okoliczności schwytania Ka Maku, poczem dodał:
— Zaprzeczał wszystkiemu, zasługuje zatem na karę. Atoli jestem przyjacielem czerwonoskórych i spróbuję raz jeszcze nakłonić go do wyznania prawdy. Jeśli was zobaczy, zorjentuje się natychmiast w sytuacji. Pomknę więc naprzód, wy zaś pojedziecie za mną powoli. Zboczywszy na północ, przybędziecie wprost do skały, za którą zostawiliśmy jeńców.
Było bardzo ciemno, ale mimo to Old Shatterhand orjentował się w miejscowości z zadziwiającą łatwością. Był przeświadczony, że znajdzie jeńców w tym samym stanie, w jakim ich opuścił. Wszakże ostrożność nie zawadza. Mogli się przecież przypadkiem uwolnić, a teraz czekać na niego i Winnetou, aby dokonać zemsty. Zeskoczył zatem z konia, przywiązał go i pieszo podkradł się do skały. Posuwał się na czworakach. Wkrótce miał głaz z lewej strony. Zakreślił prosty łuk i zobaczył leżących jeńców. Mogli jednak być wolni i dla fortelu zachowywać dawne położenie; dlatego Old Shatterhand podpełzł do wodza tak cicho, że ten nic nie usłyszał. Podniósł rękę i wymacał wbitą w ziemię strzelbę; do której Ka Maku był przywiązany. Uspokoił go stan rzemienia. Podniósł się więc i ukazał jeńcom, jakby wyrósł z pod ziemi.
— Czas się dłużył Ka Maku — zaczął. — Mając knebel w ustach, nie mógł się nawet rozmówić z towarzyszami. Zwrócę mu teraz głos.
Wyjął mu knebel z ust i ciągnął dalej:
— Wódz miał dosyć czasu, aby się zastanowić. Jeśli wyzna, że w pueblu więzi białych, uwolnię go i nie wyrządzę nic złego.
Ka Maku wnioskował, że Old Shatterhand nie wie przecież nic pewnego, więc zdecydował się wytrwać w uporze. Znając Old Shatterhanda, wiedział, że nic nie grozi jego życiu. A zatem lepiej było nie przyznawać się i czekać na wojowników, którzy niewątpliwie wnet wyjadą go szukać. Przypuszczał, że już będą o świcie. Miał przed sobą tylko Old Shatterhanda; gdzie jednak był Winnetou? Chcąc to wybadać, zapytał:
— Czemu nie przyszedł ze mną mówić wódz Apaczów?
Po głosie poznać było, że knebel utrudniał mu swobodny oddech.
— Czuwa wpobliżu puebla.
Ta odpowiedź upewniła Ka Maku, że starania Winnetou i Old Shatterhanda były daremne.
— Winnetou — rzekł szyderczo — nie usłyszy i nie zobaczy nic ponad to, czego dowiedział się ode mnie. Żadnych białych nie uwięziłem. Czemu obaj odważni mężowie czają się dookoła puebla? Czemu nie wejdą, aby się przekonać o prawdzie mych słów i mojej rzetelności?
— Ponieważ nie ufamy Pueblosom i jesteśmy przeświadczeni, że weźmiecie nas także do niewoli.
Uff! Gdzie się podziała mądrość Old Shatterhanda? Wielki Duch pozbawił go rozumu! Byłem jego przyjacielem; lecz skoro obszedł się ze mną, jak wróg, niechaj nóż rozstrzygnie między nami!
— Nie mam nic przeciwko temu. A zatem, naprawdę nie więzicie białych mężów, kobiet i dzieci?
— Nie.
— Zastanów się, że ja i Winneteu z łatwością uwolnimy jeńców. A wówczas spotka cię kara! Jeśli jednak wyznasz prawdę, nie zapomnimy, że byłeś naszym przyjacielem i bratem, i postąpimy z tobą łagodnie.
— Old Shatterhand niech czyni i myśli, jak chce. Powiedziałem prawdę i będę szukał zemsty!
— Jak sobie życzysz! Ale uważaj! Któż to nadjeżdża? Słychać zbliżający się tętent.
Ka Maku podniósł się, na ile mu pęta pozwoliły, i wydał radosny okrzyk. Kim mogli być zbliżający się jeźdźcy, jeśli nie jego wojownikami? Zatrzymali się za skałą. Nie mógł poznać ich postaci, atoli był tak pewny swego, że zawołał:
— Jestem Ka Maku, którego szukacie. Zejdźcie z koni i uwolnijcie nas!
Sam Hawkens odpowiedział ze śmiechem:
— Żeś jest Ka Maku, wierzę bez zastrzeżeń. Ale nie wierzę, że cię uwolnimy. Old Shatterhand będzie rozstrzygał o twoim losie. Czy nie poznajesz mnie, stary łajdaku?
— Sam Hawkens! — zawołał Ka Maku przerażony.
— Tak, Sam Hawkens i Dick Stone i Will Parker — potwierdził Old Shatterhand. — Czy wciąż jeszcze sądzisz, że Wielki Duch pozbawił mnie rozumu? Albo może się myliłem, twierdząc, że łatwo nam będzie uwolnić jeńców? Odwróciliśmy oszczep i skierowali go przeciwko wam. Wasi więźniowie są wolni, a wy jeszcze uwięzieni. Żaden z twoich wojowników nie zdoła opuścić puebla, ponieważ oblegamy je, i bez wahania zastrzelimy każdego, kto spróbuje umknąć. Teraz przywiążemy was do koni. Radzę wam nie opierać się, jeśli nie chcecie uczuć chłodu naszych kling!
Sam, Dick i Will zeskoczyli z koni i wpadli, na jeńców, którzy byli tak oszołomieni, że nawet nie pomyśleli o sprzeciwie, zresztą i tak daremnym. Przywiązano ich do koni, poczem puszczono się w drogę powrotną. Na miejscu, pod pueblem, spętani Indjanie musieli zejść z koni i zostali oddani pod straż. Mimo ciemności przekonali się, że wszyscy ich jeńcy byli wolni. Łatwo sobie wyobrazić zgryzotę wodza.
Biali, zwłaszcza niektórzy — ludzie żywszego temperamentu, pragnęli spędzić noc na rozmowach. Spotkali się jednak ze sprzeciwem Old Shatterhanda. Zwrócił im uwagę, że nazajutrz oczekuje ich długa i szybka jazda, i skłonił wychodźców do ułożenia się do snu, oczywiście z wyjątkiem luzującej się co godzina warty.
Noc upłynęła spokojnie. Pueblosi nie ważyli się opuszczać budowli i próbować ataku. Kiedy zaczęło szarzeć, ujrzano, że wycofali się na górne platformy. Większość spała. lecz, skoro się rozjaśniło, została zbudzona ze snu przez strażników.
Zgromadzono się wnet na górze i obrzucono białych słowami groźby. Nie wiedzieli, że wódz jest w niewoli.
Winnetou i Old Shatterhand zdecydowali się zakończyć bardzo szybko sprawę. Nie wolno im było tracić czasu, jeśli mieli dogonić wporę króla naftowego. Poszli więc obaj do Ka Maku, aby z nim pomówić. Pozostali utworzyli dookoła nich koło słuchaczy, lub, co najmniej, widzów, jeśli wziąć pod uwagę wychodźców, którzy nie rozumieli języka. Ponieważ Winnetou był z usposobienia małomówny, więc zaczął Old Shatterhand:
— Ka Maku widzi, że wszyscy więźniowie są uwolnieni?
Wódz nie odpowiedział. Westman upomniał groźnie:
— Nie lubię mówić na wiatr. Chcemy się obejść z tobą łagodnie. Jeśli jednak zatniesz się w upornem milczeniu, sobie tylko będziesz musiał przypisać winę za następstwa. Odpowiedz więc na moje pytanie!
— Widzę, że są wolni, — mruknął wódz ponuro.
— I że twoi wojownicy są naszymi jeńcami?
— Nie widzę tego.
— Nie? Czy któryś z nich może opuścić pueblo wbrew naszej woli? Możemy nawet spędzić ich z dachów. Nasze strzelby niosą aż do najwyższego tarasu; możemy zatem zmusić twoich wojowników, aby schronili się do mieszkań. Skąd dostaną jadła i napoju? Nie mogą przecież zejść do studzien i do śpiżarń. Poza tem mamy w swej mocy ciebie i twoich trzech towarzyszów. Jak przypuszczasz, co się z wami stanie?
— Nic!
— A — — istotnie?
— Tak, ponieważ nikomu z was nic złego się nie stało.
— Moi przyjaciele zawdzięczają to tylko mnie i Winnetou; mieliście bowiem złowrogie względem nich zamiary. Nie będę teraz trwonił słów i czasu. Zabraliście ich dobytek i ukryliście w pueblu. Jeśli odzyskają wszystko, puścimy was i odjedziemy; jeśli jednak będziesz się wzbraniał, zastrzelimy ciebie i spalimy twój skalp, abyś zjawił się bez niego w Wiecznych Ostępach. Tak samo postąpimy z twoimi towarzyszami. Patrz, oto słońce wschodzi! Skoro stanie na odległości dłoni od widnokręgu, chcę mieć twoją odpowiedź. Dłużej nie będę czekał. Powiedziałem!
Podniósł się i odszedł wraz z Winnetou — znak, że nie miał ochoty do targu. Ka Maku spoglądał przed siebie ponuro. Znał humanitarność swoich zwycięzców i nie wierzył, aby urzeczywistnili groźby. Oddać całą zdobycz — uważał to za wygórowane żądanie.
W oznaczonym czasie wrócili obaj myśliwi i Old Shatterhand rzekł:
— Co postanowił Ka Maku? Czy odzyskamy zrabowane mienie?
— Nie! — odparł.
Well! Powiedziałem ci, że postanowiłem działać bezwzględnie. Jesteśmy gotowi. Odprowadźcie tych drabów ku tamtej skale! Zedrzyjcie z nich skalpy i poczęstujcie każdego kulą!
Sam, Dick, Will, Frank i Droll uchwycili jeńców i potaszczyli ku oznaczonej skale. Indjanin, który umiera i zostaje pogrzebany bez skalpu, traci rozkosze Wiecznych Ostępów. Dlatego wódz, skoro Hawkens uchwycił go lewą ręką za włosy, a prawą podniósł nóż, zawołał:
— Stój, stój! Dostaniecie wszystko zpowrotem!
— Dobrze! — skinął Old Shatterhand. — Najwyższy czas; nie sprzeciwiaj się więc dłużej, jeśli chcesz doświadczyć naszej łaski. Żądam, aby wszystko było wydane aż do drobiazgów! Wasze squaws niech nam przyniosą te rzeczy w mężczyzn będziemy strzelali. Zgoda?
— Tak — burknął Ka Maku.
— A więc niech ten człowiek oznajmi to twoim Pueblosom! Jeśli nie rozpocznie się zwrot grabieży w przeciągu pięciu minut, będzie po tobie!
Wskazał na jednego z jeńców. Zdjęto z niego pęta, poczem dostał drabinę, aby wejść na górę. Dopiero teraz Pueblosi dowiedzieli się, że ich wódz jest w niewoli. Podnieśli okropny wrzask i biegli z groźnemi minami. Wysłaniec jednak umitygował ich, i już po upływie pięciu minut squaws zaczęły znosić bagaż wychodźców. Składały go na dole. Każdy obrabowany zabierał to, co do niego należało, i oznajmiał, czego brak jeszcze. Uważano, aby najmniejszy drobiazg nie przepadł. Kosztowało to wiele trudu, ale wreszcie odebrano i rozdzielono wszystko.
— Stało się według waszych życzeń — zawołał wódz. — Teraz rozwiążcie mnie i ujdźcie nam z oczu!
— Mylisz się — odpowiedział spokojnie Old Shatterhand. — Nie zwróciliście jeszcze wszystkiego.
— Czego więc jeszcze żądasz?
— Straconego czasu.
— Czy mogę ci oddać czas, ofiarować godziny?
— Tak. Wszyscy przez ciebie zmarnowaliśmy wiele cennego czasu. Nie odzyskamy go, jadąc na złych koniach, jakie niektórzy z nas posiadają. Widziałem w korralu bardzo piękne zwierzęta. Zamienimy nasze złe wierzchowce na wasze dobre.
— Nie waż się! — zawołał Ka Maku, błyskając oczami.
Pshaw! Chyba nie przypuszczasz, że się ciebie lękam! Kto nam może zabronić? Jesteś w naszej mocy, twoi zaś Pueblosi nie ośmielą się zejść nadół, aby nam przeszkodzić. Nasze strzelby niosą dalej, niż wasze. Trafimy ich, zanim będą mogli się złożyć. Wiedzą to dobrze i nie będą się do nas kwapić.
— To będzie rabunek, kradzież!
— Tylko wynagrodzenie! Jesteście złodziejami. Mielibyście może bezkarnie tych wszystkich ludzi więzić i obrabowywać? Trzeba wam dowieść, że uczciwy zwycięża. Twój sprzeciw daremny. Winnetou, Sam Hawkens i Droll niechaj pójdą ze mną zamienić konie!
Odeszli natychmiast do korralu. Wódz wpadł w wściekłość; szarpał, więzy i ryczał, jakgdyby rozum stracił. Wówczas podeszła doń pani Rozalja i huknęła:
— Czy nie zamkniesz zmiejsca gęby, ty wieczny krzykajło! Czem jesteś właściwie? Chcesz być wodzem? Jeśli myślisz, że ja w to uwierzę, mylisz się bardzo! Jesteś łobuzem, długorękim szubienicznikiem! Rozumiesz, czy nie? Razy dostaniesz, cięgi, prawdziwe baty! Zamknąłeś nas w lochu, nas, biedne robaczki! I teraz, kiedy kara cię dotyka, jak pieprz zupy, udajesz niewiniątko, najczystszą lilijkę. Miej się na baczności, i nie zachodź nam drugi raz drogi! Pogruchocę ci wszystkie gnaty, wyrwę ci wszystkie włoski, po jednemu! Teraz wiesz, czego się możesz po mnie spodziewać. Pomyśl o poprawie! W przeciwnym wypadku czekają cię jeszcze cięższe przejścia z policją!
Zgromiła go piorunującem spojrzeniem i odwróciła się od niego ostentacyjnie. Słowa jej nie przebrzmiały bez echa, aczkolwiek wódz nie zrozumiał z nich ani jednego. Tem bardziej podziałał na niego ton jej mowy. Ze zdumieniem przyglądał się tej kobiecie i odtąd już milczał jak zaklęty, nawet wówczas, kiedy wyprowadzono z korralu i osiodłano konie, między któremi były także jego własne. Jednakże, gdy usta milczały, tem dobitnej mówiły oczy.
Skoro czerwonoskórzy z wyższych pięter zobaczyli, że biali zamierzają wyruszyć, zaczęli schodzić po paru nieodebranych im, ocalałych drabinach. Ośmieliła ich postawa białych, mniej groźna po odzyskaniu dobytku. Old Shatterhand, obawiając się, że mogą zakłócić spokój wymarszu, skierował ku nim swój sztuciec i zawołał:
— Zostańcie na górze, bo was zastrzelę!
Ponieważ nie usłuchali, wypalił dwukrotnie, umyślnie nie trafiając nikogo. Z rykiem i wrzaskiem cofnęli się na górę. Naogół uszli dość szczęśliwie, gdyż, oprócz paru, których Old Shatterhand postrzelił w ręce, nikt nie odniósł żadnych obrażeń. Kiedy westman spuścił strzelbę, odezwał się wódz:
— Czemu strzelasz w moich ludzi? Czy nie widzisz, że nie żywią złych zamiarów?
— A czyś ty widział, że i moje zamiary nie są wrogie? — odpowiedział myśliwy. — Może sądzisz, że chciałem trafić, a spudłowałem? Kiedy zechcę, kula moja zawsze trafi. Zamierzałem ich tylko ostrzec.
— Niektórzy jednak mają przewiązane ręce. Podnoszą je, aby mi pokazać, że są ranni.
— Zawdzięczają tylko mojej dobroci, że celowałem w ręce, a nie w głowy.
— Czy i to nazywasz dobrocią, że zabrałeś nam konie?
— Stanowczo! Powinniście być zadowoleni z tak lekkiej kary. Właściwie zasłużyliście na znacznie większą i surowszą.
— Tak ty mówisz. Ale czy wiesz, co ja w przyszłości powiem?
Old Shatterhand z gestem lekceważenia odwrócił się i, nie mówiąc ani słowa, dosiadł swego ogiera. Pozostali siedzieli już na koniach. Oburzony lekceważeniem westmana, wódz zawołał gniewnie:
— Każdemu, kto do mnie przyjdzie, powiem że Winnetou i Old Shatterhand, tak dumni ze swoich imion, zostali koniokradami, — a takich zwykło się wieszać!
Myśliwy przepuścił obelgę mimo ucha; aliści Hobble-Frank był tak rozjuszony, że skoczył ku wodzowi i ofuknął go gniewnie:
— Milcz, hultaju! Taki łotrzyk, jak ty, powinien się cieszyć, że sam nie zawisnął na pięknym stryczku. Najlepiej byłoby, z kamieniem młyńskim na szyi, utopić cię w Oceanie Indyjskim — tam, gdzie woda jest najgłębsza. Takie jest moje zdanie. A teraz bądź zdrów!
Nawrócił konia i odjechał, nie uświadamiając sobie, że Ka Maku nie zrozumiał jego perory, wypowiedzianej po niemiecku z najczystszym akcentem saskim. — — —



I
WYWIADOWCY

Skoro dwa indjańskie plemiona wykopią topór wojny i rozpoczną bezlitosną walkę na śmierć i życie, każde z nich wysyła wywiadowców w celu zbadania, gdzie przebywa w danym czasie wrogie plemię i ilu dorosłymi rozporządza wojownikami. Pierwsza wiadomość jest niezbędna już chociażby dlatego, że tak zwane dzikie szczepy wędrują, zresztą w obrębie pewnych rozległych granic, przenosząc namioty z miejsca w miejsce — zależnie od chwilowych potrzeb i zamiarów.
Ale to nie wyczerpuje zadania wywiadowców. Muszą — co jest rzeczą najtrudniejszą — dowiedzieć się, w jaki sposób wróg zamierza prowadzić walkę, czy jest dobrze zaprowiantowany, kiedy ma wyruszyć, jaką drogę obrać, i gdzie spodziewa się rozstrzygającej bitwy. Wywiadowcami zatem mogą zostać jedynie ludzie doświadczeni, dzielni, odważni, odznaczający się ponadto przezornością, chytrością i rozwagą.
W mniej ważnych i mniej niebezpiecznych wypadkach wybiera się młodzieńców, aby zyskali sposobność wykazania męstwa i zręczności, aby mogli zasłużyć na imię; w poważniejszych wysyła się starszych, wypróbowanych mężów. Bywa nawet, że sam wódz idzie na zwiady, o ile uważa przyszłą rozprawę za walną.
Skoro więc z obu stron wysyła się szpiegów, nieraz ci spotykają się ze sobą. Wtedy należy za każdą cenę unieszkodliwić, to znaczy zabić wrogich wywiadowców. Jeśli się uda, przeciwnik nie rozpozna sytuacji i przez to łatwiej będzie go rozgromić.
Otóż takie spotkania wymagają więcej przebiegłości, doświadczenia i męstwa, niż późniejszy właściwy bój. Zdarzają się też wówczas czyny, których rozgłos trwa długie lata, krąży z ust do ust.
Jak już niejednokrotnie wspominaliśmy, w czasie, do którego odnosi się nasze opowiadanie, powstały między kilkoma plemionami poważne zatargi, a mianowicie między Nijorami a bardziej wówczas na północ wysuniętymi Nawajami. Chelly, dopływ Rio Colorado, przegradzał ich naturalną granicą. Kraj zatem, leżący nad Chelly, był nader niebezpiecznym terenem przyszłych walk, a więc terenem najżywszej działalności wywiadowców.
Niebezpieczeństwo w tej miejscowości zagrażało nietylko czerwonym, lecz także białym, gdyż z doświadczenia wiadomo, że, ilekroć czerwonoskórzy walczą ze sobą, dopatrują się w bladych twarzach wrogów. Biali więc, aby się wyrazić obrazowo, wpadają między ostrza nożyc, które każdej chwili mają się zawrzeć.
Cel podróży króla naftowego, Gloomy-water, leżał nad Chelly. Grinley zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Sądził jednak, że osobiście nic mu nie grozi, albowiem znał oba plemiona i nigdy nie miał z niemi zatargów. Nie mógł zaś zwlekać z wykonaniem planu. Jeśli chciał osiągnąć cel, musiał się śpieszyć, aby nie dać czasu do namysłu, zwłoka bowiem mogła nadać sprawie niespodziewany obrót.
Co się tyczy Rollinsa i buchaltera, to słyszeli, że powstał rozdźwięk między Nijorami a Nawajami, ale, nie mając doświadczenia, nie wiedzieli, czem to dla nich pachnie. Król naftowy, oczywiście, nie kwapił się z wyjaśnieniem.
W odległości dnia jazdy od Chelly, mknąc po otwartej, trawą zarośniętej prerji, miejscami przerywanej zagajnikami, zauważyli nagle nawprost siebie jeźdźca, którego nie mogli przedtem dojrzeć, ponieważ dzieliła ich jedna ze wspomnianych grup zarośli. Był to biały. Dźwigał na plecach torbę skórzaną, dosiadał silnego indjańskiego pony, który, jak widać było, przebył niemało trudów. Obie strony znienacka zatrzymały się nawprost siebie.
Halloo! — zawołał nieznajomy. — Gdyby to byli czerwonoskórzy!
— Byłoby już po skalpie pana, — odparł król naftowy, zmuszając się do nienaturalnego śmiechu, który miał zamaskować jego własną trwogę naskutek tak nieoczekiwanego spotkania.
— Albo po waszym! — odpowiedział jeździec. — Nie pozwalam sobie tak łatwo zdzierać skóry z głowy.
— Nawet kiedy pięciu na jednego?
— Nawet kiedy pięciu czerwonoskórych. Miewałem więcej wrogów przed sobą, a jednak zachowałem swój skalp.
— Należy się panu wobec tego szacunek, sir. Czy można wiedzieć, kim jesteś?
— Czemu nie? Nie mam się czego wstydzić. — I, wskazując na torbę skórzaną, dodał: — Właściwie dziwi mnie nawet pana zapytanie. Nie wydajecie się westmanami. Z tej oto rzeczy powinniście byli poznać, że jestem kurjerem.
Był zatem jednym z owych dzielnych ludzi, którzy, wypełniwszy swą torbę listami i przesyłkami, bez bojaźni mkną przez prerje i wzgórza. Teraz, oczywiście, nie spotyka się już tych kurjerów.
— Czy jesteśmy westmanami, czy nie, to nie rzecz pana! — osadził go król nafty. — Widziałem pana torbę, ale wiem, że nigdy nie przejeżdżał tędy żaden kurjer. Wolą trzymać się drogi Albuquerque-San Francisco. Dlaczego pan z niej zboczył?
Kurjer pogardliwie zmierzył pytającego mądremi oczami i odpowiedział:
— Nie jestem obowiązany dawać panu wyjaśnienia i nie mam ku temu najmniejszej chęci, ale, ponieważ widzę, że mkniecie na spotkanie zagłady, więc powiem wam, że zboczyłem z kierunku ze względu na Nawajów i Nijorów. Moja droga prowadziła przez miejscowość, którą mądry człowiek woli teraz pozostawić wyłącznie czerwonym, mianowicie przez okolicę rzeki Chelly. Nie wie pan, że teraz właśnie drą się tam za włosy?
— Mniema pan chyba, żeś jest jedynym mędrcem na Zachodzie?
Król naftowy właściwie powinien był odpowiedzieć grzeczniej, ale przebyta chwila trwogi rozpętała jego gniew, wobec zaś jednego człowieka nie uważał za potrzebne powściągnąć swej natury. Kurjer obejrzał badawczo wszystkich spotkanych. Nie odpowiadając na grubiańskie zachowanie się króla naftowego, potrząsnął głową i rzekł spokojnie, przyczem wskazywał na bankiera i buchaltera:
— Śmiem twierdzić, że przynajmniej ci obaj panowie nie rozlali wiele krwi. Jeśliś pan tak dufny w siebie, że gardzisz radą, to przynajmniej tych panów chcę ostrzec i skłonić do ostrożności. Być może, nie wiedzą wcale, co czynią, i wiele ryzykują. Wszak żaden rozsądny człowiek nie wsunie głowy pod prasę, którą mają ścisnąć.
Zaniepokojony bankier zapytał:
— Co pan chce powiedzieć, sir? Jaką prasę ma pan na myśli?
— Tę, która się znajduje nad Chelly. Jedziecie prosto pod prasę. Wracajcie, póki czas, inaczej bowiem dostaniecie się pomiędzy noże skalpowe dwóch plemion, które chcą się nawzajem wytępić, a te szczątki, które po was zostaną, będą rzucone sępom i wilkom preryj na pożarcie. Usłuchajcie mnie; radzę to dla waszego dobra!
Szczera twarz, uczciwe oczy świadczyły o prawdzie jego słów. Rollins zapytał:
— Sądzi pan istotnie, że niebezpieczeństwo jest tak wielkie?
— Tak, tak sądzę. Dziś rano odkryłem pierwsze ślady, które mnie przekonały, że wywiadowcy szpiegują się wzajemnie. To groźne dla mądrego człowieka ostrzeżenie. Czy musicie bezwarunkowo właśnie teraz jechać w tym kierunku? Czy nie możecie odłożyć tej nieostrożnej jazdy do lepszych, spokojniejszych czasów?
— Hm, możemy. Skoro się potwierdzi, że niebezpieczeństwo jest tak wielkie, to uważam, że stanowczo....
— Nic podobnego! — przerwał król naftowy — Czy zna pan tego człowieka? Czy pan bardziej jemu ufa, niż mnie? Jeśli się lęka śladu w trawie, to rzecz jego, ale nie nasza!
— Kurjerzy są zazwyczaj doświadczonymi ludźmi. A kiedy chodzi o życie, a zatem o wszystko, cóżto za różnica, jeśli interes o kilka dni później dojdzie do skutku?
— Przecież! Nie mam zamiaru wiecznie się z tem nosić, sir!
— Aha, chodzi o interes, — uśmiechnął się kurjer. — Well, nie wtrącam się w takim razie. Spełniłem obowiązek i ostrzegłem was. Więcej nie można ode mnie żądać.
Mówiąc to, chwycił za cugle, aby puścić swego pony.
— Nie żądamy więcej — odparł król naftowy. — Wogóle niczego nie żądaliśmy od pana, może pan więc zachować swoje zdanie dla siebie. Dość mamy pana widoku!
I to nie wyprowadziło kurjera z równowagi. Rzekł tonem, jakim nauczyciel gani ucznia:
— Nigdy jeszcze nie spotkałem takiego chama, jak pan; istotnie, na Zachodzie włóczy się różne tałałajstwo. — I, zwracając się do bankiera, dodał: — Zanim usłucham rozkazu tego wolnego gentlemana, muszę jeszcze jedno panu powiedzieć: nawet w czasach spokojnych tutaj każdy interes jest niebezpieczny, skoro zaś nie można go odłożyć mimo ruchawek wojennych, jest to nietylko niebezpieczny, ale także wielce podejrzany interes. Miej się pan zatem na baczności, sir, abyś go nie opłacił głową!
Zamierzał puścić konia, atoli król naftowy wyciągnął nóż i krzyknął:
— To była obelga, człowieku! Czy mam wbić ci pomiędzy żebra tę ostrą stal? Jeszcze jedno słówko, a bez wahania — —
W tej chwili błysnęły lufy dwóch rewolwerów w rękach kurjera. Jeszcze bardziej błyszczały jego oczy, gdy, roześmiawszy się pogardliwie, odpowiedział:
— Spróbuj tylko, my boy! Odrzuć nóż, powiadam ci, bo wypalę! Oto dwanaście kul, messurs! Kto podniesie na mnie rękę, temu wypalę dziurę w skórze. A zatem — precz z nożem człowieku! Liczę do trzech. Raz — — dwa —
Widać było, że nie cofnąłby się przed spełnieniem groźby. Grinley stchórzył i schował nóż.
— To rozumiem! — śmiał się kurjer. — O, nie radziłbym panu się ociągać! Na dzisiaj dosyć; ale jeśli się jeszcze raz spotkamy, pozna mnie pan lepiej!
Odjechał. Nie zadawał sobie nawet tyle trudu, aby się obejrzeć. Grinley sięgnął po strzelbę. Buchalter położył mu rękę na ramieniu i rzekł niemal rozkazującym tonem:
— Nie rób pan więcej głupstw, sir! Chce pan zastrzelić tego człowieka?
— Więcej głupstw! — powtórzył król naftowy. — Czy już zrobiłem jakie?
— Stanowczo! Pańskie grubjaństwo, pańskie całe zachowanie się było głupstwem. Doprawdy nie rozumiem, z jakiego powodu potraktował pan obcesowo tak przychylnie dla nas usposobionego człowieka!
Grinley chciał właściwie ofuknąć go należycie, ale rozmyślił się i powiedział:
— Jeśli ja byłem grubjański wobec niego, pan jesteś taki wobec mnie; to się nawzajem znosi. Ten drab, uciekający przed śladami, jest tchórzem.
— Przecież, kiedy zagroził mu pan nożem, nie okazał się bynajmniej tchórzem; przeciwnie, to pan musiał ustąpić.
— Nie hańba. Djabeł niech się spokojnie przygląda, jak dwakroć po sześć kul patrzy mu w pierś! Ale dosyć o tem; jedziemy dalej!
Buttler i Poller zachowywali się podczas tej przykrej sceny zupełnie spokojnie, jednak znać było po nich, że cały jej przebieg niemało ich złościł. Rzucali, podobnie jak król naftowy, badawcze spojrzenia na Rollinsa i Baumgartena, usiłując wyczytać z ich min, jakie wrażenie wywarły przestrogi kurjera.
Nastrój był zupełnie zmieniony; milczano. Każdy był zajęty własnemi myślami. Słońce się skryło. Wyszukano dogodnemiejsce na biwak.Nie trzeba było starać się o zdobycie pożywienia, gdyż król naftowy zaopatrzył się dostatecznie w pueblu. Jedli w milczeniu i, dopiero kiedy się zupełnie ściemniło, odezwał się pierwszy Baumgarten:
— Czy zapalimy ognisko?
— Nie — odpowiedział Grinley.
— A więc i pan jest zaniepokojony?
— Zaniepokojony? Bynajmniej! Znam dobrze ten kraj i czerwonoskórych mieszkańców — o wiele lepiej, niż kurjer, który jechał tędy po raz pierwszy. O zaniepokojeniu, czy strachu nie może być mowy; nie należy jednak zaniedbywać środków ostrożności. Jeśli ten człowiek widział ślady, to nie znaczy jeszcze, aby to były ślady wywiadowców. Ale lepiej nie zapalać ogniska. Nie chcę nikomu dawać pretekstu do zarzutu nieprzezorności.
— Hm — mruknął bankier z namysłem. — A więc jest pan przeświadczony, że nie grozi nam niebezpieczeństwo, o którem mówił kurjer?
— Nam — nie grozi. Aby jednak przekonać pana i uspokoić całkowicie, wyślę, aczkolwiek to zbyteczne, naprzód Pollera i Buttlera.
Obaj wymienieni oczekiwali tego. Nie odezwali się jednak ani słowem.
— Poco? Co oni zrobią? — zapytał bankier.
— Będą naszymi wywiadowcami. Wyprzedzą nas i postarają się ostrzec przed niebezpieczeństwem. Widzi pan zatem, że biorę w rachubę wszystkie możliwości, co pana, spodziewam się, dostatecznie uspokoi.
— Pięknie! Więc nie wszyscy wyruszymy jutro rano?
— Nie. Zostanę tutaj z panem i z Mr. Baumgartenem. Tylko Buttler i Poller pojadą naprzód. O ile odkryją niebezpieczeństwo, natychmiast wrócą, aby nas ostrzec.
— To mnie uspakaja, Mr. Grinley. Ten kurjer doprawdy napędził mi stracha.
Uspokojony, nie przeczuwał, że właśnie to zarządzenie miało umożliwić oszustwo, na którego ofiarę upatrzył go król naftowy.
Ponieważ obaj wymienieni mieli wcześnie wyruszyć, więc nie rozwodzono się dłużej, i wszyscy ułożyli się do snu. Ktoś jednak musiał czuwać; według kolei — pierwszy Baumgarten, drugi bankier. Skoro minął czas jego straży, obudził króla naftowego i położył się spać. Grinley siedział pół godziny nieruchomo; następnie nachylił się ku bankierowi i buchalterowi, aby się przekonać, czy śpią mocno. Obudził teraz pocichu Pollera i Buttlera. Wszyscy trzej podnieśli się i oddalili na taką odległość, że nikt ich nie mógł zobaczyć, ani usłyszeć; wszak musieli porozumieć się skrycie.
— Wiedziałem, że nas obudzisz, — rzekł Buttler. — Bodajby piorun zgładził tego kurjera, który mógł nam wszystko popsuć! Bądź co bądź, i ty powinieneś był inaczej się zachować.
— Robisz mi wyrzuty? — odburknął brat.
— Dziwisz się? Ten drab był nie w ciemię bity i, jak to się mówi, pobił cię na całej linji.
Oho!
Pshaw! Przyznaj, wszak to prawda! Im bardziej się unosiłeś, tem on był spokojniejszy. To wystarczyło, aby dać mu przewagę; Rollins i Baumgarten wynieśli niepożądane dla nas wrażenie. A następnie, incydent z nożem. Mieliśmy się zpyszna; poprostu przykuł nas do ziemi!
— Ty także nie mogłeś się poruszyć?
— Stanowczo nie! Wprawdzie brała mnie ochota przyciąć temu łotrowi języka, ale czułem, że to nie przelewki. Na pewnoby wystrzelił. Jeden na pięciu! Co muszą o nas myśleć Rollins i Baumgarten!
— Niech myślą, co chcą! Odzyskaliśmy ich zaufanie. Mówmy o czem lepszem! Opisałem wam dokładnie położenie jeziora naftowego. Czy sądzicie, że je znajdziecie?
— Bezsprzecznie.
— Jeśli wyruszycie wcześnie i nie napotkacie w drodze na przeszkody, już po południu staniecie u celu. Znajdziecie równie łatwo jaskinię, jak i Gloomy-water. Ukryłem tam czterdzieści beczek nafty i narzędzia. No, uważajcie! Musicie odrazu zabrać się do roboty, ponieważ dużo czasu zabierze wam zacieranie śladów. Pojedynczo potoczycie beczki aż do samej wody, poczem, skoro nafta spłynie do jeziora, umieścicie je zpowrotem do jaskini. Wejście do niej zamknijcie identycznie tak, jak je zastaniecie. Nawet najbardziej przenikliwe oko nie powinno go dostrzec. Następnie zatrzyjcie wszystkie ślady. Mam nadzieję, że uporacie się przed wieczorem.
— A skoro robota nad wodą będzie skończona, co wówczas? — zapytał Buttler.
— Wyśpicie się i wyjedziecie następnego rana na nasze spotkanie, aby nam oznajmić, żeście znaleźli jezioro i że droga jest zupełnie bezpieczna. Oczywiście, nie zapomnijcie się rozpływać w zachwytach nad naftą,
— Postaramy się, aby przemówiły do nich nasze zachwyty. Mam nadzieję, że i ty wówczas wywiążesz się ze swego obowiązku?
— Naturalnie!
— Ile właściwie chciałeś nam dać?
— Dostaniecie razem pięćdziesiąt tysięcy dolarów, któremi się podzielicie.
Mówiąc to, uchwycił brata za rękę i uścisnął na znak, że powiedział to dla zamydlenia oczu Pollerowi. Ten bowiem miał otrzymać nie pieniądze, lecz pchnięcie nożem albo kulę. Poller nie przeczuwał tych złowrogich zamiarów; ufał obu oszustom i zawołał półgłosem z uciechą:
— Pięćdziesiąt tysięcy, któremi się podzielimy! A więc ja dostanę dwadzieścia pięć tysięcy?
— Tak — skinął Grinley.
— Wspaniale! Należę do was ciałem i duszą. Bodajbyśmy to mogli dostać natychmiast w gotówce!
— Niestety, nie może to być. Wypłaci przekazem na Frisco.
— A więc wszyscy trzej pojedziemy następnie do San Francisco?
— Wszyscy trzej.
— No, chętnie odbędę tę drogę. Dla dwudziestu pięciu tysięcy dolarów jedzie się nawet dalej.
Well. Ale jeszcze jedno. Nie czuję się bynajmniej tak bezpieczny, jak udawałem. Miejcie się na baczności. Nikt was nie powinien zobaczyć. Musicie dotrzeć do Gloomy-water i poczynić odpowiednie przygotowania. To byłoby okropne, gdybym, dotarłszy tam wraz z obu głupcami zastał tylko wodę.
— Bądź spokojny! — rzekł Buttler. — Jeśli się nam co złego przytrafi, nie będziemy mogli wyjechać na wasze spotkanie, z czego zmiarkujesz, że plan się nie powiódł.
— Słusznie! W takim razie nie poprowadzę ich do jeziora.
— Cóż więc poczniesz?
— Oczywiście, będę szukał waszych śladów, aby nieść wam pomoc, jeśli to będzie konieczne.
— Mamy nadzieję. Jesteś nam potrzebny równie, jak my tobie. Jeden nie powinien drugiego wydawać na sztych. — A teraz wracajmy do obozu!
Wróciwszy do Roliinsa i Baumgartena, zastali ich pogrążonych w mocnym śnie. Noc przeszła bez wypadków. Skoro świt, Buttler i Poller wyruszyli przed siebie.
Rollins i Baumgarten sądzili, że obaj wywiadowcy wyprzedzą ich o niewielką przestrzeń, król naftowy jednak ich inaczej poinformował:
— Wyjechali jako wywiadowcy, muszą zatem rozglądać się dookoła i jechać powoli. Dogonilibyśmy ich też szybko i bylibyśmy zmuszeni stale się zatrzymywać. Dlatego lepiej będzie, jeżeli pozwolimy im zbadać drogę w całej rozciągłości.
— A kiedy pojedziemy za nimi?
— Jutro rano.
— Tak późno?
— Czyż to późno? Sami żądaliście, abyśmy nie zaniedbali żadnego środka ostrożności. Jeśli obaj spotkają w drodze wrogów, wrócą, aby nam o tem zameldować. Jeśli zaś do wieczora nie wrócą, będzie to pewny znak, że nie mamy się czego lękać, i jutro, na dobrze wypoczętych wierzchowcach, będziemy mogli rozwinąć podwójną szybkość.
Dzień upłynął; zapadł wieczór, a Buttler i Poller nie wracali, co wprawiło trzech jeźdźców w pogodny nastrój. Bankier przez całą noc nie mógł przymknąć oka. Opanowało go gorączkowe podniecenie, A zatem nazajutrz był ów wielki dzień, w którym miał ubić największy i najznaczniejszy interes, interes, o jakim nawet śnić nie mógł! Miał zostać królem naftowym, posiadaczem niewyczerpanego źródła oleju skalnego! Jego nazwisko miało znaleźć się w rzędzie nazwisk największych miljonerów; tak, w krótkim czasie stanąłby obok słynnych tak zwanych „czterystu“ New-Yorku! Nie dawała mu ta myśl spokoju. Nie próbował nawet zasnąć, mimo że noc szarzała. Zaczął budzić Grinleya i Baumgartena, aby ich przynaglić do wyjazdu.
Gotowi byli wyruszyć i, kiedy słońce się wyłoniło, mieli już za sobą kilka mil drogi.
Miejscowość była górzysta: wyżyny porastały gęstemi lasami, doliny soczystą trawą. Tu spotykali wydeptane ślady swoich towarzyszów. W południe musieli się zatrzymać, aby dać koniom jednogodzinny wypoczynek.
— Za kwadrans znajdziemy odpowiednie miejsce — oznajmił król nafty — głęboką kotlinę, dobrze ocienioną z południa. Tam panuje orzeźwiający chłód.
Zjeżdżali po dosyć stromej pochyłości. Grunt, pokryty drzewami iglastemi, opuszczał się tak raptownie, że musieli zsiąść z koni i prowadzić je za uzdy.
— Jeszcze dwieście kroków, — powiedział Grinley — a zobaczycie dolinę wprost przed sobą. Nie jest wielka. Pośrodku znajduje się olbrzymi blok skalny, obok którego wznosi się wielowiekowy buk.
Przebywszy ten dystans, zatrzymali się oszołomieni niespodziewanym widokiem. Wprost pod ich nogami skała spadała niemal pionowo; stali na brzegu kotliny, otoczonej wysokiemi skałami. Z uwięzi tej prowadziły dwa wąskie wyloty: jeden na północ, drugi na południe. Miejsce, na którem się zatrzymali, — był to najniższy odcinek zachodniej krawędzi — przypominało altanę. Ponieważ jej opoka wrzynała się w głąb doliny, blok, o którym wspominał król naftowy, wznosił się w niewielkiem oddaleniu. Buk przy bloku miał tak przepiękny kształt, że wprawiłby każdego w nieopisany zachwyt.
— Co za pyszne drzewo! — zawoiał Baumgarten. — Takiego — —
Pst! — ostrzegł go Grinley, chwytając za ramię. — Cicho! Nie jesteśmy tu sami. Czy widzicie dwóch Indjan na północnej stronie bloku? Za blokiem zapewne pasą się ich konie.
W rzeczy samej, dwaj Indjanie siedzieli na bloku w miejscu ocienionem. Tam nie dosięgały ich rozżarzone promienie słońca. Ponieważ byli wymalowani barwami wojennemi, trudno było rozróżnić ich twarze. Jeden z nich nosił dwa białe pióra orle w czuprynie. Teraz dopiero trzej podróżni zauważyli ciemną kresę w trawie, która zaczynała się u południowego wylotu i ciągnęła do bloku, niczem długi sznur.
— To ślad obu czerwonoskórych — oświadczył Grinley. — Przybyli z południa i pojadą, wypocząwszy, na północ.
— Ale w takim razie nie możemy zejść! — odpowiedział zatroskany bankier. — Od czasu przygody w pueblu nie dowierzam żadnemu Indjaninowi. Cóż to mogą być za jedni?
— Znam ich i znam nawet imię jednego. To Mokaszi, wódz Nijorów.
— Co oznacza to imię? — zapytał buchalter.
Mokaszi, to po indjańsku bawół. W tych czasach, kiedy bizuny wielkiemi jeszcze trzodami ciągnęły przez sawany, wódz Nijorów ubił ich mnóstwo. Stąd jego imię.
— Chyba on pana również zna.
— Tak, gdyż bawiłem kilkakrotnie u jego plemienia.
— Jakże jest względem pana usposobiony?
— Przyjaźnie. Tak przynajmniej było niegdyś, a usposobienie nie może się zmienić w stanie pokoju. Teraz jednak, kiedy wykopano topór wojny, nikomu nie można ufać.
— Hm, cóż należy czynić?
— Naprawdę nie wiem. Jeśli zjedziemy nadół, może nas przyjmie przyjaźnie, a może i nie. W każdym jednak razie dowie się o naszej obecności, czego należy uniknąć.
— Czy nie możemy go ominąć drogą okrężną?
— Możemy, ale wypadnie nam droga tak długa, że nie dotrzemy dzisiaj do jeziora nafty. Nie zapominajmy również, że Buttler i Poller na pewno wyruszą na nasze spotkanie. To rzecz wielce nieprzyjemna, że ci obaj Nijorowie właśnie tutaj — —  — stój! — przerwał. — Cóżto takiego?
Zobaczył coś, co wszystkich trzech przejęło największem zaciekawieniem. Mianowicie u południowego wylotu, skąd szedł ślad Nijorów, ukazali się dwaj uzbrojeni w strzelby Indjanie, nie na koniach, lecz pieszo. Ci również mieli na twarzach farby wojenne; jeden nosił we włosach pióro orle, był zatem, jeśli nie wodzem, to w każdym razie wyróżniającym się szczególnemi zaletami wojownikiem.
— Czy to są także Nijorowie? — zapytał Rollins.
— Nie, Nawajowie, — odpowiedział pocichu król naftowy, jakgdyby w obawie, że mogą go usłyszeć czerwonoskórzy.
— Czy zna ich pan?
— Nie. Ten z piórem we włosach jest jeszcze młodym wojownikiem, który zdobył wyróżnienie chyba już po moim ostatnim pobycie u Nawajów.
— Do pioruna! Kładą się w trawie. Poco?
— Nie odgadujecie? Wszak to wywiadowcy Nawajów. Tu zetkną się przedstawiciele obu plemion. Popłynie krew! Nawajowie napotkali ślad Nijorów i poszli za nimi do doliny. Uważajcie, co się zdarzy!
Trząsł się z podniecenia, podobnie jak obaj towarzysze. Mogli ze swego stanowiska niepostrzeżenie obserwować dolinę.
Obaj Nawajowie pełzali na koniuszkach rąk i nóg, śladem Nijorów, ku blokowi skalnemu.
— Do licha! — zawołał król naftowy. — Mokaszi i jego towarzysze będą zgubieni, jeśli przesiedzą tu jeszcze jedną choćby minutę!
Panie Boże! — odezwał się podniecony buchalter. — Czy nie możemy zapobiec rozlewowi krwi?
— Nie, nie —  — i —  — ale tak — — ale tak!... — odpowiedział Grinley, dysząc gwałtownie. — Musimy wykorzystać okazję.
Obaj Nawajowie znajdowali się w odległości niespełna dziesięciu kroków od bloku. Nijorowie, znienacka napadnięci, zginęliby niechybnie.
— Wykorzystać? Jakto? — zapytał bankier.
— Przekona się pan natychmiast!
Szybkim ruchem zdjął dubeltówkę z siodła i przyłożył do skroni.
— Na miłość Boską, nie chce pan chyba strzelać! — przeraził się Baumgarten, ale już padł pierwszy strzał, a po sekundzie rozległ się drugi. Pierwsza kula ugodziła w głowę Nawaja, noszącego pióro orle, i zabiła go na miejscu. Druga trafiła jego towarzysza; skoczył pod górę, raz drugi, i runął na ziemię.
Boże! Zastrzelił ich! — zawołał przerażony Rollins.
— Ku mojemu i waszemu pożytkowi — odpowiedział chłodno król naftowy, opuszczając strzelbę i wysuwając się naprzód, aby go ujrzano z dołu.
Na Nijorach strzały wywarły piorunujące wrażenie. Z początku zerwali się na równe nogi, ale natychmiast upadli w trawę, aby utrudnić celowanie. Sądzili, że strzały są przeznaczone dla nich, gdyż, oddzieleni blokiem, nie mogli widzieć obu martwych Nawajów. Wówczas zawołał król naftowy:
— Mokaszi, wódz Nijorów, może się spokojnie podnieść; nie powinien się ukrywać, ponieważ jego wrogowie nie żyją.
Mokaszi podniósł oczy. Ujrzawszy wołającego, wydał okrzyk zdumienia i zapytał:
Uff! kto strzelał?
— Ja.
— W kogo?
— W dwóch Nawajów.
— Gdzie?
— Za waszą skałą. Idźcie! Tam ci nie żyją.
Przezorny czerwonoskóry, zanim go usłuchał, podpełzł ku krawędzi i wyjrzał z największą ostrożnością. Poczem powoli podniósł głowę, wyciągnął nóż i, tak przygotowawszy się do walki, w trzech, czterech szybkich susach poskoczył ku ciałom. Stwierdziwszy, że są martwi, podniósł się i zawołał do króla naftowego:
— Masz słuszność, nie żyją. Zejdź nadół!
— Nie jestem sam. Mam dwóch towarzyszów.
— Białych?
— Tak.
— Przyprowadź ich!
— Czy usłuchamy go? — zapytał Rollins króla naftowego.
— Naturalnie.
— Czy to nie jest niebezpieczne?
— Ani trochę! Uratowałem obu Nijorów od niechybnej śmierci, a zatem winni nam wdzięczność.
— Ale, sir, to morderstwo, podwójne morderstwo!
Pshaw! Niech się pan nie ośmiesza! Dwaj Indjanie musieli w każdym razie zginąć. Gdybym przyglądał się z założonemi rękami, śmierć spotkałaby obu Nijorów. Gdybym ich ostrzegł, doszłoby do walki czterech, z której, nie wiem, czy któryś wyszedłby cało. Zarznęliby się wszyscy nawzajem. Skierowałem wyrok losu przeciwko Nawajom, zyskując przez to wdzięczność i przyjaźń wodza Mokaszi. Teraz nie mamy żadnych trosk. Nasz interes musi się powieść, gdyż Nijorowie nas ochronią. A więc chodźcie ze mną spokojnie!
Usłuchali go, nie mogli jednak opanować uczucia zgrozy, którą przejmował ich ten człowiek, zabijający, bez skrupułów, obcych ludzi dla własnej korzyści.
Droga wypadała przez południowy wylot. Mijając go, nie spostrzegli płonących oczu, obserwujących ich skroś zagajnik. Zniknęli za wąskim przesmykiem, i oto za krzewiną podniósł się jakiś czerwonoskóry i zazgrzytał:
Uff! Ten chudy był mordercą. Nie mogłem pomóc moim braciom, ale pomszczę ich krwawo! Znowu się nachyliwszy, zniknął w krzewinie. To był Nawaj. Zapewne został tutaj na straży, podczas gdy jego nieszczęśliwi towarzysze weszli do kotliny. — —
Król nafty wraz z bankierem i Baumgartenem spokojnie podjechali do wodza, który ich oczekiwał u bloku skalnego. Mokaszi poprzednio, naskutek zbyt wielkiego oddalenia, nie rozpoznał twarzy Grinleya. Skoro teraz ów się zbliżył, czoło wodza zmarszczyło się posępnie pod strychami farby.
— Skąd przybywają trzej biali? — zapytał.
Król naftowy spodziewał się o wiele przyjaźniejszego powitania. Był rozczarowany. Zeskakując, podobnie jak jego towarzysze, z konia, odparł:
— Nasz ślad rozpoczął się nad Rio Gila.
— A gdzie się skończy?
— Nad wodą Chelly.
— Jesteście sami?
— Tak.
— Czy przyjadą za wami jeszcze jacyś biali?
— Nie. A jeśli przyjadą, to nie nasi przyjaciele.
— Czy wiecie, że zdruzgotaliśmy fajkę pokoju?
— Tak.
— A jednak odważyliście się przybyć tutaj?
— Wojujecie przecież z Nawajami, a nie z białymi.
— Białe twarze są gorsze, niż psy Nawajów. Kiedy nie było tu jeszcze białych, pokój panował między wszystkimi czerwonymi. Białym wyłącznie zawdzięczamy, że tomahawk pożera nasze życie.
— Chcesz przez to powiedzieć, że jesteście naszymi wrogami?
— Tak, waszymi śmiertelnymi wrogami.
— A jednak zawdzięczacie życie moim dwom kulom! Czy chcecie nas za to smażyć na palu męczarni?
Wzgardliwy uśmiech osiadł w kącikach ust wodza.
— Mówisz o palu męczarni, — rzekł — jakgdybyś był w naszej mocy, a jednak jest nas dwóch, a was trzech. Zdajesz się posiadać odwagę żaby, która po pierwszem spojrzeniu skacze wężowi do paszczy.
Ta obelga była nietylko świadectwem panujących obecnie w dorzeczu Chelly wrogich stosunków. Prawdopodobnie Grinley cieszył się u Nijorów opinją zgoła inną, niż mówił. Czuł, że bankier i jego towarzysz mogą wpaść na tę myśl, i dlatego zapytał:
— Mokaszi, dzielny wódz, nie zna mnie już więcej?
— Moje oko nigdy nie zapomina twarzy, nawet jeśli widziało ją jeden raz.
— Ja zaś nigdy jeszcze nie wyrządziłem krzywdy wojownikom Nijorów!
Uff! Czemu tak mówisz? Gdybyś dotknął palcem choćby jednego z moich wojowników, straciłbyś skalp!
— Czemu do mnie przemawiasz tak groźnie? Czy twoje życie jest tak mało warte, że nawet nie pozdrowisz swego zbawcy?
— Powiedz, kiedy ujrzałeś Nawajów, których zabiłeś, i jak długo ich ścigałeś.
— Ujrzałem ich na dwie minuty przed wystrzałami, które cię uratowały.
— Co złego ci wyrządzili?
— Nic.
— Nie miałeś do nich żadnej urazy?
— Nie.
— A jednak ich zabiłeś!
— Aby ciebie ocalić!
— Psie! — huknął Mokaszi na białego, błyskając oczami. — Wielu myśliwych i wojowników zawdzięcza mi życie, a nie wypominałem im tego ani razu przez długie lata. Ty natomiast stoisz przede mną od kilku chwil zaledwie i już pięciokrotnie nazwałeś się moim zbawcą. Jeśli się sam w ten sposób wynagradzasz, to nie możesz oczekiwać ode mnie żadnego podziękowania. Czy pragnąłem twojej wyręki?
Grinley, chociaż ogromnie zmieszany, ośmielił się wtrącić:
— Nie. Ale, gdyby nie ja, w tej chwili już stygłoby twoje ciało.
— Skąd ta pewność? Widzisz tu przy skale nasze konie, które oznajmiają nam zbliżanie się każdego człowieka. Właśnie słyszeliśmy, jak parsknęły, i uchwyciliśmy za noże, gdy padły twoje strzały. Nawajowie nic złego ci nie wyrządzili. Nie walczyłeś z nimi — zastrzeliłeś ich z ukrycia. Nie jesteś wojownikiem, lecz mordercą. Tam leżą ich ciała. Czy mogę zedrzeć a nich skalpy? Nie — padli od twoich zdradzieckich strzałów. Gdybyś zaś nie przybył, przyjąłbym ich, uprzedzony parskaniem naszych koni, przyjąłbym nożami i przyozdobiłbym pas nowym skalpem. Czy znasz tego, który nosi w głowie pióro? Jego imię jest Khasti-tine[17], aczkolwiek czas jego życia wynosił dwadzieścia zim i lat. To imię zaszczytne otrzymał naskutek mądrości i odwagi. I takiego wojownika zamordowałeś! I mnie pozbawiłeś zaszczytu zwycięstwa! I ty żądasz — zamiast zemsty — zapłaty!
Pod królem naftowym nogi się uginały. Towarzysze jego byli niemniej przestraszeni. Wódz ciągnął dalej:
— Wszyscy biali są tacy, jak ty. Ilu jest śród nich dobrych ludzi? Na jednego Old Shatterhanda, w którego sercu mieszka miłość, przypada po stokroć sto innych, którzy gotują nam zgubę. — Zatrzymajcie się tutaj, dopóki nie wrócę! Jeśli się odważycie odjechać, będziecie zgubieni!
Dał znak drugiemu Nijorowi i poszedł z nim, badając szczegółowo ślad, ku wyjściu, za którem obaj znikli.
O biada! To brzmi inaczej, zgoła inaczej, niż myśleliśmy! — biadał bankier. — Nawarzył pan nam piwa, którem możemy się udławić!
— Morderca! — odezwał się buchalter. — Wódz miał rację. Czemu pan strzelał? Ten Khasti-tine, tak młody, a jednak tak słynny! Czy sam pan się nie wzdraga na myśl o swym czynie?
— Milczcie! — żachnął się król naftowy. — Miałem słuszność — ocaliłem wodza przed śmiercią. To parskanie koni jest wykrętnem kłamstwem!
— Bardzo wątpię! Ten człowiek wygląda na prawdomównego. Czyśmy nie stali przed nim jak sztubacy? Najlepiej będzie czmychnąć, zanim wróci!
— Nie waż się pan, Mr. Baumgarten! Zdaje się, że wódz ma wpobliżu większą ilość wojowników. Jeśli drapniemy, będą nas ścigać, a wówczas możemy się pożegnać z życiem. Teraz jednak prawdopodobnie nas puści. Poczekajmy!
Upłynął kwadrans, zanim Nijorowie wrócili. Mokaszi oświadczył:
— Zemsta stoi za tobą i ręka zagłady doścignie ciebie, jeśli nawet nie przyłożę się do twojej zguby. Było nie dwóch, lecz trzech Nawajów. Trzeci stał w przesmyku na straży i widział wszystko, nie mogąc zapobiec zbrodni. Postawi swe mokasyny na twoich śladach, i będzie cię dopóty ścigał, dopóki nie zatopi noża w twem sercu. Skalp na twojej czaszce nie siedzi mocniej, niż krople deszczowe, które wiatr zdmuchuje z gałęzi. Nie będę cię prześladował i nie będę chronił. — Czemu dążycie do Chelly? Czego tam szukacie?
— Ziemi — odparł markotnie doniedawna tak zarozumiały król nafty.
— Czy należącej do ciebie?
— Tak.
— Kto ci podarował?
— Nikt.
— A jednak twierdzisz, że należy do ciebie!
— Tak, to tomahawk-improvement.
— Ubolewam, że muszę to słyszeć.
— Dlaczego? — Ponieważ jest to słowo złodziei i rabusiów! Ziemia nad Chelly! Ona jest twoja! A tu oto stoi Mokaszi, wódz Nijorów, prawowitych właścicieli całego obszaru nad Chelly! Psy parszywe! Coby powiedziały białe twarze z tamtej strony wielkiego morza, gdybyśmy do nich przyszli i twierdzili, że ich kraj jest nasz? My natomiast mamy pozwolić, aby nam wszystkie ziemie wydarto! Ziemia nad Chelly, która do ciebie należy, aczkolwiek nie odkupiłeś jej od nas, ani nie dostałeś w podarunku! Moja pięść jest zbyt dumna, aby ciebie zmiażdżyć. Fora stąd, fora na szmat ziemi, którego tak pragną wasze dusze! Osiądźcie na nim — niedługo będziecie czekali na krwawy plon!
Rozkazująco wyciągnął rękę ku północnemu wylotowi. Szybko dosiedli koni i pomknęli galopem, z najwyższą radością opuszczając kotlinę, która mogła stać się dla nich placem kaźni.
Aby zrozumieć słowa i gniew wodza, trzeba wiedzieć, w jaki sposób biali zwykli wchodzić w posiadanie indjańskich terenów. Według prawa osadniczego każda głowa rodziny, każdy dwudziestojednoletni mężczyzna, który jest obywatelem, albo chce nim zostać, może przyswoić sobie bez zapłaty niezajętą parcelę 160-cio akrową. Musi jedynie zamieszkać na niej i uprawiać ją przez pięć lat. Poza tem miljony akrów zostają wyznaczone dla towarzystw kolejowych.
Aby zostać właścicielem takiego szmatu ziemi przez tomahawk-improvement, wystarczy tylko siekierą wykarczować kilka drzew, sklecić chatkę i zasiać trochę zboża. Któżby się pytał o zdanie Indjan, dziedzicznych właścicieli tych wszystkich obszarów! — —
Trzej biali, wyjechawszy z kotliny, przeprawili się milcząco przez rzadki las. Król naftowy, rozwścieczony nieprzyjemnem zajściem, szukał w myślach sposobu, któryby mu wrócił zachwiane poważanie obu towarzyszów. Po dłuższym czasie, przerywając milczenie, rzekł:
— Tacy już oni są, ci czerwonoskórzy szubrawcy! W najwyższym stopniu niewdzięczni! Długo żyjesz z nimi w pokoju i wyświadczasz niezliczone przysługi, aż którego pięknego poranka łamią wierność i zapominają, co ci winni.
Yes — skinął Rollins. — To była niezbyt przyjemna sytuacja. Możemy być zadowoleni, żeśmy uszli cało. Sądziłem, że stracimy życie.
— Stracilibyśmy życie, gdyby mi wódz nie przyznał milcząco słuszności, bo wszak musiał uznać, żem jego zbawcą. Aie nigdy już w życiu nie wyświadczę przysługi Indjaninowi.
— Słusznie! Te czerwone łotry nie zasługują na naszą przychylność.
Z tych słów bankiera można było wnioskować, że nie gani króla naftowego za jego postępowanie. Zaliczał się do owych prawdziwych Yankee, dla których życie ludzkie nie odgrywa roli. Niebezpieczeństwo, które mu groziło, minęło, zapomniał wiec także o wrażeniu, jakie wywarło nań zabójstwo obu Nawajów. Inaczej jednak miała się rzecz z Baumgartenem. Jako Europejczyk posiadał czulsze sumienie; uważał czyn Grinleya za występek, i nie taił swego oburzenia. Zapytał więc króla nafty poważnym tonem nagany:
— Czy wogóle wyświadczył już pan kiedy przysługę Indjaninowi?
— Ja? Co za pytanie! Właśnie ci Nijorowie zawdzięczają mi bardzo wiele!
— Bynajmniej nie znać tego było po wodzu!
— Ponieważ jest niewdzięcznym hyclem. Zdaje się, że chce mi pan robić wyrzuty, zamiast myśleć o wdzięczności, jaką mi jesteś winien za wyrwanie z puebla! Hm. Muszę panu oświadczyć, że, im dłużej o tem myślę, tem więcej nastręcza mi się pytań, na które nie znajduję odpowiedzi.
Grinley zpodełba obrzucił go badawczem spojrzeniem, powściągnął swój gniew i zapytał spokojnie:
— Jakież to są pytania? Czy mogę się dowiedzieć?
— Nie uważam tego za konieczne.
— Nie? Być może, zdołałbym pana objaśnić.
— Nietylko być może, ale na pewno. Mógłby pan, ale czy pan zechce, o tem bardzo wątpię.
— Jeśli mogę, to chcę, sir!
— Nie mówmy o tem więcej! Ponieważ jednak podkreśla pan tak mocno, że zawdzięczamy panu życie, chcę panu przypomnieć: nie mów hop, póki nie przeskoczysz.
— Co pan rozumie przez to?
— Bardzo możliwe, że skwitujemy się z panem, i nie będziesz mógł wymagać od nas nadal wdzięczności.
— Chciałbym wiedzieć, w jaki sposób!
— Bardzo zwyczajnie: jeśli chodzi o nasz interes, nie może pan żądać wdzięczności, ponieważ dostaniesz zapłatę. A co się tyczy wydobycia nas z puebla, to wprawdzie zapisaliśmy to na pana dobro, ale może już niebawem będziemy musieli wykreślić tę pozycję, ponieważ zabił pan obu Nawajów.
— Cóżto ma wspólnego?
— Nie pytaj pan tak, jakgdybyś był nowicjuszem! Nie jest rzeczą wykluczoną, że spotkamy Nawajów.
— Co z tego?
— Pomszczą śmierć obu wywiadowców.
Pshaw! Skąd mogą wiedzieć, co się zdarzyło?
— Skąd? Czy nie słyszał pan, co mówił Mokaszi? Było trzech Nawajów, a nie dwóch. Trzeci będzie nas ścigał.
Król naftowy nastroił twarz, która miała dotychczas wyraz powagi i namysłu, do szyderczego śmiechu i rzekł:
— Teraz widać, co z pana za mądry ptaszek! Czy mniema pan, że Mokaszi szczerze wyraził swoje zdanie?
— Tak.
— Istotnie? Muszę wobec tego oświadczyć, że nigdy z pana nie będzie prawdziwy westman. Mokaszi wyruszył na zwiady. Fakt, że nie wyręczał się zwyczajnymi wojownikami, świadczy o tem, że przykłada do wywiadu ogromną wagę. Natrafił na trzech wrogów, którzy też są wywiadowcami, i musi uczynić wszystko, aby ich unieszkodliwić. Dwóch zastrzeliłem własnoręcznie; trzeci jeszcze żyje i widział Nijorów. Nie będzie nas teraz ścigał, lecz jak najprędzej pomknie do swego plemienia, aby donieść o wrogach. Mokaszi musi za wszelką cenę starać się temu zapobiec; puści się śladem Nawaja, aby go dogonić. Czy pojął pan, czy nie?
— Hm! — mruknął Baumgarten. — Może jest tak, jak pan mówi, a może i nie.
— Jest tak — nieinaczej. Zapewniam pana i — —
Umilkł, osadził konia i uważnie spojrzał wdal. Z małej otwartej prerji, na której się znajdowali, widać było skraj lasu. Od ciemnego tła drzew odbijały postacie dwóch jeźdźców, którzy natychmiast się zatrzymali, kiedy zauważyli trójkę podróżnych.
— Dwaj ludzie — rzekł Grinley.
— Zdaje się, że to biali. Stawiam sto na jeden, że to Buttler i Poller. Jest nas trzech na dwóch, nie trzeba się więc lękać. Naprzód!
Puścili konie w cwał ku obu jeźdźcom, którzy ze swej strony pomknęli na ich spotkanie. Wkrótce poznali się wzajemnie. Z odległości, na jaką dobiegają słowa, król naftowy zapytał:
— To wy? To dobry znak! Czy droga jest wolna?
— Tak — odkrzyknął Buttler.
— Wolna, jak podczas pokoju. Nie natrafiliśmy nawet na ślad Indjanina.
— I znaleźliście Gloomy-water?
Yes. Z łatwością.
— No? A nafta?
— Wspaniała, naprawdę wspaniała! — odpowiedział zapytany, rozpływając się w uśmiechu. Następnie zwrócił się do bankiera i dodał: — Bądź pan łaskaw i powąchaj nas! Jak się panu podoba nasz zapach? Czy to olejek różany, sir?
Oczywiście obaj, naskutek dokonanej roboty, mocno trącili naftą. Twarz Roliinsa promieniała z radości.
— Olejek różany? Oczywiście, że nie, lecz coś bardziej miłego dla mnie! Ile czasu wymaga, messurs, zebranie funta olejku różanego? Nafta natomiast tak nadmiernie tryska z ziemi, że można zebrać dziennie setki beczek. Zapach wasz jest milszy dla mnie, niż wszystkie wonności świata. Jak pan sądzi, Mr. Baumgarten?
— Tak — potwierdził buchalter, przybierając również weselszy i pewniejszy wyraz twarzy.
Well! Do tej pory nie chciał pan wierzyć, spostrzegałem to nieraz. Czy przyznaje pan?
— Nie chcę zaprzeczać, sir.
— Ale teraz? Teraz chyba nabrałeś ufności?
Król naftowy odpowiedział zamiast Baumgartena:
— I ja zauważyłem, że Mr. Baumgarten mało mi okazuje zaufania, ale jestem zbyt dumny, aby się obrażać. Teraz przekona się, że ma przed sobą człowieka honoru, który w zupełności zasługuje na zaufanie. Ale czy zostaniemy tutaj na otwartej prerji? Mogą nas łatwo zauważyć jacyś Indjanie.
— Indjanie? — zapytał Buttler, puszczając konie naprzód w kierunku lasu, z którego był przyjechał. — Czy natrafiliście na Indjan?
— Tak.
— Do licha! Kiedy?
— Niedawno.
— Na jakich?
— Nijorów. Nawet na samego ich wodza.
— I wyrwaliście się z tych opałów bez uszczerbku?
— Chwała Bogu! Mogło być gorzej.
Opowiedział zajście, rozumie się, zyskując uznanie Buttlera i Pollera. Tymczasem wjechali do lasu, co zmusiło ich do przerwania rozmowy, gdyż drzewa stały tak blisko siebie, że trzeba było przedzierać się pojedyńczo. Bankier był wielce z tego niezadowolony — pragnął bowiem dowiedzieć się dalszych o jeziorze nafty szczegółów.
Po pewnym czasie las się urwał i wyjechali na trawę sawany. Teraz mogli się ponownie złączyć, z czego skorzystał Rollins, aby zadać pytanie o Gloomy-water. Buttler i Poller zadośćuczynili jego ciekawości w taki sposób, że niecierpliwość bankiera wzmogła się i przyprawiała go o coraz większe podniecenie. Skoro oświadczył, że wprost wyskakuje ze skóry, Buttler począł uspakajać:
— Cierpliwość pana nie będzie wystawiona na długą próbę. Pozostało nam półtora godzin drogi.
— Półtora godzin? Spotkaliśmy was pół godziny temu. Razem więc dwie godziny. A zatem opuściliście jezioro nafty dopiero przed dwiema godzinami?
— Tak; mniej więcej.
— Czemu nie wcześniej? Czy można zwlekać z tak ważną wiadomością, jaką mieliście mi przywieźć.
Pytanie zaskoczyło oszustów. Bankier nie powinien był domyślić się ciężkiej pracy, którą wykonali nad Gloomy-water. Buttler jednak znalazł prawdopodobną odpowiedź.
— Mieliśmy obowiązek dbać o wasze bezpieczeństwo. Musieliśmy zatem przeszukać całą okolicę jeziora. Nie było to łatwe zadanie. Teren jest uciążliwy, my zaś, nadomiar, musieliśmy posuwać się bardzo powoli, gdyż tak nakazywała ostrożność. Dlatego dopiero przed kilku godzinami dokonaliśmy tej pracy.
— I nie dostrzegliście nic podejrzanego?
— Nie, absolutnie nic. Może pan być spokojny, sir.
Rollins nietylko był spokojny, lecz wpadł w tak wesoły i rozkoszny humor, jak rzadko kiedy. Za godzinę, nie o wiele później, stanie na miejscu, gdzie oczekuje go majątek wielo-, wielomiljonowy! Chętnieby objął wszystkich towarzyszów, poprzestał jednak na uściśnięciu dłoni buchaltera i rzekł:
— Nareszcie, nareszcie u celu! I nareszcie poza niepewnością! Czy pana to nie cieszy?
— Naturalnie, sir, — brzmiała szczera odpowiedź.
Naturalnie, sir, — powtórzył Rollins, potrząsając głową. — To brzmi tak zimno, tak obojętnie, jakgdyby cała sprawa pana nie obchodziła!
— Wie pan doskonale, że zajmuję się pana interesami niemniej, niż własnemi. Cieszę się więc, ale nie zwykłem głośno wyrażać swej radości.
Well, znam już pana, Mr. Baumgarten. Teraz jednak mógłbyś być nieco głośniejszy. Nie powiedziałem jeszcze panu, ale możesz chyba pomyśleć, że zabierając pana ze sobą, miałem pewne w stosunku do pana zamiary. Udział pana w tym interesie będzie większy, niż pan sądzi. Czy mniema pan, że ja zamierzam wraz z rodziną wyjechać z Arkanzasu, aby osiąść na Dzikim Zachodzie? Ani mi się śni! Moją właściwą i stałą siedzibą pozostanie nadal Brownsville. Będę musiał jednak sprowadzić inżynierów i zostawić dyrektora, któremu mógłbym zaufać. Jak pan sądzi, kto to może być?
Wymownie spojrzał na buchaltera zpodełba i, nie otrzymawszy odpowiedzi, dodał:
— A może pan pragnie całe życie spędzić w Bronsville?
— Nie miałem jeszcze powodu do zastanawiania się nad tą kwestją, Mr. Rollins.
Well, bądź pan zatem tak dobry i zastanów się. Cóż bowiem, jeśli dyrektor, o którym mówię, nazywa się Baumgarten?
Niemiec podskoczył na siodle i zapytał:
— Czy mówi pan poważnie, sir?
Yes! Wie pan, że nie żartuję w kwestjach tak poważnych. Stanowisko jest odpowiedzialne i ciężkie. Dlatego, oprócz pensji, będzie pan zainteresowany w zyskach. Czy przyjmujesz, sir?
— Z całego serca!
— A więc przybijmy! Oto moja ręka.
Baumgarten wyciągnął swoją i rzekł:
— Nie chcę tracić zbytecznych słów, Mr. Rollins. Zna mnie pan i wie, że nie jestem niewdzięczny. Mojem największem życzeniem będzie sprostać stanowisku, które mam objąć.
— Sprosta pan; wiem o tem.
— Nie mógłbym tego twierdzić z całą pewnością. Prawdą jest to, co mówił niejednokrotnie Mr. Grinley: nie znam Zachodu. Tu zaś potrzebni są ludzie doświadczeni.
— Postaram się, aby pan miał takich da pomocy.
— Niejedną też walkę przyjdzie nam stoczyć. A może pan mniema, że Indjanie pozwolą się zagnieździć tutaj tak ogromnemu przedsiębiorstwu?
— Nie poradzą.
— Hm! Będą twierdzić, że miejsce jest ich własnością, i — —
— Nie zaprzątaj pan sobie głowy zbytecznemi myślami! — przerwał mu król naftowy. — Słyszał pan przecież, co mówił Mokaszi? Że mogę; spokojnie osiąść na „swoim“ szmacie ziemi.
— Mówił ironicznie.
— A jednak!
— Pięknie! Ale czy to miejsce naprawdę należy do Nijorów? Czy inne plemiona, naprzykład Nawajowie, nie mają pretensyj do tych terenów?
— Jakie tam czerwoni mają pretensje — nas to nie obchodzi. Mam mój tomahawk-improvement, który panu odstępuję. Dokument odnośny leży w mojej kieszeni. Zresztą, poddał go pan badaniu w Brownsville; stwierdził pan, że jest dobry i ważny. Będzie pana własnością, skoro da mi sir przekaz na San Francisco. Wówczas zostanie pan — według praw Stanów Zjednoczonych — prawowitym właścicielem Gloomy-water, i żaden Indjanin nie będzie mógł pana wypędzić.
— Słusznie, sir. A jeśli czerwonoskórzy nie będą się liczyli z temi prawami?
— Należy ich zmusić. Oczywiście, zwerbujecie ludzi, którzy umieją się obchodzić z nożami i strzelbami. To ugłaska lndjan. Zresztą, może pan być pewny, że przedsiębiorstwo niebawem przyciągnie białą ludność, która zdoła nietylko oprzeć się najściu czerwonych, ale także wypędzić ich z tego całego kraju. Postawcie tylko swoje maszyny! Wszak wiecie, że maszyna jest nieubłaganym prześladowcą Indjan.
Miał słuszność. Gdziekolwiek ukazuje się biały i sprowadza maszyny o żelaznych rękach i nogach, tam czerwony musi ustąpić. Tak chce los nieubłagany.
Maszyna jest niepokonaną przeciwnością, aliści nie tak okrutną, jak broń, jak woda ognista, jak ospa i inne choroby, których ofiarami stali się, są i będą jeszcze pozostali nieliczni Indjanie, znikający z powierzchni ziemi, podobnie jak bizuny tak doszczętnie wytępione ze stepów, że dzisiaj tylko pojedyncze, rzadkie okazy oglądać można w ogrodach zoologicznych. — — —




II
NAD JEZIOREM NAFTY

Jeszcze przed upływem oznaczonego czasu pięciu jeźdźców znalazło się między wyżynami śród ciemnych lasów iglastych. Jedynie gdzie niegdzie jasne listowie nieco urozmaicało posępny widok.
— Dojedźmy tylko do Gloomy-water! — rzekł król naftowy. — Tam jest ciemniej, niż tutaj.
— Czy daleko jeszcze?
— Nie. Najbliższy wąwóz zaprowadzi nas do celu.
Niebawem wjechano do wąwozu. Z obu stron wznosiły się posępne skały, obwieszone czarnemi drzewami. Na dole wił się wężykowato cienki, wąski strumyk, na powierzchni którego płynęły tłuste oka. Grinley, dostrzegłszy je, z zadowoleniem spojrzał na Buttlera i Pollera. Nie mógł się z nimi dotychczas porozumieć i nie był pewny, czy skrupulatnie wykonali jego zlecenia. Teraz jednak, upewniony plamami na strumyku, wskazał je bankierowi i rzekł:
— Spójrz pan, Mr. Rollins! Jest to odpływ Gloomy-water. Jak pan myśli, co na nim pływa?
— Nafta? — odpowiedział zapytany, uważnie się przyjrzawszy.
— Tak, nafta.
— Istotnie, istotnie! Szkoda wielka, że wypływa bez pożytku!
— Niech tam, niewiele upłynie. Bodajże najlepszą okolicznością jest to, że jezioro ma tylko ten jeden — tak nieznaczny i niegodny wspomnienia odpływ. Później będzie się pan mógł postarać, aby nawet ta nieznaczna ilość nie wyciekała.
— Słusznie! Ale, Mr. Grinley, czy nie czuje pan zapachu? Jest coraz silniejszy, im bardziej się zbliżamy do celu.
— Naturalnie! Poczekaj pan, aż dojedziemy do jeziora. Dopiero się pan zdziwi!
Zapach nafty w rzeczy samej coraz bardziej się wzmagał. Naraz ściany wąwozu rozstąpiły się i zdumionym oczom bankiera i buchaltera ukazał się wydłużony owalny basen jeziora. Na wąskim obrębie ziemi między obwodem jeziora a stromemi skałami rosły olbrzymie czarne jodły. Takie same drzewa wznosiły się dokoła na skałach, aż do lasu,, który na górze stał niczem strażnik, nie przepuszczając najdrobniejszego promienia słonecznego.
Na dole, mimo jasnego dnia, zalegał zmierzch. Żaden wiaterek nie poruszy gałęzi; żaden ptak nie zakłóci spokoju; żaden motyl nie sfrunie nad kwiatami. Wydawało się, że tu życie zamarło. Wydawało się? O nie, nietylko wydawało się, ale naprawdę zamarło. Na jeziorze pływały niezliczone zdechłe ryby, których matowe łuski odbijały w sposób szczególny od ciemnej, oleistej połyskującej powierzchni. Dodajmy do tego niebywale silny zapach nafty. Ten nieoświetlony staw, który leżał przed widzami jak znieruchomiałe w śmierci oko, słusznie nosił nazwę Gloomy-water — Ciemna woda. Wywierał tak przygnębiające wrażenie, że Rollins i Baumgarten przez dłuższy czas stali na brzegu, nie mówiąc słowa.
— No, oto jest Gloomy-water, — przerwał milczenie król naftowy. — Co pan o tem myśli, Mr. Rollins? Jak się tu panu podoba?
Budząc się ze zdumienia, jak ze snu, bankier odetchnął głęboko i odpowiedział:
— Jak mi się podoba? Co za pytanie! Zdaje się, że starożytni Grecy wierzyli w wodę, przez którą umarli przeprawiają się do zaświatów. Ta woda musiała wyglądać tak, jak nasze jezioro, nieinaczej.
Nic nie wiem o tej wodzie greckiej, ale mogę się założyć, że niepodobna jej porównać z naszem jeziorem, ponieważ nie posiadała nafty. Zejdźcie z konia, sir, i zbadajcie naftę. Obejdziemy jezioro wokoło!
Jeźdźcy zeskoczyli z koni, które następnie przywiązali, ponieważ zwierzęta parskały i wierzgały, pragnąc uciec. Niepokoił ich i wstrętem przejmował zapach nafty. Grinley podszedł do wody, zaczerpnął ręką, powąchał, obejrzał i rzekł triumfująco do bankiera:
— Tu oto dolary płyną miljonami, sir. Przekonaj się pan osobiście!
Roilins również zaczerpnął, poszedł dalej i znów nabrał wody; badał jezioro w rozmaitych miejscach. Nie mówił nic, tylko wciąż kiwał głową. Zdawało się, że stracił mowę; oczy świeciły nienaturalnym blaskiem, wyraz twarzy uzmysławiał podniecenie, które go ogarnęło. Ruchy były szybkie i przytem niepewne, stłumione. Ręce drżały i zdawało się, że musi zebrać siły, aby wreszcie drżącym głosem zawołać:
— Któżby to pomyślał! Ktoby mógł pomyśleć! Mr. Grinley, uważam, że wszystko, co pan mówił, było niedostateczne.
— Istotnie? Cieszy mnie to, niezmiernie cieszy, sir! — roześmiał się król naftowy. — Czy przekonał się pan wreszcie, że jestem uczciwym człowiekiem?
Rollins wyciągnął obie ręce i odpowiedział:
— Podaj mi pan ręce; muszę je uścisnąć. Jest pan człowiekiem honoru. Wybacz pan, że kilkakrotnie nasuwały się nam wątpliwości. Nie nasza to wina!
— Wiem, wiem, sir, — skinął Grinley poczciwie. Tamci obcy zbałamucili pana. Nie powinien pan był ich słuchać; ale teraz wszystko jest w porządku, wszystko! Zbadaj pan naftę, sir!
— Już zbadałem.
— No, i...
— Jest to najpiękniejsza, najczystsza nafta na świecie! Skąd się bierze? Czy jezioro ma dopływ?
— Nie. Musi tutaj być jakieś źródło podziemne, a może nawet dwa: jedno źródło wody, drugie — nafty. Widzi pan, że należy tylko czerpać i wlewać do beczek.
Rollins był nieprzytomny z zachwytu, atoli Baumgarten, trzeźwiejszy, podjął ostatnie słowa Grinleya:
— Tak, trzeba tylko czerpać. Ale skoro już wszystko będzie wyczerpane? Kiedy i jak nastąpi wówczas przypływ nafty?
— Oczywiście szybko, tak szybko, że nie będzie przerwy w pracy!
— Nie twierdziłbym tego bez uprzedniego zbadania. Wszak tylko tyle może dopłynąć, ile odpływa. A teraz obejrzyjno pan ten znikomy odpływ, który był naszym drogowskazem. Przypuszczam, że woda nie unosi stąd więcej nafty, niż litr na godzinę. To jest plon, cały plon, jakiego możemy oczekiwać.
— Tak pan myśli? Nie więcej? Nie więcej, niż litr na godzinę? — zapytał bankier rozpaczliwie.
Z niedomkniętemi ustami, z twarzą śmiertelnie pobladłą oczekiwał odpowiedzi.
— Tak, Mr. Rollins, tak jest, — odpowiedział buchalter. — Musi pan przyznać, że dopływ nie może być większy, niż odpływ. A nawet, jeśli jest dziesięciokrotnie, stokrotnie obfitszy! Co znaczy sto litrów nafty na godzinę? Nic, absolutnie nic. Weź pan na rozwagę wielkość kapitału, oddalenie tej miejscowości, niebezpieczeństwa, trudność sprzedaży — i sto litrów na godzinę!
— Czy nie może być więcej? Czy się pan nie myli?
— Nie, stanowczo nie. Jak dawno istnieje to jezioro? Niezliczone mnóstwo lat. Od czasu powstania upłynęły setki, lub tysiące lat, — a tak mało przypłynęło oleju skalnego. Gdyby nafty było więcej, jakże wysoko musiałaby leżeć na wodzie! Nie, nic tu się nie da eksploatować!
— Nic, nic! — powtarzał bankier, rękoma chwytając się za głowę. — A zatem nadzieja, cała radość daremna! Napróżno, napróżno odbyliśmy tak daleką, tak bardzo daleką podróż! Kto może to wytrzymać, kto może wytrzymać! Równie przerażony był król naftowy. Z jakiemi trudami, śród ilu niebezpieczeństw znosił tu pieszo i ukrywał naftę? Ile go to kosztowało! A teraz, kiedy stał u celu, wszystko to miało zniszczeć! Widział płomienie przed oczami; czuł się bezradnym — nie mógł dobyć głosu, i skierował spojrzenie, szukające pomocy, ku swemu przyrodniemu bratu, Buttlerowi.
Ten już nieraz dowcipnie ratował go z opałów, a i teraz okazało się, że były herszt finderów niełatwo daje się zbić z pantałyku. Roześmiał się krótko, wzgardliwie, i rzekł do bankiera:
— Czemu pan biada, Mr. Rollins? Nie mogę pana zrozumieć! Gdyby tak było, jak ten pan mówi, to Grinleyowi na myślby nie przyszło pokładać tak wielkich nadziei w Gloomy-water.
— Tak pan sądzi? — zapytał szybko Rollins, odzyskując nadzieję.
— Tak, tak sądzę! I gdyby naftę można było czerpać w taki sposób pojedyńczemi beczkami, to zachowałby placer dla siebie, a nie proponowałby panu. Otóż wydobycie nafty wymaga bardzo kosztownych przygotowań, na które nie ma środków.
— Przygotowania? Jakie?
— Hm! Dziwi mnie bardzo, że sam pan nie pojmuje. Czy studjował pan kiedyś fizykę?
— Nie.
— Hm. Szkoda! Nie mogę zatem dać panu szczegółowych wyjaśnień. Ale spróbuję wyklarować tę rzecz poglądowo. Przypuśćmy, że koń pana leży w trawie, a pan siedzi na siodle. Czy koń będzie mógł się z panem podnieść?
— Tak.
— Nie sądzi pan zatem, że jesteś dlań zbyt wielkim ciężarem?
— Nie. Podniesie się.
Well. Załóżmy jednak, że leży nie koń, lecz pies domowy. Czy podniesie pana?
— Nie.
— Czemu nie?
— Ponieważ jestem dlań zbyt ciężki.
— No, więc zastosuj to pan do nafty!
— Jakto? — zapytał Rollins, który nie zrozumiał przykładu.
— Mój przykład mówi, że ciężkie ciało powstrzymuje lżejsze, na którem leży. Rozumie pan?
— Teraz tak.
— A także pan, Mr. Baumgarten?
— Tak — skinął zapytany, który z uwagą śledził bieg myśli Buttlera.
— A czy wie pan, co jest cięższe, woda czy nafta?
— Woda — odpowiedział buchalter.
Very well! No, a teraz pomyśl pan, jak ciężka jest woda, która wypełnia to całe jezioro!
— Tysiące centnarów.
— A na dnie jeziora znajduje się źródło nafty, to znaczy mały otwór, przez który nafta chce się wydostać. Atoli na tym otworze spoczywają tysiące centnarów wody. Czy nafta może się więc wydostać?
— Nie...
Baumgarten wpadł w pułapkę. Był kupcem; nie znał się na prawach fizyki i nie wiedział, że nafta właśnie jako lżejsza idzie wgórę. Grinley odetchnął swobodnie. Na twarzy Buttlera pojawił się uśmiech zwycięski. Ciągnął dalej:
— A zatem nafta, która płynie z ziemi, nie może iść wgórę. Widzimy tu tylko nieznaczną ilość, która wydobywa się z jakiejś małej rysy. Lecz dajcie pompę i wypompujcie wodę z jeziora, albo postarajcie się usunąć ją w inny sposób! Wówczas zobaczycie, jakim potężnym, jakim stustopowym strumieniem przeszyje powietrze i ile setek beczek wypełni w ciągu jednego dnia! Gdyby Grinley miał pieniądze, nie zwracałby się do pana!
Poskutkowało. Bankier cieszył się odnowa, a Baumgarten stracił skrupuły. Że nafta była — to widoczne. Trzeba było tylko utorować jej jakiś odpływ. Długo jeszcze żonglowali oszuści prawami fizyki. Rollins wreszcie zdecydował się ubić interes, chciał jednak uprzednio obejrzeć cały obwód jeziora.
— Proszę bardzo, Mr. Rollins, — rzeki Grinley. — Poller pana odprowadzi!
Wymieniony oddalił się z Rollinsem i Baumgartenem. Skoro odeszli, król nafty odetchnął swobodnie:
— Do stu tysięcy kartaczy, co za fatalna sytuacja! Niemal że w ostatniej chwili nie odstąpili od geszeftu. Twój wykręt był wspaniały!
— Tak — roześmiał się Buttler. — Gdyby nie ja, mógłbyś jezioro zachować dla siebie. Ale teraz jestem przeświadczony; że pójdą na lep.
— Trudno uwierzyć, aby tak naiwne wyjaśnienie zdołało ich uspokoić!
Pshaw! Rollins jest głupi, a Baumgarten za uczciwy.
— Przejdą koło jaskini. Czy jej nie zobaczą? — Nie. Wiele potu spłynęło z nas przy pracy. Postaraj się zatem, aby interes dzisiaj został zakończony. Nie możemy marudzić ani godziny, bo nie należy ufać czerwonoskórym. Możemy tu zostać najwyżej do świtu. Jakże się następnie załatwimy z tymi głupcami — nożem czy kulą?
— Hm, wolałbym tego uniknąć.
— Pozostawić ich przy życiu? Co ci do głowy strzeliło!
— Nie chciej zrozumieć mnie fałszywie! Wspomnienie trupów będzie mi mąciło spokój. Jak myślisz, może ich umieścimy w jaskini?
— Niezła myśli Weźmiemy łotrów w łyka i zamkniemy w jaskini. Zginą i tak, nie zmuszając nas do przyglądania się ich śmierci. Przystaję. Ale kiedy?
— Skoro tylko dostaniemy pieniądze. Uraczymy ich w głowy uderzeniem kolb.
— A Poller?
— Jego nie. Prawdopodobnie przyda nam się jeszcze. Póki się nie wydostaniemy z tej niebezpiecznej miejscowości, lepiej jechać w trójkę, niż we dwójkę. Następnie będziemy łatwo mogli się go pozbyć. — — —
Tak, miejscowość owa była dla nich stanowczo niebezpieczna. Nie przeczuwali, że są inwigilowani. Nieopodal, u wylotu wąwozu, za krzewami leżał Indjanin i notował sobie w pamięci wszystko, co się rozgrywało przed jego oczami. Był to Nawaj, świadek morderstwa, popełnionego na obu wywiadowcach a jego towarzyszach. Grinley i Buttler ułożyli się w trawie. Zauważywszy to, Indjanin rzekł do siebie:
— Zostają nad jeziorem, tak prędko nie opuszczą tej miejscowości. Mam dosyć czasu, aby wrócić do swoich i sprowadzić ich tutaj.
Wydostał się z krzewów i znikł w wąwozie, nie pozostawiając za sobą śladu nóg. — — —
Po pewnym czasie trzej biali wrócili z przeglądu i podeszli do Buttlera i Grinleya.
— No, messurs, — zapytał król naftowy. — Widzieliście wszystko. Co postanowiliście?
— Kupić — odpowiedział bankier.
— Jesteście zatem przekonani, że robicie dobry interes?
— Tak, aczkolwiek nie tak dobry, jak pan sobie wyobraża.
— Porzućmy targi, sir! Nie spuszczę ani dolara z żądanej ceny, i wogóle nie chcę tracić czasu. Uważam za rzecz możliwą, że Indjanie są za nami, i pragnę zachować swój skalp na głowie.
— A więc czem prędzej jedźmy! — rzekł z lękiem Rollins.
— Tak, ale przedtem musimy zakończyć sprawę. Postanowiliśmy zawrzeć kontrakt nad jeziorem. Skoro tylko podpiszemy i wymienimy papiery, będziemy mogli wyruszyć zpowrotem.
— Dobrze. Mr. Baumgarten, czy ma pan jeszcze jakieś wątpliwości?
Zanim jednak buchalter zdążył odpowiedzieć, Grinley wtrącił gniewnie:
— Jeżeli pan jeszcze teraz mówi o wątpliwościach, Mr. Rollins, muszę to naprawdę uważać aa obrazę! Powiedz pan krótko, chce pan, czy nie?
Zahukany bankier odpowiedział:
— Chcę. To się rozumie samo przez się.
— No dobrze! A więc dobijamy do przystani. Dokumenty są już dawno sporządzone i wymagają tylko podpisu. Weź pan atrament i pióro!
Rollins wyjął przybory piśmienne z torby u siodła. Po położeniu podpisów otrzymał akt kupna, wzamian podpisał przekaz na San Francisco. Grinley obejrzał czek chciwem spojrzeniem i, roześmiawszy się w sposób nader szczególny, rzekł:
— Tak, Mr. Rollins, teraz jesteś pan właścicielem tych niezwykłych terenów naftowych. Życzę panu wiele szczęścia! A ponieważ wszystko, co się tutaj znajduje, jest teraz własnością pana, do której nie mam już żadnych praw, przeto odkryję tajemnicę, która może się panu bardzo przydać.
— Co za tajemnica?
— Ukryta jaskinia.
— Nic więcej?
— Oho! Mówi pan tak, jakgdyby nie miało to żadnego znaczenia! A przecież ta jaskinia może wam z początku przydać się jako komora lub jako kryjówka przed napaścią Indjan. Być może nawet, pozostaje ona w związku z podziemnemi zbiornikami nafty, które tutaj bezwzględnie istnieją.
— Ach, zbiorniki nafty? Czy to możliwe?
— Nawet bardzo. Nie zbadałem jeszcze.
— A więc powiedz pan szybko, gdzie ona! Muszę zobaczyć; później każę ją wysondować.
— Chodźcie! Zaprowadzę was.
Poszli wzdłuż brzegu do miejsca, gdzie blok skalny zbliżał się do wody. U stóp bloku w znosił się kopiec kamieni. Buttler i Poller zaczęli usuwać jego wierzchołek. Niebawem ukazał się otwór, prowadzący do skały.
— Jaskinia! — zawołał bankier. — Rozszerzmy wejście. Szybko! Pomóż mi pan, Mr. Baumgarten!
Obaj nachylili się, aby pomóc w pracy. Buttler odwrócił się i spojrzał pytająco na Grinleya. Ten skinął. Uchwycili strzelby. Każdy z nich zamierzył się kolbą — — bankier i Baumgarten runęli, uderzeni w głowy. Oszuści spętali im ręce i nogi, i umieścili ich głęboko w jaskini. Gdyby więźniowie nie stracili przytomności, ujrzeliby mnóstwo beczek, któremi kryjówka była niemal przepełniona.
Następnie usypano zpowrotem kamienie, całkowicie zakrywające otwór. Nie trzeba chyba dodawać, że trzej bandyci obrabowali swoje ofiary ze wszystkiego, co mogło im się przydać. Poczem wrócili do koni.
— Nareszcie! — rzekł król naftowy. — Jeszcze żaden interes nie nastręczył mi tyle trudów i kłopotów, co ten. A jednak nie koniec na tem! Trzeba teraz zawieźć przekaz do San Francisco. Mam nadzieję, że przybędziemy tam szczęśliwie. Naturalnie, ruszamy natychmiast?
— Tak — odpowiedział Poller. — A le przedtem musimy się podzielić.
— Czem? — Przedmiotami, któreśmy zabrali.
— Czy koniecznie już teraz?
— Zawsze lepiej, jeśli każdy wie, co do niego należy.
Grinley pragnął go właściwie natychmiast zmiażdżyć; lecz, pomyślawszy sobie, że to, co mu teraz wręczy, odbierze następnie z łatwością, oświadczył dobrodusznie:
— Koni, oczywiście, nie będziemy krajać. Nie pójdziemy też do wójta. Jesteśmy przyjaciółmi i nie posprzeczamy się o drobnostki.
Usiedli i rozłożyli przed sobą zrabowane strzelby, zegarki, pierścienie, sakiewki i inne rzeczy, aby je oszacować i odpowiednio pomiędzy siebie podzielić. — — —
Tymczasem ośmiu Indjan skradało się wąwozem, prowadzącym nad jezioro. Byli to Nawajowie. Na ich czele sunął wywiadowca. U wylotu wąwozu zatrzymali się i skroś zagajnik śledzili trzech białych przy podziale łupu.
Uff! — szepnął najstarszy Indjanin, zwracając się do wywiadowcy. — Jest tak, jak mój brat oznajmił: jezioro jest pełne nafty. Skąd się to wzięło?
— Białe twarze wiedzą chyba — odpowiedział zagadnięty.
— Czy mój brat nie zliczył pierwej pięciu białych? Widzę tylko trzech.
— Poprzednio było pięciu; brak dwóch.
— Który zamordował naszego brata Khastitine?
— Ten, który trzyma w ręku dwie strzelby.
— Umrze okrutną śmiercią; ale także i dwaj pozostali zginą na palu męczarni. Uff! Dzielą pomiędzy siebie rzeczy, które leżą przed nimi. Każdy dostaje co innego. Czwarty i piąty zniknęli. Te rzeczy były ich własnością! Czyżby ich zamordowano?
— Dowiemy się. Kiedy mamy ich schwytać?
— Natychmiast. Widzą przed sobą tylko łup, i będą tak oszołomieni raptownym napadem, że pokonamy ich bez oporu. Niechaj bracia moi spieszą za mną!
Skoczył, a za nim siedmiu towarzyszów. Trzej oszuści zostali napadnięci tak znienacka, że tkwili już w pętach, zanim zdążyli się poruszyć.
Czerwoni uwinęli się w milczeniu. Pięciu przysiadło się do jeńców; trzech przeszukało kotlinę. Wróciwszy, zameldowali:
— Obaj biali znikli bez śladu. Nie znaleźliśmy nikogo, mimo skrzętnego poszukiwania.
— Czy nie wdrapali się na skałę? — zapytał przywódca.
— Nie. Nie odkryliśmy śladów.
— Zaraz się dowiemy, gdzie ich szukać!
Wyciągnął nóż, przystawił do piersi króla naftowego i zagroził:
— Ty jesteś tym łotrem, który zamordował brata naszego, młodego Khasti-tine. Jeśli mi natychmiast nie powiesz, gdzie znikli obaj biali, którzy wam poprzednio towarzyszyli, wbiję ci to żelazo w serce!
Rozkaz wprawił Grinleya w nieopisane przerażenie. Jeśliby usłuchał, Indjanie na pewnoby wydobyli bankiera i buchaltera z jaskini, do czego nie mógł dopuścić. Gdyby jednak nie usłuchał, przywódca naprawdę mógłby wykonać pogróżkę i dźgnąć go nożem. Co czynić? I znowu chytrzejszy Buttler wyratował go z kłopotu, mówiąc do Indjanina:
— Jesteś w błędzie! Człowiek, którego chcesz dźgnąć, nie jest mordercą Khasti-tine. Myśmy niewinni jego śmierci!
Indjanin odstąpił od Grinleya i zwrócił się do Buttlera:
— Milcz! — zgromił go. — Wiemy, kto jest mordercą.
— Nie, nie wiecie!
— Ten nasz brat był świadkiem!
Wskazał na wywiadowcę.
— Myli się! Widział nas dopiero przy wodzu Nijorów. Ale kiedy padły strzały, staliśmy tak, że nie mógł nas widzieć.
— A więc wypierasz się obecności przy zamordowaniu obu naszych braci?
— Nie. Nigdy jeszcze nie skłamałem i przez myśl mi nie przeszło zadawać kłam prawdzie. Zbrodnię popełnili obaj biali, o których pytałeś.
— Uff! — krzyknął Indjanin. — Nie widzimy ich, a więc odjechali. Chcesz się ratować, na nich zwalając winę!
— Odjechali, powiadasz? Dokąd mogli odjechać? Jesteście wywiadowcami, a więc wojownikami, posiadającymi dobre oczy. Czy widzieliście ślady, które na pewnoby były widoczne, gdyby istotnie odjechali?
— Nie. Chcesz przez to powiedzieć, że są tu jeszcze?
— Tak.
— Gdzie?
— Tu! — wskazał na wodę.
Uff! W tem jeziorze?
— Tak.
— Utopili się zatem?
— Tak.
— Nie kłam! Niktby nie wszedł do tej wody.
— To prawda. Nie chcieli wejść, lecz musieli.
— Kto ich zmusił?
— My. Utopiliśmy ich.
— U—to—pi—liście ich —? — zapytał Indjanin. Był dzikim, a jednak czyn ten przejął go taką zgrozą, że mógł jedynie wybełkotać zapytanie. — Utopiliście? Czemu?
— Za karę. Byli naszymi śmiertelnymi wrogami.
— A jednak jechali z wami! Nikt nie jeździ w towarzystwie swoich śmiertelnych wrogów!
— Poznaliśmy ich intencje dopiero po przybyciu do kotliny. Chcieli wziąć w posiadanie jezioro nafty i w tym celu nas zamordować. Przejrzeliśmy ich i unieszkodliwili, wtrącając do wody.
— Czy nie stawiali oporu?
— Nie. Powaliliśmy ich znienacka kolbami.
— Dlaczego nie widać trupów? — Ponieważ przywiązaliśmy im kamienie do nóg; poszły na dno.
— Czerwonoskóry milczał przez chwilę. Następnie rzekł:
— Chcę wierzyć, że mówisz prawdę. Brzydzę się wami! Utopiliście synów własnej rasy, niczem psy parszywe. Zabiliście ich z ukrycia, nie mocując się z nimi. Jesteście złym i ludźmi!
— Czy mogliśmy postąpić inaczej? Czy mieliśmy czekać, aż wykonają swój plan i zastrzelą nas z zasadzki? Tak bowiem planowali; podsłuchaliśmy ich rozmowę.
— Co sobie o tem myślicie, mnie nie obchodzi. Żaden czerwonoskóry nie topi Indjanina, nawet najzawziętszego wroga. Czy byliście już kiedyś nad tą wodą?
— Tak, ja, — odpowiedział król naftowy.
— Kiedy?
— Przed wielu miesiącami.
— Czy była tu już wówczas nafta?
— Tak. Dlatego właśnie sprowadziłem jeszcze kilku białych, aby pokazać im naftę. Chciałem wraz z nimi założyć towarzystwo eksploatowania oleju skalnego. Ci obaj wszakże zamierzali pozbyć się nas skrytobójczo.
Uff! Poprzednio nie było tu nigdzie nafty. Dopiero niedawno musiała się wydobyć z ziemi. Ale jakże mogliście się uważać za właścicieli jeziora! Należy do czerwonych. Białe twarze są bandytami — przyszli do nas, aby wydrzeć naszą własność. Tomahawk został wykopany. Bodajbyście zostali w domu, zamiast iść w objęcia śmierci!
— Śmierci? Czy jesteście uczciwymi wojownikami, czy mordercami? Wszak nic wam złego nie wyrządziliśmy!
— Milcz! Czy Khasti-tine nie został zamordowany wraz z towarzyszem?
— Niestety... Ale nie myśmy go zabili!
— Byliście obecni; mogliście zapobiec zbrodni.
— Obaj hultaje wystrzelili tak szybko, że nie mieliśmy czasu ich powstrzymać.
— To was nie ocali! Znajdowaliście się w towarzystwie morderców. Umrzecie niechybnie. Zaprowadzimy was do naszego wodza. Starsi plemienia zawyrokują, jaką śmiercią macie umrzeć.
— Przecież ukaraliśmy obu morderców! Winniście nam za to wdzięczność.
— Wdzięczność? — syknął czerwonoskóry — „Sądzisz, żeś nam oddał przysługę? Wolelibyśmy, aby żyli jeszcze; moglibyśmy zedrzeć z nich skalpy i spalić ich przy palach męczarni. Pozbawiliście nas tej przyjemności. Wasz los przesądzony — śmierć was czeka. Rzekłem!
Odwrócił się na znak, że uważa rozmowę za skończoną. Wypróżniono kieszenie jeńców; Indjanie zabrali całą ich zawartość. Skoro jednak przywódca zobaczył przekaz pieniężny, ujął go ostrożnie koniuszkami palców, włożył zpowrotem do kieszeni Grinleya i rzekł:
— Zaczarowany papier mówiący... Żaden czerwony wojownik nie bierze tego do ręki, gdyż później może zdradzić wszystkie jego myśli, słowa i czyny.
Tymczasem dzień upłynął i nad jeziorem zaczęło się zupełnie ściemniać. Indjanie zostaliby tu przez noc, gdyby nie ostry zapach nafty. Jeńców wsadzili na konie i ruszyli zpowrotem przez wąwóz do miejsca w lesie, gdzie była woda. Tu Indjanie zeskoczyli z koni, przywiązali jeńców do trzech drzew i poczynili przygotowania do noclegu. Czuli się bezpiecznie; gdyby wszakże wiedzieli, co się za nimi czai, pomknęliby, co koń wyskoczy. — — —
Otóż Mokaszi, wódz Nijorów, po odjeździe białych zbadał po raz drugi dokładniej ślady wywiadowców Nawajów. Już poprzednio stwierdził obecność trzeciego wywiadowcy. Teraz chciał go odszukać.
Po długiem poszukiwaniu znalazł ślad, który wkrótce, drogą okrężną, zetknął się i połączył ze śladem białych.
Ten Nawaj chce się zemścić na mordercach; skrada się za nimi. Z tego można wnosić, że droga do jego oddziału prowadzi w tym samym kierunku. Pojedziemy za nimi i schwytamy w niewolę.
Tak mówił wódz i pojechał z początku w przeciwnym kierunku — do kryjówki w lesie, gdzie obozowało przeszło trzydziestu Nijorów, awangarda, która wyprzedzała wojsko. Teraz, na czele tych ludzi, wrócił do tropu Nawajów i jechał za nimi ostrożnie. Po drodze zauważył, że do trzech białych przyłączyli się jeszcze dwaj, mianowicie Buttler i Poller.
Indjanie zbliżyli się do wąwozu, który prowadził nad jezioro nafty. Tam, z ukrycia, po krótkim czasie zobaczyli wywiadowcę Nawajów, wychodzącego z wąwozu. Jeden z Nijorów chwycił za strzelbę, jakgdyby pragnąc strzelić; wódz powstrzymał go przeczącym gestem i szepnął:
— Niech ucieka! Niebawem powróci i przyprowadzi innych Nawajów. Wówczas schwytamy ich wszystkich.
Już po krótkim czasie okazało się, że słusznie przypuszczał, gdyż wywiadowca wrócił z siedmiu innymi. Wszyscy wkroczyli do wąwozu. U wylotu zsiedli z koni, aby napaść na białych.
Nijorowie czekali. Mokaszi niemało się zdziwił, kiedy następnie zobaczył Nawajów tylko z trzema białymi jeńcami. Chciał napaść na nich w momencie, kiedy wychodzili z wąwozu, po namyśle jednak napomniał swoich ludzi, aby pozostali w ukryciu. Przedewszystkiem chciał wybadać, czemu brak dwóch białych. Dlatego przepuścił wrogów i z kilkoma ludźmi zakradł się nad Mroczną Wodę. Przeszukali szybko, ale ostrożnie, całą kotlinę, nie znajdując nigdzie śladu obu białych.
— Nie mogli odejść! — rzekł Mokaszi. Nie żyją, a że nie widać ich ciał, więc zostali strąceni w wodę.
Opuścił wraz z towarzyszami jezioro i wrócił do kryjówki pozostałych. Tam zostawili konie pod nadzorem dwóch strażników; z pozostałymi dwudziestu ośmioma Mokaszi pieszo poszedł śladem Nawajów. Wrogowie nie mogli się bardzo oddalić, gdyż zapadł wieczór.
Dogasające światło dnia pozwalało jeszcze poznać ich ślady; gubiły się w lesie. Mokaszi nie był zbity z tropu. Aby znaleźć Nawajów, należało tylko trzymać się dotychczasowego kierunku.
Niewiele czasu upłynęło, gdy poczuł zapach spalenizny i zobaczył mdły blask małego indjańskiego ogniska. Zatrzymał się i szepnął do swoich ludzi:
— Ci Nawajowie nie są wojownikami, lecz młodymi chłopcami bez rozwagi. Jaki wywiadowca rozpala w nocy ognisko! Moi bracia mogą okrążyć i, skoro tylko wydam okrzyk wojenny, rzucić się na nich. Musimy ich schwytać żywcem, aby przywiązać do pala męczarni.
Nijorowie skradali się, jak ciche cienie, pośród drzew. Mokaszi przysunął się jak najbliżej do ogniska i upatrzył sobie jednego Nawaja. Kiedy po kilku minutach osądził, że jego ludzie są gotowi, wydał znany, przeraźliwie brzmiący okrzyk i skoczył między Nawajów, aby schwytać upatrzonego. W tej samej chwili jego wojownicy powtórzyli okrzyk i rzucili się zewszechstron na wrogów, nie spodziewających się ataku i wskutek tego niezdolnych do oporu. Powalili ich, nie pozostawiając im czasu do sięgnięcia po broń.
— Bogu dzięki! — szepnął król naftowy. — Jesteśmy uratowani.
— Albo nie! — odrzekł Poller.
— O, na pewno! Mokaszi raz już nas puścił. Z jakiego powodu miałby teraz zatrzymywać?
— Cóż z tego? Ci czerwoni szubrawcy nie pytają o powód.
— Poczekajmy! Przekonacie się, że mam słuszność.
Nikt nie zwrócił uwagi na te szepty. Nawajowie leżeli spętani na ziemi. Nijorowie dzielili między siebie ich broń. Mokaszi stał koło ogniska.
— Synowie Nawajów niechaj mi powiedzą, który z nich jest przywódcą! — rozkazał.
— Ja — odpowiedział najstarszy.
— Jakże się nazywasz? — Nazywają mnie Rączym Rumakiem.
— To imię jest trafne. W ucieczce przed wrogiem bywasz bardziej rączy od mustangów prerji.
— Mokaszi, wódz Nijorów, kłamie. Żaden jeszcze wróg nie oglądał moich pleców!
— Wymieniłeś moje imię; a zatem znasz mnie?
— Tak, widziałem ciebie. Jesteś mężnym i odważnym wojownikiem. Chciałbym z tobą walczyć. Twój skalp zawisłby u mego pasa.
— Mego skalpu nie posiędzie żaden wojownik, a cóż dopiero taki, jakim ty jesteś. Czyż Wielki Duch stworzył was bez mózgu? Czyż nie wiecie, że Nijorowie również wysłali wywiadowców? Jakiż to wywiadowca przechodzi przez las i po trawie, nie oglądając się za śladami wrogów? Każdy szpieg przedewszystkiem stara się ukryć; wy zaś rozpaliliście ognisko, jakgdybyście chcieli nas zwabić. Nigdy już nie znajdziecie okazji do popełnienia takich pomyłek, umrzecie bowiem przy palu, doznawszy uprzednio takich męczarni, że głosy wasze będą się rozlegały ponad wszystkiemi górami.
Rączy Rumak odpowiedział:
— Męczcie nas! Umrzemy jak wojownicy; nie wydamy żadnego dźwięku i nie mrugniemy powieką. Wojownicy Nawajów uczyli się przezwyciężać ból. — Co zrobicie z tymi białymi?
Król naftowy odezwał się:
— Mokaszi, szlachetny i znakomity wódz, puści nas na wolność.
Lecz szlachetny i znakomity wódz zgromił śmiałka:
— Psie! Kogo pytano, mnie, czy też ciebie? Jak śmiesz odzywać się, zanim ja zdążyłem usta otworzyć?
— Ponieważ wiem, że uczynisz to, co mówiłem.
— Co ja uczynię, dowiesz się niebawem. Raz jeden was puściłem, aby pokazać, w jakiej mam was pogardzie. Ale po raz drugi nie puszczę. Było was pięciu. Gdzie są dwaj pozostali?
— Nie żyją — odpowiedział Grinley ciszej, niż poprzednio.
— Nie żyją? Kto ich zabił?
— My.
— Dlaczego?
— Ponieważ dowiedzieliśmy się, że czyhają na nasze życie. Chcieli nas zamordować.
Mokaszi, zdumiony, podniósł brwi i zawołał:
Uff! Was skrycie zamordować? Dokładnie obejrzałem oczy i twarze tych mężów. Byli to zacni i uczciwi ludzie: wy natomiast jesteście mordercami i złodziejami, których należy tępić jak dzikie i jadowite zwierzęta. Gdzie są trupy? Nie widziałem ich.
— W jeziorze.
— Nie widziałem śladu krwi. A zatem nie zabiliście ich przed wrzuceniem do wody?
— Nie.
— Utopiliście ich?
— Tak.
Król naftowy z trudem wypowiedział to potwierdzenie. Skutek nastąpił zmiejsca; wódz kopnął go nogą, splunął mu w twarz i zawołał:
— Potworze, szkaradny potworze! Nie jesteś człowiekiem, lecz gadem, — umrzesz zatem śmiercią, na jaką zasłużyłeś. Nietylko zabić towarzyszów, którzy ci nic nie zawinili, ale, co więcej, utopić! Napadłeś na nich zdradziecko, podobnie jak zdradziecko zamordowałeś Khasti-tine!
Usłyszawszy ostatnie słowa wodza, Rączy Rumak podniósł się, na ile mu więzy pozwalały i rzekł:
— Co powiedział Mokaszi? Kto zamordował Khasti-tine?
— Ten biały, który w zaślepieniu wierzy, że go puścimy.
Uff! Twierdził, że mordercami byli obaj utopieni!
— Kłamstwo! On sam chlubił się przede mną, że zabił obu wywiadowców Nawajów. Ten tchórzliwy łotr drży teraz ze strachu i zwala winę na dwóch uczciwych ludzi, których również zamordował. Obaj zastrzeleni wywiadowcy i obaj zamordowani biali będą straszliwie pomszczeni, aczkolwiek nie należą do mego plemienia. Spójrzcie na tych trzech białych! Będą doznawali takich katuszy, że zapragną śmierci, a wkońcu zostaną utopieni, jak utopili swoje ofiary! Powiedziałem!
Znów plunął Grinleyowi w twarz, kopnął mocno Buttlera i Poliera i odwrócił się od nich.
Wysłał jednego wojownika po konie. Skoro nadjechały, wyjęto z juków suszone mięso i zabrano się do jedzenia. Nawajom wydzielono posiłek, natomiast trzej biali nie otrzymali ani kęska.
— Piekielna historja! — szepnął Buttler do Grinleya. — To potopienie całkiem nas gubi. Może byłoby lepiej wyznać prawdę?
— Nie — odpowiedział król naftowy. — Czerwoni łotrzy oswobodziliby bankiera i buchaltera, lecz nasza sytuacja nie polepszyłaby się bynajmniej. Ponadto, stracilibyśmy przekaz.
Pshaw! Co nam po nim, skoro mamy się smażyć przy palu męczarni!
— Nie dojdzie jeszcze do tego!
— A więc nie straciłeś nadziei?
— Naturalnie! Nie po raz pierwszy wpadam w opały; jednakże, jak widzisz, zawsze wychodziłem z nich cało. A jeśli nawet przywiążą mnie do pala, nie wyrzeknę się nadziei, póki mi jej nie pozbawią ciosem śmiertelnym. Jak ci wiadomo, niejeden już wisiał przywiązany do pala, a jednak ocalał.
— Miał przyjaciół, którzy go uratowali, ale; kogo my mamy?
Hm!
— Nikogo, ktoby dla nas chciał zadzierać z czerwonymi. Jeśli sami się nie uwolnimy, jesteśmy straceni.
Miał aż zbyt wiele słuszności. Gdyby zasłużyli na przyjaciół, pomoc byłaby o wiele bliżej, niż mogli marzyć. Blisko bowiem byli Old Shatterhand i Winnetou. — — —
Obaj ci mężowie, od chwili, kiedy podsłuchali króla nafty i jego towarzyszów, byli zdecydowani jechać za nimi do Gloomy-water. Ale że musieli przedtem uwolnić uwięzionych w pueblu, więc Grinley ubiegł ich o dwa dni drogi. Wysławszy jednak do jeziora Buttlera i Pollera, zmarnował jeden dzień na oczekiwaniu. Drugi — zyskali Winnetou i Old Shatterhand, a to dlatego, że ich towarzysze dosiadali najlepszych koni Pueblosów i mogli za nimi nadążyć. A przytem, nie jechali śladem króla naftowego; Apacz znał drogę, która, dzięki ominięciu rozmaitych trudności terenu, szybciej prowadziła do celu. To też oddział jeźdźców niedługo przed zachodem znalazł się w odległości dwóch godzin drogi od jeziora — sprawność godna podziwu, jeśli się zważy, że oddział składał się z kobiet i dzieci.
Od puebla aż do tego miejsca nie natrafili na żadne ślady. Teraz droga Winnetou zeszła się Z drogą króla naftowego w miejscu otwartem, które raczej należałoby nazwać polaną leśną, niż prerją. Ślad ściganych ciągnął się szeroką i prostą krechą. Oddział się zatrzymał. Winnetou i Old Shatterhand zeskoczyli z koni, aby się przyjrzeć śladom. Pozostali byli przyzwyczajeni zdawać się na tych równie znakomitych jak domyślnych ludzi. Nawet Sam Hawkens, tak przemyślny i doświadczony westman, zabierał głos jedynie na zaproszenie obu wielkich myśliwych.
Ślad wydawał się dosyć trudnym do odczytania, gdyż Old Shatterhand szedł wciąż naprzód, Winnetou zaś wstecz. Upłynął kwadrans, zanim się znów spotkali w miejscu, gdzie zatrzymał się cały oddział. Wszyscy słyszeli ich rozmowę.
— Cóż mój brat powie? — zapytał Old Shatterhand. — Rzadko natrafiałem na ślady tak trudne do odczytania.
Winnetou spoglądał wprost przed siebie, jakgdyby szukając wdali wyjaśnienia, i odpowiedział z właściwą mu stanowczością:
— Jutro zobaczymy trzy grupy ludzi: białych oraz wojowników dwóch wrogich plemion.
— Tak, tak i ja myślę. Czerwoni — to Nawajowie i Nijorowie. Te trzy partje tropią się wzajemnie nad Gloomy-water.
— Mój biały brat ma słuszność. Z początku przejeżdżało tędy pięć koni — to biali, których ścigamy. Następnie nadjechał pojedynczy jeździec, a za nim oddział liczący trzydziestu ludzi.
Rzekłszy to, spojrzał na zachód, na położenie słońca, i dodał:
— Byłoby dobrze dzisiaj jeszcze dotrzeć do Gloomy-water; ale za mało jest czasu i zbyt wielkie niebezpieczeństwo. Co o tem myśli Old Shatterhand?
— Przyznaję ci słuszność. Zanim dotrzemy do jeziora, zapadnie noc, a zatem za późno będzie, aby coś przedsięwziąć. Nie zobaczymy nic, a tymczasem wrogowie mogą nas odkryć. Trzeba zważyć, że nasz oddział nie składa się z samych mężczyzn.
— Słusznie! Dopiero jutro nad ranem pojedziemy do jeziora, a zatem zaraz rozbijemy obóz.
— Gdzie?
— Winnetou zna miejsce oddalone o godzinę od Gloomy-water. Tam można nawet wzniecić ognisko, którego nikt nie dojrzy i nie wywącha. Niech moi bracia jadą za mną!
Pojechał, nie obejrzawszy się, czy towarzysze za nim jadą. Old Shatterhand zatrzymał się jednak, gdyż zobaczył, że pozostali westmani zsiedli z koni i zkolei zaczęli badać ślady.
Badali, dzielili się zdaniem i nie mogli dojść do porozumienia. Wreszcie Old Shatterhand ich napomniał:
— Pośpieszcie się, messurs! Winnetou jest już daleko i za chwilę zniknie w lesie.
— Tak, sir, — odpowiedział Droll, drapiąc się za uchem. — Obaj macie słuszność. Nasze bractwo jednakże nie tak prędko radzi sobie z takim fantem, jeśli to konieczne.
— Cóż znajdujecie niejasnego?
— To, coście mówili o dwóch czerwonych partjach. Z początku jechało pięciu; naturalnie był to król naftowy z towarzyszami. W końcu nadjechało mniej więcej trzydziestu Indjan i to jest jedna partja. Nie?
— Tak.
— A druga partja?
— Samotny Jeździec, który jechał za białymi.
— Czy nie mógł należeć do trzydziestki?
— Nie.
— Mogli go przecież wysłać naprzód.
— Nie. W tym wypadku wróciłby, aby ich zawiadomić o białych, co jednak nie nastąpiło. Wiemy, że tomahawk został wykopany, i jeśli tutaj wybuchnie wojna, to tylko między Nawajami a Nijorami. Te oba plemiona przedewszystkiem wysłały wywiadowców. Trzydziestu wspomnianych jeźdźców stanowi awangardę. Natrafili na ślad samotnego jeźdźca i jadą za nim, aby napaść na jego towarzyszów.
— Towarzyszów? Czy ma jakichś towarzyszów?
— Rozumie się! Żadne plemię podczas wojny nie wysyła jednego tylko wojownika na zwiady. Wywiadowcy wyruszają oddziałami; jakiś powód skłonił widać czerwonego do oddalenia się od swych towarzyszów. Obecnie do nich wraca. Tropi go trzydziestu jeźdźców.
— I to właśnie śladem białych?
— Może to przypadek, a może i nie. Żaden wywiadowca nie lekceważy natpokanego śladu. Musi iść za nim, dopóki się nie dowie, kto go wyciągnął. Mogę nawet śmiało określić, do jakich plemion należeli ci wywiadowcy.
— Ja też mogę — wtrącił Hobble-Frank.
— Istotnie? — zapytał Old Shatterhand. — Proszę więc powiedzieć!
— No, trzydziestu było Nijorów; tamten jeden był Nawaj. To prawda, jakem znakomity Hobble-Frank.
— A ma pan podstawy do wydania takiego sądu?
— Tak oczywiste, jak kresa mego kapelusza. Wszak to fakt dowiedziony, że Nawajowie to odważne plemię. Nie?
— Tak.
— Odważniejsze od Nijorów?
— Być może.
— Więc co dowodzi większej odwagi? Kiedy trzydziestu, czy też kiedy jeden waży się jechać w tak niebezpiecznej miejscowości?
— To drugie.
— A więc! Okazał więcej odwagi, niż trzydziestu prześladowców, przeto jest Nawajem, a oni Nijorami. Czy to prawda, czy nie?
— Ja również doszedłem do wniosku, że pojedynczy czerwony jest Nawajem, a reszta Nijorami, choć z innych przestanek. Ale nie czas na wyjaśnienie! Nie widać już Winnetou. Dogońmy go czem prędzej!
Westmani dosiedli rumaków i popędzili w gapie za Apaczem. Zanim jeszcze słońce się ukryło Winnetou zjechał z tropu na lewo w las, gdzie wkrótce dotarł do zagłębienia, wyglądającego jak zapadnięta sztolnia. Może była to jaskinia podziemna której pokrywa ongi się złamała. Apacz wskazał nadół i rzekł:
— Rozbijemy obóz na dole. Jeśli postawimy na górze wartownika, na dole będziemy mogli rozpalić ognisko, niewidzialne dla wrogów.
Ziemia opadała niezbyt stromo, więc łatwo było sprowadzić konie. Na gałęziach zagajników znalazło się dosyć paszy dla zwierząt. Na brzegu zostawiono strażnika, a w głębi rozpalono ogień i gotowano na nim wieczerzę.
Dzień następny był tematem rozmów, które nie przeciągnęły się jednak długo, gdyż, zmęczęni długą jazdą, wszyscy rychło się pokładli do snu. Przed spoczynkiem Old Shatterhand odbył krotką naradę z Winnetou.
— Być może, jutro dojdzie do rozprawy, — rzekł — przed którą trzeba będzie usunąć kobiety i dzieci, a nawet mężczyzn wychodźców. Jako niedoświadczeni będą nam tylko zawadą. Czy nie lepiej zostawić ich tutaj, w miejscu bezpiecznem i doskonale nadającem się na kryjówkę?
— Jeśli walka jest pewna, brat mój ma zupełną słuszność. Ale co, jeśli będziemy musieli prędko opuścić Gloomy-water? Może nie będziemy mieli czasu wracać tutaj.
— Hm, tak! Należy się spodziewać, że będziemy musieli się śpieszyć. Obawiam się, że Indjanie wezmą w niewolę pięciu białych.
— Winnetou sądzi, że to już się stało.
— W takim razie powinniśmy się śpieszyć, aby ich uwolnić. Gdybyśmy byli zmuszeni uprzednio wrócić tutaj, stracilibyśmy sporo cennego czasu. A jednak, nie jest bezpiecznie jechać bez wytchnienia do jeziora z kobietami i dziećmi.
— Można uniknąć tego niebezpieczeństwa, a przecież nie tracić czasu.
— Wiem. Jeden z nas musiałby wyjechać bardzo wcześnie, aby wybadać okolice Mrocznej Wody.
— Tak — potwierdził Apacz. — Będzie nim Winnetou. Mój brat Old Shatterhand musi tutaj zostać, ponieważ lepiej się umie porozumiewać z tymi ludźmi, niż ja. Winnetou obroni te białe squaws i babies, ponieważ przyrzekł, — ale nie umie zabawiać ich rozmową. Wyruszę, nim zaświta. Mój brat z towarzyszami będzie jechał powoli po moim śladzie. O ile spostrzegę jakieś niebezpieczeństwo, zostawię po drodze znaki ostrzegawcze, albo wrócę do was.
Tak uchwalono. Skoro Old Shatterhand obudził się nazajutrz rano, Winnetou już nie było. Wyruszono po godzinie. Westmani, oczywiście, nie uprzedzili wychodźców, że jazda dzisiejsza jest niebezpieczna; polecono im jednak zachować ciszę.
Winnetou postarał się, aby ślad jego był łatwo czytelny. Jechano za nim powoli, stosując się do niezbędnego na zwiadach tempa, i dlatego przybyto do okolic jeziora dopiero po dwóch godzinach. Naraz jeźdźcy ujrzeli Winnetou, cwałującego na ich spotkanie.
— Do piorunów, zły znaki — rzekł Dick Stone.
A ja myślę, że jest wręcz przeciwnie, — oświadczył Hobble-Frank. — Powie nam, jak się rzeczy mają. Gdyby nie nadjechał, nie moglibyśmy głów wywikłać z niejasnych przypuszczeń.
— Nie. Gdyby wynik zwiadów był pomyślny, Winnetou czekałby na nas nad jeziorem.
— Nie kłóć się, stary szopie! Zaraz się dowiemy, kto ma rację!
Apacz nadjechał. Oddział zatrzymał się i Winnetou oznajmił:
Wracam nie dlatego, żeby groziło wam niebezpieczeństwo. Minęło już. Wracam, ponieważ mnie nic nie zatrzymało. Moi bracia mogą za mną jechać!
Na szczegółowe zapytania niektórych towarzyszów natarczywych odpowiedział:
— Winnetou opowie na miejscu, nie wcześniej.
Oddział ruszył. Ślad tych, co poprzedniego dnia jechali tędy, był tylko miejscami wyraźny; na gruncie kamienistym mogło go odkryć tylko oko tak przenikliwe, jak Apacza. Wreszcie ujrzano wąwóz, prowadzący do jeziora. Winnetou zatrzymał się i rzekł:
— Tym wąskim wąwozem trzeba jechać, aby dotrzeć do Gloomy-water. Winnetou dowiedział się, co się tu wczoraj rozegrało. — I, wskazując na wierzchołek góry, dodał: — Tam na górze obozowało siedmiu wywiadowców Nawajów. Ósmy był ten samotny jeździec, którego ślad wczoraj odkryliśmy. Jechał za białymi i, skoro znaleźli się nad jeziorem, sprowadził swoich siedmiu towarzyszów, aby białych schwytać w niewolę.
— Czy im się powiodło? — zapytał Hawkens.
— Tak, zaskoczyli białych. Ale tymczasem nadeszło trzydziestu Nijorów i zaczaiło się za drzewami. Moi bracia mogą jeszcze wyraźnie rozpoznać ich ślady. Czekali na powrót Nawajów i jeńców znad jeziora, poczem pojechali za nimi, aby na nich napaść.
— Czemu zwlekali? Teren jest jakby stworzony do napadu.
— Winnetou zastanawiał się nad tem, ale nie znalazł odpowiedzi. Może później dowiemy się, czemu Nijorowie czekali. Nawajowie wraz z jeńcami udali się do miejsca w lesie, gdzie płynie woda. Tam rozbili obóz i tam ich naszli Nijorowie.
— A zatem odbyła się krwawa walka?
— Moje oko nie mogło odkryć kropli krwi, a więc do walki we właściwem tego słowa znaczeniu nie doszło. Nawajowie byli tak zaskoczeni, że znaleźli się w pętach, zanim mogli pomyśleć o oporze. Nijorowie zostali na noc wraz z białymi i czerwonymi jeńcami na tem samem miejscu, O świcie odjechali.
— Dokąd? — zapytał Sam Hawkens.
— Nie wiem. Nie mogłem śledzić ich tropu, ponieważ miałem na was czekać.
— Musimy więc jechać za nimi! Nie dbam o króla naftowego ani o obu łotrów, którzy mu towarzyszą. Tych mogą sobie oskalpować. Ale bankiera i buchaltera trzeba bezwzględnie uwolnić. Jedno jest niejasne. Nad jeziorem przecież dosyć paszy i wody dla koni. Czemu czerwonoskórzy nie zostali tam? Dlaczego obozowali w lesie, jeśli się nie mylę?
Old Shatterhand dotychczas nie odzywał się wcale. Słuchając Apacza, przypatrywał się równocześnie płytkiemu odpływowi jeziora, przeciekającemu przez wąwóz. Teraz, po zapytaniu Sama, wskazał na ową wodę i odpowiedział:
— Zdaje się, że stąd spływa wyjaśnienie.
— Jakto?
— Czy nie czujecie? Obejrzyjcie wodę. Patrzcie, jakie tłuste plamy!
Wszyscy spojrzeli na wodę, wdychając powietrze, poczem oświadczyli, że pachnie naftą.
— Czy mój brat widział naftę na jeziorze? zapytał Old Shatterhand wodza Apaczów.
— Tak — skinął Winnetou.
— W takim razie król naftowy dobrze przeprowadził swój plan. Jedźmy! Muszę obejrzeć jezioro.
— Ale stracimy przez to wiele czasu — wtrącił Sam Hawkens. — Wszak zamierzamy ścigać Nijorów!
— Nie uciekną. Z jeńcami nie mogą szybko jechać.
Skierował konia ku wąwozowi. Oddział pojechał za nim. Zapach nafty wzmagał się z każdą chwilą. Wreszcie ujrzeli przed sobą jezioro. Ciemna, ponura powierzchnia przykuła do siebie wszystkie spojrzenia. Tylko jedna osoba odniosła odrębne wrażenie, mianowicie pani Rozalja Ebersbach. Ujrzawszy jezioro, wydała okrzyk przestrachu, ześlizgnęła się z konia, pośpieszyła ku wybrzeżu, zanurzyła palec w wodzie, obejrzała go, powąchała, poczem zawołała:
— Pioruny, wspaniałe odkrycie! Panie Hobble-Frank, powąchaj-no pan mój palec! Czy pan czuje, co to jest?
Podsunęła palec pod jego nos. Cofnął głowę i odpowiedział:
— Gdybym chciał powąchać, wsadziłbym nos w jezioro. Miałbym zapach nafty z pierwszej ręki.
— A więc przyznaje pan, że to nafta?
— Naturalnie! A może pani myśli, że uważam to za sok jagodowy? W takim razie nie zna pani mego nosa, który jest bardziej szlachetny, niż ja sam.
— Ale taka ilość, taka ilość! — zawołała prawie nieprzytomna. — Wiedziałam wprawdzie, że nafta w Ameryce tryska z ziemi, lecz nie chciało mi się wierzyć. Ale teraz płynie oto przed mojemi własnemi najżywszemi oczami! Zostaję tutaj i nikt mnie nie usunie! Nawet dziesięć wołów nie odciągnie mnie stąd, nawet jeśli pan im pomoże, panie Hobble-Frank!
— Tak? Czego pani tutaj sobie życzy?
— Założę handel naftą. Interes, jak się patrzy! Ta nafta nie kosztuje nawet szeląga, a tam u nas, w ojczyźnie, litr kosztuje dwa grosze. Tak, zostanę; osiądę tutaj i będę handlowała naftą!
Klasnęła w dłonie na znak, że nic nie zdoła zachwiać jej postanowienia. Frank odezwał się ze śmiechem:
— Niechże pani osiądzie w tej pięknej miejscowości! Ale zaraz pierwszego dnia przybędą Indjanie, wyrwą pani włosy — i to pojedyńczo. Pani sądzi, że można tu osiąść, jak w domu w fotelu ojcowskim, lub na ławce? Chce pani handlować? Kto tu przyjdzie po kupno? Z czego pani będzie żyła? I czem będziesz oddychała? Jeśli pani tu zostanie przez trzy dni, nasiąknie pani takim zapachem, że nie zmyje go cały ocean transatlantycki.
Ostrzeżenie podziałało na panią Rozalję, która z zamyśloną miną zwróciła się do męża po radę. Tymczasem reszta towarzystwa otrząsnęła się ze zdziwienia. Klęcząc na brzegu, badano naftę i głośno dzielono się spostrzeżeniami. Winnetou i Old Shatterhand wycofali się, aby obejść dokoła jezioro i przeszukać brzeg dokładniej, niż poprzednio Apacz.
Największe wrażenie wywarła nafta na kantorze. Pozostali dawno już ocknęli się, a on stał wciąż jeszcze na miejscu. Wraził rozszerzone oczy i otwarte usta w powierzchnię wody. Wreszcie Hobble-Frank zwrócił nań uwagę, podszedł i, dając mu klapsa w plecy, rzekł:
— Cała pana imaginacja zdrętwiała? Naprawdę, wydaje mi się, że pan stracił mowę ojczystą! Jeśli pan nie potrafi mówić, to spróbuj przynajmniej wyśpiewać kilka tonów, panie kantorze!
Kantor odzyskał mowę. Odetchnął głęboko, bardzo głęboko, i odpowiedział:
— Kantor emeritus, jeśli mogę prosić, panie Frank! Czuję się w szczególny sposób zemocjonowany. To nadzwyczajny widok! Opanowała mnie myśl, myśl równie dzika i nieopisana, jak to jezioro, powiadam panu.
— Jaka myśl, panie kantorze emeritus? Czy mogę wiedzieć?
— Tak. Panu to opowiem, sub conditione, że zachowa pan tajemnicę.
— O, może pan być pewny mojej dyskrecji! Czy ta myśl jest tajemnicą?
— Jeśli się dowie o niej inny kompozytor, natychmiast mnie ubiegnie. Wszak wiadomo panu o mojej operze heroicznej?
— Tak — — dwanaście aktów.
— Tak jest. A czy wie pan również, co wprowadzę do tej opery?
— Naturalnie, że wiem.
— No cóż?
— Muzykę.
— Oczywiście. To się samo przez się rozumie! Chodzi mi jednak o treść tej muzyki, o treść, odnoszącą się do inscenizacji.
— Wobec tego muszę oświadczyć, że zajmowałem się wprawdzie wszystkiemi naukami, ale co się tyczy muzycznej inscenizacji, to dopiero zaczynam ją studjować. A zatem dalej! Co pan chce wprowadzić?
Kantor zbliżył usta do ucha Franka, przystawił obie dłonie i szepnął:
— Wprowadzę takie —  — jezioro nafty!
Frank cofnął się o krok i zapytał:
— Czy na scenie?
— Tak! Nieprawdaż, jest pan zdumiony? — zapytał triumfujący emeritus. — To nawet podważy Ben Akibę!
— Ben Akibę? Dlaczego?
— Twierdził, że wszystko już było. A przecież jeziora nafty na scenie jeszcze nigdy, nunquam nie było!
— Być może. Ale, co się tyczy Ben Akiby, to się pan bezwarunkowo myli. Czy wie pan, kto powiedział, że wszystko było?
— Właśnie Ben Akiba.
— Nie. Mówi pan ni w pięć, ni w dziewięć. To Benjamim Franklin oświadczył, że wszystko już było, kiedy, po wynalezieniu piorunochronu, przechodził koło gumna, na którem już dawno sterczał piorunochron. A Ben Akiba, o ile panu wiadomo, był perskim wodzem, który pokonał greckiego cesarza Granikusa w bitwie morskiej przy Gideonie i Ajalonie.
— Drogi panie Frank, Gideon i Ajalon — to z Biblji, z księgi sędziów, gdzie Jozue — — —
— Milcz pan z łaski swojej! — zgromił go urażony Frank. — Skąd Gideon i Ajalon — to rzecz moja, a nie pana. Nie wtrącaj się pan do mojej wiedzy, jak ja się nie wtrącam do pańskiej! Wszak zostawiam panu wolną wolę. Czy pan wprowadza do opery jezioro nafty, czy operę do jeziora nafty, to mnie nic a nic nie obchodzi!
Odwrócił się i przyłączył do Drolla, Sama, Dicka Stone i Willa Parkera, którzy, podobnie jak Old Shatterhand i Winnnetou, zaczęli badać teren. Old Shatterhand zauważył ich, pośpieszył szybko i poprosił.
— Miejcie się na baczności, messurs; nie zacierajcie śladów! Co właściwie chcecie tutaj wypatrzeć?
— Chcemy odszukać miejsce, gdzie napadnięto na pięciu białych, — odpowiedział Hawkens.
— Nie odszukacie. Nasze konie zatarły wszelkie ślady nieopodal wąwozu. My szukamy czego innego, znacznie ważniejszego
— Czego, sir?
— Jaskini, gdzie ukrywano beczki z naftą. Hultaje dobrze zatarli ślady.
— Nie do wiary! Jaskinia, która może pomieścić tyle beczek, musi być obszerna, a zatem mieć szersze wejście. Wytoczono beczki nad wodę i po odszpuntowaniu i wypróżnieniu ukryto zpowrotem. Musiały przecież pozostać ślady!
— Naturalnie. Ale właśnie te ślady znakomicie zatarto.
— Pozwólcie szukać, sir! Na pewno wykryjemy.
— Dobrze, ale starajcie się nam nie przeszkadzać.
Zazwyczaj tak domyślni westmani przeszukali całą kotlinę; upłynęła godzina, a nie osiągnęli celu. Winnetou, niedościgniony mistrz w szukaniu śladów, stracił wszelkie nadzieje i rzekł do Old Shatterhanda:
— Mój biały brat nie powinien się trudzić. Tylko przypadek może nam odkryć jaskinię.
Aliści Old Shatterhand był bardziej uporczywy. On nie miałby znaleźć miejsca, którego istnienie zostało absolutnie stwierdzone? Uważał za punkt honoru osiągnięcie celu, i odpowiedział:
— Co potrafi przypadek, do tego i my jesteśmy zdolni. Poco uczono nas myśleć? Zamknął oczy, aby nic mu nie przeszkadzało, i stał przez chwilę cicho i nieruchomo. Winnetou obserwował go, zobaczył szczególny wyraz twarzy i zapytał:
— Mój brat znalazł drogę?
— Tak, — rzekł Old Shatterhand, otwierając ponownie oczy, — co najmniej mam nadzieję. Nietrudno będzie znaleźć jaskinię. Było z czterdzieści ciężkich pełnych beczek. Takie baryłki musiały trawę tak ugnieść, że niepodobna jej podnieść rękoma. Będzie leżała przez szereg jeszcze dni. Lecz ta praca została dokonana dopiero w wczoraj, najwyżej przedwczoraj. Trawa zatem musi jeszcze być zgnieciona. Czy mój czerwony brat podziela moje zdanie?
— Old Shatterhand ma słuszność — potwierdził Apacz.
— Ślad zatem ciągnie się tamtędy, gdzie niema trawy. Droga od brzegu do skały z jaskinią jest niezarośnięta.
Uff, uff! — krzyknął Winnetou. Bronzowa jego twarz spłonęła rumieńcem radości, czy też wstydu, że sam nie wpadł na tę myśl.
— Zresztą, — dodał Old Shatterhand — należy sądzić, że przy przenoszeniu barył została rozlana nafta i że brzeg został uszkodzony. Byłoby to widoczne, gdyby brzeg pokrywała darnina. Natomiast na gołej ziemi, czy kamieniu można było uszkodzenie naprawić. A teraz niech mój czerwony brat przeszuka całe wybrzeże; wszędzie ujrzy trawę i darninę, za wyjątkiem dwóch miejsc, które wnet przeszukamy.
Jedno z owych miejsc znajdowało się blisko wylotu kotliny. Tam poszli obaj w towarzystwie westmanów, ciekawych wyniku.
Szeroki, może na trzy łokcie, pozbawiony roślinności pas piasku szlamistego i żwiru ciągnął się od skał do jeziora. Myśliwy ukląkł wpobliżu jeziora i obwąchał ziemię.
— Znalazłem! — zawołał. — Tu pachnie naftą. Rozlano tu zapewne nieco płynu.
Rękoma odgarnął ziemię. Grunt był zwilżony naftą. Zasypano go warstwą piachu.
— A więc tu wypróżniono beczki — rzekł. — Jeśli nawet brzeg został uszkodzony, łatwo było to zamaskować żwirem. Jaskini należy szukać tam, gdzie ten pas dochodzi do skał. Zobaczymy!
Szedł owym pasem, który kończył się u skały wysokim nasypem; pozostali poszli za nim. Zatrzymał się przed nasypem, obejrzał go i oświadczył:
— Tak. Jesteśmy u celu. Za tym kopcem znajduje się jaskinia.
Hobble-Frank chciał się pochlubić swojem znawstwem i zapytał:
— To stwierdził pan jednem spojrzeniem, panie Shatterhand?
— Tak — odparł zapytany.
— W takim razie i ja musiałbym poznać. Czy mogę spojrzeć?
— Proszę bardzo!
Frank oglądał nasyp ze wszystkich stron, ale zdawał się nic nie znajdować.
— No? — zapytał Old Shatterhand. — Co pan widzi, miły Franku?
— Kupę podobną do każdej innej; ta się nazywa kupą kamieni, gdyż jest kupą, składającą się z kamieni.
— Czy widzi pan tylko kamienie?
— Tak. Nic poza tem.
— Niech pan rozważy, że w takich okolicznościach nawet najmniejsza drobnostka nabiera ogromnej wagi!
— Tak, a zatem mam szukać drobnostki najmniejszej. Ale nic nie znajduję!
To samo mogli orzec pozostali. Tylko Apacz wydał cicho radosny okrzyk — Uff! — Jego spojrzenie padło na martwego chrabąszcza, do połowy wysuniętego z pod kamienia.
— Dziwne! — roześmiał się Old Shatterhand. — Tylko Winnetou zmiarkował, co mam na myśli. Frank, czy nie widzi pan tego czarnego chrabąszcza, który do połowy wychylił się z pod kamienia?
— Tak, chrabąszcz. Zauważyłem od początku.
— No, i — — —?
— No — — i — —? Co no, co i? Chrabąszcz i nic więcej!
— Nic więcej? Nawet bardzo wiele, gdyż stwierdza, że stoimy przed jaskinią.
— Jakto? Ten? Co on może twierdzić? Gdyby nawet rozmawiał po ludzku, to przecież tylko za życia.
— Tak. Co go jednak pozbawiło życia?
— Czy ja wiem? Może zwężenie kiszek, może zapalenie stawów.
— Weź go pan i obejrzyj!
Frank musiał podnieść kamień, aby wziąć chrabąszcza.
— Kamień go przycisnął — oświadczył po zbadaniu.
— Słusznie! Ale jakże się to mogło zdarzyć? Czy ten owad sam się wtłoczył pod kamień z samobójczą intencją?
— Nie. Nato był chrabąszcz za słaby. Kamień opadł nań i — — —
Urwał, namyślał się przez chwilę, uderzył ręką w czoło i zawołał:
— Nareszcie złapałem byka za rogi! Teraz pojmuję! Czy można było pomyśleć, że taki roztropny człek, jak ja, okaże się tak bajecznie głupi! Kamienie przyprawiły biednego chrabąszcza o śmierć. Więc kopiec z początku usunięto, a potem znowu usypano. Poco i dlaczego? Ponieważ zamyka wejście do jaskini i — —
Hobble-Frank znowu umilkł i nadstawił ucha.
— Co takiego? Zapytał Old Shatterhand.
— Słyszałem coś — odparł Frank.
— Gdzie? W jaskini?
— Tak. Głuchy szmer jakgdyby podziemnego głosu. Boże miłosierny! Chyba to nie niedźwiedź!
— Wątpię!
— Ale jakież to brzmienie! Posłuchaj pan! Znowu słyszę!
Old Shatterhand ukląkł i nasłuchiwał. Naraz skoczył na równe nogi i zawołał:
Panie Boże, tam są ludzie! Wołają o pomoc! Usuńcie kamienie, natychmiast, natychmiast!
Dziesięć rąk zabrało się bezzwłocznie do wykonania rozkazu. Po kilku chwilach ukazał się otwór jaskini.
— Czy jest tam kto? — zapytał Old Shatterhand po angielsku.
Yes — odpowiedziały dwa głosy równocześnie.
— Któż taki?
— Nazywam się Rollins — a ja Baumgarten — odpowiedzieli obaj.
— Rollins i Baumgarten! — rozległo się dookoła.
To była wielka niespodzianka. Wszyscy sądzili, że obaj ci ludzie dostali się do rąk Nijorów, po uprzedniem schwytaniu przez Nawajów. Uwięzieni byli uszczęśliwieni głosem ludzkim i światłem dziennem, które przenikało przez coraz większy otwór. Pomyśleli, że to może jednak być król naftowy z Buttlerem i Pollerem. Dlatego bankier zapytał o nazwiska.
— To my, — odezwał się Hobble-Frank, zawsze skory do usług, — zbawcy w potrzebie: Winnetou, Old Shatterhand, Droll, Sam, Dick i Will. Przekonacie się naocznie. Wchodzę do was!
Wlazł do otworu, z którego rozległ się okrzyk radosny. Wkrótce cały nasyp został usunięty. Otwór był średniej wysokości ludzkiej i tak szeroki, że łatwo było przenieść baryłkę. Frank zatrzymał innych i rzekł:
— Zostańcie! Zaraz przyjdziemy. Muszę przedewszystkiem przeciąć im pęta.
Nadeszli śmiertelnie bladzi z przebytego strachu, osłabieni pod wpływem więzów i odurzeni zapachem nafty, panującym w jaskini. Uścisnęli ręce znajomym z rancha Fornera, poczem pełnemi czci spojrzeniami zmierzyli Old Shatterhanda i Winnetou.
— Mogliście łatwo przeprawić się na tamten świat — oświadczył Old Shatterhand. — Długośmy napróżno szukali tej jaskini i już zamierzaliśmy opuścić jezioro. Gdybyśmy ten zamiar wykonali, zginęlibyście powolną śmiercią. Naturalnie, jesteście spragnieni i głodni?
— Ani jedno, ani drugie, — odpowiedział Baumgarten. — Dziękuję panu, sir! Nie myśleliśmy o jedzeniu, ani o piciu, lecz o straszliwej śmierci, któraby nas dotknęła, gdyby nie wasza pomoc.
— Czyście się nie spodziewali, że przyjaciele pojadą za wami?
— Jakże mogliśmy? Sądziliśmy, że jęczą uwięzieni w pueblu. Mogę pana zapewnić że wdzięczność, którą — —
— Nie mówcie o tem! — przerwa! Old Shatterhand. — Odłóżcie podzięki na później! Teraz naewszystko chcę się dowiedzieć o czemś ważniejszem. Prawdopodobnie, mimo osłabienia, możecie odpowiadać.
— O, na świeżem powietrzu czujemy sie znacznie lepiej!
— Pięknie! Zresztą, nie jest pan nam obcy. Winnetou i ja widzieliśmy już pana.
— Ach! Kiedy i gdzie? — zapytał bankier.
— O dzień jazdy do puebla, gdyście wieczorem siedzieli nad strumykiem. Podpełzliśmy do was między gałęźmi tak blisko, żeśmy słyszeli waszą rozmowę.
Good luck! A więc dowiedzieliście się o placerze nafty.
— Tak.
— I żeśmy dążyli do Gloomy-water?
— Gdzie niema nafty... Tak, słyszeliśmy.
— Sądziliście, że niema tam nafty? Dlaczegoście się nie pokazali? Dlaczegoście nas nie ostrzegli?
— Dlaczego? Ponieważ zachodzi pytanie, czybyście mi uwierzyli. Wszak was ostrzegano bez skutku. Zresztą, nie mieliśmy czasu zajmować się królem nafty. Musieliśmy jechać do puebla, aby uwolnić jeńców.
— I samowtór podołaliście?
— Jak widzicie, tak.
— Ależ to być nie może! — zawołał Rollins, szeroko wytrzeszczając oczy. Dwóch ludzi! I nikt więcej! Jakże pan tego dokonał, sir?
— Później panu opowiemy, Mr. Rollins. Teraz chcielibyśmy się dowiedzieć cd pana, w jaki sposób uciekliście z puebla i co się później przytrafiło. Siądźcie i opowiadajcie!
Całe towarzystwo usiadło na trawie, i bankier zdał sprawę z przygód ostatnich dni kilku. Można sobie wyobrazić, w jaki sposób odzywał się teraz o trójce oszustów. Atoli Old Shatterhand przerwał:
— Gniewaj się nietylko na nich, ale także na siebie, sir! Zaufanie, którem obdarzałeś tych szubrawców, jest niepojęte. Podobnie ta beztroska, z którą pan wystawiał się na niebezpieczeństwa, jest dla mnie, naprawdę, niezrozumiała.
— Uważałem Grinleya za uczciwego człowieka — bronił się Rollins cichym głosem.
Pshaw! Temu łotr patrzy z oczu. A również kiedy chodzi o tak wielkie sumy i takie przedsiębiorstwo, inaczej się do rzeczy należało zabrać.
— Wywierał na mnie presję. Wszystko miało się odbyć w tajemnicy.
— Aha! Czy Mr. Baumgarten jest ekspertem w kwestjach nafty?
— Nie.
— Co z was zs ludzie! Powinniście byli przynajmniej zabrać ze sobą fachowca!
— Grinley sądził, że chwilowo to zbyteczne. Ponieważ nafta pływa na powierzchni wody, więc trzeba tylko rzucić na nią okiem, aby się przekonać, że interes jest naprawdę świetny.
— A kiedyście tu przybyli i zobaczyli, jak nafta pływa na powierzchni wody, byliście bardzo zachwyceni?
— Naturalnie! Przyznaje pan chyba, sir, że to pierwszorzędny placer nafty?
Old Shatterhand zmierzył go zdumionym spojrzeniem, zanim odpowiedział:
— Widzi mi się, że jeszcze teraz nie zdaje pan sobie sprawy z sytuacji. Uważacie to jezioro za naturalny basen nafty?
— Stanowczo! Grinley mówił prawdę; ale, po otrzymaniu naszego przekazu, szubrawcy powalili nas i zamknęli w jaskini. Prawdopodobnie zamierzają teraz sprzedać jezioro komu innemu.
— Czyście nie obejrzeli jaskini?
— Jakże mogliśmy? Kiedyśmy się ocknęli, w jaskini było ciemno. Silny zapach nafty świadczył, że tam jest właściwe jej źródło.
— To słusznie. Ale nie jedno źródło, lecz wiele źródeł, skleconych z drewnianych klepek.
— Klepek? Nie rozumiem!
— A więc zejdźcie tam i rozejrzyjcie się, messurs! Wprawdzie nie byłem jeszcze w jaskini, ale, sądzę, że znam jej zawartość. Przedtem chciałbym zapytać, czy dobrze obejrzeliście naftę?
— Naturalnie.
— I jakie pan wyniósł przekonanie?
— Oględziny wypadły jak najpomyślniej.
— Moje również — roześmiał się Old Shatterhand. — Nie jest to ropa naftowa, z której dopiero wyrabia się olej lampowy, smarowy i naftę. Jest to już nafta rafinowana. Czy to nie wydało się wam podejrzanem?
— Nie. Chce pan powiedzieć, że to nie jest ropa naftowa?
— Tak. To mam na myśli.
— A cóżto takiego?
— Sam pan odpowie na to pytanie, skoro obejrzysz jaskinię. Jak pan sądzi, od jakiego czasu jezioro obfituje w naftę?
— Kto może wiedzieć! Od stuleci może, albo i dłużej.
— Kto może wiedzieć? Ja wam powiem: od onegdaj.
— Od — — oneg — daj? — powtarzał bankier. — Znowu pana nie rozumiem, sir!
— Nie? W takim razie muszę wyrażać się jaśniej. Przecież Bóg pana obdarzył wzrokiem — czy nie widzisz ogromnych ławic zdechłych ryb?
— Naturalnie.
— Co mogło przyprawić je o śmierć?
— Oczywiście, nafta. Ryba nie może żyć w nafcie.
— Doskonale! Od jak dawna mogą być te ryby nieżywe?
— Może od dwóch dni, niedłużej, gdyż inaczej dawnoby zgniły.
— A gdzie się znajdowały za życia? Czy spacerowały pod drzewami? Ryby nie żyją od dwóch dni, a zatem do onegdaj żyły w jeziorze. Nafta je zatruła. A więc, od jak dawna nafta znajduje się w jeziorze?
Teraz dopiero bankierowi rozjaśniło się w głowie. Zerwał się na równe nogi, wraził oczy w Old Shatterhanda, powiódł wzrokiem po jego towarzyszach, poruszył wargami, — lecz nie mógł dobyć głosu.
— No, jakże, sir, nie chce mi pan dać odpowiedzi? Jeśli od onegdaj znajduje się tutaj pewien gatunek nafty, wyrabiany w rafinerjach, więc chyba można się pytać, jak należy wyjaśnić tak wielce interesujący i niepojęty fakt. Odpowiedź znajdzie pan w jaskini. Wejdź pan, Mr. Rollins!
— Wejdę, wejdę! — zawołał bankier. — Wpada mi coś na myśl, coś tak niezwykłego, że nie mogę tego wypowiedzieć. Chodź pan, Mr. Baumgarten!
Pociągnął za sobą buchaltera i znikł w jaskini. Towarzystwo usłyszało stamtąd parę okrzyków; potem rozbrzmiało toczenie się kilku beczek; wkońcu bankier wyskoczył i zawołał w podnieceniu:
— Co za szwindel! Co za oszustwo! Sprowadzono naftę, aby wyłudzić ode mnie pieniądze!
— Tak jest, sir, — potwierdził Old Shatterhand. — Kiedy tylko usłyszałem o nafcie, byłem przeświadczony, że to szwindel. Król naftowy wysłał naprzód Buttlera i Pollera nie na zwiady, lecz w celu wypróżnienia beczek i ukrycia ich następnie w jaskini. To oszustwo zostało przygotowane oddawna, starannie, z wielkim nakładem pracy. Przecież niełatwo sprowadzić tutaj czterdzieści baryłek nafty.
— Ale też dobrze im zapłacono, hihihihi! — roześmiał się Sam Hawkens. — Chcecie wyczerpać naftę i napełnić ponownie beczki, czy też zabierze pan ze sobą puste baryłki, Mr. Rollins?
— Nie drwij pan ze mnie! — zawołał bankier. — Moje pieniądze, moje pieniądze, piękne pieniądze! Muszę je odzyskać za wszelką cenę. Musi mi pan pomóc, Mr. Shatterhand!
— Tymczasem nie chodzi o pieniądze, lecz o przekaz, — odpowiedział myśliwy. — Uważa pan, że na ten przekaz wypłacą im pieniądze w San Francisco?
— Pewnie, jeśli łotrom uda się zbiec z niewoli i dotrzeć do Frisco. Wszak mówił pan poprzednio, że schwytali ich Nijorowie.
— Tak jest. Z początku napadli na nich Nawajowie, a potem wszyscy razem dostali się w ręce Nijorów.
— Prawdopodobnie Indjanie ograbili jeńców. Jak pan sądzi, sir?
— Na pewno.
— A więc odebrali królowi nafty przekaz? W takim razie czek nie dojdzie do San Francisco!
— Ja też tak sądzę, aczkolwiek nie twierdziłbym, że odebrali Grinleyowi kwit. Niektóre plemiona są tak ucywilizowane, że znają sztukę czytania a nawet pisania, ale do takich nie zaliczają się tutejsze szczepy. Dziki Indjanin uważa każde pismo za czary, których nie powinien dotykać. Dlatego mogło się zdarzyć, że Nijorowie zostawili Grinleyowi przekaz. Jeśli mu się uda zbiec, pojedzie do Frisco i odbierze pieniądze.
— A więc najlepiej go wyprzedzić! Jak się pan zapatruje na podróż moją i Baumgartena do Frisco w celu uprzedzenia tamtejszego banku? Skoro szubrawiec przyjdzie z czekiem, zostanie bezzwłocznie aresztowany.
— Wobec obecnie panujących tutaj stosunków trzeba tej myśli zaniechać. Nie zajedzie pan daleko. Zresztą, zbyteczna jest podróż do San Francisco, gdyż wystarczy jechać do Prescott, aby zawiadomić tamtejszą władzę i ostrzec bank przez pocztę.
— Słusznie, bardzo słusznie! A więc ruszamy do Prescott! — Nie tak prędko, Mr. Rollins! Stąd do Prescott jest co najmniej dziesięć dni jazdy, ponieważ długość linji powietrznej wynosi prawie pięćdziesiąt mil geograficznych. A co najważniejsze, czy zna pan drogę?
— Nie. Może kto z waszych znajomych zechciałby towarzyszyć nam za dobrą zapłatę.
— Żaden z nas nie najmuje się na przewodnika. Należy także rozważyć, że droga do Prescott wypada przez miejscowości, te raz bardzo niebezpieczne. Trzy osoby — wy obaj i przewodnik? Nawet jeśli te będzie dzielny zuch, należy sądzić, że nie dotrzecie do celu.
A więc mam z założenemi rękami czekać, aż stracę majątek?
Szi-So, młody Nawaj, podszedł do Shatterhanda i rzekł:
— Sir, czy pozwoli mi pan odpowiedzieć na pytanie, zadane przez Mr. Rollinsa?
— Proszę — skinął myśliwy.
Szi-Szo zwrócił się do bankiera i rzekł pewnym siebie tonem:
— Niech się pan nie smuci, sir! Otrzyma pan przekaz zpowrotem.
— Istotnie? — zapytał ucieszony Rollins. — W jaki sposób?
— Ode mnie. Jestem Nawaj. Nijorowie są teraz naszymi wrogami. Schwytali w niewolę ośmiu Nawajów, moich braci. Mam obowiązek pokusić się o uwolnienie tych jeńców. A wówczas także król naftowy wpadnie w moje ręce. Odbiorę mu przekaz i zwrócę panu.
Bankier ze zdumieniem obejrzał młodzieńca, który mówił z taką pewnością siebie.
— Chce pan uwolnić swoich braci, mój mały sir? Czy wie pan, ilu Nijorów ich napadło?
— Tylko trzydziestu.
— Tylko?! I pan sam zamierza z nimi stanąć do walki?
— Nie lękam się ich. Zresztą, nie będę sam. Odszukam wojowników mego plemienia.
— Czy wie pan, gdzie obozują?
— Było ośmiu wywiadowców; z tego należy sądzić, że wojownicy obozują niedaleko.
— Ale, Szi-So, nim ich znajdziecie, upłynie sporo czasu i Nijorowie tymczasem uciekną.
— Nie uciekną! — wtrącił Old Shatterhand. — Co powie o mojem postanowieniu Winnetou?
Nie wyraził jeszcze tego postanowienia, a jednak Apacz zrozumiał go i natychmiast odparł:
— Pochwalam. Udamy się w pościg za Nijorami, odbijemy Nawajów i odbierzemy czek od króla naftowego.
— Dziękuję wam, dziękuję! — zawołał ucieszony Rollins. — Wobec tego nie ulega wątpliwości, że odzyskam pieniądze! Ale kiedy wyruszymy? Naturalnie, że natychmiast, moi panowie?
— Jak najprędzej — odpowiedział Old Shatterhand. — Przedtem jednak obejrzę jaskinię, a następnie Winnetou zaprowadzi mnie do miejsca w lesie, gdzie obozowali Nijorowie.
Dopiero teraz zbadano wnętrze jaskini. Była to naturalna grota, wydrążona przez spływające z lasu zacieki. Stąd to wąskie pasmo piasku i gruzu, które prowadziło do Mrocznej Wody. Stało tutaj czterdzieści baryłek od nafty, parę haków i topór nic więcej. Dwie beczki były rozbite; zabrano szczapy, gdyż stanowiły świetny materjał palny, który mógł się przydać w miejscach pozbawionych drzewa.
Następnie Winnetou i Old Shatterhand poszli zbadać miejsce, gdzie obozowali Nijorowie. Towarzystwo, oczekując ich powrotu, rozłożyło się na trawie. Utworzyły się liczne grupy. Ale wszystkich zajmował jeden i ten sam temat: przeżycia ostatnich kilku dni, czyny Old Shatterhanda i Winnetou.
Zwłaszcza Hobble-Frank prawił o nich wiele. Siedział wraz z niemieckimi wychodźcami i opowiadał właściwą sobie drastyczną gwarą kilka zdarzeń ze współżycia z Old Shatterhandem i Winnetou. Kantor przysłuchiwał się z wielką uwagą i wykorzystał pauzę w opowiadaniu Franka, aby zauważyć:
— Oto właśnie, czego mi trzeba! Takie czyny chcę pokazać na scenie! Ale natrafiam na trudność, do której przezwyciężenia może się pan przyczynić, panie Hobble-Frank.
— Jaka trudność? Ja właśnie lubię trudności. Zadanie łatwe — ani mnie grzeje, ani ziębi. Ale trudne, żądające wysiłku, — oto, co zawsze było moją namiętnością. A więc zwracaj się pan do mnie, panie kantorze emeriticus! Jaką trudność ma pan na myśli?
— Hm! Czy słyszał pan, aby Old Shatterhand, lub Winnetou śpiewali?
— Śpiewali? Nie!
— Ale wszak umieją śpiewać? A może pan myśli, że nie?
— Czy umieją śpiewać? Co za pytanie! Wstydziłby się pan o tem wątpić! Powiadam panu, że ci dwaj panowie umieją wszystko bez wyjątku, a zatem także śpiewać.
— Nie przemawiaj tak surowo, panie Hobble-Frank! Nie chciałem ich urażać. Jak pan sądzi, czy Old Shatterhand zaśpiewa, jeśli go o to poproszę?
Hm! — mruknął Hobble-Frank z uśmiechem powątpiewania.
— A Winnetou?
— Ten na pewno nie! Jest mistrzem we wszelkich sztukach, sądzę przeto, że i pierwszorzędnym śpiewakiem; ale, jeśli mam być szczery, nie mogę sobie nawet wyobrazić Winnetou śpiewającego.
— Naprawdę nie?
— Nie. Wyobraź pan sobie tego znakomitego wodza z rozkroczonemi nogami i rozwaloną gębą na sali koncertowej, śpiewającego śliczną pieśń: Jasne słoneczko późno dziś wstało.
— Słowa pana nie są pozbawione pewnej racji. Ale przecież Indjanie także śpiewają!
— Naturalnie! Słyszałem już niejednego śpiewaka w mokasynach.
— Jakżeto brzmiało? Co śpiewali? Czy na jeden głos, czy też na wiele? To bardzo dla mnie ważna sprawa.
— Znowu pan zadaje dziwaczne pytanie! Kiedy jeden śpiewa, mamy śpiew na jeden głos. A może pan sądzi, że jeden człowiek może śpiewać na osiem głosów? Kiedy dwunastu śpiewa — jest śpiew na dwanaście głosów. Każdy dudek na tem się pozna. Chce pan wiedzieć, jak to brzmi? No, nie tak, jak u wielkich kompozytorów Mozarta, Galvaniego, Correggio. Niełatwo jest opisywać głos. Wyobraź pan sobie jednak wielkie miechy kowalskie, w których siedzą: biały niedźwiedź, kogut i troje prosiąt; zacznij pan wyciągać i ściskać te miechy, a będzie to brzmiało jak prawdziwa indjańska operetka. Czy zrozumiał pan?
— Tak. Exemplum pana jest dosyć jasne.
— No, więc co pan chce od Old Shatterhanda i Winnetou? Dlaczego mają śpiewać?
— Ponieważ chciałbym wiedzieć, jakie mają głosy.
— Piękne głosy, oczywiście, bardzo nawet piękne głosy! Obraziłby pan ich, gdybyś nie dowierzał mojemu zapewnieniu.
— Że piękne, nie wątpię; chciałbym jednak wiedzieć, czy to tenory, barytony, czy basy?
— Czy zależy panu na tej wiadomości?
— Tak. Wszak będą głównymi bohaterami mojej opery. A zatem muszę znać tonację ich głosów.
— Banialuka! Tonacja głosów! Poco panu wiedzieć o tem zgóry? Old Shatterhand i Winnetou wystąpią i zaśpiewają. Dobrze — więc czekaj pan, a dowiesz się, czy mają tenory, basy, czy barytony! Niema przecież potrzeby frasować się o to zgóry.
— Mylisz się pan! Wszak muszę przedtem skomponować opus, które będą śpiewać!
— Naturalnie! To obowiązek pana jako kompozytora.
— A więc muszę wiedzieć, czy ułożyć śpiew na bas, czy na tenor!
— Kładź go pan w partyturę — tam jego miejsce! Później znajdzie go kapelmistrz, jeśli zna się na muzyce, o czem nie chcę wątpić.
— Ależ — gorączkował się kantor — zanim opracuję partyturę, muszę wiedzieć, jaki głos — —
— Zostaw mnie pan ze swoim głosem w spokoju! — rozzłościł się Frank. — Powiedziałem już panu, co o tem myślę. Przecież posiada pan coś na podobieństwo ludzkiego rozumu, a więc chyba wystarczy panu raz powiedzieć. Zmiarkuj pan to sobie, że prawdziwa mądrość nigdy nie wymaga powtórzenia!
Kantor otworzył usta do odpowiedzi; dlatego Hobble-Frank dodał:
— Milcz pan! Pozwól mi się pan wypowiedzieć! Rada, której panu udzielam, jest wyśmienita i oszczędzi panu wiele czasu, troski i roboty. Niech pan skomponuje swoją heroiczną operę, ale niech pan sobie głowy nie zaprząta basem, czy tenorem: kiedy podniosą kurtynę i artyści zaczną śpiewać, wówczas samo się okaże, czy się nadają na tenorów, czy też urodzili do kontrabasów. Chyba to rzecz śpiewaka, czy brać ton wysoki, czy niski. Ja, naprzykfad, nie pozwoliłbym sobie narzucać tenora, skorobym miał kontrabas w gardle. Zechciej mi pan wierzyć! Mogę o tem wyrokować, gdyż za owych czasów, kiedy byłem pomocnikiem leśniczego w Moritzburgu, należałem do miejscowego kółka śpiewaczego, i nawet piastowałem poufną godność klucznika; mianowicie, po ćwiczeniach, zamykałem na klucz nuty i pałeczki, co, zdaje się, ma jakieś znaczenia!
Hobble-Frank nie poprzestałby na tem; ale oto wrócili Winnetou i Old Shatterhand i zalecili przygotować się do wymarszu.
— Szliśmy — oznajmił Old Shatterhand — jakiś czas po śladzie Nijorów. Zdaje się, że zdążają ku Chelly, z czego powinniśmy być zadowoleni, tamtędy bowiem prowadzi również nasza droga. — — —




III
KANTOR EMERITUS

Oddział ruszył w drogę. Nie było czasu zasypywać zpowrotem jaskini. Pozostawiono ją otwartą.
Po przebyciu wąwozu, Winnetou, jadący na czele, skierował się ku miejscu, gdzie Nijorowie spędzili noc ubiegłą. Natknęli się na ich szlak. Prowadził na wyżynę, a następnie do długiej doliny, która się kończyła sawaną, tak obszerną, że niepodobna było dojrzeć jej granic. Ślad Indjan gubił się w tym płaskowyżu.
Tutaj nasi podróżni nie lękali się nieoczekiwanego spotkania z wrogiem; każdą istotę można było ujrzeć już zdala. Dlatego obaj przewodnicy pozwolili swoim towarzyszom jechać w dowolnym szyku i porozumiewać się głośno.
Kantor nie był zadowolony z odpowiedzi Franka. Zbliżył się do niego i zapytał:
— Panie Hobble-Frank, czy zechce mi pan wyświadczyć przysługę?
— Czemu nie? Ale jaką?
— Nie uszła mojej uwagi zażyłość pana z Old Shatterhandem. Spełni każdą pana prośbę. Namów go pan, aby zaśpiewał jakąś pieśń, chociażby jedną tylko strofę! Zgoda?
— Nie, drogi przyjacielu, nie mogę go o to prosić; ślicznieby mnie osadził, a jakże! Spróbuj pan sam. Zresztą, mówi pan stale o muzyce, a nie o tekście. Czy nie zna go pan?
— Nie.
— No, w takim razie nie wolno panu tracić czasu. Zwróć się czem prędzej do poety obdarzonego talentem!
— Sądzę, że sam stworzę podobny tekst. Zresztą, napróżno szukałbym tutaj poetów.
— Tak? Do kroćset! Sądzi pan zatem, że niema tu poety?
— Tak.
— Słuchaj pan, ulegasz optycznemu złudzeniu, z którego muszę pana wyleczyć. Jest między nami poeta.
— Naprawdę? Kogo pan ma na myśli? Hobble-Frank skierował palec ku piersi i z naciskiem rzekł:
— Siebie.
— Ach, pan? Czy pisze pan poezje?
— A jakie!
— Nieprawdopodobne!
— Ach, co tam nieprawdopodobne! Umiem wszystko! Powinien to pan był już zauważyć! Powiedz-no, master, słówko, a dam panu dwadzieścia do niego rymów! W ciągu dwóch, najwyżej trzech godzin ułożę tekst operowy, że tylko paluszki lizać. Jeśli pan wątpi, to, proszę, niech mnie pan wypróbuje!
— Pana wypróbować? Weźmie mi pan za złe.
— Ani mi przez myśl nie przejdzie. Jakże lew, lub orzeł może brać coś za złe jaskółce! A więc, powiedz pan, co mam skomponować!
— No dobrze, zrobimy próbę! Pomyśl pan sobie pierwszy akt mojej opery! Podnosi się zasłona. Widać prastary las. Pośrodku, na ziemi, Winnetou podkrada się do wroga. Co ma śpiewać?
— Śpiewać? Nic, naturalnie!
— Nic? Dlaczego? Przecież musi coś śpiewać. Skoro kurtyna idzie do góry, publiczność chce coś usłyszeć!
— W takim razie ta publiczność jest beznadziejnie głupia! Winnetou, skradający się do wroga, miałby śpiewać! Czy nie pojmuje pan, że wróg na pewno usłyszy i zwieje?
— Tak, tutaj, na Dalekim Zachodzie. My jednak mówimy o scenie. Winnetou musi śpiewać, musi bezwarunkowo!
— No, jeśli naprawdę musi, jeśli jego śpiew jest nieodzowny, to niech sobie śpiewa.
— Lecz jakie słowa? Publiczność nie zna go jeszcze; jego śpiew powinien przedstawić go widowni.
— Pięknie! Mam już. Pełza więc po ziemi i śpiewa:

Jam Winnetou, wódz czerwony.
Na dzikiej prerji urodzony.
Mam wyczulony słuch
I wzrok mój starczy na dwóch.
W trawie na brzuchu pełzam sobie.
Zapach ogniska węchem łowię.

Wypowiedziawszy ten wiersz, obrzucił kantora triumfującem spojrzeniem, jakgdyby oczekując najwyższego uznania. Ponieważ emeritus milczał, Frank odezwał się pierwszy:
— No, co pan o tem powie? Jest pan zachwycony, czy nie?
— Nie — wyrzekł zapytany.
— Nie? Wszak spodziewam się, że umiał pan wysoko ocenić to, coś przed chwilą usłyszał. Niech pan wyrazi swoje zdanie!
— Rozgniewałbym pana.
— Nie! Niema takiego stworzenia śród nas, któreby mogło mnie rozgniewać. Duchowo góruję ponad wszystkiem.
— No, niechże się więc pan dowie, iż te dziadowskie rymy, opiewające, że Winnetou urodził się w Ameryce, że ma oczy, że łowi węchem, a nie uszami, chociaż ma i uszy, że pełza nie na grzbiecie, lecz na brzuchu, — nic nie wyrażają! Treść ich jest tak oczywista sama przez się, że trzeba ją pominąć. A zatem, proszę, niech pan co innego wymyśli!
W miarę, jak kantor wypowiadał swój sąd, oczy Hobbie-Franka coraz się bardziej rozszerzały, a brwi podnosiły. Słuchał z takim wyrazem twarzy, jakgdyby nie dowierzał własnym uszom; poczem rozwalił usta i wybuchnął:
— Co pan gada? Co pan za sieczkę wymłócił? Co ja ułożyłem? Dziadowskie rymy?
— Tak, tak się zwykle nazywa tego rodzaju wiersze, panie Hobble-Frank, — odpowiedział swobodnie kantor.
— Dziadowskie wiersze, dziadowskie wiersze! Czy mnie słuch nie zwodzi? Ja, znakomity myśliwy prerji, westman Hobble-Frank, ułożyłem dziadowskie rymy! W takim razie wszystko się kończy! Żaden człowiek nie mówił mi przecie nic podobnego, żaden! Z początku wymaga pan, żebym zaprezentował Winnetou, a kiedy go prezentuję, twierdzi pan, że to zbyteczne! Czemu nie sprostuje pan dotychczas swego błędu? Pan jest zbyteczny, nikomu niepotrzebny emeritikus! Ja zaś, który pełnię honorową powinność myśliwego, odtąd żyć będę dla pana w krainie błogosławionych duchów i olimpijskich gier, do których dostęp dla emeritikusów jest na zawsze zamknięty!
Spiął konia ostrogami i pogalopował na sawanę.
— Stój Franku, dokąd to? — zawołał ciotka Droll.
— Poza wasz horyzont duchowy! — odpowiedział Frank.
— Obyś się tylko nie zapadł pod horyzont!
Gniewny westman pojechałby dalej, gdyby Old Shatterhand nie zalecił mu stanowczo wrócić. Usłuchał wezwania i przyłączył się do Drolla.
— Co się stało? — zapytał ciotka Droll. — Masz taką złowrogą minę. Czy znowu się uraziłeś?
— Milcz! Nie mów nic o mojej pobłażliwości i tolerancji! Ubliżono mi tak okrutnie, że włosy stanęły mi na głowie olbrzymim cedrem.
— Któż to sprawił?
— Były kantorowy i organowy grajek.
— Obraził cię?
— W najwyższym stopniu Celsjusza!
— Czem?
— Nie twoja to rzecz, ty stara, gruba, wszędobylska ciotko!
Droll uśmiechnął się zukosa i umilkł. Wiedział, że najlepiej będzie zostawić Hobble-Franka jego gniewowi.
Już po godzinie minęli sawanę; potem zniknęła trawa i wszelka inna roślinność. Grunt stanowiła twarda skała, niełaskawa dla flory. Jechali po płaskowyżu rzeki Colorado, płaskowyżu spadającym ku rzece i ku jej dopływom stromemi wąwozami. Trzeba tu było mieć czułe oczy, aby nie stracić śladu Nijorów.
W południe, przez wzgląd na kobiety i dzieci, urządzono dwugodzinny postój. Następnie oddział ruszył dalej. Dopiero przed wieczorem Apacz zatrzymał konia i zeskoczył z siodła. Old Shatterhand poszedł za jego przykładem.
— Poco się tutaj zatrzymać? — zapytał Sam Hawkens. — Czyż spędzimy noc na tak pustem, niewygodnem miejscu?
— Nie — odpowiedział Apacz. — Ostrożność nakazuje tu czekać mroku.
— A to czemu?
— Ponieważ tylko pół godziny dzieli nas od Chelly. Tam zaś wznosi się las, w którym prawdopodobnie Nijorowie rozbili obóz. Ponieważ grunt jest ukształtowany płasko, więc dojrzą nas zdala i zdążą się ukryć. Musimy zatem czekać, aż ciemności nas okryją.
— Ale ich także!
— Znajdziemy ich, jeśli nie dziś, to jutro.
Rozłożono się kołem. Nad widnokręgiem, po stronie północnej, krążyło kilka sępów. Zakreślały w powietrzu drobne kółka. Old Shatterhand zwrócił na nie uwagę i rzekł:
— Sępy zlatują się tam, gdzie jest padlina, lub inny żer. Nie odfruwają, lecz krążą nad miejscem, gdzie upatrzyły sobie zdobycz. Przypuszczam, że tam właśnie rozbili Nijorowie obóz.
— Mój biały brat słusznie rozumuje — potwierdził Winnetou. — Te ptaki wskazują nam drogę. Dziś jeszcze podkradniemy się pod obóz Nijorów.
— Musimy być jednak bardzo ostrożni, Nijorowie odbyli daleką drogę od Gloomy-water do Chelly bez żadnego postoju. Ponieważ są to wywiadowcy, więc wracają do punktu wyjścia. Sądzę zatem, że nad Chelly zebrali się wszyscy wojownicy Nijorów na wyprawę przeciwko Nawajom.
— W takim razie przekazano im jeńców, — wtrącił Hawkens — co ogromnie utrudni ich odbicie.
— Będą wolni! — odparł Winnetou stanowczym tonem. — Sytuacja jednak zaleca nam ostrożność.
Zmierzch miał zapaść za kwadrans, gdy wyruszono dalej. Zanim się jeszcze ściemniło, spostrzegli jeźdźcy na horyzoncie północnym jakgdyby czarną krechę.
— To las nad Chelly — objaśnił Old Shatterhand. — Zatrzymajcie się tutaj! Podjadę sam na promień widzenia lunety. Nie zauważą samotnego jeźdźca, natomiast mogliby dostrzec cały oddział.
Popędził naprzód i zatrzymał konia. Ujrzeli jak skierował lunetę ku lasowi. Następnie wrócił i oznajmił:
— Musicie wiedzieć, że obecnie jest przypływ Chelly. Płynie tam, dokąd dążymy, w głębokiej dolinie, której strome ściany pokrywa las; ale, ponieważ wilgoć nie wydostaje się poza dolinę, więc las ów sięga tylko krawędzi skał, nie pokrywając płaskowyżu. Na górze tworzy bardzo wąski pas, który wybadałem lunetą. Gdyby Nijorowie tam obozowali, musiałbym ich dostrzec. A zatem, znajdują się na dole, w głębi, nad samą rzeką. Jedźmy naprzód!
Zorza wieczorna była w tych stronach bardzo krótka. Niezadługo zapadł mrok, sprzyjający wyprawie. Po kwadransie — po dźwięku kopyt — poznali, że jadą po gruncie pokrytym trawą. Wnet potem dostali się do lasu i, zatrzymawszy konie, zeskoczyli z siodeł.
Nie było mowy o zapaleniu ogniska. Z powodu bliskości Indjan trzeba było kryć się w mroku, i tak daleko, aby wróg nie usłyszał parskania. Old Shatterhand i Winnetou byli przekonani, że Indjanie obozują mniej więcej w miejscu, nad którem unosiły się sępy. Poszli na zwiady. Wszyli się w las i dopiero po półgodzinie wrócił jeden z nich, Old Shatterhand.
— Zatrzymaliśmy się akurat na właściwem miejscu; Apacz prowadził nas z godną pochwały domyślnością. Skraj lasu jest tutaj szeroki zaledwie na trzydzieści kroków; potem opada ku dolinie. Mrok utrudniał drogę, lecz zeszliśmy dosyć nisko. Doliczyliśmy się trzech ognisk obozowych, ale może płoną jeszcze inne, w ukryciu przed nami. Z tej ilości ognisk należy wnosić, że mamy przed sobą nietylko wywiadowców, lecz wszystkich wojowników Nijorów. Będziemy mieli ciężką przeprawę z odbiciem jeńców.
— A gdzie jest Winnetou? — zapytał Dick Stone.
— Wróciłem, aby was zawiadomić. Dłuższa nieobecność moja i Winnetou zaniepokoiłaby was na pewno. Apacz zszedł jeszcze niżej, aby się dokładnie rozejrzeć w sytuacji. Przypuszczam, że nie zobaczymy go przed upływem godziny. Grunt jest uciążliwy, a trzeba bardzo ostrożnie i powoli skradać się pod obóz, oświetlony wieloma ogniskami.
W rzeczywistości upłynęły dwie godziny, zanim Apacz powrócił. Przysiadł się do Old Shatterhanda i rzekł:
— Winnetou widział jeszcze dwa ogniska; zatem jest ich pięć. Nijorów zaś przeszło trzystu.
— A więc tak, jak sądziliśmy. Kto ich prowadzi? Czy widziałeś wodza?
— Tak. Mokaszi, którego również znasz.
Bawół, wojownik godny szacunku. Jeśli pojedziemy do niego jako przyjaciele, na pewno nie przyjmie nas wrogo.
— Ponieważ chcemy uwolnić jeńców, więc nie jesteśmy jego przyjaciółmi i nie powinniśmy się pokazać ani jemu, ani jego ludziom. — Moje oko dostrzegło jeńców.
— Wszystkich?
— Tak, ośmiu Nawajów i trzy białe twarze. Leżą koło ogniska otoczeni podwójnem kołem wojowników.
— Biada! Trudno będzie ich wydobyć!
— Nietylko trudno, ale wprost niesposób. Nic dzisiaj nie zdziałamy — musimy czekać do jutra.
— Przyznaję memu czerwonemu bratu słuszność. Byłoby szaleństwem narażać życie, skoro nie jesteśmy pewni powodzenia.
— Pozwólcie mi oświadczyć, że nie rozumiem tego postanowienia, — odezwał się Hawkens. — Czy sądzicie, że jutro okoliczności będą sprzyjały nam bardziej, niż dzisiaj?
— Pewnie!
— Jakżeto?
— Chyba pan wie, że Nijorowie wyruszą przeciwko Nawajom?
— Naturalnie.
— Sądzi pan, że będą ze sobą wlec jedenastu jeńców?
— Hm! Istotnie należy raczej przypuszczać, że ich zostawią.
— A zatem zostawią ich pod strażą. A wówczas łatwiej będzie ich odbić, niż dzisiaj.
— Teraz rozumiem. Nie pomyślałem o tem, jeśli się nie mylę. Gdybyśmy chociaż wiedzieli kiedy pojadą!
— Przypuszczam, że jutro.
— W takim razie byłoby nieźle, Ale, jeśli zostaną, łatwo mogą nas odkryć.
— Do tego nie możemy dopuścić.
— Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Tu, na górze, niema wody. Konie mniej cierpią, gdyż mają przynajmniej trawę. Ale my! Nad Gloomy-water mogliśmy pić tylko naftę; dziś przez cały dzień jazdy nie mieliśmy ani kropli wody. Jeśli i jutro jej nie dostaniemy, boleję nad losem kobiet i dzieci; o nas samych już nie śmiem wspomnieć.
— O, co znowu! — w trącił Hobble-Frank. — Nie jesteśmy jeszcze chwilowo nieśmiertelnymi duchami, lecz ludźmi, których śmiertelność jest dowiedzionem factotum. Każde śmiertelne stworzenie musi mieć wodę, i, wyznaję zgodnie z prawdą, że mam takie pragnienie, iż za parę łyków wody, albo za szklankę piwa, zapłaciłbym chętnie trzy marki.
Kantor nie mógł się powstrzymać od bolesnej uwagi:
— Bardzo mi przykro, panie Hobble-Frank. Gdybym miał wodę, chętniebym się z panem podzielił.
Ten zacny człowiek żałował bardzo, że podrażnił był Hobble-Franka. Kusy myśliwy, niemniej przecież zacny, również biadał w duchu. Wyrzucał sobie grubjaństwo, którego się dopuścił wobec kantora; pragnął zatem zgody, choć nie uważał za stosowne wyjawiać swej skruchy. Odpowiedział więc na zapewnienie emeritusa:
— A wie pan, czy jabym od pana przyjął?
— Spodziewam się.
— Nie spodziewaj się! Jakkolwiek wielkie odczuwam pragnienie, mój nieugięty charakter pozwoliłby mi oprzeć się pokusie. Niech pan da cały ocean wody — nie tknę ani kropli. Wiedz pan, że „dziadowskim rymem“ odepchnął pan najlepszego przyjaciela. Wielka to dla ciebie strata. Smutne, ale prawdziwe! Nie mogę panu, mimo najlepszej chęci, pomóc.
Kantor zmarkotniał i pogrążył się w smutne rozmyślania. Już wszyscy ułożyli się do spoczynku, tylko on nie mógł przymknąć oka. Szukał sposobu przebłagania Franka. Nareszcie wpadł na pomysł, który wydawał mu się niezłym, pomysł, że głupszego chybabyś nie znalazł. Frank utyskiwał na pragnienie i chciał zapłacić trzy marki za parę łyków wody. Cóż więc, jeśli mu jej przyniesie? Ta usłużność na pewno go wzruszy — przecież wystaranie się o wodę było nietylko trudne, ale nawet niebezpieczne. W dolinie płynęła rzeka, a on, kantor, posiadał manierkę skórzaną. Ale zabroniono zejść na dół. Musiał więc wymknąć się w tajemnicy. Podniósł się do połowy i nadstawił ucha. Wszyscy spali, oprócz Dicka Stone, który zkolei sprawował wartę.
Zamiast poduszki pod głową emeritusa leżało siodło. W torbie u siodła tkwiła owa manierka. Wyjął ją i ruszył pocichu pomiędzy drzewa.
Pełzał, dopóki Dick Stone mógł go usłyszeć i zobaczyć. Wreszcie dotarł do skraju równiny; las opadał w głąb jaru. Teraz dopiero rozpoczęły się właściwe trudności. Odwrócił się i zaczął złazić okrakiem, na czworakach, nogami naprzód. Trwało to długo, bardzo długo. Musiał w pierw badać jedną stopą grunt, zanim stawiał drugą. Ostre kamienie i kolce darniny kaleczyły mu ręce. Nieczuły na ból, dążył do celu z coraz większym uporem. Chwilami tracił punkt oparcia i ześlizgiwał się nadół. Oczywiście, powodowało to szmer. Ale był tak pochłonięty swojem zadaniem, ze me słyszał stuku staczających się kamieni, ani trzeszczenia łamanych gałęzi.
Wreszcie ujrzał ognisko; teraz, pewny zwycięstwa, schodził coraz niżej, zbliżał się coraz bardziej do ogniska. Nie wiedział, że tam zwrócono nań uwagę, że pięciu czy sześciu Indjan, którzy usłyszeli szmer, zerwało się i sunęli na jego spotkanie. Wreszcie się zatrzymali. Oddychał tak głośno, że mogli go wyraźnie słyszeć.
Uff! — szepnął jeden z nich. — To nie oddech zwierza, lecz człowieka!
— Czy wielu? — zapytał drugi.
— Nie, jest tylko jeden. Schwytajmy go, a przekonamy się, kto.
Kantor nachylił się, aby uchronić oczy przed blaskiem ogniska. Zobaczyli go i, przekonawszy się, że jest sam, wyciągnęli po niego ręce. Dotknięcie ich tak przeraziło nieboraka, ze głos zamarł mu na wargach. Nie rozumiał, co do niego mówili; ale tem bardziej rozumiał mowę noży, których ostrza dotknęły jego piersi. Nie myślał się bronić; dał się ponieść bez oporu. Można sobie wyobrazić, jaką uciechę sprawiło zjawienie się jego w obozie; uciechę, bynajmniej nie huczną. Biały podkradł się pod obóz i został schwytany. Nie mógł być sam w tej miejscowości. Musiał mieć towarzyszów wpobliżu; trzeba więc było przestrzegać ciszy.
Natychmiast otoczyło go koło czerwonoskórych; nikt nie rzekł słowa. Obok jeńca, w środku koła, stał Mokaszi, wódz. Przedsięwziął przedewszystkiem to, co każdy przezorny przywódca powinien w takim wypadku przedsiębrać: wysłał kilku wywiadowców dla przeszukania okolicy. Następnie zapytał jeńca o imię, o intencje. Kantor nie zrozumiał ani słowa. Odpowiadał po niemiecku. Wówczas wódz oświadczył:
— Nie zna naszej mowy, a my nie rozumiemy jego języka. Pokażemy go trzem białym jeńcom. Być może, znają go.
Emeritusa zaprowadzono do ogniska, gdzie obozowali jeńcy. Skoro go zobaczyli, zdumiony Poller zawołał:
— Trącony kantor! Ten szaleniec wydobył się z puebla!
Powiedział to w żargonie angielsko-indjańskim, którego kantor, oczywiście, nie rozumiał. Pojął jednak, kogo te słowa dotyczyły, poznał byłego przewodnika i rzekł po niemiecku:
Halloo! Nasz przewodnik! I to spętany! Panie Poller, jakże pan wpadł w tę matnię? Oczywiście, cieszę się ogromnie, że pana widzę.
— Te draby schwytały nas w niewolę — odpowiedział zapytany.
Wódz go ofuknął:
— Nie mówić językiem, którego nie znam! Czy chcecie poczuć nasze noże w sercach? Czy znasz tego człowieka?
— Tak. Pochodzi z Niemiec.
— Z Niemiec? Czy to ten sam kraj, gdzie urodził się Old Shatterhand?
— Tak.
— A więc i ten jest znakomitym myśliwym?
— Nie. Ten nie wie nawet, gdzie jest cyngiel, a gdzie muszka. Potrafi układać tylko pieśńi i śpiewać. Jest pomieszany.
Wódz zmierzył kantora łagodniejszem spojrzeniem. Niektóre dzikie plemiona nietylko że nie pogardzają warjatami, ale, co więcej, darzą ich poniekąd kultem. Widzą w nich opętanych przez nadziemskie istoty. Do takich plemion zalicza się wiele szczepów indjańskich. Nie ośmielą się krzywdzić szaleńców, choćby nawet należeli do wrogiego plemienia.
— Czy wiesz na pewno, że ten człowiek nie jest przy zdrowych zmysłach?
— Wiem bardzo dobrze — odpowiedział Poller, który wietrzył w tem jakąś korzyść. — Przez długi czas towarzyszyłem jemu i jego przyjaciołom.
— Któż to tacy?
— Również Niemcy, którzy przybyli tutaj, aby nabyć ziemię, należącą do czerwonych.
— Zły duch ich opętał! Kiedy kupują ziemię, kradną ją nam właściwie; pieniądze dostajemy nie my, lecz złodzieje. Każdy, kto przyjeżdża tutaj kupować ziemię, jest naszym wrogiem. Czyż ten człowiek również w tym celu przyjechał?
— Nie. Chciał poznać czerwonych ludzi i bohaterów, aby wrócić do ojczyzny i śpiewać o nich pieśni.
— A więc nie jest dla nas niebezpieczny. Pozwolę mu śpiewać, ile mu się zechce. Ale gdzie są jego towarzysze?
— Nie wiem.
— Zapytaj go!
— Nie mogę.
— Dlaczego?
— Zabroniłeś nam mówić w języku tobie nieznanym. On zna tylko mowę ojczystą; nie chciałbym zaś poczuć w sercu stali waszych noży, jak rzekłeś.
— Jeśli to prawda, możesz się z nim porozumieć w jego mowie ojczystej. Pozwalam.
— Dobrze czynisz. Przypuszczam, że dowiesz się ważnych rzeczy.
— Jakich?
— Wychodźcy, do których należy, nie są sami. Towarzyszą im znani myśliwi. Być może, są bliżej, niż mógłbyś przypuszczać. Muszą tu być, bo skądże onby się tutaj wziął, ten bezradny obłąkaniec.
Uff! Znani myśliwi! Czy masz na myśli białych?
— Tak. Sam Hawkens, Dick Stone, Wili Parker, Droll, Hobble-Frank, a może nawet i inni.
Uff, uff, uff! Wymieniłeś znakomite nazwiska. Ci ludzie nie byli wprawdzie naszymi wrogami, ale teraz, kiedy wykopaliśmy tomahawk wojny, musimy zdwoić ostrożność. Powiedz, gdzie się znajdują! Ale wystrzegaj się kłamstwa! Skoro tylko padnie z twoich ust nieprawda, będziecie zgubieni.
— Bądź spokojny! Obszedłeś się z nami jak wróg; ale mimo to dowiodę ci, że jesteśmy waszymi przyjaciółmi. Już teraz nawet mogę ci dostarczyć tego dowodu, kiedy powiem, żeśmy się postarali unieszkodliwić tych białych wojowników.
— Jakżeto zrobiliście?
— Zwabiliśmy ich do puebla Ka Maku.
Uff! Ka Maku jest naszym bratem. Czy poszli?
— Tak. Wszystkich wziął w niewolę, białych myśliwych, wychodźców oraz ich kobiety i dzieci.
— Czy także tego obłąkanego?
— Tak.
— A teraz mamy go przed sobą! Sam nie mógł odbyć tak dalekiej podróży. Musimy wiedzieć, kto mu towarzyszy i gdzie się teraz ci towarzysze znajdują.
— Czy mam go zapytać?
— Tak. Ale nie waż się mnie oszukiwać! Cokolwiek powiesz, nie uwierzę, dopóki nie przekonam się o prawdzie twoich słów.
Teraz Poller zwrócił się do kantora i kazał sobie wszystko opowiedzieć.
Kantor niedługo się wzdragał. Opowiedział wszystko, nie pomyślawszy, w jakich warunkach Poller rozstał się z wychodźcami. Dawny scout zdumiał się, kiedy usłyszał o Winnetou i Old Shatterhandzie. Nieufny wódz przerywał kilkakrotnie długą a niezrozumiałą dla niego rozmowę. Poller go uspokoił:
— Dowiaduję się o nader ważnych dla nas rzeczach. Muszę zapytać tego obłąkańca. Trudno rozmawiać z człowiekiem niespełna rozumu. Nie przeszkadzaj mi, a przekonasz się, że działam jako twój przyjaciel.
Wreszcie kantor skończył opowiadanie. Poller zwrócił się do wodza:
— Przedewszystkiem oznajmię ci rzecz najważniejszą: tam na górze znajdują się Winnetou i Old Shatterhand.
Uff! Uff! Czy to prawda?
— Jest tak, jak powiadam. Przybyli tutaj, aby na was napaść.
— Będą musieli umrzeć! Skąd przybywają, gdzie się kryją, ilu ludzi im towarzyszy?
Poller objaśnił go dokładnie. Nie zamierzał oszukiwać wodza. Liczył na jego wdzięczność. Najwybitniejsi wojownicy stali wpobliżu i słyszeli słowa Pollera. Skoro umilkł, wódz przez chwilę spoglądał na ziemię, poczem, zwracając się do Indjan, rzekł:
— Moi bracia słyszeli słowa tej białej twarzy. Atoli języki białych mają dwa końce: jeden prawdy, drugi fałszu. Musimy się przekonać, czy uszy nasze słyszały prawdę, czy kłamstwo. Niechaj więc wywiadowcy, których teraz wybiorę podkradną się na górę.
Szedł od ogniska do ogniska, aby wybrać ludzi zdolnych do wyszpiegowania takich mężów, jak Winnetou i Old Shatterhand. Niebawem wywiadowcy, uzbrojeni tylko w noże, oddalili się we wskazanym kierunku. Teraz wódz wrócił do Pollera i rzekł, wskazując na kantora:
— Ponieważ ten biały jest opętany przez ducha, który pragnie tylko śpiewać, więc nic złego mu nie wyrządzimy. Będzie mógł swobodnie chodzić po obozie niespętany, lecz, jeśli spróbuje uciec, dostanie kulę w łeb. Przetłumacz mu, co powiedziałem!
Poller, oczywiście, wykonał ten rozkaz.
— Widzi pan, — odezwał się ucieszony emeritus — że miałem słuszność? Dla zwolennika sztuki nie istnieją niebezpieczeństwa — Muzy mnie ochraniają. Zmiarkuj to pan sobie, że my, kompozytorzy, nie jesteśmy zwykłymi ludźmi!
Poller odpowiedział:
— O pana Muzach nie może być tu mowy. Tak, czuwa nad panem szczególna opieka, ale zgoła innego rodzaju.
— Tak? A więc jaka?
— Opieka obłędu.
— O — — błę — — du? Czy mogę się zapytać, co mam przez to rozumieć?
— Czemu nie? Indjanie nie krzywdzą warjatów; dlatego pozwalają panu swobodnie tutaj spacerować.
Warjatów? Spacerować? Nie chce pan chyba powiedzieć, że — — —
— Owszem, chcę, — potwierdził Poller.
— Że —  — — że uważają mnie za warjata?
— Pewnie, pewnie!
— Ale dlaczego, na jakiej podstawie?
— Ponieważ nie mogą pojąć, aby rozsądny człowiek przeprawiał się przez morze i zapuszczał na Dziki Zachód tylko w celu robienia muzyki o ludziach, których pragnie spotkać.
Robić muzykę? Bardzo proszę, panie Poller! Posługuje się pan nawskroś fałszywem pojęciem. Muzykę robi kataryniarz, albo grajek karczemny: ja — kompozytorem jestem. Komponuję operę heroiczną w dwunastu aktach, i nawet pan będzie miał honor występować w niej.
— Dziękuję bardzo, i proszę, aby mnie pan pominął! Zresztą, Indjanie nie tak znowu bardzo się mylą, gdyż, jeśli mam być szczery, muszę wyznać, że zdaje się pan obnosić z bzikiem i to dosyć wybujałym.
— Jak? Czy istotnie pan tak sądzi?
— Tak. Ale nie powinien mi pan brać tego za złe, gdyż Indjanie honorują obłęd.
— Dziękuję za honor, dziękuję bardzo! Raczej wolę leżeć spętany na ziemi, niż uchodzić za mente captum. Oznajmij pan to wodzowi!
— Ani mi się śni! Pana swoboda ruchów może nam się ogromnie przydać. Ale niech jej pan nie nadużywa i nie próbuje uciekać! Zmiejsca pana zakatrupią.
Pah! Nikt tego nie dokona. Dziewięć Sióstr Parnaskich roztacza nade mną opiekę.
— Rzuć pan do licha swoją sztukę! Myśl sobie o dubach smalonych, ale myśl także o tych, którym możesz się przydać! Widzi pan, jak podejrzliwie wódz na nas patrzy? Nie możemy dłużej ze sobą rozmawiać. Oddal się pan, lecz nie odwracaj od nas uwagi. Skoro na pana mrugnę, zbliż się do mnie najswobodniej w świecie, zatrzymaj nieopodal, i wysłuchaj, co powiem. Wyjdzie to na korzyść pana przyjaciołom. Zgoda?
— Chętnie, panie Poller. My, miłośnicy Muz, żyjemy wprawdzie in patria coelesti, a później przechodzimy do historji, ad posteritatem; ale mnie to nie wbija w ambicję, i kiedy na tym padole mogę komuś wyświadczyć przysługę, nie waham się zstąpić ze swoich wyżyn.
Poller połknął wyzwisko, które mu ślina już niosła na język, i rzekł:
— Odebrano nam broń. Postaraj się pan wykraść nóż! Mam nadzieję, że na tyle sprytu może się pan zdobyć.
— Sprytu? Kompozytor bez sprytu nie jest kompozytorem! Ale cóż panu po nożu?
Choć to pytanie nie świadczyło o sprycie, Poller, pragnąc go sobie zjednać, odpowiedział:
— Aby siebie i towarzyszów pana uwolnić — rzekł.
— Ależ moi towarzysze są wolni!
— Wiem o tem, ale niewiadomo, co może się zdarzyć. Fałszywie poinformowałem wodza, lecz przypadek może naprowadzić wywiadowców na właściwy trop. W takim razie pana przyjaciołom grozi co najmniej niewola. Skoro pan dostarczy mi noża, można ich będzie uratować. Nie mam czasu na wyjaśnienie szczegółów. Nie powinniśmy ze sobą dłużej rozmawiać. A zatem pan się zgadza?
— Tak. Jeśli mogę wyświadczyć przysługę przyjaciołom, postąpię raz jeden w życiu jak urwisz, i wykradnę czerwonym nóż.
Poller miał słusznosć. Wódz podniósł się i podszedł do obu jeńców, aby ich rozłączyć. Ale nie zdążył, gdyż wrócili właśnie wywiadowcy. Zameldowali, że rewelacje Pollera były zgodne z prawdą.
— Jego szczęście! — odezwał się wódz. — Gdyby mnie okłamał, zginąłby tej nocy. Zdradził białych, przypuszczając, że będę dlań zato łaskawy. Myli się bardzo: zdrajca jest najgorszym wrogiem.
Kazał wywiadowcom opisać wszystko z najdrobniejszemi szczegółami, a następnie oświadczył:
— Zaskoczymy ich we śnie, nie doprowadzając do walki. Po dwóch naszych na każdego z nich, czterech na Winnetou i Old Shatterhanda. Trzech wpadnie na strażnika — unieszkodliwią go natychmiast. Nie zabierzemy ze sobą broni palnej, tylko tomahawki, noże i rzemienie do spętania jeńców. Nie zabija się tak wielkich i znakomitych wojowników. Wielki to zaszczyt sprowadzić ich do obozu w pętach, ale znacznie większa hańba dla nich — wpaść w nasze ręce bez krwi przelewu!
Wybrał najpewniejszych i najsilniejszych wojowników i wyruszył. Księżyc unosił się nad doliną; blady matowy blask nie przenikał przez korony drzew. Oddział czerwonych przemknął między konarami, aby ostrożnie i bezdźwięcznie wdrapać się na górę. — — —




W MOCY NIJORÓW

Na górze panowała głucha cisza. Szi-So, który doniedawna sprawował straż, odstąpił ją Drollowi. Westman aby nie zdrzemnąć się po wyczerpującej jeździe, chodził cicho i powoli tam i zpowrotem. Wszyscy inni spali, wyjąwszy Hobble-Franka, który zbudził się z okropnego snu. Śniło mu się, że pokłócił się z kantorem do takiego stopnia, iż skoczył mu do gardła. Atoli w tej chwili otworzył oczy, zobaczył nad sobą blady księżyc i stwierdził z zadowoleniem, że kłótnia nie była rzeczywistością. Odwrócił się na drugi bok, aby obejrzeć emeritusa, który położył się był wpobliżu, — nie było go na miejscu. Czyżby przeniósł się gdzie indziej? To było nieprawdopodobne. Frank usiadł na ziemi i obejrzał się wokoło. Zliczył śpiących — jednego brakowało. Hobble obudził swego sąsiada — był nim Sam Hawkens — i szepnął:
— Nie bierz mi za złe, Samie, że wybijam cię ze snu! Ale nie widzę kantora. Gdzie mógł się podziać? Czy mam innych obudzić?
Sam ziewnął i odpowiedział półgłosem:
— Budzić? Nie, muszą się wyspać. Ponieważ mnie już obudziłeś, więc we dwóch zbadamy, dokąd się wymknął ten nieprzezorny człowiek, aby w ciszy suszyć sobie głowę nad swoją znakomitą operą. Chodź, poszukamy!
— W jakim kierunku?
— Nie ośmielił się chyba wejść do lasu i na pochyłość góry.
— Nie, na pewno wymknął się na lewo na równinę, aby śpiewać do księżyca. Pójdziemy w tę stronę. Weźmiemy ze sobą broń? Wątpię, czy będzie potrzebna.
— Potrzebna, czy niepotrzebna, westman nie rozstaje się ze strzelbą. Na wszelki wypadek biorę swoją.
Porozumieli się z Drollem, który także zauważył nieobecność emeritusa.
— Musiał się oddalić, — zapewnił — zanim zluzowałem Szi-So. Sprowadźcie go zpowrotem, bo gotów nam piwa nawarzyć!
— Sprowadzimy go, jeśli się nie mylę, — skinął Sam. — Jeśli zakreślimy półkole, to na pewno wpadniemy na jego ślad. Księżyc nie świeci wprawdzie jasno, ale myślę, że go spostrzeżemy, że zmyjemy mu głowę, jako żywo, skoro go znajdziemy!
Hawkens i Frank poszli na zachód brzegiem lasu, aby później zakreślić na wschód półokrąg dokoła obozu. Chodzili nachyleni, szukając śladu. Ponieważ nie widać było kantora nigdzie, więc przypuszczali, że uszedł daleko.
Droll odprowadzał ich spojrzeniem, aż znikli; był zaniepokojony i mimowoli natężał wzrok w stronę równiny. Nie ujrzał przeto trzech Indjan, którzy wyszli ze skraju lasu i sunęli ku niemu cichaczem. Naraz poczuł parę rąk na gardle. Chciał zawołać, ale dobył tylko krótkiego rzężenia. Po chwili cios tępym tomahawkiem powalił go bez zmysłów na ziemię.
Sam Hawkens i Hobble przebyli dwie trzecie swej drogi, nie natrafiając nigdzie na ślad szukanego, gdy naraz usłyszeli głośny okrzyk wojenny Winnetou. W chwilę później rozległ się głos Old Shatterhanda:
— Wstańcie! Wróg jest — — —
Głos uwiązł w gardle; słowa przeszły w charkot, który aż do nich doszedł.
Mój Boże, napadnięto na nas! Szybko do nich! — zawołał Frank i odwrócił się w kierunku obozu.
Sam uchwycił go i zatrzymał.
— Czyś oszalał! — osadził go zgłuszonym głosem. — Uważaj! Już klamka zapadła. Nic nie wskóramy.
Rozległ się wielogłosy indjański okrzyk zwycięstwa.
— Czy słyszysz? — szepnął Sam. — Napadnięto na nasz obóz; leżą tam skupieni i, jeśli mądrze sobie poczniemy, to możemy ich jeszcze ocalić.
— Ocalić? To mi się podoba! Głowę dam, byle ich uwolnić!
— Głowę możesz zachować. Jak to dobrze, żeś mnie obudził. Gdyby nie to, leżelibyśmy przy naszych towarzyszach ze spętanemi rękami i nogami. — Jesteśmy wolni i, o ile znam starego Sama Hawkensa, nie spocznie, dopóki nie odbije swoich przyjaciół, jeśli się nie mylę, hihihihi!
Hobble był ogromnie podniecony. Nachylił się, gotów do biegu, nadstawiając uważnie ucha w kierunku obozu; Hawkens nie puszczał go i pociągał ostrożnie za sobą. Przybywszy do lasu, skradali się w jego mroku wzdłuż skraju. Niebawem zatrzymał ich głośny krzyk.
Ustah arku etente! — Wejdźcie na górę, mężowie!
— Stój, musimy się zatrzymać! — szepnął Hawkens. — Ludzie, których wódz zwołuje, wejdą tutaj na górę, i zetkniemy się z nimi, jeśli pójdziemy dalej. Uważaj!
Głos wodza dotarł do doliny. Wkrótce rozległ się szmer kamyków, trzeszczenie gałęzi i odgłosy wielu kroków. Sprowadzenie jeńców nadół wymagało dużej eskorty Indjan.
Powstała wrzawa; krzyżowały się zapytania, odpowiedzi i rozkazy. Obaj podsłuchujący usłyszeli niebawem zbliżające się kroki ludzkie i tętent kopyt. Zobaczyli długi oddział ludzi i koni, który ich wyminął; ponieważ oddział był oświetlony księżycem, więc mogli wyraźnie rozpoznać poszczególne postacie. Wszyscy ich przyjaciele mieli ręce i nogi spętane, i mogli stawiać tylko bardzo drobne kroczki. Nikogo nie brakowało, prócz kantora. Winnetou, podobnie jak Old Shatterhand, kroczył między czterema rosłymi Indjanami.
Skoro ostatni czerwony zniknął, Hobble, odgrażając się pięścią, szepnął:
— Gdybym tak mógł, jak pragnę, rozdarłbym tych czerwonych łotrów na takie kawałki, że frunęłyby jak ptasie wióry na polowaniu! Ale ja im jeszcze pokażę, co znaczy taki Hobble-Frank, kiedy gniew jego się wścieka, a wściekłość się gniewa! Odeszli, a myśmy został jak dwa połamane parasole, albo jakgdyby obuwie przyrosło nam do nóg! Czy nie pójdziemy za nimi?
— Nie.
— Czemu nie?
— Ponieważ niepotrzebnie nadłożymy drogi. Czerwoni, ze względu na jeńców, musieli wybrać najwygodniejszą, dłuższą drogę. My zaś zejdziemy nadół drogą, którą oni wkroczyli.
— A potem?
— Potem zobaczymy, co się da zrobić.
— Ślicznie. A więc naprzód, Samie! Swędzi mnie ręka. Czuję, jak się rozpala aż do indjańskiej czerwoności.
Najkrótszą drogą Sam i Frank zeszli powoli i ostrożnie do doliny. Ńa dole łatwo im było skradać się dzięki ogniskom, które oświetlały drogę. Wyszli nieco poza obóz. Wpobliżu dwa wysokie, płaskie, cienkie głazy tworzyły rodzaj dachu, pod którym było dosyć miejsca na dwie osoby. Naprzedzie rosło kilka małych choin, których niskie krzaki zasłaniały prawie całkowicie kryjówkę. Wkradli się i położyli tak, że mogli obserwować obóz poprzez gałęzie.
Hobble-Frank, rozłożywszy się wygodnie, pchnął towarzysza łokciem i szepnął:
— Widzisz, że posiadam dar jasnowidzenia! Tam, koło ogniska, siedzi ten komponista. A więc on to naprawdę nas zdradził, ten dwunastoaktowy emeriticus!
— Tak, miałeś słuszność; to on doprawdy.
— Ale, zdaje się, że pozostawiono go na wolności! Dlaczego go nie spętali?
— Nie mogę pojąć.
— Czy widzisz, kto tam leży?
— Aha, król naftowy. A dwaj pozostali to Buttier i Poller.
Naliczyli stu pięćdziesięciu wojowników, a więc tylu też weszło na górę, aby przyprowadzić jeńców. Nad rzeką pasły się konie; siodła były złożone w jednem miejscu. Naraz czerwonoskórzy zerwali się — z oczekiwaniem spoglądali w głąb doliny. Stamtąd rozległ się okrzyk radości i po chwili zawtórowano mu w obozie, do którego oddział wraz z jeńcami się zbliżał!
Z początku ukazała się grupka czerwonych; następnie szli Old Shatterhand i Winnetou pod strażą ośmiu Nijorów. Nie można było odczytać w ich twarzach troski; szli z podniesionem czołem; swobodnemi spojrzeniami zmierzyli plac i osoby, stojące lub leżące koło ogniska. Nie okazywali niepokoju również inni westmani; natomiast niemieccy wychodźcy spoglądali z przestrachem, a jeszcze bardziej były przygnębione kobiety, usiłujące uciszyć płacz dzieci. Wyjątek stanowiła pani Rozalja Ebersbach. Spętana jak inni, dumnie kroczyła i ciskała wokół wyzywające spojrzenia.
Kantor dopiero teraz zrozumiał swój błąd. Podszedł do Old Shatterhanda i rzekł:
— Pan Hobble-Frank utyskiwał na pragnienie; dlatego zlazłem nadół, aby mu gaudium sprawić i — — —
— Milcz pan! — ofuknął myśliwy i odwrócił się od niego.
Kilku Indjan odsunęło emeritusa, ponieważ wódz zabronił mu porozumiewać się z jeńcami. Nijorowie utworzyli dookoła przybyłych koło; pośrodku stał wódz w asyście najwybitniejszych wojowników. Zwracając się do Winnetou, rzekł: — Winnetou, wódz Apaczów, przybył tutaj, aby nas zabić. Umrze zatem przy palu męczarni.
Pshaw!
Apacz wypowiedział tylko to jedno słowo, poczem usiadł. Był zbyt dumny, aby się elokwencją bronić. Wódz ściągnął gniewnie brwi i zwrócił się do Old Shatterhanda:
— Wszyscy biali zginą wraz z Apaczem. Wykopaliśmy topór wojny. Po dwakroć zasłużyliście na śmierć, bo nadomiar chcieliście nas zabić.
— Kto ci to powiedział? — zapytał Old Shatterhand.
— Ten człowiek — oświadczył wódz, wskazując na kantora.
— Nie znasz języka, którym włada. Jakże mogłeś z nim rozmawiać?
Wódz wskazał na Pollera i odrzekł:
— Za pośrednictwem tego tłumacza.
— W takim razie tłumacz jest kłamcą i oszustem. Wiesz, kim jestem. Czy ktoś może nazwać Old Shatterhanda wrogiem czerwonych?
— Nie. Ale teraz wybuchnęła wojna, i każda biała twarz jest naszym wrogiem.
— Nawet człowiek Bogu ducha winny?
— Tak.
— Dobrze, a więc wiemy, co o tem sądzić! Obejrzyj-no tych trzech, których schwytałeś przed nami; są kłamcami, złodziejami i mordercami. Przybyliśmy tutaj, aby ich schwytać, a nie aby z wami walczyć. Wydaj nam ich, wówczas pojedziemy dalej, nie wtrącając się do waszych spraw!
Uff! Czy Old Shatterhand naraz zdziecinniał, że stawia nam takie żądanie? Mamy mu wydać tych białych? Należą do nas i będą uświetniali nasz powrót triumfalny, a następnie zginą przy palu. Ten sam los spotka Old Shatterhanda i wszystkich, których wraz z nim schwytaliśmy. Jaki wódz czerwony wyda takich jeńców? A gdybym nawet wydał, Old Shatterhand zażądałby o wiele więcej.
— Czego?
— Zabraliśmy wasze konie i wszystką własność. Najcenniejsza jest srebrna strzelba Winnetou, twoja znakomita niedźwiedziówka i strzelba zaczarowana, która strzela bez naładowania, ile razy tylko zechcesz. Czy nie zażądasz wydania broni, jeśli was wypuścimy?
— Stanowczo.
— A więc widzisz, że mam słuszność! Nie wydamy łupu, i was zatrzymamy. Wasza śmierć przy naszych palach okryje sławą cały szczep. Po naszej śmierci, we Wiecznych Ostępach, wojownicy pozazdroszczą nam szczęścia, gdyż wasze dusze będą nas obsługiwały!
Aczkolwiek spętany, Old Shatterhand z dumnym gestem zapytał:
Pshaw! Czy tak postanowiłeś nieodzownie?
— Tak.
— A więc skoroś skończył, ja też wypowiem ostatnie swoje słowo. Słuchaj: nie zdołacie nas zatrzymać, a oprócz tego będziecie musieli zwrócić zdobycz! Nasze dusze nie będą obsługiwały waszych, gdyż, jeśli tylko zechcemy, możemy was natychmiast wysłać do Wiecznych Ostępów, gdzie zatem będziecie nam służyli, a nie my wam. Powiedziałem.
Chciał się odwrócić; ale oto wódz wystąpił o parę kroków naprzód i huknął nań:
— Śmiesz przemawiać tak do mnie, naczelnego wodza Nijorów! Czy wy jesteście naszymi jeńcami, czy my waszymi? Porachuj swych ludzi! Kilkunastu spętanych i bezsilnych; my natomiast jesteśmy wolni, uzbrojeni. Jest nas trzykroć po dziesięć razy dziesięciu mężnych wojowników!
Pshaw! Old Shatterhand i Winnetou nie zwykli rachować wrogów — i nie liczą się z tem, czy są związani, czy nie. Nie przyszliśmy tutaj jako wrogowie; chcieliśmy odejść w pokoju. Ale tyś wolał waśń od zgody. Dobrze, przyjmujemy wyzwanie! Niech więc tomahawk wojny zostanie wykopany między mną a tobą, między nami a wami. Nie liczba głów i spętanych rąk rozstrzygnie, lecz doskonałość broni i moc ducha!
Obrzucił krótkiem spojrzeniom Winnetou, który skinął potakująco, ledwo dostrzegalnie. Obaj rozumieli się bez słów. Wódz, rozgniewany, nie zauważył tych wymownych spojrzeń. Nabrzmiałym wściekłością głosem zawołał:
— Gdzie jest wasza broń i gdzie duch, o którym mówiłeś? Wasze trzy znakomite strzelby wiszą tutaj na moich plecach i — — —
— Duch, o którym mówiłem, odbierze je! — dokończył Old Shatterhand.
W tej samej chwili zerwał się, wzniósł obie spętane pięści i grzmotnął wodza po głowie, że ten runął bez przytomności. A oto już stał przy nim Winnetou, wyrwał spętanemi rękami nóż z za pasa wodza i przekrajał więzy u rąk Old Shatterhanda. Westman przeciął wzamian pęta Apacza. Mieli więc wolne ręce. Jeszcze dwa ruchy, a padły także pęta u nóg. Wszystko to stało się z tak błyskawiczną szybkością, że czerwonoskórzy nie mieli czasu zapobiec; stali nieruchomi ze zdumienia, że dwaj ludzie odważyli się w ten sposób postąpić wobec trzystu wojowników. Należało wykorzystać moment i powstrzymać ich od natarcia. Old Shatterhand uchwycił lewą ręką wodza, w prawą ujął nóż i zawołał:
— Odstąpcie! Jeśli jeden chociażby Nijor odważy się nogę ku nam wysunąć, nóż mój natychmiast przebije serce waszego wodza! Tu oto widzicie Winnetou, wodza Apaczów! Czy ma wam wsadzić we łby kule mojej zaczarowanej strzelby?
Winnetou uchwycił bowiem sztuciec i trzymał go w ręku. Wpływ słynnych ludzi jest niezwykły, zwłaszcza na przesądnych dzikusów. A jednak była to chwila nader niebezpieczna. Gdyby chociaż jeden Nijor miał odwagę natrzeć, kula, któraby go przebiła, rozpętałaby zemstę, i nastąpiłby istny pogrom. Jednak wrogowie byli oszołomieni i żaden nie ośmielił się poruszyć; ale po chwili czary mogły stracić moc; wporę jednak nadeszła pomoc, której nie spodziewał się mężny myśliwy. Mianowicie, skroś drzewa lasu rozległ się głośny krzyk:
— Wara, Nijorowie! I tutaj stoją białe twarze. Jeśli się nie cofniecie, pożrą was nasze kule. Aby was ostrzec, przebijemy na początek pióro zastępcy wodza! Ale potem trafimy w głowy. A więc ognia!
Zastępca wodza stał wpobliżu Old Shatterhanda; nosił jako oznakę godności pióro orle. Posępne, żądne walki spojrzenia, jakiemi mierzył obu śmiałych mężów, wymownie świadczyły, że nie da się zahukać. Ale naraz padł strzał z mroków lasu, z miejsca gdzie stały wspomniane dwa głazy, i kula zerwała mu pióro z głowy. Narazie stracił jedynie piórko, za chwilę mógł stracić głowę. Nie podejrzewał, że to tylko dwaj ludzie grożą z ciemności. Sądził, że musi ich być bardzo wielu, skoro tak wyzywająco występują. Wydał okrzyk zgrozy i odskoczył od ogniska. Pozostali Nijorowie poszli za jego przykładem — rejterował również szybko.
— Dzięki Bogu! — szepnął Old Shatterhand do wodza Apaczów. — Zwyciężyliśmy. To Sam Hawkens krzyknął. Jest tam również Hobble-Frank! Trzymaj wodza w postrachu. Nóż jest mi potrzebny; chcę uwolnić towarzyszów.
Opuścił wodza, w którego Winnetou natychmiast wycelował lufę strzelby, i obrócił się ku towarzyszom, aby uwolnić ich z więzów. Uwijał się z nadzwyczajną szybkością; Indjanie nie mieli czasu sprzeciwić się tej procedurze. Wszystko, co odebrali białym, sprowadzili byli nadół i złożyli koło ogniska; między innemi także broń. Białym więc teraz wystarczyło się tylko nachylić, aby odzyskać noże i strzelby. Stali już wolni i uzbrojeni, nim jeszcze minęły dwie minuty od początku niebezpiecznej sceny.
— Teraz na koń i za mną do lasu! — rozkazał Old Shatterhand.
Wziął konie, swego i Apacza, za uzdę, podczas gdy Winnetou podniósł wodza Nijorów i znikł wraz z nim w ciemnościach, pomknąwszy w kierunku, skąd dobiegał głos Sama Hawkensa. Plac naokoło ogniska świecił pustką; czerwoni nie mogli jeszcze zdać sobie sprawy z nieoczekiwanego obrotu rzeczy.
Obaj bohaterzy tych czynów nie mieli czasu zwrócić uwagi na szczegół, który później miał wydać nieoczekiwane następstwa. Oto kantor emeritus nagle sobie przypomniał, iż w górnej kieszonce kamizelki, której mu nie przeszukano, ma scyzoryk. Chciał naprawić swą pomyłkę i, podczas gdy powszechna uwaga skupiała się dokoła Winnetou i Old Shatterhanda, podszedł do Pollera, przysiadł się doń i rzekł.
— Właśnie sobie przypomniałem, że mam scyzoryk. Pomoże pan moim towarzyszom. Oto on.
— Pięknie, pięknie! — odrzekł zachwycony Poller. — Połóż się pan przy mnie i przetnij mi pęta u rąk, ale tak, aby nikt nie widział. Skoro mi pan następnie wręczy nóż, resztę biorę na siebie.
— Uwolnij pan również moich towarzyszów!
— Naturalnie, naturalnie! Ale uwijaj się pan prędzej!
Kantor usłuchał. Wręczył Pollerowi nóż w chwili, gdy Old Shatterhand rozciął więzy u swoich nóg.
— Spójrz pan! — rzekł kantor. — Teraz pomoc pana jest niepotrzebna. Shatterhand uwolni także pana. Może mi pan zwrócić scyzoryk.
— Ani mi się śni! — odpowiedział Poller. — Zmykaj pan do swoich. My trzej pośpieszymy wnet za panem! Kantor zatem podniósł się i, usłyszawszy rozkaz Old Shatterhanda, dopadł konia.
Teraz sytuacja przedstawiała się tak, że tylko Buttler, Poller i król naftowy leżeli koło ogniska; Indjanie, aby nie wystawiać się na cel, cofnęli się pod osłonę mroku, podczas gdy biali przylegli między drzewami nad rzeką. Z tego też ukrycia Old Shatterhand zawołał do czerwonoskórych:
— Niech wojownicy Nijorów spokojnie się zachowują! Jeśli spostrzegę choćby drobny odruch napastniczy, jeśli ośmielą się wyjść na zwiady, — zabijemy zmiejsca waszego wodza! Skoro dzień zaświta, zaczniemy się układać. Jesteśmy przyjaciółmi czerwonych. Krew wodza, jeśli będziemy zmuszeni go zabić, spadnie na wasze głowy!
Indjanie wierzyli, że westman dotrzyma słowa. Jemu wszakże, gdyby nawet przeszli do ataku, nie wpadłoby na myśl popełnić morderstwa. Poczytywał nawet w tym wyjątkowym wypadku zabicie bezbronnego jeńca za morderstwo. Wódz zaś Nijorów był bezbronny — spętano mu ręce i nogi.
Sam Hawkens i Hobble-Frank wypełzli z pomiędzy głazów. Sam rzekł swoją osobliwą manierą:
— Czerwoni gentlemani tego się nie spodziewali! Trzystu takich drabów pozwala się zapędzić w kozi róg przez dwóch ludzi. Takiego wypadku mój siwy włos nie pamięta! Gdyby nawet się nie powiodło, rezultat odwlókłby się tylko, gdyż obaj czailiśmy się tutaj, aby was uwolnić, hihihihi!
— Tak, — potwierdził hobble-Frank — że wydobylibyśmy was, to pewne, jak amen w pacierzu. Czy dziesięciu, czy też stu Indjan, — dla nas to drobnostka.
— Tak, jesteście nadzwyczajnymi bohaterami, — rzekł Old Shatterhand napoły rozgniewany, napoły rozbawiony. — Gdzieżeście się wałęsali? Zdaje się, że poszliście na spacerek, zamiast spać?
— Na spacerek? O nie! Miałem sen, który podniecił moją duszę internistycznie, — ocknąłem się i zauważyłem ku memu zdumieniu, że niema pana kantora. Obudziłem więc mego przyjaciela Sama i poszliśmy, aby wskrzesić obecność zaginionego. Tymczasem zdarzyła się napaść, której nie mogliśmy przeszkodzić. Widzieliśmy z ukrycia, jak was przenoszono. Zeszliśmy do doliny, aby czatować na chwilę stosowną do auksyljacji. Szczęściem dla nas, pan emeritus się oddalił, bo inaczej nie szukalibyśmy go, a wpadli wraz z wami w biedę.
— Mylisz się, przyjacielu, — odpowiedział Old Shatterhand. — Jestem przeświadczony, że napad nie nastąpiłby wcale, gdyby ten pomyleniec leżał był spokojnie. Gdzież tkwi teraz? Nie widzę qo tutaj.
Ecce me — odpowiedział kantor, występując z za drzewa.
— Dobrze! Powiedz mi pan, co panu strzeliło do głowy, żeś opuścił obóz!
— Chciałem przynieść wody, panie Shatterhand.
— Wody! Z rzeki?
— Tak.
— Czy być może! Czy tak silne odczuwał pan pragnienie, żeś nie mógł się doczekać świtu?
— Nie dla siebie, ale dla mego przyjaciela Hobble-Franka chciałem przynieść wody. Skarżył się na pragnienie. Sądziłem, że jeśli wyświadczę mu przysługę, puści w niepamięć wczorajszą waśń, która skłóciła nasze dusze.
— Co za nonsens! Z powodu głupiej sprzeczki skazał pan nas wszystkich na śmierć! Chętnie przegnałbym pana na wszystkie cztery wiatry. Niestety, nie mogę, gdyż, skazany na samotność, zginiesz tu niechybnie.
— Ja? Niech pan w to nie wierzy! Kto ma przed sobą tak wysoką muzyczną misję, jaką jest moja dwunastoaktowa opera, ten nie może zginąć.
— Niech się pan nie wystawia na pośmiewisko! Na przyszłość będę musiał pana wieczorami przywiązywać, abyś nie mógł powtarzać swoich bredni. I w pierwszem osiedlu, do jakiego przybędziemy, zostawię pana. Wówczas będzie pan mógł szukać materjału do swej znakomitej opery, gdziekolwiek tylko zechcesz. Czy udało się panu dojść do rzeki?
Emeritus zaprzeczył i opowiedział wszystko. Wspomniał także o scyzoryku, wręczonym Pollerowi.
— Do pioruna! — zaklął Old Shatterhand. — Co to za fatalny szkodnik z tego jegomości. Musimy postarać się, aby nie umknęli. Odważę się podejść do ogniska i związać ich ponownie. Mam nadzieję, że Nijorom nie wpadnie do głowy mnie — — —
Urwał, zagłuszony głośnym krzykiem Nijorów. Spojrzawszy na ognisko, odrazu spostrzegł przyczynę alarmu. Poller, Buttler i król naftowy szybko zerwali się na równe nogi i pomknęli ku koniom Indjan.
— Wyrywają, wyrywają! — zawołał Hobble-Frank. — Szybko na koń, za nimi, bo — — —
Nie dokończył zdania, aby nie tracić czasu i aby zamienić słowa na czyny. Atoli Old Shatterhand zatrzymał go i zgromił:
— Zostać tu! Cicho! Uważajcie!
Indjanie pomknęli ku swym rumakom; ale trzej uciekinierzy wyprzedzili ich, gdyż nad okrzykami wściekłości górował wyraźnie tętent koni, których zbiegowie dopadli i na których pocwałowali.
— Uciekli, przepadli dla nas na wieki wieków! — lamentował Hobble-Frank. — Chciałem pędzić za nimi. Czemu pan zabronił?
— Ponieważ nanicby się to zdało I byłoby dla nas niebezpieczne — odparł Old Shatterhand.
— Niebezpieczne? Myśli pan, że lękam się tych trzech drapichróśtów? W takim razie nie zna mnie pan ani trochę!
— Mam na myśli czerwonoskórych. Nie ułożyliśmy się jeszcze, zatem musimy być bardzo ostrożni. Gdybyśmy chcieli teraz ścigać zbiegów, wpadlibyśmy w ręce Nijorów. Musimy tu zostać w ukryciu, póki nie zawrzemy ugody.
— Lecz pozwolić tym łotrom zbiec?
— Czy udałoby się nam teraz, po nocy, ich schwytać? Jeśli jest jaka szansa, możemy ją zostawić czerwonoskórym. Słuchaj! Ścigają uciekinierów. Niech nas wyręczą.
— Ach, co znowu! Że też nie mogę znaleźć posłuchu! Ci Indjanie nie zadadzą sobie wiele trudu.
— I tem właśnie wykażą roztropność. Za dnia łatwo rozpoznamy ślady i puścimy się w pościg.
— Ale zbrodniarze ubiegną nas o szmat drogi! — Dogonimy ich. Łatwo zbiegów schwytać, gdyż nie potrafią się bronić; mają tylko scyzoryk, wypożyczony przez sprytnego pana kantora, a to wszak nie jest broń groźna i niebezpieczna.
Wszyscy rozumieli, że ma słuszność; nawet Hobble-Frank musiał mu ją przyznać. Po pewnym czasie usłyszano tętent koni, poczem znów zapanowała cisza; widocznie Indjanie wrócili z próżnemi rękami. Gdyby bowiem schwytali zbiegów, nie powstrzymaliby się od wrzawy radosnej.
Ponieważ dzień następny miał wymagać wiele trudu, więc towarzystwo musiało ułożyć się ponownie do snu; Winnetou i Old Shatterhand czuwali, nie spuszczając oka z Nijorów, którzy przecież mogli pokusić się o uwolnienie wodza. Aliści Indjanie zachowywali się spokojnie, Rano ujrzano straże nad rzeką. Prawdopodobnie czuwały przez całą noc. Dotychczas nikt jeszcze nie zamienił słówka z Mokaszim; wódz leżał tak spokojnie i nieruchomo, jak gdyby go pięść Old Shatterhanda zabiła. Lecz żył i spoglądał przenikliwym wzrokiem; był już czas odpowiedni do stawiania mu żądań. Old Shatterhand chciał rozpocząć, ale Winnetou krótkim gestem zalecił milczenie, i zwrócił się sam, wbrew swemu zwyczajowi, do wodza Nijorów:
— Wódz Nijorów jest silnym mężem, wielkim myśliwym i bardzo walecznym wojownikiem. Zabił najsilniejszego wołu jedną strzałą. Dlatego nazywają go Mokaszi. Chciałbym doń przemówić jako przyjaciel i brat, i proszę go, aby mi powiedział, kim ja jestem.
Była to napozór dziwna prośba, ale miała swój cel; Mokaszi uświadomił to sobie i dlatego odpowiedział z gotowością; — Jesteś Winnetou, wódz Apaczów.
— Słusznie powiedziałeś. Czemu jednak nie wymieniłeś szczepu Apaczów, do którego należę?
— Ponieważ wszystkie szczepy tego wielkiego plemienia uznają cię za swego wodza.
— Tak jest. A czy wiesz, do jakiego plemienia zalicza się szczep Nawajów?
— Do Apaczów.
— A Nijorowie, którzy cię nazywają swym wodzem?
— Też są Apacze.
— Twoje usta mówią prawdę. Skoro jedni i drudzy należą do Apaczów, są braćmi. Dzieci jednego ojca powinni się kochać i wspomagać w potrzebie, w trosce, w biedzie i w niebezpieczeństwie, a nie kłócić się, lub, co gorsza, zwalczać. Tam, na dole, na południo-wschodzie, mieszkają Komanczowie, śmiertelni wrogowie Apaczów; ich wojownicy rok rocznie wyruszają do walki z Apaczami; a zatem nasze szczepy powinny się skupić i obronić przed tymi rabusiami i mordercami. Lecz one, przeciwnie, kłócą się, mordują wzajemnie i przez to nie starczy im sił do odparcia wspólnego wroga. Kiedy dusza moja o tem myśli, serce uciska ciężar głazu. Nijorowie i Nawajowie uważają mnie za wodza Apaczów; oni sami są Apaczami; dlatego uszy ich powinny słuchać moich ust. Schwytałeś w niewolę mnie i moich białych braci, aczkolwiek nic złego nie wyrządziliśmy tobie, aczkolwiek należymy do jednego plemienia. Czy możesz mi podać jakiś słuszny powód?
— Tak. Twoje serce przychyla się bardziej ku Nawajom, niż ku nam.
— Mylisz się. Wszystkim wam jestem bratem.
— Ale twoja dusza należy do białych twarzy, naszych wrogów!
— Mylisz się również. Kocham wszystkich ludzi, — białych, czy czerwonych, — którzy czynią dobro. Jestem zaś wrogiem wszystkich złych ludzi, i nie pytam się, czy są Indjanami, czy białymi. Topór wojny został wykopany, i oto brat występuje przeciwko bratu, aby przelać jego krew. Walka jest złem, a nie dobrodziejstwem, i dlatego nie jestem dziś waszym przyjacielem. A jednak nie powinieneś dopatrywać się we mnie wroga. Nie pomagam ani wam, ani Nawajom, chcę was tylko upomnieć, abyście znów zakopali tomahawk wojny i wskrzesili pokój.
— Nie może to być! Topór, skoro go uchwyciła ręka wojownika, nie może spocząć, dopóki nie zbroczył się krwią. Nie możemy słuchać ust, mówiących o pokoju!
— Nawet, jeśli to moje usta?
— Nawet.
— A więc widzę i słyszę, że każde moje słowo jest daremne; Winnetou nie zwykł mówić na wiatr; będę zatem milczał. Rozstrzygajcie swój spór z Nawajami, ale strzeżcie się wciągać w tę walkę bratobójczą mnie i moich białych braci! Potraktowałeś nas jak wrogów; chcemy o tem zapomnieć. Teraz znalazłeś się w naszych rękach, twoje życie jest w naszej mocy. Czyż mają opowiadać w namiotach waszych wrogów: Old Shatterhand i Winnetou samowtór schwytali w niewolę Mokasziego. aczkolwiek miał przy sobie trzystu wojowników?
Winnetou trafił w sedno. Była to wielka hańba dla Mokasziego, że w takich okolicznościach i wobec tylu wojowników został schwytany. Musiał okupić swoją wolność układem z ludźmi, którzy doniedawna byli jego jeńcami. Jeśli zgodziłby się na taką kapitulację, to jedynie pod warunkiem, że biali nie rozgłoszą jego hańby.
Spoglądał przed siebie ponuro i nie odpowiadał. Dlatego Winnetou dodał.
— Twoi wojownicy wiedzą, że ty pierwszy zginiesz, jeśli na nas napadną. Czy słyszałeś, jak im to mój brat Shatterhand oznajmił!
— Jestem wojownikiem i nie lękam się śmierci. Wojownicy Nijorów pomszczą moją hańbę!
— Mylisz się. Osłaniają nas tutaj skały i drzewa. Zresztą, nigdy nie mierzyliśmy wroga liczbą.
— Ą więc niech moi wojownicy wraz ze mną polegną, niechaj krwią swoją zmyją piętno hańby, która dotknęła ich narówni ze mną!
— Jeśli jesteś rozsądny i posłuchasz mnie, nie dosięgnie was hańba. Przyrzekniemy ci nigdy o niej nie wspominać.
Oczy Mokasziego rozbłysły radośnie.
— Przyrzekasz? — zawołał.
— Tak. A czy Winnetou złamał kiedy swoje słowo?
— Nie. — Teraz powiedz mi, jak się zachowacie wobec nas, skoro pozwolimy wam odejść!
— Tak, jak wy wobec nas. Jeśli pojedziecie za nami, aby walczyć, oczywiście, będziemy się bronić.
— Dokąd się zwrócicie? Czy do Nawajów?
— Musimy ścigać trzech zbiegów. Pojedziemy wślad za nimi. Jeśli umkną do Nawajów, my za nimi.
— I wspomożecie ich w walce z nami?
— Będziemy ich nakłaniać do zgody, jak nakłaniałem ciebie. Powiedziałem ci już, że nie jesteśmy ani waszymi, ani ich wrogami. Zdecyduj się szybko! Musimy zaraz wyruszyć, aby uciekinierzy nie ubiegli nas o zbyt wielki szmat drogi.
Mokaszi przymknął powieki, aby wszystko sobie w duchu rozważyć; podniósł je po chwili i oświadczył: — Odzyskacie swoją własność i będziecie mogli spokojnie odjechać.
— A więc zaniechacie pościgu?
— Przestaniemy o was myśleć. Wzamian przyrzeknij, że nie wspomnicie nikomu o tem, co się tutaj zdarzyło.
— Zgoda! Czy brat mój gotów jest wypalić z nami fajkę pokoju?
— Tak. Rozwiążcie mnie.
Natychmiast uczyniono zadość jego życzeniu. Oswobodzono go z więzów, poczem wszyscy usiedli na miejscu, gdzie poprzedniego dnia paliło się ognisko. Winnetou napełnił swoją fajkę pokoju, zapalił ją i dał Mokasziemu do pociągnięcia. Następnie szła od ręki do ręki. Nawet kobiety i dzieci musiały ją wziąć co najmniej w usta, inaczej bowiem, według zwyczajów indjańskich, układ nie rozciągałby się na nie, i czerwoni mogliby je zabić, nie łamiąc układu.
Po ukończeniu tego ceremonjału, Mokaszi wszystkim, nawet dzieciom, podał rękę i odszedł do swoich, aby ich zawiadomić o ugodzie.
— Chętniebym również wyzwolił ośmiu Nawajów — rzekł Old Shatterhand. — Niestety, musimy ich zostawić w rękach Nijorów.
— Mój brat niech się o nich nie kłopocze, nic im się złego nie stanie, — zapewnił Winnetou. — Nijorowie będą zmuszeni uwolnić i tych więźniów.
— Kto ich zmusi? Nawajowie?
— Tak.
— A więc myślisz, że teraz wprost podążymy do Nawajów?
— Będziemy musieli, ponieważ do nich pojechał król naftowy,
— Hm! Należy tak przypuszczać. Szubrawcy nie mają broni, nie mogą zatem ubić zwierzyny. Głód zmusi ich do szukania towarzystwa, tam, dokąd dążą, niema nikogo, oprócz Nawajów. Pytanie, jak. Indjanie ich przyjmą.
— Dobrze.
— Dosyć wątpliwe, aczkolwiek i to może się zdarzyć. Jeśli oświadczą, że są wrogami Nijorów, że byli u nich w niewoli, i że udało im się zbiec, Nawajowie nie odmówią gościny.
— Zależy od tego, co opowiedzą. Nitsas-Ini, wielki wódz Nawajów, jest mądrym człowiekiem; wybada, każde ich słowo, zanim uwierzy. Ale spójrz na Nijorów! Dosiadają koni.
Tak było w istocie. Mokaszi oznajmił swym wojownikom, że zawarł pokój. Niebardzo byli zadowoleni z tego obrotu sprawy, musieli się jednak zgodzić, albowiem wypalono kalumet. Zawstydzeni i rozgniewani nieprzyjemnem dla nich zakończeniem przygody, pragnęli jak najprędzej opuścić to niefortunne miejsce; dosiedli koni i odjechali. Kilku jednak zostało. Przynieśli białym resztę rzeczy, które do nich należały. Brakło coprawda paru drobnostek, ale tak mało wartościowych, że nie wspomniano o nich. Dopominać się głupich drobiazgów tam, gdzie stawką było życie! — — —




WÓDZ NAWAJÓW

Dwa dni upłynęły. Na klinie między dopływem Chelly a Rio San Juan, zwanym także Rio del Nawajos, rozłożył się znaczny obóz indjański. Ściągnęło tu około sześciuset Nawajów, nie na wielkie łowy, lecz na wyprawę wojenną, jak świadczyły twarze, wymalowane farbami wojennemi.
Miejsce owo doskonale nadawało się na obóz. Tworzyło trójkąt, z obu stron ujęty w ramiona rzeki, broniony przez nią i dostępny dla ataku tylko ze strony lądowej. Trawy było aż nadto, podobnie drzew i krzewów, dostarczających materjału palnego.
Na rzemieniach, rozciągniętych między drzewami, wisiały długie, cienko krajane porcje mięsa, w które miało zaopatrzyć się wojsko. Czerwonoskórzy albo leżeli w trawie, albo kąpali się w rzece. Inni tresowali konie; inni znów ćwiczyli się w strzelaniu. Po środku obozu stał barak, sklecony z krzewów. Długi oszczep, tkwiący przed drzwiami w ziemi, zdobiły trzy orle pióra; była to więc kwatera obozowa Nitsas-Ini, naczelnego wodza Nawajów. Siedział przed drzwiami; nie miał jeszcze lat pięćdziesięciu. Był to krzepki, postawny mężczyzna o twarzy — co się tu szczególnie rzucało w oczy — niepomalowanej. Dzięki temu łatwo było rozpoznać jego rysy. Można je scharakteryzować jednem słowem: szlachetność. Jego spojrzenie cechowała szczególna przenikliwość, spokój i pogoda, która rzadko promienieje z oczu Indjan. Nie sprawiał wrażenia dzikiego, a nawet półdzikiego człowieka. Aby domyślić się istotnej przyczyny jego ogłady, wystarczało tylko spojrzeć na — — kobietę, która siedziała przy nim, na jego squaw.
Rzecz niesłychana! Squaw w obozie wojennym, i nadto u boku wodza! Wiadomo, że nawet najukochańsza żona indjańska nie śmie publicznie siedzieć u boku męża, jeśli mąż piastuje wpływowe stanowisko. A to był naczelny wódz plemienia, które jeszcze dzisiaj potrafi zebrać dziesięć tysięcy wojowników! W rzeczy samej, ta kobieta nie była indjańską squaw, lecz białą pochodzenia niemieckiego, słowem — matką Szi-So. Poślubiła wodza Nawajów, i odtąd wywierała na mężu wpływ dobroczynny, kształcący jego duszę, jak już o tem wspomnieliśmy.
Oparty o siodło swego konia, stał przed nimi wysoki, szczupły, ale nader krzepkiej powierzchowności człowiek biały o błyszczącej śnieżnej brodzie. Z pierwszego wejrzenia poznać było, że ten człowiek nie zwykł składać rąk w potrzebie, i że przeżył więcej, niż tysiąc innych ludzi razem. Wszyscy troje rozmawiali po niemiecku. Wódz nauczył się tego języka od żony.
— Zaczynam się niepokoić — rzekł siwobrody mężczyzna. — Nasi wywiadowcy tak dawno wyruszyli, że powinni już byli przesłać nam jakąś wiadomość.
— Musiało ich spotkać nieszczęście — potwierdziła kobieta.
— Nie lękam się tego — odrzekł wódz. — Khasti-tine jest najlepszym wywiadowcą plemienia i zabrał ze sobą dziewięciu doświadczonych wojowników. Czemuż więc miałbym się niepokoić? Prawdopodobnie nie spotkali Nawajów i muszą długo tropić ich ślad. Poza tem powinni się rozdzielić, aby przetrząsnąć okolicę w rozmaitych kierunkach, co utrudnia spotkanie. W każdym razie upłynie sporo czasu, zanim ujrzymy ich w obozie.
— Miejmy nadzieję, że jest tak, jak mówisz. — A zatem już jadę. Czy mogę zabrać ze sobą kilku wojowników?
— Ilu chcesz. Nagonka na antylopy wymaca wielu osaczników.
— Bądź zdrów, Nitsas-Ini!
— Bądź zdrów, Maitso!
Swobodnie dosiadł konia i przejazdem przywołał kilku Indjan, aby z nim pojechali. Chętnie się zgodzili; polowanie na antylopy jest namiętnością czerwonoskórych, zamieszkałych w tej okolicy.
Wódz nazwał starca Maitso, co w języku Nawajów oznacza Wilk. Łatwo się domyślić, że miano to odpowiadało niemieckiemu nazwisku Wolf. Skoro zaś weźmiemy pod uwagę, że młody przyjaciel i kolega Szi-So nazywał się Adolf Wolf, nietrudno będzie się domyślić, że Maitso był to wspomniany przez nas stryj Adolfa.
Wolf wyjechał wraz z kilkoma Indjanami na równinę i wkrótce upolował parę antylop. W drodze powrotnej, daleko jeszcze od obozu, zobaczył trzech jeźdźców, nadążających powoli ze wschodu. Konie musiały odbyć wyczerpującą podróż, gdyż zdała już można było poznać, że gonią resztkami sił.
Ujrzawszy myśliwych, nieznajomi jeźdźcy zatrzymali się i, po krótkiej naradzie, ruszyli na spotkanie. Byli to Poller, Buttler oraz król naftowy.
— Dobrywieczór, sir! — ukłonił się Grinley, słońce bowiem zbliżyło się już do horyzontu, — Jest pan białym, i dlatego ufam, że nie udzieli mi pan mylnej informacji. Do jakiego plemienia należą czerwoni, którzy panu towarzyszą?
— Do Nawajów — odpowiedział Wolf, obrzucając nieznajomego niebardzo łaskawem spojrzeniem.
— Kto nimi dowodzi?
— Nitsas-Ini, wódz naczelny.
— A pan? Kim jesteś? Wszak nie możesz należeć do szczepu Nawajów?
Pshaw! Mogą być również biali Nawajowie. Oddawna mieszkam w sąsiedztwie i zaiiczam się do plemienia.
— Gdzie teraz obozuje?
— Hm. Dlaczego pan pyta?
— Chcemy odwiedzić Nitsas-Ini, aby mu zakomunikować nader ważną wiadomość.
— Od kogo?
— Od jego wywiadowców.
Mylił się, jeśli sądził, że w ten sposób pozyska zaufanie starca. Wolf bowiem spojrzał nań z większą jeszcze nieufnością i rzekł:
— Wywiadowcy? Nie mam pojęcia, jacy to wywiadowcy!
— Wystawia pan nas na próbę! Nie odmawiaj zaufania. Naprawdę, przywozimy od nich bardzo ważną wiadomość.
— No, przypuśćmy, że rzeczywiście wysłaliśmy kilku wywiadowców w pewnym celu i że ci mają nam coś donieść, czy przypuszcza pan, że przesłaliby nam tę wiadomość za pośrednictwem trzech białych twarzy? Raczej wybraliby jednego z pośród siebie.
— Tak, gdyby mogli.
— Czemuby nie mogli?
— Ponieważ są w niewoli.
— W niewoli! Do licha! Kto ich schwytał?
— Nijorowie.
— Gdzie?
— Dwa dni jazdy stąd, w dolinie Chelly.
— ilu wywiadowców?
— Ośmiu.
— Na szczęście liczby się rozchodzą.
— Do djabła, nie bądź pan tak nieufny! Wiem dobrze, że było ich dziesięciu; brak dwóch, których Nijorowie zgasili.
— Zgasili? Słuchaj, master, miej się na baczności! Nie podoba mi się żadna z waszych trzech twarzy. Jeśli nam co powiecie, postarajcie się, aby to była prawda, inaczej źle będzie z wami!
— Wzruszaj pan piecami, jak ci się żywnie podoba. Mimo to będziecie nam wdzięczni, żeśmy się natknęli na was. Może znacie miejscowość Gloomy-water?
— Tak.
— Otóż wpobiiżu tej miejscowości Mokaszi zastrzelił waszego Khasti-tine wraz z drugim wywiadowcą. Pozostałych ośmiu schwytał nad Gloomy-water i zaciągnął nad Chelly. My również wpadliśmy w ręce Nijorów. Niedawno udało nam się umknąć z niewoli.
Skoro Wolf usłyszał imię Khasti-tine, nie mógł już dłużej wątpić. Zawołał wstrząśnięty:
— Zastrzelił Khasti-tine? Czy to prawda? A pozostali są w niewoli? Do pioruna, źle z nimi!
— O, są jeszcze inni w nielepszem położeniu!
— Jeszcze inni? Któż taki? — Winnetou, Old Shatterhand, Sam Hawkens oraz paru innych westmanów. Poza tem całe towarzystwo niemieckich wychodźców.
— Czy pan oszalał! — zawołał Wolf! — Old Shatterhand i Winnetou w niewoli?
Poller wtrącił się do rozmowy: — Gorzej jeszcze, o wiele gorzej. Między innymi dostał się do niewoli Szi-So; przybył z Niemiec wraz z innym młodzieńcem, który nazywa się Adolf Wolf.
Mój Boże! Muszę panu powiedzieć, że jestem stryjem Adolfa. Do mnie właśnie jechał. A więc i on, i Szi-So są w niewoli? Szybko, szybko, chodźcie do wodza! Musicie nam wszystko opowiedzieć. Czem prędzej pośpieszymy z odsieczą!
Spiął konia ostrogami i pogalopował w kierunku obozu. Trzej biali pojechali za nim, Zamieniając ze sobą konspiracyjne, zadowolone spojrzenia. Nakońcu jechali Indjanie. Pollerowi, Buttlerowi i królowi naftowemu zależało na tem, aby wyłudzić od Nawajów broń i amunicję, i czem prędzej uciec. Zdawali sobie sprawę, że Indjanie będą ich ścigać. Nie przerażała ich ta okoliczność, obawiali się natomiast spotkania Nawajów z Old Shatterhandem i jego towarzyszami. Jak temu zapobiec? Król naftowy zastanawiał się nad tym problematem w drodze do obozu. Po długiem i żmudnem dręczeniu wyobraźni wkońcu wpadł na dobry pomysł: Old Shatterhand i Winnetou znajdowali się po lewej stronie Chelly; jeśli namówi Nawajów, aby się trzymali prawej strony, spotkanie nastąpi o kilka dni później, a w ciągu tak długiego czasu niewątpliwie nadarzy się jakaś sposobność do ucieczki. Dlatego król nafty szepnął tak, aby Wolf nie mógł usłyszeć, do swych przyjaciół:
— Pozwólcie mnie odpowiadać na zapytania i, nadewszystko, wbijcie sobie w pamięć, żeśmy się znajdowali na prawym, a nie na lewym brzegu Chelly, i że tam też znajduje się Old Shatterhand i jego ludzie.
— A to dlaczego? — zapytał Buttler.
— Później ci powiem; teraz nie czas na wyjaśnienia.
Miał słuszność, gdyż zbliżyli się tymczasem do obozu. Indjanie ze zdziwieniem oglądali trzech obcych białych. Nie spodziewali się obcych na tem pustkowiu w tak niespokojnych czasach. Wolf podjechał z nimi do baraku wodza, który wciąż jeszcze siedział przed drzwiami, poczem zeskoczył z konia i zameldował:
— Spotkałem trzech białych mężów i przyprowadziłem do ciebie, ponieważ przynoszą doniosłe wieści.
Nitsas-Ini zmarszczył czoło i odparł:
— Doświadczone oko po korze poznaje zgniłe drzewo. Twoje oczy nie były otwarte.
A zatem trzej przybysze nie wywarli na nim dobrego wrażenia. W odpowiedzi król naftowy zbliżył się do wodza i rzekł napół uprzejmie, napół z naganą:
— Istnieją drzewa wewnątrz zdrowe, aczkolwiek kora ich wydaje się chorą. Wielki Piorun niech wyda o nas sąd, ale dopiero wówczas, kiedy nas pozna!
Zmarszczki na czole wodza pogłębiły się, a głos brzmiał odtrącająco, kiedy odpowiedział:
— Wiele setek lat minęło od czasu, jak pierwsi biali wtargnęli do naszego kraju; mieliśmy więc dosyć czasu, aby ich poznać. Tylko niewielu białych można nazwać przyjaciółmi czerwonych ludzi.
Trzech białych ogarnęła trwoga. Król nafty zamaskował lęk, i odpowiedział pewnym siebie tonem:
— Słyszałem, że Wielki Piorun jest sprawiedliwym i mądrym wodzem. Nie odtrąci wojowników, którzy przybyli do obozu, aby uratować je go samego i jego ludzi.
— Wy — nas uratować? — zapytał wódz lekceważąco. — Co to znów za niebezpieczeństwo, przed którem macie nas ostrzec?
— Niebezpieczeństwo Nijorów.
Pshaw! — zawołał z gestem zniechęcenia. — Zdepczemy tych karłów.
— Tak sądzisz, ale w istocie mają nad wami przewagę liczebną.
— Nawet gdyby ich było dziesięćkroć po sto, pokonamy ich, gdyż jeden Nawaj wart jest dziesięciu Nijorów. I wy chcecie nam pomóc, wy, pozbawieni nawet broni? Tylko tchórz pozwala sobie broń odebrać!
Gdyby król naftowy przepuścił tę obelgę mimo ucha, okazałby się bezsprzecznie tchórzem. Dlatego odpowiedział gniewnie.
— Przybyliśmy, aby wyświadczyć wam usługę, a ty za nasze dobre chęci odpłacasz zelżywą śliną. Opuszczamy was bezzwłocznie!
Podszedł do konia, jakgdyby zamierzał go dosiąść. Atoli wódz zerwał się i z rozkazującym gestem zawołał:
— Wojownicy Nawajów, zatrzymajcie tych białych!
Natychmiast okrążono ze wszystkich stron trzech przybyszów. Teraz wódz dodał:
— Czy myślicie, że można wchodzić i wychodzić z obozu, niczem zając z nory? Jesteście w naszej mocy, i nie opuścicie tego miejsca bez mojej zgody. Jeden krok wbrew mojej woli, a przebiją was kule wojowników!
Brzmiało to gniewnie i niemniej groźnie wyglądało, gdyż mnóstwo strzelb obrócono lufami w stronę trzech białych. Ale nawet teraz Grinley opanował swój niepokój, wyjął nogę ze strzemienia i rzekł spokojnie:
— Jak sobie życzysz! Widzimy, żeśmy wpadli w wasze ręce i musimy was słuchać; ale wszystkie wasze strzelby nie przymuszą nas do wykonania poselstwa, z którem do was przyjechaliśmy.
Pshaw! Chcecie mi zapewne powiedzieć, że psy Nijorów wykopali topór wojny i wyruszyli przeciwko nam. Zbyteczny trud! Wysłałem wywiadowców, którzy zawiadomią mnie w czasie właściwym.
— Jesteś w błędzie. Twoi wywiadowcy nie mogą cię zawiadomić, ponieważ schwytali ich Nijorowie!
— Kłamstwo! Wybrałem najbardziej doświadczonych wojowników. Nikt ich nie zdoła schwytać.
— A ja tobie powiadam, że Khasti-tine, ich przywódca, już nie żyje.
Uff, uff, uff!
— Dwóch wywiadowców padło od strzałów Mokasziego, wodza Nijorów; pozostałych ośmiu schwytał, podobnie jak i nas.
— Podobnie jak was? Wpadliście w ręce Nijorów?
— Tak. Udało się nam zbiec, lecz nie odzyskaliśmy broni. Dlatego przybyliśmy do was bez strzelb i bez noży; lecz ty uważasz nas za tchórzów. Jakże więc nazwiesz swoich wojowników, którzy nietylko musieli oddać broń, lecz nadomiar nie posiadali tyle rozumu i energji, aby sobie utorować drogę do wolności?
Uff, uff, uff! — wołał wódz. — Moi wywiadowcy w niewoli, Khasti-tine zastrzelony! Jego skalp wymaga zemsty! Musimy wyruszyć na te psy Nijorów!
Zdradzał się z niezwykłem podnieceniem, wbrew naturze indjańskiej, która we wszelkich okolicznościach zachowuje spokój. Chciał wpaść do baraku po broń. Atoli Wolf, dotychczas milczący, uchwycił go za ramię i rzekł:
— Stój, poczekaj jeszcze! Musisz się dowiedzieć, gdzie są Nijorowie, skoro chcesz na nich napaść. Niechaj cię biali poinformują. Przywożą również jeszcze inne nowiny, o wiele, o wiele ważniejsze.
— Ważniejsze? — zapytał wódz, odwracając się. — Co może być ważniejsze nad to, że Khasti-tine nie żyje, a nasi wywiadowcy są w niewoli?
— Ważniejsze to, że Szi-So w niewoli...
— Szi —  — — Szi —  — — Szi — — —
Z nadmiaru wzruszenia nie mógł dobyć głosu. Stał znieruchomiały, jakgdyby ścięty w kamień, i tylko obracające się błędnie oczy dawały świadectwo życia. Wojownicy skupili się dookoła, ale żaden nie wyrzekł słowa. Król naftowy, pragnąc wykorzystać chwilę, rzekł głośno:
— Tak, to on; Szi-So jest też w niewoli. Ma zginąć przy palu męczarni!
— I mój bratanek Adolf, który wraz z nim przybył z Niemiec, też jest w mocy Nijorów! — dodał Wolf.
Teraz wódz odzyskał przytomność umysłu. Uświadomił sobie, że brak opanowania nie licuje z jego godnością. Wzmożonym wysiłkiem woli narzucił sobie spokój, i zapytał:
— Szi-So w niewoli? Czy wiecie na pewno?
— Z całą pewnością — odparł król nafty. — Nietylko leżeliśmy opodal twego syna, ale nadto rozmawialiśmy z jego towarzyszami.
— Kto mu towarzyszył?
— Młody jego przyjaciel, niejaki Wolf, kilka rodzin niemieckich, które wywędrowały z ojczyzny, a następnie cały szereg znakomitych westmanów, o których chyba nie pomyślicie, że się łatwo dają wziąć do niewoli.
— Kto taki?
— Old Shatterhand...
— Old Shat — — — uff, uff!
— Winnetou.
— Naczelny wódz Apaczów? Uff, uff, uff!
— Sam Hawkens, Dick Stone, Will Parker, Droll, Hobble-Frank, — słowem ludzie, których nie można zaliczać do tchórzów.
Rozległy się wokoło okrzyki zdumienia i strachu. Wódz miał dzięki temu dosyć czasu na opanowanie powtórnie wzburzonych uczuć. Przedarł się przez szereg stojących dookoła Indjan i pośpieszył do swego baraku. Słychać było jego głos i głos jego białej żony; po chwili wyszli oboje. Squaw zwróciła się do trzech przybyszów:
— Czy być to może, czy to prawda? Mój syn w rękach wroga?
— Tak — potwierdził król naftowy.
— A więc trzeba go śpiesznie, jak najśpieszniej ratować! Opowiedzcie, co wam wiadomo, i gdzie są wrogowie!
Jako kobieta tem mniej mogła opanować podniecenie. Uchwyciła Grinleya za ramię i potrząsała niem, jakgdyby chcąc przyśpieszyć odpowiedź. Lecz Grinley odpowiedział spokojnie:
— Tak, przybyliśmy, aby wam donieść o zdarzeniu. Aliści wódz przyjął nas jako wrogów; dlatego wolimy zachować dla siebie to, co nam wiadomo.
— Psie! — huknął Wielki Piorun. — Nie chcesz mówić? Znajdę sposób na rozwiązanie wam języka!
Żona wodza położyła mu ręce na ramieniu i poprosiła:
— Bądź uprzejmy w stosunku do nich! Chcieli nas zawiadomić, a zatem nie zasługują na takie traktowanie.
— Ich twarze nie są twarzami dobrych ludzi; nie ufam im — odparł posępnie.
Żona czerwonego nie przestała go mitygować, a i Wolf przyłączył się do jej próśb, ponieważ niepokoił się o bratanka. On także coraz mniej ufał trzem przybyszom w miarę, jak się przyglądał ich twarzom. Jednakże nic im nie mógł zarzucić, przeciwnie, mógł uratować bratanka dzięki ich informacjom. Miał więc powód do wstawienia się za nimi. Wódz, który chętnieby obszedł się z przybyszami surowo, nie mógł się przeciwstawić pospólnym prośbom żony i przyjaciela, i wreszcie oświadczył:
— Będzie tak, jak sobie życzycie; biali mogą spokojnie się wypowiedzieć. A więc czekamy!
Słowa te były skierowane do Grjnleya. Jeśli wódz przypuszczał, że król naftowy natychmiast usłucha, mylił się bardzo. Biały odpowiedział:
— Zanim spełnię twoją prośbę, muszę się upewnić, czy wy spełnicie naszą.
— Jaką to?
— Nie mamy broni. Czy dacie nam jakąś, jeśli wyświadczymy wam usługę, której od nas żądacie?
— Tak.
— Każdemu po strzelbie i nożu, pewną ilość prochu i ołowiu, jak również zapas mięsa. Gdyż nie wiemy, kiedy nam się nadarzy zwierzyna.
— Zaopatrzymy was w mięsiwo, chociaż, póki jesteście u nas, nie doznacie głodu.
— Jesteśmy o tem najzupełniej przeświadczeni, ale, niestety, nie możemy dłużej u was zostać.
— Kiedy zamierzacie wyruszyć?
— Po zdaniu wam relacyj.
— Nie może to być. Musicie u nas pozostać, póki nie przekonamy się, że przywieźliście wiadomości zgodne z prawdą.
— Ubliża nam twoja nieufność! Istnieją dwie możliwości: albo jesteśmy waszymi przyjaciółmi, albo waszymi wrogami. W pierwszym wypadku nie zamierzalibyśmy was chyba okłamywać, a w drugim — nie odważylibyśmy się przybyć do waszego obozu.
Wódz zamierzał odpowiedzieć, ale żona prosiła go usilnie:
— Wierz im, wierz im; czas upływa i możemy się spóźnić z pomocą!
Skoro i Wolf poparł jej prośbę, Wielki Piorun rzekł:
— Wicher prze w obranym kierunku, aliści, kiedy go wstrzymują wysokie góry, musi obrać inną drogę. Wichrem jest wola moja, a wy jesteście górami. Stanie się zadość waszym życzeniom.
— A więc będziemy mogli odjechać, kiedy zechcemy? — zapytał król naftowy.
— Tak.
— Porozumieliśmy się zatem i wypalmy fajkę pokoju.
Twarz wodza znowu się zasępiła.
— Nie wierzycie? — zapytał. — Uważacie mnie za kłamcę?
— Nie. Ale w stanie wojennym nikt nie ma obowiązku dotrzymywać obietnicy, której nie przypieczętował dym kalumetu. Możecie spokojnie wypalić fajkę pokoju, albowiem mamy uczciwe zamiary. Mówimy prawdę i możemy dowieść, jeśli sobie życzycie.
— Dowieść? Czem?
— Wysłuchawszy relacyj, przekonacie się, że każde nasze słowo jest świętą prawdą. Poza tem mogę wam pokazać papier, którego treść potwierdzi wszystko.
— Papier? Nie chcę nic wiedzieć o żadnym papierze; nieraz zawiera więcej kłamstwa, aniżeli mogą pomieścić usta ludzkie. Zresztą, nie uczyłem się znaków pisarskich, które stawiacie na papierze.
— Ale Mr. Wolf umie czytać; powie ci, że jesteśmy szczerzy i prawdomówni. Czy godzisz się więc wypalić z nami fajkę pokoju?
— Tak — odpowiedział wódz, przejąwszy błagalne spojrzenie żony.
— Za siebie i wszystkich swoich?
— Tak, za siebie i wszystkich moich.
— A więc weź kalumet! Nie możemy tracić ani chwili.
Fajka wisiała na szyi wodza. Zdjął ją, napełnił kunsztownie rzeźbioną główkę tytoniem, i zapalił. Po wykonaniu przepisanych sześciu pociągnięć, oddał kalumet królowi nafty; ten zkolei przekazał fajkę Buttlerowi. Ostatni pociągnął Poller. Ceremonjał był ukończony. Król naftowy czuł się teraz pewnie. Nie zwrócił na to uwagi, że Wolf nie otrzymał kalumetu, że zatem nie był związany układem. — — —




FATALNY DOKUMENT

Teraz wszyscy usiedli na ziemi i Grinley rozpoczął opowieść. Opowiedział o źródle nafty, nie wymieniając jednak nazwy miejscowości, o bankierze i o jego podróży w góry. Oczywiście, spaczał fakty. Opowiedział, że już w ranchu Fornera zetknął się nietylko z Buttlerem, Pollerem i wychodźcami, lecz również z Old Shatterhandem, Winnetou i pozostałymi myśliwcami. Następnie wszyscy razem dostali się w ręce Nijorów. Zastali tu już schwytanych poprzednio wywiadowców Nawajów i dowiedzieli się od nich, że Mokaszi zastrzelił Khastitine.
Nawajowie przysłuchiwali się w milczeniu, aczkolwiek nietrudno się domyślić, że i wódz, i je go żona byli wewnętrznie bardzo zaniepokojeni; przecież śmierć groziła ich synowi. Również Wolf wpijał rozpaczliwe spojrzenie w usta mówiącego. Kiedy bezczelnie zmyślający król naftowy zrobił pauzę, aby zaczerpnąć tchu, wódz wtrącił pytanie:
— Jakże wam się udało umknąć?
— Dzięki małemu scyzorykowi, którego Nijorowie nie zauważyli. Wprawdzie ręce mieliśmy spętane, ale jeden z moich towarzyszów zdołał sięgnąć do kieszeni, wyjąć nożyk i otworzyć. Skoro tylko przeciął mi więzy, uwolniłem przyjaciół.
Wielki Piorun przez chwilę spoglądał w ziemię; następnie szybko podniósł głowę i zapytał:
— A potem?
— Potem skoczyliśmy i pomknęli do koni, dopadliśmy trzech pierwszych lepszych i puściliśmy je w cwał.
— Czy ścigano was?
— Tak, ale nie dogoniono.
— Dlaczego nie uwolniliście pozostałych?
Było to kłopotliwe pytanie. Wódz wraził spojrzenie w króla naftowego. Grinley, uświadamiając sobie, że musi zachować spokój, odparł:
— Ponieważ nie mieliśmy czasu. Jeden ze strażników dostrzegł nasze ruchy; podszedł do nas; oczywiście, nic innego nam nie pozostało, jak czmychnąć.
Pewny, że ta odpowiedź zadowoliła wodza, nie domyślił się pułapki, skoro wódz zapytał:
— Czy masz scyzoryk?
— Tak.
— Leżeliście obok innych jeńców?
— Tak.
Chętnieby zaprzeczył, leez nie mógł zmieniać swoich poprzednich twierdzeń. Domyślił się poniewczasie podstępu Wielkiego Pioruna, który huknął teraz, rzucając groźne błyski z oczu:
— Gdybym nie wypalił z wami fajki pokoju, wziąłbym was w dyby!
— Czemu? — zapytał struchlały Grinley.
— Ponieważ jesteście albo kłamcami, albo tchórzliwymi łotrami.
— Ubliżasz nam!
— Milcz! Albo nas teraz okłamujesz, albo opuściliście w potrzebie towarzyszów niedoli, jak ostatni szubrawcy!
— Nie mogliśmy ich uratować!
— A jednak! Mogliście przynajmniej wręczyć scyzoryk sąsiadowi.
— Nie starczyło nam czasu.
— Nie kłami Jeśli nawet to prawda, powinniście byli zwieść wrogów. Podczas gdy was ścigali, mogliście wrócić skrycie i odbić jeńców.
— Ponad nasze siły! Mogło nas ścigać dwudziestu, czy trzydziestu, a zatem zostałoby dwustu siedemdziesięciu.
Pożałował nieprzezornych słów, ledwie je wypowiedział. Okazało się istotnie, że palnął wielkiego, niewybaczalnego bąka. Wódz zapytał:
— Było ich więc trzystu?
— Tak.
— Widzisz, że nas jest o wielu więcej, a jednak poprzednio powiedziałeś, że mają nad nami przewagę liczebną. Masz dwa języki — strzeż się!
— Nie zliczyłem was dokładnie... — usprawiedliwiał się Grinley.
— A więc otwórz oczy! Jeśli w nocy umiesz porachować Nijorów, to chyba za dnia łatwiej określisz ilość moich wojowników. Na którem wybrzeżu obozowali Nijorowie?
— Na prawem.
— Kiedy zamierzali wyruszyć?
— Dopiero za kilka dni — skłamał król nafty. — Oczekują posiłków.
— Opisz nam dokładnie miejsce!
Grinley opisał, jak mógł, poczem dodał:
— Teraz już wszystko opowiedziałem, co opowiedzieć mogłem, i mam nadzieję, że dotrzymasz słowa. Dajcie nam broń i pozwólcie odjechać!
Wielki Piorun z namysłem kiwał głową i odezwał się dopiero po chwili:
— Jestem Nitsas-Ini, naczelny wódz Nawajów, i dotychczas nigdy jeszcze nie złamałem słowa. Ale czyście dowiedli, że wasza opowieść prawdziwa?
— A więc dam wam dowód nieodparty, który rozproszy waszą nieufność!
Nie zauważył, czy nie zwrócił uwagi na ostrzegawsze spojrzenia, które rzucili mu Buttler i Pollar. Sięgnął do kieszeni i wyjął, otrzymany od bankiera, przekaz na San Francisko. Podając go Wolfowi, rzekł:
— Oto, obejrzyj-no pan ten papier wartościowy! Taką sumę, zwłaszcza w tutejszych warunkach, zawierza się jedynie ludziom wypróbowanej uczciwości. Czy nie sądzi pan?
Wolf przejrzał badawczo dokument i odczytał wodzowi. Ten spoglądał przez parę chwil na ziemię, a następnie rzekł: — A więc nazywasz się Grinley?
— Tak.
— Jakże się nazywają twoi dwaj towarzysze? — Ten nazywa się Buttler, a ten drugi — Poller.
Wolf chciał zwrócić przekaz królowi naftowemu, lecz wódz wyjął mu dokument z ręki, złożył, wcisnął za pas i zapytał spokojnie, jakgdyby nic się nie stało:
— Gdzie leży źródło, które sprzedałeś?
— Nad Gloomy-water.
— Nieprawda, tam niema ani kropli nafty.
— A jednak!
— Nie przecz! Niema tam miejsca, wielkości mojej dłoni, któregoby stopa moja nie znała. Niema tam śladu nafty. Jesteś oszustem!
— Do piorunów! — krzyknął Grinley. — Czy mam — — —
— Milczeć! — krzyknął wódz. — Odrazu po was poznałem, że nie jesteście uczciwymi ludźmi, i tylko z musu wypaliłem kalumet.
— A więc szukasz wybiegu, aby złamać słowo? Wielki Piorun uczynił dumny gest i odpowiedział z lekceważącym uśmiechem na wargach:
— Dla takich ludzi, jak wy, nikt mi nie zarzuci, żem złamał słowo.
— Więc wydajcie nam broń, amunicję i mięso, i pozwólcie odjechać! A zwróć też mój papier! Czemu go schowałeś?
— Zwrócę nie tobie, ale temu, od kogo ten papier wyłudziłeś. Oszukałeś na tę sumę białego, któremu sprzedałeś nieistniejące źródło nafty! Wolf będzie wiedział, co z tem zrobić.
Wyciągnął papier z za pasa i, mrugnąwszy znacząco, wręczył Wolfowi, który natychmiast schował go do kieszeni.
— Stój! — zawołał Grinley, wściekle błyskając oczami. — Ten papier do mnie należy!
— Tak — odpowiedział z uśmiechem Wolf.
— A zatem, zwróć pan!
— Nie — odpowiedział Wolf z tym samym uśmiechem.
— Czemu nie? Chce się pan dopuścić kradzieży?
— Nie. Proszę powściągać swój język!
— Więc zwróć mi pan przekaz!
— Nie.
— Dlaczego zatrzymuje pan przekaz, który jest moją własnością?
Ponieważ opowiadanie pana w wielu miejscach wydaje się nam podejrzane, i ponieważ chcesz tak szybko odjechać. Ludzie, którzy przebyli niewolę i wydarli się z objęć śmierci, potrzebują spokoju i odpoczynku. Moglibyście wytchnąć u nas; wami jednak djabeł pogania. Kto inny na waszem miejscu przyłączyłby się do wyprawy przeciwko Nijorom, aby się na nich zemścić. Wy zaś chcecie nas opuścić czem prędzej, jakgdybyście się lękali pościgu nawet tutaj, w obozie.
— Co myślimy i pragniemy, nie pana to sprawa, — odezwał się Grinley.
— Wypaliłem z wodzem i za jego pośrednictwem z wszystkimi jego — ludźmi fajkę pokoju; winien zatem spełnić przyrzeczenie i nie może nam nic odbierać.
— Słusznie, sir! Wielki Piorun na pewno wywiąże się ze słowa.
— A więc zwróć pan papier!
— Ja? Ani mi się śni! Nie chcę tego kraść, tylko przechować.
Piekło i zatracenie! Dla kogo?
— Dla tych, którzy przybędą po panu.
Ponieważ Grinley już tracił równowagę, więc osadził go rozkazującym okrzykiem:
— Stul pan gębę! Nie myśl, że pan mnie zdoła zahukać! Jeśli jesteście uczciwymi ludźmi, możecie u nas spokojnie zabawić. Nie wyjdziecie na żebry, jeśli o trzy, czy cztery dni później odbierzecie pieniądze. W pierwszej chwili, mimo waszych min podejrzanych, uważałem was za gentlemanów; ale przejrzałem fałsz po wysłuchaniu waszej opowieści.
— Mówiliśmy szczerą prawdę!
— Bzdury! Powiada pan, że Old Shatterhand i Winnetou, Sam Hawkens i inni wraz z panem dostali się do niewoli? I tylko wy umknęliście? Mr. Grinley, to bardzo podejrzane! Wymieniliście osobistości, które o wiele łatwiej, niż wy, mogły się uwolnić. Wy to może wydaliście ich w ręce Nijorów. Zresztą, niech będzie i tak; Winnetou i Old Shatterhand to ludzie, którzy sami pomyślą o sobie. Dla mnie rzeczą obecnie najważniejszą jest czek. Odbijemy jeńców, a zatem spotkamy się z nimi; albo też sami się wyzwolą, a w takim razie przybędą za wami. W tym ostatnim wypadku również zetkniemy się — z nimi, a więc, oczywiście, i z bankierem Mr. Rollinsem. Pokażemy mu czek. Jeśli sprawa pana jest rzetelna, może pan spokojnie u nas zostać. Lecz jeśli jesteście oszustami, toście daremnie się fatygowali.
Król naftowy zerwał się na równe nogi i krzyknął:
— Tak chcecie postąpić? Tak do mnie przemawiacie? A więc nic już nie mam do powiedzenia. Cóżto was obchodzi, że się śpieszę! Czy muszę wam wyłuszczać swoje powody? Powtarzam: wypaliliśmy fajkę, zatem nie wolno mnie zatrzymywać!
— To też nikt was nie zatrzymuje — odparł Wolf.
— I muszę dostać, co mi przyrzeczono!
— Broni, prochu, ołowiu i mięsa? Tak, dostaniesz to wszystko.
— I odzyskam papier! To moja własności
— Jeśli się nią okaże, dostaniesz go pan zpowrotem.
— Nie, teraz, natychmiast! Nic nam nie możecie odbierać, gdyż wódz za siebie i swoich wypalił z nami kalumet.
— Słusznie. Ależ, Mr. Grinley, czyż pan uważa mnie za Indjanina, za Nawaja? Czy ja paliłem z wami kalumet?
Grinley wybałuszył oczy i nie mógł znaleźć odpowiedzi.
— Tak, tak, — skinął Welf z uśmiechem. — Na ogół może pan jest starym szpakiem, dzisiaj jednak okazałeś się dudkiem. Nie biega się tutaj po Dzikim Zachodzie z setką tysięcy w kieszeni, a jeśli się biega, to trzeba pieniądze skrzętnie schować i nie pokazywać nikomu. Nic więcej nie mam do powiedzenia!
Podniósł się i chciał odejść. Lecz Grinley chwycił go za ramię i huknął:
— Oddaj papier, bo pana zaduszę!
Silnym ruchem Wolf odtrącił natręta, wyjął rewolwer, wycelował i odpowiedział groźnie:
— Nie waż się zbliżyć, choćby o jeden krok, bo wpędzę panu kulę do czaszki! Zostańcie u nas, lub odjedźcie, — wszystko mi jedno; ale papieru nie wydam, dopóki nie uwolnię bratanka i nie rozmówię się z bankierem. Na teraz dosyć!
Odszedł. Król nafty musiał się temu przyglądać ze zgrzytaniem zębów i z bezsilną wściekłością. Z wrócił się do wodza, który jednakże wysłuchał go z uśmiechem i odpowiedział spokojnie:
— Wolf jest człowiekiem wolnym; może czynić, co mu się podoba. Jeśli zostaniesz u nas, odzyskasz papier.
— Lecz ja muszę odjechać!
— W takim razie bankier ci go prześle. Przyniosłeś nam wiadomość, za którą ci daję broń, amunicję i mięso, aczkolwiek na pewno jest fałszywa. Nie żądaj wiecej! Czy chcesz u nas zostać?
— Nie.
— A więc dostaniesz, czego żądałeś w umowie. Następnie będziecie mogli nas opuścić.
Odszedł, aby wydać odnośne zarządzenia. Wojownicy stronili od trzech białych, jak gołębie, które cofają się przed krukami. Oszuści zostali Sami. Nikt ich nie podsłuchiwał; mogli sobie zatem pofolgować.
— Zatracony dureń z tego Wolfa! — zgrzytnął Griniey. — Naprawdę nie wyda nam papieru.
— Pomyślałem sobie odrazu, skoro tylko wyciągnąłeś czek, — odparł Buttler. — Okazałeś się największym chyba osłem, jakiego ziemia nosi.
— Milcz, barania głowo! Nie miałem innej rady. Nie chcieli mi wierzyć, a więc musiałem dać dowód.
— Dowód! Wyłudzonym przekazem! Widzisz teraz, jak ślicznie wyszedłeś na tym dowodzie.
— Czy mogłem przewidzieć?
— Ale ja przewidziałem! Gdzież zapłata za wszystkie trudy, które zadaliśmy sobie, za wszystkie niebezpieczeństwa, które przeszliśmy? Jedna chwila pozbawiła nas owocu długich prac i starań!
Buttler i Poller prześcigali się w wyrzutach. Grinley nakazał milczenie i oświadczył:
— Byłem może nieprzezorny, ale nie wszystko jeszcze stracone. Odzyskamy przekaz.
— Od Wolfa? — zapytał Buttler z uśmiechem powątpiewania.
— Tak.
— Czy chcesz tu zostać i czekać, aż przybędą Nijorowie, a może nawet Old Shatterhand i Winnetou? — Ani mi w głowie nie postało! Odjedziemy.
— W takim razie stracimy papier!
— Nie. Powiadam, że odjedziemy, ale dopiero wtedy, skoro zmusimy Wolfa do wydania mam naszej własności. Pomyśl, że dostaniemy broń!
— Chcesz z nim walczyć?
— Tak, jeśli nas do tego zmusi.
— A czerwonoskórzy? Jak oni się zachowają?
— Nie będą się w to wdawać. Wypaliliśmy fajkę pokoju i, póki nie opuścimy obozu, nie mogą wziąć łotra w obronę. Oświadczył przecież, że do ich szczepu nie należy. Inaczejby się rzecz miała gdybyśmy opuścili obóz, a następnie wrócili; wówczas rozwiałby się dym kalumetu. Patrzcie, oto przynoszą nam mięsa! Zaraz dostarczą strzelb i noży, a potem odszukam Wolfa. Pomożecie mi chyba?
— Naturalnie! Kiedy chodzi o taką sumę, można się na niejedno porwać. Spróbujmy! Jeśli sprawa weźmie niebezpieczny dla nas obrót, zawsze będziemy mogli cofnąć się przed walką. Spójrzcie, kilku czerwonoskórych dosiada koni. Dokąd chcą jechać?
— Cóżto nas obchodzi?
Grinley mylił się stanowczo. Wódz zbliżył się z Indjaninem, obładowanym długiemi, cienkiemi porcjami suszonego mięsa.
— Kiedyż biali zechcą nas opuścić? — zapytał.
— Skoro dostaniemy, co nam przyrzeczone.
— I dokąd skierują kroki swych koni?
— Do koryta Rio Nawajo. Jedziemy do Colorado.
— A więc możecie natychmiast wyruszyć. Oto mięso.
— A broń i proch?
— Dostaniecie. Czy widzicie jeźdźców?
— Tak.
— Mają przy sobie trzy strzelby, trzy noże, proch i ołów dla was. Będą wam towarzyszyć przez godzinę drogi; następnie wręczą wam te rzeczy i wrócą do nas.
Trzej oszuści obejrzeli się rozczarowani. Wódz udawał, że nie spostrzegł wrażenia, jakie słowa jego wywarły na białych.
— Dlaczego nie otrzymamy broni natychmiast? — zapytał Buttler.
Uśmiech szczególny drgnął na twarzy Wielkiego Pioruna.
— Słyszałem, — odrzekł — że białe twarze mają zwyczaj odprowadzać gości, których honorują. Pragnę uczcić waszą godność.
— Dziękujemy. Przecież broń możemy sami nosić!
— Czemu mielibyście się trudzić? Niepotrzebna wam chwilowo. Spójrzcie, moi ludzie wyruszają! Zwykli szybko jechać. Starajcie się ich dogonić, inaczej bowiem przed wami przybędą do miejsca, gdzie mają wam broń wręczyć. Skoro zaś nie zastaną was, wrócą, nie spełniwszy powinności.
Pożegnał ich ruchem ręki i odwrócił się, promieniejąc z zadowolenia. Dotrzymał słowa i zarazem zniweczył plan białych.
— Szczwany lis ten czerwonoskóry! — zawołał Grinley. — Przejrzał nasz zamiar.
— Tak — potwierdził Buttler. — Teraz niema żadnej nadziei.
Pshaw!
— Czy sądzisz, ze można będzie sobie coś jeszcze powetować?
— Tak. Poczekamy aż sześciu odprowadzających nas Indjan wróci do obozu, a następnie pojedziemy za nimi.
— I napadniemy na Wolfa?
— Tak.
— Obłędny pomysł! Czerwoni pośpieszą mu z pomocą. Sam powiedziałeś, że, skoro opuścimy obóz, kalumet straci swą moc obowiązującą.
— Tak, byłoby to głupstwo, gdybyśmy chcieli na niego napaść otwarcie.
— A więc kryjomo?
— Tak. Możecie chyba sobie wyobrazić, że już wkrótce wyruszą, aby uwolnić domniemanych jeńców. Wiemy, że pojadą wzdłuż prawego brzegu. Podążymy ich śladem aż do miejsca, gdzie na noc rozbiją obóz. Wówczas podkradniemy się, i byłbym bardzo zdziwiony, gdyby nie nadarzyła się wnet sposobność zdybania tego Wolfa.
— Słusznie. Ten plan przywraca mi humor!
Dosiedli koni i odjechali bez pożegnania. Zdawało się, że nikt na nich nie zwraca uwagi, ale tylko się tak zdawało. W rzeczywistości oczy wszystkich wojowników śledziły ich ukradkiem. — —
Skoro król naftowy i obaj jego towarzysze znikli za skrętem brzegu, Wolf znowu się ukazał. Cofnął się był za grupę drzew. Teraz skierował się do namiotu wodza, gdzie Wielki Piorun zwołał na naradę najwybitniejszych wojowników. Biała squaw, zaniepokojona losem syna, nagliła męża do pośpiechu. Uspakajał ją zapewnieniem, że Szi-So znajduje się w towarzystwie silnych, mężnych i doświadczonych wojowników.
— A przytem — dodał Wolf — pale dla jeńców struga się dopiero po walce, po powrocie do wiosek; wojna wszakże jeszcze się nie zaczęła; dlatego nie powinniście się niepokoić o syna, podobnie jak ja nie rozpaczam z powodu bratanka. Przedewszystkiem, trzeba pomyśleć o najbliższych zarządzeniach. Należy postawić wartownika nad rzeką.
— Poco? — zapytał wódz.
— Jeśli słusznie przypuszczam, trzej biali po otrzymaniu broni wrócą tu i pojadą wślad za nami. Nie rezygnuje się bowiem z tak wielkiej sumy bez prób jej odzyskania.
— Sądzisz, że zechcą wydrzeć ci papier? — zapytał wódz.
— Tak.
— Niechaj przyjdą! Opuścili nasz obóz, a zatem dym kalumetu nie może ich ochronić. Poczują smak naszych kul.
— O ile ich zobaczymy, tak. Ale nie zajdą nam drogi. Raczej będą skrycie tropić, żeby napaść na mnie. Muszę przeto wiedzieć, czy wogóle wrócą. Dlatego proszę cię, abyś postawił nad rzeką jeźdźca.
— Dlaczego jeźdźca?
— Ponieważ niebawem stąd wyruszymy, a bez konia nieprędko nas dogoni.
Wódz poszedł za tą radą. Następnie omówiono szczegóły przyśpieszonej wyprawy wojennej przeciwko Nijorom.
Właściwie nie było wiele do omówienia. Wprawdzie naieżało przypuścić, że Grinley, Buttler i Poller skłamali we wszystkiem, co się odnosiło do nich samych, do ich zamiarów i czynów, ale nie można było wątpić, że umknęli z niewoli, gdyż świadczył o tem stan, w jakim przybyli do obozu. Należało też sądzić, że wywiadowcy Nawajów, Old Shatterhand, Winnetou i towarzysze wpadli w rzeczy samej w ręce Nijorów. Poza tem Nijorowie wysłali wywiadowców, a ci na pewno wypatrzyli obóz Nawajów, skoro kontrwywiady skończyły się porażką. Nijorowie więc na pewno postanowili przejść do ataku, zwłaszcza umocniła ich w tym zamiarze ucieczka trzech białych. Zrozumieli bowiem, że zbiegowie odszukają Nawajów, aby ich zawiadomić o niepowodzeniu wywiadowców, i że poszukają u nich opieki. Jedynie szybką napaścią można było temu zapobiec — a zatem Nijorowie na pewno wyruszyli już przeciwko Nawajom. Słowem, dla Nawajów nie pozostało nic innego, jak uprzedzić atak, Dlatego zaczęli się przygotowywać do wymarszu, który nastąpił w chwili, gdy wróciło sześciu jeźdźców po rozstaniu się z trójką białych. Wódz dowiedział się od nich, że biali, po otrzymaniu broni i amunicji, spokojnie odjechali, nie zdradzając się z zamiarem powrotu. Mimo to pozostawiono nad rzeką wojownika, zaleciwszy, aby, jeśli ujrzy białych, przepuścił ich, przez jakiś czas śledził, a następnie drogą okrężną dogonił swój oddział.
Wojsko pojechało, oczywiście, wzdłuż prawego wybrzeża, ponieważ uwierzono informacji Grinleya. Kiedy dzień miał się już ku zmierzchowi, przybył wywiadowca i zameldował, że trzej biali istotnie zawrócili, i że jadą śladem oddziału. Skoro wiedziano o ich powrocie i odpowiednio się zabezpieczono, dla nikogo nie byli groźni.
Nawajowie jechali przez cały wieczór i zatrzymali się dopiero koło północy, gdyż, jak przypuszczano fałszywie, każdej chwili można się było spodziewać spotkania z Nijorami. Rozbili obóz, lecz przez ostrożność nie rozniecili ognisk.
Księżyc świecił nad drzewami i uśmiechał się do swojej podobizny, która błyszczała na wąskiej w tem miejscu, lecz dosyć głębokiej toni rzeki. Panowała dookoła głucha cisza; tylko chwilami rozlegało się parskanie konia, lub machnięcie ogona, odpędzającego muchy, które unosiły się tu taj chmarami. Żadnego dźwięku poza tem. Czy naprawdę żadnego? O nie, naraz rozbrzmiało z przeciwnego wybrzeża:
Fitifitifitifiti, fititi, fititi, fititi, fititi, fitifitifiti, fititi fititi, ti!
Indjanie zerwali się ze snu i nadsłuchiwali zdumieni. Czy to był głos ludzki, czy głos instrumentu? Wódz podszedł do żony i zapytał:
— Czy słyszałaś? Jeszcze nigdy podobny dźwięk nie przeszył mego ucha. Cóżto mogło być?
— Ktoś naśladował skrzypce i śpiewał walca — odpowiedziała.
Skrzypce? Walca? Cóżto jest? Nie pojmuję.
Chciała mu wyjaśnić, gdy znowu rozległo się:
Clilililililili, lilili, lilili. Clilililili, lilili, lilili, lilili, li!
— Tym razem co innego! — szepnął wódz.
— Naśladowanie dźwięków klarnetu.
Klarnetu? Nie znam. Sądzę, że tam...
Treereeree tee —  — tee — — tee — — treereeree tee —  — tee — — tee — —!
— To trąba! — objaśniła squaw, też nie wiedząc, co o tem myśleć.
Zanim wódz zdążył odpowiedzieć, rozbrzmiało znowu;
Czyng, czyng, czyng, czyngbumbum, ezyngbumbum, czyng, czyng, czyng, czyngbumbum, czyngbumbum bum — —!
— To był wielki bęben z talerzami — rzekła squaw z coraz to wzrastającem zdumieniem.
Trąba, bęben z talerzami? — zapytał Wielki Piorun. — Nie pojmuję tych słów! Czy jakiś zły duch przebywa na tamtem wybrzeżu?
— Nie, to nie duch, lecz człowiek. Naśladuje dźwięki rozmaitych instrumentów muzycznych.
— Ale to przecież nie jest muzyka czerwonych!
— Nie, lecz białych.
— A więc biały?
— Być może.
— Wszakże biali są w niewoli! Wyślę kilku wywiadowców na obejrzenie tej dziwnej istoty.
W minutę później czterej Nawajowie przeprawili się wpław przez rzekę, wylądowali na brzegu przeciwległym i zaczęli skradać się do źródła dziwnych dźwięków. Wnet potem rozległ się przygłuszony krzyk, a po chwili przypłynęli zpowrotem Indjanie, unosząc nad powierzchnią wody ludzkie ciało. Skoro postawili je na nogach, jeden z nich zameldował:
— Dźwięki pochodziły od tej białej twarzy. Oparty o drzewo, bębnił palcami po brzuchu.
Wielki Piorun podszedł do cudacznego gościa i zapytał:
— Co tu robisz po nocy? Kim jesteś i gdzie są twoi towarzysze?
Mówił napół po angielsku, a napół po indjańsku. Zagadnięty nie zrozumiał, domyślił się jednak, czego od niego żądają, i odrzekł po niemiecku:
— Dobrywieczór, moi panowie! Jestem pan kantor emeritus Mateusz Aureljusz Hampel z Klotzsche pod Dreznem. Czemu zakłóciliście moje studja? Naprawdę, przemokłem do nitki!
Czerwoni nie rozumieli ani w ząb; ale można sobie wyobrazić radość białej squaw, gdy usłyszała dźwięki ojczystej mowy. Podeszła szybko do emeritusa i zawołała:
— Mówi pan po niemiecku? Jest pan kantorem z okolic Drezna? Jakże, na miłość Boską, dostał się pan tutaj, nad Chelly?
Teraz zkolei zdumienie udzieliło się panu kantorowi. Cofnął się o kilka kroków i zawołał, klaszcząc w dłonie:
— Dźwięki mojej mowy ojczystej w tych ustach! Indjanka, prawdziwa Indjanka, mówiąca po niemiecku!
— Myli się pan; jestem wprawdzie żoną Indjanina, wodza Nawajów, ale rodowitą Niemką.
— I pani poślubiła Indjanina? Jak się nazywa pani małżonek?
— Nitsas-Ini, Wielki Piorun.
— Wielki Piorun? Do niego właśnie śpieszymy!
— Istotnie? Powiada pan „my“; a zatem nie jest pan sam?
Boże uchowaj! Jest nas cała kompanja dzielnych westmanów i herosów, jak Winnetou, Old Shatterhand, Sam — —
— Czy mogę wiedzieć, gdzie się obecnie znajdują pana towarzysze?
— Pojechali za Nijorami.
— Ci chcą na nas napaść.
— Tak. Non dubito, że to samo słyszałem.
— Dostarcza nam pan niezmiernie ważnych wiadomości. Wyruszyliśmy bowiem naprzeciw Nijorów, aby uprzedzić atak.
— Jakto? Naprzeciw? Sądzę, że jesteście na fałszywej drodze, czcigodna pani naczelniczko?
— Jakżeto? — Jakże? Ponieważ Nijorowie jadą lewym brzegiem.
— Nie tędy, prawym? Czy wie pan na pewno? Jeśli się pan myli, możesz nas narazić na wielkie niebezpieczeństwo.
Impossibile. Jeśli my, amatores artium wiemy coś, to wiemy doskonale i bezbłędnie. Nas samych napadli Nijorowie.
— Wiem o tem. Trzej zdołali się salwować.
— Trzej? Zapewne ma pani na myśli Buttlera, Poliera i króla naftowego. Niestety, ci nam zbiegli.
— Zbiegli? Wam?
— Tak. A możeście ich widzieli?
— Nawet rozmawialiśmy z nimi.
— Pocieszam się, żeście się mieli na baczności!
— Dlaczego?
— Ponieważ wyglądają na ludzi, którym niebezpiecznie zaufać. To szelmy, tak, szelmy, co się zowie. Udało im się nawet mnie oszukać, mnie, faworyta Muz. To przecież wiele znaczy, bardzo wiele! Opowiem pani, naczelniczko.
— Wysłucham pana później. Chwilowo chcę wiedzieć, gdzie są Old Shatterhand i Winnetou.
— Nie wiem.
— Nie? Z poprzednich pana słów można było wnosić, że pan wie!
— Może. Ale, primo, nie zajmuję się takiemi drobiazgami, ponieważ opera heroiczna całkowicie zaprząta moje myśli, a, secundo, towarzysze nie dbają tak o mnie, jak pani przypuszcza. Jestem pani wdzięczny za jej uprzejmość. Niech mnie pani jednak nie nagabuje o takie res profanas, albowiem pochłaniają mnie idee wznioślejsze.
— Kiedy się pan z Shatterhandem rozstał?
— Przed południem jeszcze. Zabrali ze sobą jedynie Szi-So.
— Szi-So? Co? Mego syna?
— Pani syn? Jakto? On jest synem pani?
— Tak. Nie wiedział pan?
— Nie. Wiedziałem tylko, że jest synem Nitsas-Ini, ale że jest pani synem — o tem do obecnej chwili nie miałem pojęcia.
— Wszak powiedziałam panu, że jestem żoną wodza!
— Słusznie; ale wie pani, że miłośnik sztuki nie tak łatwo może się wmyślić w stosunki rodzinne tam, gdzie matka jest biała, a ojciec miedzianego koloru. Rozważę to sobie jednak in spiritu, i possibile est, że udzielę pani miejsca w mojej operze, jako czerwonej matce-bohaterce, czerwonej, ponieważ białą znalazłem już w postaci pani Rozalji Ebersbach.
Kantor wydał jej się dziwakiem. Potrząsnęła lekko głową i zapytała:
— Co pan właściwie porabiał tam, na przeciwległym brzegu?
— Komponowałem marsz bohaterski do mojej opery.
— Ałe tak głośno!
— Tak być musi; inaczej nie uchodzi. Muszę wszak słyszeć, jak brzmią instrumenty.
— Mógłbyś to pan łatwo przypłacić skalpem! Gdyby wpobliżu nadarzyli się wrogowie?
— Sam Hawkens zapewnił mnie, że wrogów niema. Dlatego odzyskałem swobodę, która też pozwoliła mi się oddalić. Uszedłem taki dystans, że nie mogli mnie słyszeć, i wypróbowałem poszczególne głosy orkiestry. Niestety, przerwano mi pracę, złapano mnie ztyłu, ściśnięto za gardło i zaciągnięto do was. Ufam, że przeprawicie mnie zpowrotem.
— Stanowczo. Czy daleko do waszego obozu?
— No, dobry kwadrans trzeba chodzić.
— Doskonale! Pomówię teraz z mężem.
Z pomocą Maitsa, Wolfa, przetłumaczyła Indjanom słowa kantora. Postanowiono w następstwie wysłać Wolfa wraz z dwoma Indjanami do obozu białych.
Byli to wyśmienici pływacy; sprawnie i szybko przeprawili się na drugą stronę i skierowali następnie na lewo, aby, pełzając cichaczem nad wodą, zbliżyć się do obozu. Nie uszli daleko, gd