Jerychonka/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Jerychonka
Podtytuł Powieść
Data wydania 1895
Wydawnictwo Kurjer Warszawski; S. Lewental
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Marya Rodziewiczówna

Jerychonka
POWIEŚĆ.

WARSZAWA.
Kurjer Warszawski
Plac Teatralny Nr. 9.
S. Lewental
Nowy Świat Nr. 41.



Дозволено Цензурою.
Варшава, дня 4 АпрѢля 1895 года.

Druk S. Lewentala, Nowy-Świat № 41.






I.

Magda Domontówna wróciła około południa do swojéj pracowni, z dalekiego po za miasto spaceru. Pęk jesiennych stokroci i astrów włożyła do wody w dzbanie i ustawiła niedaleko stalug. Potém zdjęła z siebie okrycie, włożyła bluzę roboczą, obejrzała farby i pendzle, spojrzała na zegar.
— Hm, robię się pedantką i punktualną. To dowód dojrzałości... Marynia się ucieszy! — rzekła sama do siebie z wesołym uśmiechem.
Otworzyła okno i wychyliła się przez nie, ciesząc się ślicznym wrześniowym dniem i słońcem, które zalewało pracownię. Coś nucąc, spoglądała na dziedziniec, gdzie bawiły się dzieci i gruchało stado gołębi. Naprzeciw, w oficynie, przez otwarte okna słychać było gromadne czytanie. Widocznie była tam szkoła.
Na środku podwórza stara lipa wyciągała ku słońcu konary i jedna jej gałąź, na pół złota, pochylała się ku oknu pracowni.
Magda wyciągnęła rękę, ale było za daleko, aby choć listek ująć.
— Może jeszcze za rok — szepnęła. — Może na wiosnę podamy sobie ręce. A może uschniesz?
Zamknęła okno, poszła do stołu, zarzuconego szkicami i papierami, i wzięła stary wytarty album.
Wyciągnęła się na kanapie i zaczęła go przerzucać. Czego tam nie było! Krajobrazy i studya, karykatury, gmachy, szkice, zwierzęta, typy.
Powoli, kartka po kartce, przesuwały się zarazem wspomnienia. Wyraziste rysy artystki zmieniały się przy każdej stronicy. Przeżywała nanowo te wrażenia, które czuła wtedy, gdy rzucała na papier te obrazki, w swoich artystycznych wędrówkach.
Tymczasem głośne czytanie w szkole ucichło, rozległo się suwanie sprzętów i wnet na podwórze wysypał się rój dziewczątek; zaszumiało chychotem, piskiem, nawoływaniem.
Jednocześnie prawie drzwi mieszkania Magdy ktoś otworzył, rozległ się gruby głos, najpierw w kuchni, potem w przedpokoju, i jak burza wpadła do pracowni kobieta wysokiego wzrostu, chuda i zamaszysta, o siwiejących włosach, ubrana czarno.
— Magda, jesteś już?
— Jestem! — odparła artystka, nie przestając przerzucać kartek.
— No, dzięki Bogu. Myślałam, że znowu z twojej łaski będę musiała bawić twoją baronową, zamiast myśléć o obiedzie. Co robisz?
— Bawię się. Wiesz, ten nasz album z podróży. Jakbym tam była znowu!
— Dzięki Bogu, że to się skończyło. Ale kupiłaś jabłek?
— Jabłek?
— No, przecież ci mówiłam, że kucharka zapomniała, a żeś miała iść przez rynek, obiecałaś przynieść.
— A prawda! — podniosła głowę i zamyśliła się zupełnie seryo. — Byłam na rynku, alem zapomniała, co mianowicie miałam kupić. Nie przypomniałam sobie, więc wzięłam kwiatów na straganie. Ot, tam stoją.
— Dziękuję ci! Dostaniesz je na wety, bo ja nóg nie mam biegać za ciebie. Nigdy rachować na ciebie nie można.
— Ciekawam, com gorszego od kucharki? Jéj wolno było zapomniéć, a mnie nie? Patrz tu, poznajesz? To ty jesteś na widok frutti di mare w Wenecyi!
— Pfuj! Jeszcze mi stoją w oczach; a ten swąd! O, żem już mój Kraków zobaczyła!
— Nie pojechałabyś znowu ze mną?
— Za nic! Za nic.
— A ja choćby jutro!
— Zwaryowałaś... Masz tyle obstalunków.
— To i cóż? Mogą poczekać. Czekałam i ja na nie. Pojedziemy, Maryniu!
— Ani myślę. Dosyć głupstw. Siedź i pilnuj roboty, która ci chléb daje. I jeszcze jaki! Co prawda, dogadzając ci w twojéj pasyi do malarstwa, nigdym nie pomyślała, że z tego będzie jaki rzetelny pożytek.
— Dlaczegóż więc męczyłaś się tyle lat dla mnie w Dreźnie, Monachium i Włoszech? Myślałam, że wierzysz we mnie!
— At, naprawdę, kiedym objęła nad tobą opiekę, miałaś piętnaście lat: fatalny wiek! Wolałam z dwojga złego, żebyś smarowała płótna, niż w bezczynności zaczęła marzyć o oficerach.
— Malarzy kolegów toś się nie lękała! — zaśmiała się Magda.
— Te brudasy, waryaty! Zresztą, tam w szkołach to cię Filip pilnował. Byłam spokojna.
— Więc to Filip był moim Aniołem stróżem z twojego ramienia? Patrz, tu jest Filip, jak mu Anglik położył Bädeckera na świeżej podmalówce.
— Nie wspominaj mi tego chłystka! — burknęła. — Przez rok mógłby choć słówkiem się odezwać. Ale mu spadek w głowie przewrócił. Potrzebne mu były te krocie! Mógłby mi co dać na szkołę przynajmniéj, ale on się nawet nie pochwalił, nie spytał o radę...
Magda zatrzymała oczy na ostatniéj kartce albumu. Był na niéj stary mur przy Via Appia, pamiętający Cezarów, zwalisko potężne, z ciemnéj cegły, którą bluszcze spoiły. Płoty z suchego winogradu i ciernia okalały olbrzyma, a na jego szczycie wiek XIX-ty postawił czerwony słupek z izolatorem telegrafu. Drut przecinał szafir nieba; siedziały na nim dwie jaskółki przelotne, tuląc się do siebie.
— Wiész, co się z temi ptaszkami stało? — rzekła, pokazując siostrze obrazek. — Jedna uleciała, druga padła martwa. Znaleźliśmy ją w cierniach i pochowali w papierośnicy Filipa u stóp tych ruin.
— Trzebaż takie głupstwa pamiętać!
— A bo to nie było ostatnie, cośmy razem popełnili. Tegoż wieczora przyszła owa sławna depesza z Wiednia o spadku, i Filip pojechał.
— Będzie temu dwa lata. Dwa lata słowa nie napisać! Pracownia jego kosztuje mnie dwieście reńskich rocznie. Ciekawam, po co ja płacę? On już malować nie będzie!
— Pozwól mi ten koszt ponosić i nie mów źle o nieobecnych. Muszę mojego Anioła stróża wziąć w obronę. Ma wstręt do listów, wiesz o tém dobrze; przytém świat wielki, a on zawsze marzył, aby go zwiedzić. Jest teraz może na Alasce lub na Borneo. Z kolei przyjedzie i do Krakowa.
— Dużo rzeczy toleruję, lecz tracenia pieniędzy w podróżach wcale nie rozumiem. Włóczyliście mnie po wszystkich włoskich dziurach i kazaliście się zachwycać! Czém, proszę? Skała, woda, drzewo, niebo... to mi osobliwość! Tylko jedzenie tam jest osobliwie obrzydliwe i żebractwa więcéj niż gdzieindziéj! Ale po to nie warto jechać tyle dni i godzin.
— Widzę, że stanowczo nie dasz się na powtórzenie wędrówki namówić. Muszę zaproponować panu Sylwestrowi, aby mi towarzyszył.
— No, no, bardzo proszę! Gotowaś dla żartu to zrobić, a on uwierzy. Tego-by tylko brakło, żeby się go nigdy nie pozbyć.
— Co on ci szkodzi? Zacności człowiek.
— Doprawdy? Człowiek w jego wieku, żeby był zacny, toby siedział u św. Barbary, nie u ciebie. Modliłby się o śmierć szczęśliwą, ale nie przewracał oczu do młodéj dziewczyny, która może być jego wnuczką.
— Wiész, muszę wyrysować twoją minę, gdy mnie pan Sylwester ukradnie, bo uważam, że dobrowolnie mnie za niego nie dasz.
— A nie dam, bo to byłby nonsens. Gadałaś zawsze o kapłaństwie sztuki: bardzo pięknie. Chcę w to wierzyć, ale tylko w kapłaństwo bezżenne, jakem prawa katoliczka. Bądź-że sobie kapłanką, bo do niczego więcéj nie jesteś zdatna. Zastanów się, w jakim stanie byłby obiad twego męża i jego bielizna! A téż dzieciska nieszczęsne odraza dla uratowania ich od śmierci trzebaby oddać do podrzutków!
— To jest projekt genialny. Idę za mąż! Rozwiązałaś jedyną kwestyę, która mnie powstrzymywała w oddaniu ręki i serca panu Sylwestrowi.
— Tobie wszystko służy za powód do śmiechu. Rany Pańskie, ktoś dzwoni! To pewnie baronowa do portretu, a tutaj kurzu i śmieci po kostki! Otwórz okno, niech tylko terpentyna wywietrzeje.
— Ani myślę. Terpentyna utrzymuje moje makaty od najścia moli, a mnie jest koniecznie do życia potrzebna. Dawajże tu tę belladonnę.
Wstała dość opieszale i zrzuciła zasłonę ze stalug. Ukazał się napół podmalowany portret bardzo pięknéj kobiety w stroju balowym. Cała w bieli, stała wyzywająca, chłodna, na tle wschodniéj makaty.
Portret przepysznie się zapowiadał, wart sławy Magdy Domontówny, która przed rokiem dostała złoty medal w Salonie paryskim.
Spojrzała na swe dzieło i, umaczawszy szmatę w terpentynie, starła fałdę materyi, potém pilnie zaczęła ją przemalowywać.
W téj chwili baronowa weszła do pracowni, rzuciła na stół karton i rzekła, rozpinając stanik:
— Tym razem ja się spóźniłam, lecz to wina fryzyera, który mi nie mógł dogodzić. Pani już przy pracy?
— Zaledwie od minuty.
Obejrzała się na piękną panią, rozbierającą się przed zwierciadłem i uśmiechającą się do siebie saméj z lubością zupełnego zadowolenia.
Była bardzo piękna i ślicznie zbudowana, wyglądała na dziewczynę dwudziestoletnią, a miała lat trzydzieści i od dwóch lat rozwiedziona była z mężem, którego znano w Krakowie, bo służył tam dłuższy czas w wojsku; po zerwaniu z żoną wyniósł się i przepadł bez wieści. Ojciec baronowéj, aferzysta wiedeński, w Krakowie był znany jako dostawca wojskowy i tamże sobie żonę wynalazł, zbogaconą mieszczkę, która mu wniosła w posagu dwie kamienice i sporo gotówki. Skutkiem jakichś tajemniczych zawikłań w interesach musiał się z Austryi wynieść. Podróżował wiele z żona, za granicą się im córka urodziła i tam ją wychowano, tam téż stary umarł. Po jego śmierci wdowa zjechała do Krakowa, z fortuną poważną i piękną panną na wydaniu.
Tymczasem ludzie trochę zapomnieli o powodzie dobrowolnéj banicyi, resztę zatarły posag i uroda panny, i nikt się nie zdziwił, gdy złożyły wizyty i weszły do towarzystwa.
Coś w niespełna rok rotmistrz Faustanger o pannę się oświadczył i został przyjęty.
Małżeństwo to niedługo cieszyło się z sobą. Po dwóch latach rotmistrz przeniósł się do Styryi, piękna Alicya wróciła do matki.
Mówili jedni, że on był gwałtowny i zazdrosny, drudzy, że ona nudziła się w Krakowie, gdzie męża stale trzymała służba.
Te panie zeszły ludziom na jakiś czas z oczu; a gdy o nich trochę zapomniano, wróciły znowu i odtąd co rok spędzały tu kilka miesięcy, których stara radczyni używała do interesów, młoda pani do odpoczynku po zagranicznych sezonach.
Magda znała baronową od wiosny. Zamówiła portret, pozowała razy kilka i wyjechała do Ostendy, bo jéj się zdało, że ma reumatyzm, a troskliwość o zdrowie posuwała do dziwactwa. Teraz, za powrotem, przebłagała artystkę i znowu regularnie przychodziła codzień do pracowni.
Magda nie mogła się oprzéć piękności téj twarzy i kształtów; miała prawdziwą przyjemność umysłową w rozmowie z nią. Przyznawała jéj wykształcenie wszechstronne, wdzięk rzadki, łatwość obejścia i rozmowy; lecz pomimo to wszystko nie czuła do niéj sympatyi, przeciwnie — nieprzepartą nieufność i jakby strach. Przezwała ją żartem „ belladonną“ i nazwa ta krążyła po mieście, gdzie artystka miała całe legiony znajomych, przyjaciół i kolegów i lubioną była ogólnie.
Baronowa ubrała się szybko i stanęła do pozowania. Magda przyjrzała się uważnie, zmieniła trochę układ postaci i usiadła przed stalugami.
— Wolno mówić? — uśmiechnęła się piękna pani.
— I owszem.
— Czy pani mnie nie znajduje piękną?
— Ja! — zaśmiała się artystka, ubawiona pytaniem, wymówioném tonem rozpieszczonego dziecka. — Przeciwnie, widzę, że pani ma charakter i wyraz, rzadki przy takiéj piękności.
— To czemu mi pani nie powié tego nigdy?
— Zachwyty moje bywają milczące.
— Jak pani to mówi? Nigdy nie można dociec, czy pani żartuje, czy mówi seryo. To mnie i gniewa i zajmuje i podoba się.
— A jak pani się dowié, przestanę już zajmować?
— To zależy! Jeśli się przekonam, że pani drwi ze mnie, postaram się zadrwić z pani.
— Służę, i owszem! — odparła Magda, zawsze uśmiechniona.
Na sekundę brwi baronowéj zbiegły się i nozdrza rozdęły. Musiała być gwałtowna i nie przywykła do oporu. Magda wyraz ten przelotny uchwyciła jednakże, uśmiech jéj o cień jeden stał się bardziéj drwiącym.
Ale już baronowa ozwała się swobodnie:
— Mam do pani pretensyę. Zostałam obdarzona przezwiskiem wcale nie pochlebném. Zkąd mi pani daje własności trujące?
— Przeciwnie, to właśnie dowód, żem uznała pani piękność: Bella donna.
— A nie boi się pani jéj trucizny za przezwisko?
— Nie. Bardzo tytko nierozsądne i głodne ptaszki biorą się na te jagody. Ale któż to pani mój żart powtórzył?
— Ach, nie pamiętam nawet. Wbrew przysłowiu jest pani bardzo lubiana i poważana w kraju własnym i nie ma pani wrogów.
— Bo i ja wszystkich lubię. Jestem dzieckiem krakowskiém i bardzo gród swój kocham.
— I nie jest pani belladonną! — w zamyśleniu poważném wymówiła baronowa.
Chwilę milczały, aż piękna pani rzekła żywo:
— Chciałam spytać pani o nazwisko pani siostry. Wczoraj powiedziała mi je i wydało mi się znaném.
— Osiecka. Mąż jéj służył w ułanach i umarł młodo wskutek porażenia słonecznego w czasie manewrów. Zaledwie go pamiętam.
— Ma syna?
— Nie. Ma tylko mnie, którą wychowuje od dziesięciu lat.
— Spotkałam w Ostendzie młodego człowieka tego nazwiska.
— To pewnie Filip.
— Kto taki?
— Syn brata jéj męża.
— Pani go zna?
— Jakże! Jak brata i kolegę. Chowaliśmy się razem pod jego opieką.
— To dziwne, że mi o pani nie wspomniał, gdyśmy mówili o Krakowie.
Magda uśmiechnęła się po swojemu.
— Może miał ciekawszy temat do rozmowy.
Baronowa uśmiechnęła się także po swojemu, trochę lekceważąco.
— A może to kto inny? Średniego wzrostu, szczupły, złoty blondyn z czarnemi oczyma, śliczne ma zęby, a śmieje się często i żywy jak student. Wracał z Egiptu, opalony jak beduin. Grywał mi na tamecznej gitarze oryginalne wschodnie melodye. Ładny ma głos i ogólnie bardzo się może podobać. Przytém jest w nim coś tajemniczego; wygląda jakby po za jednym był drogi człowiek.
— Po za światowcem jest artysta.
— Więc naprawdę jest kolegą pani?
— Tak, ale raczéj mistrzem nigdy niedościgłym. Czyż nie mówił pani, że maluje?
— Ani wspomniał. Domyślałam się raczéj tego po świetnych opisach zwiedzanych okolic. Czuć, że co widział, widział dobrze.
— Szkoda! — szepnęła Magda. — Pracownia jego dwa lata stoi pustką, a na stalugach obraz rozpoczęty na wystawę. Przerwał go dla podróży do Włoch i ztamtąd w świat ruszył. Szkoda... nie powinien się zmarnować.
Była w téj chwili bardzo poważną, surową nawet.
— Wyglądał bardzo szczęśliwy i wesół. Naprawdę, po co ma być koniecznie sławnym!
— Czy pani nie wierzy w powołanie?
— Owszem wierzę, że nikt go nie spełnia.
— To wielka prawda. Dlatego tylu jest ludzi wykolejonych i złamanych. Wiedząc to i spotykając co krok, nie chcę, by Filip wśród nich się znalazł.
— Pani go widocznie wyszczególnia w swojéj sympatyi.
— Tak. Zresztą znam go jak siebie i wiem, czego jego dusza potrzebuje. Daj Boże, by on to sobie przypomniał!
— Sądzę, że go pani rychło zobaczy w Krakowie — rzekła baronowa z uśmiechem dwuznacznym.
Magda spojrzała na nią uważnie, badawczo i rzekła swobodnie:
— Ano, to będzie zupełnie naturalne.
— Co takiego?
— Co wart artysta, jeśli nie czci piękna?
Baronowa skrzywiła się.
— Znowu nie wiem, czy pani drwi, czy mówi seryo?
— Pani trochę zmieniła pozycyę lewéj ręki. Odrobinę wyżéj, jeśli łaska. Tak, dobrze.
— Pani się nigdzie w świat nie wybiera?
— Téj zimy nie. Mam mnóstwo zamówionych portretów i lubię swój Kraków.
— I ja tu zimuję, niestety! Matka z roku na rok jest skąpsza. Nie rozumiem, co będę robiła tu, w téj dziurze, przez tyle miesięcy!
— Tak, gdy się nawyknie do ruchu i zmian, trudno bez tego się obejść!
— Pani-bo szczęśliwa: ma swoją sztukę. Żebym ja umiała tworzyć, życie inaczej-by poszło. Ale ja tylko umiem naśladować, i to mnie doprowadza do rozpaczy. Z nudy wzięłam się teraz do czytania i muzyki, ale to mi nie wystarcza. Czy pani maluje cały dzień?
— O nie! Wstaję bardzo rano i odbywam dalekie spacery. Pracuję do obiadu, potém odwiedzają nas znajomi. Wieczorem, gdy jesteśmy same, czytuję głośno siostrze lub gram. Życie jak w zegarku. Zresztą siostra nie daje mi próżnować!
— Pani Osiecka ma szkołę podobno.
— Ach, to jéj konik. Zbiera między opłotkami dziatwę ubogą i dziką, i musztruje to stadko do południa. Co za tragikomiczne bywają codzień w tém państwie wydarzenia! Jest zawsze oszukana, wyzyskana i często jeszcze wyśmiana, ale zawsze z rezultatu rada. Podziwiam, jak jéj czasu wystarcza na tyle zajęć, bo mając już swoją ukochaną szkolę, należy jeszcze do zarządu dwóch ochron i przytuliska starców i kalek. No, i zarządza mną i moim domem, i ma mnóstwo towarzyskich stosunków.
— I nigdy się panie nie sprzeczają?
— Nie, ona na mnie często gdérze za roztargnienie, a ja się śmieję z jéj codziennych niepowodzeń z dziatwą. Zresztą harmonii naszéj nic nie zakłóca. Zanadto jesteśmy do siebie przywiązane.
— A ma téż pani kogo szczególnie wybranego wśród téj massy znajomych?
— O, zapewne. Mam koleżankę z Drezna, Berwińską: wyborna dziewczyna! Mam dwoje staruszków Zaklickich, którzy gospodarzą na ziemi, o mil parę za miastem. Ano, lubię bardzo Andrzeja Oryża, malarza, który mnie zawsze odsądza od wszelkich zalet, i pana Sylwestra, który mnie broni przed jego bezwzględną krytyką.
— Tego znam!
— To nietrudno. Niéma domu, gdzie-by nie bywał, i kamienia w Krakowie, któryby bez niego położono od lat pięćdziesięciu.
— Mówią, że jest bardzo majętny.
— Zapewne, jeśli mógł zgromadzić tyle cennych przedmiotów. Dom jego to istne muzeum.
— Doprawdy? Muszę się do niego zaprosić. Mam kult dla takich gratów starych.
— Znajdzie tam pani, co zechce: od bronzów do sztychów, od połamanych mebli do koronek.
— To nawet się opłaci ze staruszkiem poflirtować.
— O, niezawodnie! Tém bardziéj tutaj w cichym Krakowie, gdzie wybór, sądzę, niewielki.
— Pani toleruje tę zabawkę?
— Jeśli to kogo bawi... dlaczego nie?
— A pani tego nie próbuje?
— Flirtu? Nie! Zanadto jestem roztargniona, a to gra, wymagająca wielkiéj przytomności umysłu. Ciągłe-bym zapominała, żem zaczęła, i z kim właściwie.
W téj chwili zegar wybił godzinę. Baronowa zerwała się gwałtownie.
— Dla Boga! Już trzecia, a ja miałam o pierwszéj być u szwaczki. Anim się spostrzegła.
— Ani ja! — rzekła Magda obojętnie, nie przestając malować.
Baronowa ubierała się śpiesznie, trochę rozgniewana na siebie samą.
— To jest nie do darowania. Szwaczki już nie zastanę, a matka mi piekło zrobi o śniadanie. Cały porządek dnia zmącony. Teraz dopiéro czuję, jakem zmęczona. Członki mi ścierpły. Chyba już jutro sprawię sobie i pani rekreacyę.
— O nie — zaprotestowała Magda. — Jeszcze tylko tydzień posiedzeń; niech się pani poświęci. Wykończenie i akcesorya zrobię już bez pani, ale tego tygodnia nie ustąpię.
— Rada pani mnie się pozbyć, uważam.
— Bynajmniéj, ale musi pani odpokutować Ostendę.
— Cóż mam robić? Przyjadę, pod warunkiem, że pani mnie będzie bawiła. No, do widzenia zatém.
Już ubrana, podała artystce rękę w bardzo eleganckiéj rękawiczce i dodała z wabnym uśmiechem:
— Bardzo-bym rada i po skończeniu portretu pozostać w gronie znajomych pani.
Magda ukłoniła się w milczeniu i uścisnęła podaną dłoń. Potém przeprowadziła baronową do przedpokoju i wróciła do roboty. Malowała pilnie, korzystając ze świeżéj pamięci, zajęta wyłącznie swém dziełem, które coraz doskonaléj występowało, jak żywe, na płótno.
Krótko jednak dano jéj pracować, bo majorowa wpadła jak burza.
— Myślałam, że tu zanocuje! Czy sfiksowała? Nie wié, że w każdym porządnym domu ludzie są głodni o trzeciéj? Obiad przepalony, na nic! Chodźże prędzéj! Już tylko patrzéć, jak Oryż z Sylwestrem się zjawią.
— Daruję im moją porcyę. Patrz, czy dobrze?
Majorowa przysłoniła dłonią oczy i zachodziła to z prawéj, to z lewéj strony stalug.
— Podobna! Niéma co mówić. Ale to zgroza tak się obnażać. Nie mogę do tego przywyknąć. Ale wiész, com o niéj słyszała? Mąż się z nią rozszedł, dla gachów. Wszyscy oficerowie byli u niéj w łaskach.
— Dotychczas zbierałaś po Krakowie tylko błąkające się dzieci, teraz uważam, że zaczynasz zbierać plotki.
— To nie są plotki. Chcę, żebyś wiedziała, co o niéj mówią i żebyś była ostrożną.
— Dawno wiem, co mówią. Oryż przecie od tego jest, żeby mi prawił skandale; lecz nie cierpię, gdy kobiety ogadują się wzajemnie, i każda oczerniona ma we mnie obrońcę. Nie godzi się powtarzać oszczerstw nie popartych żadnemi taktami.
— A to wyśmienite! Więc to mały fakt, że mąż od niéj uciekł...
— Pewnie, że to niczego nie dowodzi. Mogli się w tysiącach innych rzeczy nie pogodzić. Zresztą, co mi tam! Nie cierpię, gdy kogo ogadują, i basta!
Majorowa zamruczała coś dla utrzymania swéj powagi i ostatniego słowa, ale serce jéj pełne było radości z oburzenia siostry. Ona czasem tak jéj próbowała dla przyjemności usłyszenia zdrowéj, śmiałéj prawdy. Lubiła tę dziewczynę nad życie za jéj szczerość i poczucie honoru. Dumna była, że wychowała taką, i pewna, że to jéj wpływ i zasady taką ją uczyniły. Chociaż, jeśli kto nad kim miał władzę, to Magda nad nią.
— Wiész, gdzie jest Filip? — ozwała się artystka, nie odrywając się od roboty.
— No?
— W Ostendzie grywał na gitarze baronowéj i tu prędko przyjedzie.
— Nie może być! A to chłystek! Niechże mi się na oczy nie pokazuje.
— Bo go wpakujesz do szkoły, jako moralnie opuszczone dziecko i włóczęgę.
— Więc się zakochał w téj lali, a ona się przechwala. Winszuję.
— Znowu zaczynasz. Ja zaś dziwiłabym się, gdyby się nie zakochał: nie byłby artystą. Ona się tém nie przechwala. Zanadto jest piękną, aby jéj już nie spowszedniały ludzkie zachwyty.
— Ja tam w niéj nic tak nadzwyczajnego nie widzę. At sobie!
— Maryniu, bo cię wygonię z pracowni! Bój się Boga, kobieto, spójrz na jéj linię, na kształt bioder, na karnacyę, na ramiona, na profil. Toć żywy posąg grecki.
— Dziękuję ci za taką piękność! Dosyć wstydu miałam, włócząc się z wami po galeryach. A ja ci powiadam, że to jest chorobliwe ten wasz zachwyt nad taką marnością. Zgnije i tylko fetor zostanie.
Magda ze złością rzuciła paletę, pendzel i zakryła portret.
— Żebym ciebie nie kochała, tobym znienawidziła! — zawołała oburzona.
A majorowa śmiała się z dobrodusznym tryumfem i, otwierając okno pracowni, rzekła:
— Dzięki Bogu, przecież postawiłam na swojem. Zjemy w porę obiad, bo oto Oryż dzwoni.
Magda obejrzała się za bronią odporną i porwawszy z dzbana pęk astrów, poczęła niemi uderzać siostrę, pędząc ją ku drzwiom i wołając żartobliwie:

Idź-że do jadła, napoju,
Zostaw-że mnie w spokoju,
A kysz, a kysz!

— Kto potrzebuje sukursu? — zawołał z salonu Andrzej Oryż.
— Naturalnie, ja — odparła majorowa. — Patrz pan, jak ona moje siwe włosy postponuje! Zgroza!
Malarz stanął przed Magdą i usiłował odebrać jéj pęk kwiatów. Był to człowiek młody, suchy i śniady, bardzo brzydki, nadzwyczaj bystrego wyrazu twarzy, przy którym zupełnie zapominało się o brzydocie. Magda, śmiejąc się wesoło, umykała mu kwiaty, wreszcie, zmęczona, rzuciła je na stół i wymknęła się z pracowni.
— Wróg sromotną podjął ucieczkę! — zadeklamował Oryż — pozostawiając łupy w ręku zwycięzcy.
Zebrał kwiaty i chwilę trzymał je w ręku, smutno się wpatrując. Wybrał jeden, włożył w klapę surduta, potem, jakby zawstydzony, wyjął. Na to wróciła Magda, już przebrana do obiadu, nucąc półgłosem.
— Co to? Pan stokrotki obrywa! — zaśmiała się.
— Tak, pytam, czy mnie kto kocha — odparł ironicznie.
— Niech pan mnie spyta. Ja wiem!
— A ja wcale słyszéć nie chcę tego, co pani wié. Wolę stokroć kochać bez nadziei, niż być kochanym przez kogoś obojętnego.
— To dowód, żeś pan bardzo jeszcze młody.
— Miałem już czas młodość zmarnować, ale miłość beznadziejna daje natchnienie, a tamta odbiera. Więc nie głupim zmieniać.
— Patrzcie-no, więc pan w sercu krwawą ranę nosi! Niechże się panu przypatrzę i oddam cześć.
— Słuszną. I przyjmuję. Uczynię panią nawet moją powiernicą. Kocham bez wzajemności moją praczkę.
— Winszuję, ale się jéj nie dziwię. Żadna praczka nie odda serca abnegatowi. Toby była za wielka ofiara. Miałam dzisiaj trzy godziny baronową... wie pan!
Oryż podszedł do stalug i odkrył portret. Długi czas przyglądał mu się w milczeniu — oczy jego zabłysły, nozdrza się rozdęły — nie mówił nic, aż ochłonął.
— Cóż... dzisiaj drzewo, czy bawełna? — spytała Magda, układając kwiaty.
— Nadmuchana cielęcina! — zdecydował Oryż. — Tak faszerować i ja-bym potrafił. Ta dama nie ma mięśni, ani krwi... to jest bohomaz! Takie sprzedają na łokcie po kramach na odpustach!
— Takie! — zaśmiała się Magda. — Kup mi pan trzy łokcie... takich świętych!
Spojrzała na swe dzieło, a Oryż jął jéj różne punkta wskazywać.
— Dlaczego to ramię spuchnięte? To, ani chybi, formuje się wrzód — a ten palec rzeczywiście jest krzywy. A te sine zygzaki czyż to mają być żyłki? Nikt żywy takich nie widział dotychczas. Gdybym był baronową, tobym to straszydło darował na kurtynę do gabinetu figur woskowych.
Magda słuchała bez gniewu, owszem z zajęciem, śledziła uważnie wskazane punkta i potakiwała głową.
— To prawda. Przemaluję jutro — rzekła.
— Na co się to zda? Zmaże pani jeden, a zrobi trzy błędy — odparł Oryż, wciąż się wpatrując.
— To zmażę wszystko!
Wzięła szczotkę i butelkę z terpentyną, i bez żartu zabierała się do roboty.
Wtedy Oryż prędko płótno zakrył i żywo rzekł:
— Po obiedzie. Po obiedzie!
Wybuchnęła śmiechem, a on spostrzegł, że się zdradził, i dodał, odprowadzając ją od stalug:
— Bo to daremny trud. Będzie pani znowu smarowała, i źle smarowała; więc po co z panią walczyć? To jest mania, a głupcy utrzymują w niéj panią. Świat tyle się zna na sztuce, co Sylwester. Maluj sobie pani dla takich.
— To dobrze. Wzroku panu nie będę więcéj zabijała widokiem bohomazów.
— O, dziękuję pani z całego serca — odparł wdzięcznie.
Oryż był prawie domownikiem u nich, bo się stołował i miał w przechowaniu u majorowéj swój kuferek z drogocennemi rzeczami. Nie trzymał go w swéj pracowni, bo ta bywała peryodycznie licytowana przez lichwiarzy. Mówił téż dlatego z przechwałką, że nigdy nie może nadążyć z robotą, i że każde jego płótno ma nabywców, zaledwie obeschnie.
Zdolny był niesłychanie, ale próżniak i cygan. Żył z illustracyi; pracował tylko wtedy, gdy go trzymano jak na uwięzi, albo gdy nie miał nawet centa na cygaro.
Rano wałęsał się bez celu. Po obiedzie szedł do knajpy; rzadko w domu nocował. Czasami ginął kędyś na całe tygodnie.
Majorowa lubiła go przecie, bo jéj codzień prawie przyprowadzał ze swych wędrówek obdartusów do szkoły i bardzo się tą szkołą zajmował. Zresztą miała to przekonanie, że zeń zrobi statecznego człowieka, i dlatego karmiła go dobrze, bo mówiła, że porządny wikt wpływa najskuteczniej na poprawę obyczajów.
Rzeczywiście, Oryż od roku, jak do nich przystał, dość regularnie przychodził i czasami nawet płacił. Gdy Magda malowała po obiedzie, czytywał jéj głośno, i jeśli go chciała mieć z sobą wieczorem w teatrze lub na spacerze — nie szedł do knajpy.
Przepadał czasami bez wieści, ale tylko wtedy, gdy te panie czas jakiś bywały zajęte towarzyskiemi stosunkami i o nim zapominały. Wracał wprost do nich i, jakby wczoraj pożegnał, prosił o klucz od kuferka, siadał do obiadu i plądrował po pracowni Magdy.
Majorowa wołała z jadalni. Zasiedli do stołu.
— Cóż słychać w szkole? — zagadnął Oryż, który jadł mało i nawet na potrawę nie spojrzał.
— Było ich dzisiaj trzydzieścioro — pochwaliła się majorowa.
— Winszuję. A moja Wikta nie uciekła jeszcze?
— Nie. Teraz mam na nie sposób. Daję śniadanie. Nie dość na tém! Białą kawę! Kto przychodzi umyty i uczesany, dostaje w dodatku bułkę.
— Bagatela! — zaśmiał się Oryż. — Na takich warunkach, tobym się i ja mył i czesał codzień.
— To mi doradził ksiądz Walery od Ś-éj Barbary. I wie pan, okazało się to nadzwyczaj skutecznem. Już dzisiaj dałam dwadzieścia bułek.
— Ależ to panią musi porządnie kosztować ta trzódka błędnych owiec!
— Tylkoż to! Żyję na koszt Magdy już teraz, a na tamto wystarczam ze swoich.
— To jednak musi być zabawne mieć zawsze pieniądze na każdą potrzebę.
— Warto, żeby pan tego spróbował. Czas się ustatkować, panie Andrzeju.
— Nie chcę! To nie szyk w naszym cechu — odparł Oryż pogardliwie. — O czém pani myśli? — zwrócił się do Magdy.
Drgnęła, budząc się z zadumy.
Ale on nie dał jéj odpowiedzieć.
— Niech pani nic nie mówi, bo będzie to kłamstwo.
— O, bardzo proszę! Nigdy sobie téj fatygi nie zadaję, aby zmyślać. Myślałam o Filipie.
— Odnalazł się?
— Tak. Poznała go baronowa w Ostendzie; ma tu przyjechać rychło. Myślałam tedy, czy się weźmie do pracy?
— Romansowania z baronową? To niezawodnie.
— Ależ jedno drugiego nie wyłącza! Miłość daje natchnienie.
— Jak komu; mnie przeciwnie.
— Ba, jeśli ktoś marzy o praczce! — odcięła.
— Lepiéj o praczce, niż o baronowéj. Bo ta rozskubie jego duszę na szarpie i zrobi z nich sobie taburecik lub poduszkę dla pinczera!
— Oho, pan nie znasz Filipa — wtrąciła majorowa. — Nie tak łatwo go rozskubać! Da sobie radę.
— Zresztą, co tam! — machnął ręką Oryż. — Człowiek po to żyje, by się zmarnować. Więc, czy się zmarnuje od knajpy, czy od buduaru, od długów czy od perfum... to rezultatu nie zmienia.
— Panie Andrzeju, bez urazy, ale przyjdź pan do szkoły na parę lekcyi katechizmu — rzekła majorowa żartobliwie. — Nauka niedługa, nietrudna do pojęcia, a równie skuteczna, jak rózga, na którą, niestety, już pan za stary.
— Dziękuję pani i skorzystam, skoro pani rozszerzy swój zakład i na chłopców.
— A wie pan, że już o tém myślę. Ksiądz Walery bardzo mnie do tego namawia. Tylko w tym domu za ciasny lokal.
— Dzięki Bogu. Mam jeszcze czas powałęsać się nad Rudawą, zanim mnie pani do katechizmu zapędzi.
Obiad był spożyty. Powstali tedy i przeszli do saloniku. Majorowa przyniosła stos dziecięcych zeszytów do przejrzenia, Oryż zapalił cygaro, Magda usiadła do fortepianu i brząkała coś od niechcenia.
Oryż słuchał chwilę, potem wstał.
— Nie jestem dzisiaj paniom na nic potrzebny? — spytał majorowéj.
— Ach, i owszem. Wyrysuj mi pan ładny zygzak na plecionki. Potrzebuję modelu, a u Magdy doprosić się go nie mogę. Narób mi pan téż ładnych monogramów do haftu!
Oryż, z widoczném zadowoleniem, przyniósł z pracowni papier i ołówki i na kolanie jął rysować. Nigdy go nie można było namówić, by używał stołu.
W téj chwili dzwonek się ozwał, i Magda rzekła:
— Jest pan Sylwester.
Gość był to niemłody jegomość, otyły, czerwony i uśmiechniony, bardzo starannie ubrany i ruchliwy. Wyglądał na człowieka, któremu życie szło gładko i wesoło, jak strumyk bardzo jasny, ale i gładki.
Już w przedpokoju gadał ze służącą, a witając towarzystwo, mówić nie przestawał.
— W przelocie wpadłem, okropnie mi się śpieszy! Mam dla pani majorowéj lokal, cacko, na szkołę. Radzę się śpieszyć, bo zajmą. Ale mówiłem z właścicielem, obiecał do jutra czekać. Nie było pani panno Magdo, dzisiaj na wystawie, a szkoda: są nowe kartony Matejki. Pana to chcę porwać z sobą, jako eksperta.
— Od czego? Alboż pan pijasz piwo?
— Pijam niekiedy. Ale nie o to rzecz idzie. Dano mi znać, że jest do nabycia prawdziwy Carlo Dolce. Boję się, czy nie blaga.
— I niezawodnie. Gdzież to cudo ma być? — spytała Magda.
— Na Podgórzu, u jakiéjś wdowy po muzykancie. Mam tu adres. A możeby téż i pani zechciała nam towarzyszyć? Pogoda prześliczna, przejedziemy się za jedną drogą. Mój powóz czeka.
— Dziękuję, ale nie mam ochoty. Słonecznych dni już mało; muszę z nich korzystać. Zresztą pewna jestem, że to kopia, albo naśladownictwo.
— A ja nie ekspert i nie pojadę — rzekł Oryż. — Filistrem nie jestem ani małpą, żeby mnie obwożono budą po mieście. Weź pan sobie Malickiego: ten się wysypiał dwa miesiące w Uficyach florenckich i dowodzi, że jest znawcą.
— Malicki jeszcze w Zakopanem bawi. Ale, słyszeli państwo, mają dawać pojutrze „Maryę Stuart“ z Modrzejowską. Dostałem ostatnią lożę. Może pójdziemy?
— I owszem — zgodziła się Magda.
Oryż coś zamruczał — zapewne znowu, że nie jest małpą, żeby się pokazywać w loży.
— Ale najciekawsza rzecz na końcu! — uśmiechnął się pan Sylwester. — Mam dla pani ukłony od pana Osieckiego.
— Od którego? — zawołała majorowa.
— Jużciż nie od nieboszczyka majora, bo pan Sylwester na ducha nie wygląda! — mruknął Oryż.
— Od pana Filipa. Przyjechał wczoraj wieczorem i kazał powiedziéć, że się wnet do pan zgłosi, gdy sobie locum upatrzy. Spotkałem go na Grodzkiéj: wychodził z magazynu z baronową Faustanger.
— Słyszeliście! — ruszyła ramionami majorowa. — Zgłosi się... patrzcie go. Co za fanaberya! Niech mu pan powie, że jeśli nie jestem u niego pierwszą, to żadną. Obejdę się bez jego wizyt obowiązkowych.
Pan Sylwester mocno się zdziwił takiemu przyjęciu wieści, którą miał za radosną. Oryż począł szydersko się uśmiechać.
— Tego by też do katechizmu, do szkoły.
— Ależ Maryniu — wtrąciła Magda. — Wczoraj przyjechał zaledwie.
— Więc wczoraj powinien był przyjść. Mój dom był jego domem dotychczas. Powinien był z kolei wprost zajechać po klucz od pracowni. Przecie dwa lata utrzymuję ją w całości!
— Ależ on nie zna naszego adresu! — rzekła Magda.
— Twój adres zna każdy dorożkarz. Zresztą, to są wykręty. Baronową potrafił znaleźć! Zobaczysz, że on nie nasz!
— Może być — ruszyła ramionami. — Jest już w tym wieku, że twojéj opieki nie potrzebuje.
— Ja téż z nią nie myślę się narzucać. Od jutra nie płacę za pracownię.
— Nie piać, ale się nie gniewaj, bo każdy pozna, że mówi przez cię wielka obrażona miłość...
— Wcale się nie zapieram. Wychowałam go dla siebie, a nie dla jakiéjś baronowéj.
— On też jéj za stryjenkę i opiekunkę nie uważa! — zaśmiał się Oryż.
— To jest cudowna kobieta — ozwał się pan Sylwester. — Ale ja się jéj boję.
— Nabierz pan odwagi, bo chce zwiedzić pana muzeum i trochę pobałamucić właściciela. Namówiłam ją dzisiaj do tego przy pozowaniu.
— Święty Wojciechu, strzeż mnie! — zawołał Sylwester z udanym strachem, a w rzeczy saméj mile połechtany zajęciem pięknéj pani.
— Zjedz trochę belladonny, staruszku, zjedz — dogadywał Oryż. — Masz strawny żołądek: nie otrujesz się!
— Więc była dziś u pani? Jakże portret? Cudowny... Marszałek prosił mnie dziś o protekcyę do naszéj artystki.
— Marszałek? Dawaj mi go pan! — zawołała Magda. — Co za pyszna głowa! Tego bym malowała z rzetelną przyjemnością.
— Skąpy jest i chciwy!
— A to mu zapłacę jeszcze, jeśli się zgodzi! — zaśmiała się artystka. — Zatrzymam portret, a jemu dam kopię!
— Nie pleć! — upominała majorowa. — Prawisz trzy po trzy; rozchodzi się to po mieście i robi ci niechętnych.
— Ja jestem jak studnia — bronił się pan Sylwester z całem przekonaniem, chociaż nigdy niczego w tajemnicy nie mógł utrzymać.
— Studnia publiczna — mruknął Oryż, oddając majorowéj gotowy rysunek.
— Wolno mi będzie zobaczyć portret? — prosząco rzekł Sylwester. — Tylko bez tego pana, bo on mi truje zachwyt.
— Jam téż nie ciekaw i odchodzę.
— Nie — rzekła Magda. — Pan zostanie i pojedzie z nami do tego Carlo Dolce, bo i mnie przyszła ochota.
— O pani, co za łaska! — wykrzyknął stary rozpromieniony.
— Co to, to nie! — zbuntował się Oryż. — Mówiłem raz, że budą nie jeżdżę. Żegnam państwa!
Kiwnął niedbale głową i wyszedł.
— Co za gbur! — szepnął Sylwester.
Magda zniosła obojętnie impertynencyę i otworzyła drzwi do pracowni.
— Spójrz pan na portret i jedźmy!
— Jak pani pozwalać może na takie zachowanie się? Ja bym go spoliczkował, gdybym miał prawo stanąć w pani obronie!
— Bywają grzeczności męskie daleko więcéj ubliżające godności kobiecéj, niż jego nieokrzesanie — odparła spokojnie. — W intencyi on mnie nie obraził. Pozór trzeba wybaczyć, jak źle wychowanemu dziecku.
Odkryła portret. Sylwester ręce złożył.
— Żywa, oddycha, krew w niéj krąży: to arcydzieło! Pani siebie przeszła!
Artystka prędko zasunęła płótno.
— Słuchać pana nie mogę. Pan się nie zna: tysiące błędów! Będę jutro poprawiała.
— Nie godzi się. To cudo. Klękajcie narody!
— Milczże pan przez litość i jedźmy!
Majorową zastali w przedpokoju, gotową do wyjścia.
— Jedziesz z nami? — zapytała Magda.
— Nie mam czasu. Stróż mi mówił o trojgu sierot po szewcu. Muszę się o nie dopytać. Mam też interes do siostry Róży u szarytek.
Magda nie nalegała. Życie artystyczne wyrobiło w niéj samodzielność i dojrzałość.
Wsiadła bez żadnéj złéj myśli do powozu pana Sylwestra i cieszyła się niefrasobliwie piękną pogodą, ruchem ulicznym i spotykanemi typami.
Znajomi, widząc ją, witali z uśmiechem.
Miała-bo wielu przyjaciół, z powodu szczerego i wesołego usposobienia, a bardzo mało zawistnych z powodu zupełnego braku pychy i zarozumiałości.
Była zupełnie szczęśliwą i swobodną.
Miała dostatek materyalny, dzięki fortunie siostry, miała sławę i talent, miała zdrowie i młodość, i była ogólnie kochaną.
Czasem, zastanawiając się nad swoim losem, mawiała do Heleny Berwińskiej, swojéj powiernicy i przyjaciółki:
— Wiesz? zanadto mi się wiedzie. Boję się odwetu losu i boję się sama siebie. Człowiek podobno nie spocznie, aż sobie wyszuka nieszczęścia!
Dziś, jadąc na Podgórze, po za wesołością i swobodą, czuła w sobie smutek. Nie zdawała sobie z niego sprawy, a raczej nie chciała go zgłębiać. Otrząsała się, jak człowiek z silną wolą, gdy czuje, że go choroba zaczyna męczyć.
— Głupstwo! — myślała — nie dam się. Zanadtom rozpieszczona powodzeniem. Zaczynam wynajdywać utrapienia.
Więc pozornie bawiła się, żartując z panem Sylwestrem. Minęli most i wjechali w przedmieście. Domki tu stały bez ładu, ukazywały się ogródki, parkany, stare zabudowania drewniane.
Nareszcie powóz stanął; trzeba było iść daléj pieszo. Zaczęli krążyć w labiryncie uliczek i podwórzy, rozpytując się przechodniów o wdowę po muzykancie.
Nagle stanęli przed urwistym brzegiem rzeki i ujrzeli przed sobą Andrzeja Oryża, leżącego na zapylonéj trawie i obserwującego chudego kota, jak się skradał do wróbli na dachu samotnego domku.
— A pan się tu zkąd wziął? — zawołał pan Sylwester zdziwiony.
— Z Krakowa — odparł, nie ruszając się.
— Powinszować panu charakteru w nogach.
— Mój ojciec był listonoszem, a matka roznosiła pieczywo, miałem więc po kim dziedziczyć.
— A myśmy dotąd nie odnaleźli téj wdowy.
— A ja już! Tam mieszka. Carlo Dolce jest fałszywy, ale gdybym mógł, to bym nabył.
— Chodźże pan z nami!
— Mam dosyć tego, com widział.
Magda weszła pierwsza do sionki, zawalonéj ogrodniczemi sprzętami, a z niej do izby nizkiéj i wilgotnéj, w któréj okna osunęły się aż do podłogi. Pustka z niéj wiała i chłód piwniczny.
Odrazu obraz uderzył jéj oczy, bo wisiał wprost drzwi, na nagiej ścianie, i paliła się przed nim lampka.
Kobieta, jeszcze młoda i rzadkiéj piękności, ale wyniszczona i blada, siedziała przy tapczanie, na którym leżało chore dziecko i, wpatrzona w obraz, półgłosem odmawiała litanię.
Na obrazie Matka Bolesna patrzyła ku ziemi — nad wyraz smutnie.
Na skrzyp drzwi kobieta zwróciła twarz i powstała ze stęknięciçm.
— Moja pani, to ten obraz na sprzedaż? — zagaił pan Sylwester z miną lekceważącą.
— A ten! — odparła lakonicznie kobieta.
— Hm, trzebaby go zdjąć i obejrzéć. A jakąż cenę pani za to chce?
— Ja go nie sprzedaję! — rzekła kobieta żywo oburzona samem przypuszczeniem. — To gospodarz za komorne.
— A gdzież gospodarz?
— Nie wiem. Ten grunt ktoś nabył niedawno. Domek mają znieść. Ma być jakaś fabryka. Wiem, żem winna za komorne; mają prawo wziąć obraz, bo nic więcéj nie mam, oprócz dziecka, które umiera.
Odwróciła się od nich i usiadła znowu przy tapczanie, ale się już nie modliła. Twarz jéj stała się ponurą i zawziętą. Patrzyła przed siebie z wyrazem dzikiego buntu.
— Co jest dziecku? — spytała Magda, pochylając się nad niem.
— Śmierć! — burknęła kobieta. — Wodą a trawą człowiek się nie nakarmi. Starszy dłużéj wytrzyma, bo rozum ma, a takie małe, to co ma zrobić? Kładzie się i gaśnie!
Dziecko było istotnie tylko cieniem. Spało a raczéj zamierało z wycieńczenia.
Pan Sylwester podszedł także i rzekł:
— Czemużeście mu dali do tego stopnia zmarnieć? To zgroza!...
— W piersi nie mam mleka, a krwi by nie piło — odparła kobieta dziko.
— Idźcie, kupcie, co trzeba — rzekł, podając jéj srebrnego guldena.
Kobieta ruszyła ramionami.
— Po co mu mam konanie przedłużać? Dajcie mi pokój! — mruknęła.
— Szalona! — szepnął Sylwester.
Magda otworzyła drzwi do sieni.
— Panie Andrzeju! — zawołała.
Podszedł i spojrzał na nią badawczo.
— Przynieś pan drew, mleka i wina!
— Już-bym to zrobił bez pani, gdybym miał był choć centa w kieszeni!
Podała mu swoją portmonetkę i odetchnęła głęboko, jakby ją dławiło chwilami.
Potém wróciła do izby i rzekła do pana Sylwestra:
— Weź pan swój powóz i sprowadź doktora, ja tu zostanę.
— Natychmiast. Że mi to nie przyszło na myśl! Lecę, lecę!
Magda znowu pochyliła się nad dzieckiem i, nie mając nic innego pod ręką, przykryła je swoim żakietem. Nie odzywała się więcéj do kobiety.
Po chwili wpadł Oryż z wiązką szczap i dwiema butelkami pod pachą. Nie czekając rozkazu, rozpalił ogień na wystygłym oddawna kominie i grzał mleko. Magda, szukając po kątach, znalazła tylko wyszczerbiony garnuszek. Nalała weń wina i podała kobiecie.
— Wypijcie i pomóżcie dziecku dać trochę mleka.
Potrząsnęła głową i spojrzała pożądliwie na mleko.
— Ja nie chcę. I ono może już nie przełknie.
— Spróbujemy. Przełknijcie wy pierwéj, żeby garnuszek dla niego opróżnić.
Wtedy kobieta wypiła wino już bez protestu. Potém uniosła trochę głowę dziecka i zaczęła mówić zmienionym głosem.
— Jaśku, mój robaczku, otwórz ślepki. Mleczka ci mama da! Nie śpijże, powąchaj, jak mleczko pachnie.
Dziecko ocknęło się, błysnęło okiem, poruszyło ustami i przełknęło łyk jeden. Twarz matki rozjaśniła się dziwnie i zaczęły z oczu łzy padać, bez łkania.
Oryż zbliżył się do Magdy, wziął jéj rękę i pocałował.
Spojrzała nań zdumiona.
— Przepraszam panią, ale jestem z pani bardzo rad i nie wiedziałem, jak okazać — rzekł czerwony ze wstydu.
— Bardzo mi przykro, że pan musiał aż do tyla swą godność poniżyć — odparła z uśmiechem. — A teraz idź pan i przynieś cokolwiek dla matki!
— Idę, ale niech pani nie dopuści, by Sylwester ten obraz kupił. On gotów zań zapłacić, żeby pani się przypodobać, a téj kobiecie zrobi niesłychaną przykrość.
— Dobrze, bądź pan spokojny i wracaj prędko.
Wyprawiwszy go, powróciła do kobiety, któréj łzy ulżyły nieco, bo rzekła łagodniéj:
— Możeż to być, że on wyżyje?
— Doktor zaraz będzie. Niech pani teraz sama trochę mleka wypije i będzie dobréj myśli. Zrobi się wszystko, co w ludzkiéj mocy, aby chłopak wyzdrowiał wam na pociechę.
— A za co pani tyle robi? Ja pani niczem się nie wypłacę!
— A owszem wypłaci mi pani dobrém słowem i uśmiechem. Od téj wypłaty nie zwolnię!
Mówiła to serdecznie, szczerze, aż kobieta znowu płakać zaczęła, zwalczona w swéj zaciętości.
— O, byle on żył, to krew dam za panią! Byleby on żył i bylebym żebrać nie potrzebowała! Nie umiem tego, nie mogę.
— Nie, nie. Znajdzie się praca, zajęcie i spokój. Otóż i doktor.
Pan Sylwester przywiózł swojego medyka, znajomego Magdy. Już wiedział, do kogo jest wzywany, i życzliwie zajął się chorym.
Uspokoił matkę, dał polecenie, obiecał codzień odwiedzać.
— Ale matkę trzeba gwałtem zmusić do snu i wypoczynku, bo inaczéj ona umrze. Trzeba tu będzie przysłać szarytkę na dni kilka — rzekł do Magdy.
— Ja pójdę do sióstr — ofiarował się Oryż — i zaraz jedną przyprowadzę.
— A ja obraz kupię, choć to fałsz, ale będę go miał na pamiątkę naszego spaceru — rzekł pan Sylwester, uradowany z pomysłu.
— Zrobię panu obrazek téj izby na pamiątkę — odpowiedziała Magda — a ten niech im zostanie. Trzeba się dowiedzieć, kto jest właścicielem rudery, i zapobiedz, aby ich ztąd nie wypędzono.
— Już wiem! — zawołał Oryż. — Piekarz mnie objaśnił. Te place nabyła na licytacyi matka baronowéj.
— O, to pewnie zrobiła dobry interes! — wtrącił doktor. — Szalony ma nos do interesów; tylko ją córka kosztuje summy!
— Będę u nich dzisiaj wieczorem, to interes załatwię! — rzekł Sylwester. — Muszę się pochwalić, jak małym kosztem nabędę płótno naszéj sławy.
— Ależ pan massę uczynił! Przecie panu ci biedacy będą zawdzięczali życie. Żeby nie kolektorska żyłka, nikt-by o nich nie wiedział.
— A co? Widzi pani! Sylwester wszędzie się zda. Ale jakże się oni nazywają? Muszę to sobie zanotować.
Kobieta nie słuchała ich rozmowy, i gdy do niéj się zwrócił, przeraziła się, nie wiedząc czego żąda. Musiał trzy razy pytanie powtórzyć.
— Pan pyta o nazwisko? — odparła wreszcie i zawahała się sekundę. — Boiński zwał się mąż, ale my nie tutejsi.
— Boiński! — zawołał Oryż. — Może Stefan?
— A Stefan. Dlaczego się pan pyta?
— Z pod Buczacza? Z Kalinówki?
Kobieta skinęła głową, patrząc badawczo na malarza. Ten się roześmiał dziwnie.
— To już teraz wiem wszystko! Patrzcie no, jak to daleko ludzie odlatują! Ja jestem Andrzej Oryż. Pani o mnie nic nie wie, ale ja o was wszystko. Ja też z tamtych stron rodem. Mój stryj był proboszczem w Buczaczu.
Patrzyli na siebie uważnie, i znowu Oryż dziwnym śmiechem wybuchnął.
Obecni przysłuchiwali się ciekawie, ale nikt nie pytał; tylko Sylwester, nie mogąc się pohamować, wtrącił:
— Musieli państwo być w lepszym bycie niegdyś. Fortuna kołem się toczy.
Kobieta, milcząc, ruszyła ramionami, a Oryż za nią odpowiedział:
— Fortuna w naszym wieku nie jest ani ślepa, ani stoi na kole. Daje się osiodłać, okiełznać, i jeżdżą na niéj żydzi. Chciałem raz to nawet wymalować, ale żem portretował i ją i jeźdźca, więc mi panna Magda odradziła dla świętego spokoju.
Doktor zaczął się żegnać, a i Sylwester kręcił się niespokojnie. Magda z żalem pomyślała o odwrocie.
Spojrzała raz jeszcze po izbie — do której weszło w téj chwili zachodzące słońce i rozpromieniło krzywe ściany — pocałowała skroń dziecka, uścisnęła dłoń kobiety i, obiecawszy przyjść rano, wyszła, pełna wielkiej radości.
Gdy wysiadała z powozu, podała szczerze dłoń panu Sylwestrowi i rzekła z uśmiechem:
— Dziękuję panu za spacer i za Carlo Dolce! Wyszukuj pan więcéj takich. Dawno nie miałam tak przyjemnego popołudnia.
Stary przypadł do jéj ręki i całował, rozpływając się z zadowolenia.
— Pani moja, pani moja! Ty wiész, że żyję tylko myślą o tobie — jąkał przejęty. — Żebyś chciała, żebyś raczyła!
Ale Magda nie chciała, ani raczyła słuchać daléj. Całą siłą woli hamowała śmiech i rzekła, o ile mogła, najpoważniéj:
— Polecam panu załatwienie sprawy komornego. Zresztą biorę tych biedaków pod swoją opiekę. Kobieta musiała być bardzo piękna. Tymczasem do widzenia panu!
Zadzwoniła. Sylwester wzdychał i głową trząsł żałośnie.
— Żeby temu lat trzydzieści! — szepnął.
— Toby pan nie przeprowadzał mnie, lecz inną! — zaśmiała się, wchodząc do mieszkania i żegnając go kiwnięciem głowy.
W salonie majorowa siedziała nad robotą przy lampie. Szyła ciepłą odzież dla swéj trzódki i, zamiast spytać siostry o powód opóźnienia, rzekła posępnie:
— Filip nie przyszedł.
Magda uczuła wielką przykrość i zawód, ale nie chciała tego okazać i tylko poruszyła ramionami.
— Cóż robić? Nie czekaj go, to nie będziesz cierpiała.
Wzięła książkę i zaczęła opowiadać siostrze zdarzenie z Boińską.





II.

Nazajutrz o południu, na dźwięk dzwonka, Magda poszła sama otworzyć, pewna, że to baronowa.
Ale w progu stanął młody mężczyzna i, ujrzawszy ją, rozśmiał się z widoczną uciechą.
Szczupły, złoty blondyn, z czarnemi oczyma, z miną swawolnego studenta.
Zanim miała czas rzec słowo, już wpół ją objął i ucałował, a potém przyjrzał się raz jeszcze i żartobliwie powitał:
Servus, kolego! Bardzo mi stryjna wymyśla?
— Wcale nie! Za co? — odparła.
— Ano, za włóczęgę i milczenie. Ale bom używał jak szalony; jeden dzień do drugiego nie był podobny. Dwa razy na jedno nie spojrzałem. Co było pisać! Żyję, wróciłem i wiele mam ci do powiedzenia. Będziesz słuchała?
— Jak zawsze, cierpliwie. Nie mogę czytać i malować jednocześnie, więc będziesz mi za książkę służył.
— Jesteś tedy sławną. Pokaż-no się! Czy cię to zmieniło? Ano, trochę. Przybyło ci powagi i godności. Dobrze się czeszesz, aleś zmizerniała. Wiesz, dopiero teraz jesteś kobietą. Gdzież stryjna?
— Za godzinę wróci. Zaczekasz na nią. Znasz przecie baronową Faustanger, która lada minuta przyjdzie do pozowania.
Patrzyła mu uważnie w oczy i była pewną, że na to imię blask gorący mignął w źrenicach, a krew nabiegła w skronie.
On dłonią przesunął po włosach i odparł:
— Poznałem w Ostendzie. Czy tu mieszka?
— Mieszka i spacerowała z tobą wczoraj po Grodzkiéj! — odparła artystka ze śmiechem.
Filip poczerwieniał, okropnie zawstydzony.
A ona dodała szyderczo:
— Jeżeli zaczynasz od kłamstwa i wykrętu, znajdź sobie inną powiernicę! Nie cierpię być zabawianą fałszem!
— Daruj! — odparł Filip z dzikim wybuchem. — To nie kłamstwo, ani wykręt. Ja boję się jéj wspomuiéć nawet, żeby się nie zdradzić, że kocham ją do szaleństwa.
Magda zmarszczyła brwi na jedną sekundę. I jéj krew uderzyła do twarzy, jakby ją zarażała namiętność tego wyznania, ale po chwili odparła spokojnie:
— Jeżeli mam być powiernicą, to nie wolno ci lękać się zdrady. Mów, lżéj ci będzie milczéć przed ludźmi.
— Chodźmy do pracowni. Mówiła, że portret pyszny, i że patrząc nań, prędzéj się jéj doczekam.
— Ach, więc się umówiliście na spotkanie u mnie! — rzekła z dziwnym uśmiechem.
— Tak. Wiedziałem, że u ciebie będę jak w domu. Parę godzin spokoju i szczęścia będę ci zawdzięczał!
Magda weszła do pracowni, usiadła do roboty. Filip stanął za nią i wchłaniał w siebie oczyma urok pięknej kobiety. Słyszała, jak oddychał nerwowo i prędko. Potém zaczął mówić urywanemi zdaniami:
— Przepyszna. Co za linia, wzrost, całość doskonała! Głos jéj to pieszczota, ruch każdy to wcielenie wdzięku. Pomyśléć, jak te usta całują! To bóstwo!
Magda słuchała w milczeniu, rada, że mówić nie potrzebuje. Twarz miała surową, a w oczach wielki żal i smutek. Filip, zwalczony uczuciem, z odetchnieniem ulgi zaczął swoją spowiedź.
— Poznałem ją w Ostendzie na wybrzeżu, i mówię ci, to był piorun. Straciłem odrazu głowę a zarazem całą odwagę i śmiałość. Chodziłem za nią, jak cień milczący, jak duch pokutujący, jak obłąkany. Wreszcie przedstawiono nas sobie; przyjęła mnie łaskawie. Odtąd zaczęło się życie jak we śnie. Byliśmy ciągle razem i widziałem wyraźnie, że mi rada. Miałem niebo na ziemi. Odjeżdżając, powiedziała, że mnie czeka w Krakowie i żem jéj ani razu nie znudził. Gdy o tém pomyślę, w głowie mi się mroczy, ale, doprawdy, ona mnie chyba téż kocha.
— Bardzo być może! — przerwała Magda — ale cóż z tego? Czy będzie ci ona natchnieniem?
— Co mi po natchnieniu! Ona mi będzie własnością, skarbem, szczęściem! — wybuchnął.
Potrząsnęła głową.
— To ci nigdy na życie nie wystarczy — mruknęła.
— Owszem! — zaprzeczył uparcie. — Wziąć szczęście i dać, to dosyć dla zapełnienia żywota.
— A zkądże wiész, że dasz? Co za pycha! A zkądże wiész, że weźmiesz? Szalony! Piorun, mój drogi, ogłusza lub zabija! A ty piorunem nazywasz wrażenie miłości.
— Ach co tu rezonować! Ty wiész o kochaniu z książki, ja z doświadczenia!
— Więc to nie pierwszy raz?
— Miewałem tysiące upodobań, fantazyj, zabawek, szałów, flirtów. Teraz dopiéro wiem, co kochanie, rozumiem piekło, śmierć... i byłem w niebie.
— Więc pozwólże mnie pochwalić się książkową chociażby wiedzą. Myślę, że miłość i głód, to dwie kardynalne potęgi w człowieku zwierzęciu: musi ciągle starać się o jedzenie i musi ciągle kochać. Im bardziéj zwierz wykształcony, tém wybredniejszy na jadło; im więcéj kocha, témbardziéj lubi rozmaitość. To instynkt i czysta natura! Ale stan ów nie wystarcza nigdy duszy. Ona ci nie da spokoju, gdy będziesz syty, tak, jak ciało nie da ci nigdy spokoju, gdy będziesz głodny. A wierz mi, ty, artysto, biada ci, gdy zapomnisz o swojéj duszy, gdy jéj krzyku słuchać nie zechcesz. Wtedy ona umilknie, opuści cię, poda na zatratę, nie będziesz nic wart — tyle co pusty orzech — i wtedy téż ciebie nikt nie zechce. Bo to, co w tobie baronowa kocha, to właśnie natchnienie twoje, artyzm twój, to właśnie, co jéj chcesz poświęcić, myśląc, nierozsądny, że taka ofiara jest szczytem miłości!
Ożywiła się i nozdrza jéj rozdymały się gwałtownie. Zwróciła się ku niemu i, patrząc mu gorąco w oczy, mówiła daléj:
— A ja ci powiem, może z książki, bo nie wierzysz w moje własne zdanie, że miłość artysty powinna być czystą i nieszczęśliwą i niedostępną. Powinna mieszkać razem z jego natchnieniem w niebie i żyć tylko w jego duszy, zstępować w marzeniu na płótno, śpiewać w pieśni, ucieleśniać się w marmurze. Wtedy będzie sobą i wtedy tylko ma wystarczy. Ty stoisz na błędnéj drodze i możesz się zmarnować. Straciłeś dwa lata z powodu pieniędzy i pomyślności; teraz szalejesz za piękną światową kobietą. Pociągnie ciebie ona w pusty, bezcelowy wir przyjemności i rozstrajających powabów. Potém przyjdzie przesyt i opamiętanie. Chciałabym, abyś ty pierwszy otrzeźwiał, ale to nie możliwe. Ona cię rzuci na drodze, jak połamaną zabawkę, i pójdzie daléj po nową, a ty, biedaku artysto, zostaniesz bez duszy. Nie marszcz się i nie uśmiechaj pogardliwie! Ja wiem, że w to nie wierzysz i nie cofniesz się. Przeznaczenia nie zmienić! Pierwszy i ostatni raz mówię ci o tém. Odtąd będę cię słuchała, cieszyła się z tobą i bolała z tobą, i będę, o ile w mojéj mocy, duszy twojéj strzegła.
Umilkła i niespokojnie śledziła ruchliwą jego twarz. Wszystkie wrażenia po niéj przeszły: i lekceważenia, i gniewu, i obrazy, i niechęci. Wstała tedy i, zbliżywszy się do niego, położyła mu ręce na ramionach.
— Słuchaj-no, nie chcesz mi być bratem? — spytała, patrząc mu jasno w oczy.
— Jesteś uprzedzona i niechętna! — mruknął.
— Bynajmniéj, tylko cię kocham serdecznie!
— Więc pocóż tak przyjmujesz moje zwierzenia? To pierwszy dyssonans w mojéj pieśni... i to od ciebie!
Zaśmiała się po swojemu już znowu.
— A bo popsułeś mi swój obraz. Myślałam, że ze swoich podróży przywieziesz jaką zdobycz egzotyczną, a ty mi, jak każdy filister, przywozisz baronową, w któréj się kocha pół Krakowa. Musiałam cię za ten zawód zwymyślać.
Filip się uśmiechnął, już ułagodzony.
— Aleś się wygadała, jak sam arcykapłan sztuki! Ja cię jednak do baronowéj przekonam.
— Ale i owszem. Gotowam na rynku swoje zdania odwołać, byle ci z nią było dobrze. Czyś był już w swojéj pracowni? Gdzie mieszkasz?
— W hotelu. Roztasowałem się tam na stałe, bo nie wiem, jak długo zabawię.
— Znowu w świat ruszasz?
Filip rozkosznie się uśmiechnął.
— Za nią — szepnął, wstając i wpatrując się w portret.
— Zrób mi drugi taki! — rzekł.
— Oho! nic z tego! Możesz się sam pofatygować — odparła wesoło.
Zamyślił się i głową potrząsnął:
— Szkoda czasu, i możebym już nie potrafił.
— No, przecież musiałeś trochę studyować w podróży?
— Nie. Kupowałem fotografie.
Pokręciła głową markotnie, ale przemogła przykrość i rzekła wesoło:
— Ostrzegam cię, nie chwal się z tego przed Marynią, bo się zmartwi. Słyszysz? ktoś dzwoni. Idź, otwórz swojéj bogini.
Filip poskoczył do drzwi. Magda chwilę stała zamyślona, ze zwieszoną głową, jakby bardzo zmęczona, potem przesunęła ręką po czole i oczach i rzekła półgłosem:
— Ano, spodziewałam się tego. Przyszło, przejdzie.

Wróciła do stalug i, zabierając się do roboty, dodała:

Ici bas tous les lilas meurent,
Toutes les fleurs ne fleurissent qu’un jour.

Śmiech baronowéj rozległ się w progu. Ukazała się rozbawiona, wesoła, z odrobiną podrażnienia w ruchach i oczach, i powitała artystkę energicznym uściskiem dłoni.
— Odzyskały zatém panie swojego dezertera!
— Będzie miał ciężką przeprawę z moją siostrą — odparła Magda, nie przestając malować.
— A pani żadnych pretensyi nie ma?
— O nie! Zanadto jestem dobrym kolegą.
— Cóż! Jakże się panu portret podoba?
— Prosiłem Magdy o kopię.
— I pewnie odmówiła?
— Naturalnie. Po pierwsze, on lepiéj robi odemnie, a po drugie mam mnóstwo zamówień. Zresztą on mówi, że zbiera tylko fotografie.
Zabrała się do roboty, a baronowa skinęła na Filipa, wskazując mu nizki taburet.
Usiadł prawie u jéj stóp i, wcale się obecnością Magdy nie krępując, zaczął rozmawiać półgłosem. Baronowa słuchała łaskawie, czasem uśmiechając się zalotnie lub nakazując mu milczenie, tonem, który przeczył słowom. Magda, zatopiona w pracy, nie słuchała ich. Po ustach jéj przelatywał zagadkowy uśmiech.
Nagle podniosła głowę i rzekła żywo:
— Filipie, uważaj! Marynia wróciła. Może tu wejść lada chwila.
Chłopak wstał i przeniósł się na kanapę, a baronowa spojrzała na artystkę z cieniem obrazy.
— Musieliśmy zgorszyć panią! — rzekła złośliwie.
— Bynajmniéj. Ale siostra moja byłaby zdziwioną, a nie mam ochoty tłómaczyć jéj spraw, które do mnie nie należą — odparła zimno.
Kroki majorowéj zbliżały się do drzwi.
Zajrzała do pracowni i rozpromieniła się na widok Filipa.
— A przecie! — zawołała jakby z ulgą. — Chodźże, chodź, nie przeszkadzaj w robocie! — Pociągnęła go do saloniku, do okna, obejrzała od stóp do głów.
— Tęgo wyglądasz. A jaki elegant! No, opowiedzże, ileś naprawdę wziął spadku?
— Ależ massę! Pół miliona.
— Ulokowałeś w banku?
— Tak, czterykroć, a sto zmieniłem na gotówkę i ruszyłem na około świata.
— Waryacya! Ileż ci zostało?
— O! jeszcze starczy na dwa takie lata!
— To zgroza. A toć ja wygodnie żyję z procentu od téjże sumy! Opamiętaj się! Mam nadzieję, że masz dosyć włóczęgi. Oto jest klucz od twojéj pracowni. Rozlokuj się i przyjdź do rozsądku.
— Dobrze!, dobrze! — potakiwał Filip, rad, że się obeszło bez burzy. — Ja stryjence oddam nawet do przechowania tamte walory, żeby mi kto nie ukradł. Ileż winienem za komorne pracowni? Dziękuję serdecznie za opiekę nad nią.
— Nic mi nie winieneś. To policzone do twojego wychowania. Kiedyś przecie o nas pamiętał i wrócił do gniazda, to już wszystko dobrze.
Filip głowę spuścił i poczerwieniał ze wstydu. Wolałby policzek, niż taką pochwałę.
Majorowa, zawsze czynna, krzątała się po jadalni i, nie zważając na jego minę, opowiadała o sobie.
— My po twoim odjeździe już tylko miesiąc bawiłyśmy we Włoszech. Magda postanowiła malować do Salonu paryskiego... wróciłyśmy tedy do domu. Wymalowała „Krzyżowca“ — widziałeś zapewne — no, i wzięła złoty medal.
— Czytałem o tém w Egipcie... w Figaro, alem obrazu nigdzie, nawet w reprodukcyi, nie widział. Gdzie on jest teraz? Tutaj?
— Oho... już z Paryża nie wrócił. Kupi! go jakiś milioner z Ameryki i zabrał do siebie. Ale fotografia gdzieś tu jest. Magda ci pokaże. Odtąd dziewczyna stanęła na dobrym gruncie. Parę portretów dodało jéj jeszcze sławy, a teraz, mówię ci, że mi aż strach, iż jéj te zachwyty i honory w głowie pomieszają.
— Ale, o ile ją znam, niéma obawy! Ona drwi z tego wszystkiego i o nic tak bardzo nie dba. Szczęśliwe usposobienie!
— Tak, dzięki Bogu, zapalną nie jest! Mam z nią spokój. Żadnych głupstw, żadnych amorów, żadnych niepotrzebnych znajomości. Trochę szalona głowa i trochę waryatka; ale wy już wszyscy tacy podobno. Zresztą dobrze nam z sobą i z ludźmi!
— Stryjenka całą nędzę krakowską ma pod swym zarządem podobno!
— A cóżbym robiła? Tyle wolnego czasu, a bez zajęcia tobym się rozchorowała. Mam tu na podwórzu szkółkę, a wyręczam wielkie panie, opiekunki różnych zakładów. Jak kiedy zechcesz, pokażę ci szkółkę.
— A jakże. Stryjenka przyjmie ode mnie na nią ofiarę.
— Jak sobie chcesz — odparła z łaskawym uśmiechem.
Filip raz wraz ku pracowni zerkał i nasłuchiwał. Paliła go niecierpliwość, a czuł, że nie powinien okazać chęci.
Stracił swój zwykły swawolny humor, nie miał siły udawać zajęcia rozmową.
— Magda prędko się uwolni? — spytał.
— Kto ją wié! Ta dama niekiedy opuści tydzień, lub siedzi po całych dniach! Magda powiada, że dwa portrety już-by wykończyła normalnym ludziom przez ten czas. Już czas na obiad i lada chwila Oryż się zjawi.
— Któż to znowu?
— Malarz. Stołuje się u nas.
— I pewnie kocha się w Magdzie?
— Uchowaj Boże! Tego by jeszcze nie stawało! Magda jest zanadto rozsądna, aby na podobne głupstwo pozwoliła.
— Ależ, stryjenko, przecież każdy chociaż raz to głupstwo musi popełnić.
— A cóż to za obowiązek? Jeden drugiego małpuje, i zdaje mu się, że coś bardzo dowcipnego robi.
— Stryjenka też w stryju była zakochana...
— Mój drogi, o starych się w ten sposób nie wyraża. Wasze koncepty są zawsze nieprzyzwoite.
— Macie państwo! Więc stryjenka woli, żebym ją posądzał o interes w małżeństwie? Poślubiła stryja dla pieniędzy i stanowiska!
— Nieprawda! — zawołała żywo, ale wnet się obejrzała, że saméj sobie przeczy, i machnęła ręką. — Daj mi, staréj, święty spokój. Cóż ta baronowa! Na komorne się zgodziła u Magdy? Pieczeń się przepali ze szczętem.
— Pójdę i dowiem się! — odezwał się usłużnie.
Baronowa już się ubierała do wyjścia i widocznie wyczekiwała na niego.
Zamienili z sobą wymowne spojrzenia.
— Przeprowadzisz mnie?
— Gdybym mógł! — westchnął smutno. — Muszę tu zostać; obowiązek...
Magda żachnęła się niecierpliwie.
— Żadnego obowiązku nie spłaca się fałszem. Idź, proszę, i przynieś mi fotografie z podróży. Radabym je przejrzéć.
— Dobrodziejko! — zawołał Filip uszczęśliwiony. — Nieoszacowany z ciebie kolega i przyjaciel. Przyniosę fotografie... byle za godzinę.
— Idźże więc zaraz po nie.
Chłopak wyleciał jak z procy. Baronowa powoli naciągała rękawiczki i rzekła z namysłem:
— Znowu nie rozumiem pani. Dlaczego pani mu dopomaga, kiedy, czuję to, że pani mi ani ufa, ani wierzy, ani mnie lubi. I jestem pewna, że pani go kocha.
Magda ani mrugnęła.
— Czynię tak, bo on mi zaufał, i znam go lepiéj, niż pani nawet. Jeśli zaś go kocham, to nie dla siebie. W życiu jego pani przeminie i jeszcze innych mnóstwo; ale podobnéj mnie drugiéj nie ma i miéć nie będzie, i ja zawsze pozostanę.
— Czcza pycha i pewność siebie. Mam ochotę dowieść, że może się pani omylić.
— Szkoda fatygi. Nie dokaże pani tego. On pani będzie mówił o sobie; a mnie o sobie i o pani. Do pani należy jego radość i szczęście; do mnie cierpienie i niedola. Pozostańmy każda przy swojém! Mnie jest zupełnie dobrze.
— Więc mamy w pani sprzymierzeńca?
— O, nie. On tylko ma we mnie druha.
— A ja?
— Pani ma nadwornego malarza! — uśmiechnęła się Magda z ukłonem.
— A gdy portret będzie skończony?
— Mogę pani wymalować portret Filipa, który dotychczas pewnie oczu nie spuścił ze schodów, czekając na panią.
— O, może poczekać. To zdrowo!
— Zapewne. On nawet nie zrozumie, że to jest zimny rachunek.
— Wcale nie rachuję. Owszem, lubię go bardzo i już idę, chociaż miałabym jeszcze z panią wiele do mówienia. Do jutra zatem!
Wyszła.
Magda przez chwilę zachowała swobodny wyraz twarzy, potém odetchnęła głęboko i otworzyła okno. Świeże powietrze owiało ją, a ona, nagle zmieniona i posępna, patrzyła na lipę, której liście wrzesień pięknie wyzłacał.
Nie zauważyła, że do pracowni wszedł Oryż, spojrzał na zamyśloną dziewczynę i stał, wahając się, czy przemówić. Wreszcie potrącił stołek i, jakby jéj nie widział, począł, gwiżdżąc, przerzucać kartony.
Obejrzała się.
— Czego pan szukasz?
— Wczorajszego humoru pani.
— Gdzieś tam leży obok pana dowcipu.
— Dziękuję. Odnajdę!
— Wątpię.
— Aha! Zabrał z sobą Osiecki i baronowa.
Zwróciła się ku niemu z brwią ściągniętą.
— Może być, bo tu byli oboje, i nikt więcéj.
— Wiem, spotkałem ich przed chwilą na ulicy. Mieli humoru za troje. Dobrze pani robi, że wietrzy pracownię. Zanadto tu czuć perfumy i miłość. Niezdrowe powietrze i zaraźliwe.
— Gwałtu, jeszcze się pan zarazi! — roześmiała się.
— Byle nie pani! — mruknął. — Ja biorę antydot oddawna i jestem zabezpieczony.
— Nie zbeszta mi pan dziś portretu?
— Nie! Nic nie pomaga. Szkoda próżnéj nauki. Pani jest niepoprawna.
Magda, coś nucąc, wzięła kawał kartonu i poczęła szybko rzucać nań szkic wielkiemi kresami. Zaabsorbowała ją myśl, i wtedy bywała głuchą i niemą.
Z pod ołówka występowały zarysy cyprysów i zwaliska pogańskiéj Romy. Stary mur grobowca, u jego stóp figura ludzka.
Prędko życia nabierał arkusz kartonu. Oryż, podparłszy pięściami brodę, przypatrywał się przez stół. Półgłosem mówić zaczął;
„O! śmierci, czémże jesteś, jeśli nie ziarnem kadzidła, które się rzuca na ogień ołtarza? Jedno wcześniej pochłoną płomienie, drugie późniéj nieco. Zresztą żadnéj różnicy!
„O, śmierci! Fletniami i wieńcami miałem cię witać — wybrany mój — a tyś był wybranym śmierci. Ubiegła mnie, i tyś się jéj oddał bez boju i wahania, jako zalotnicy z Cypru!
„O, śmierci! Snadz uścisk twój słodki, a pocałunek twój nad wszystkie moce, jeśli się nikt jeszcze tobie nie wydarł i nikt ciebie nie zdradził. Godnaś ofiary, godnaś czci, godnaś fletni i kwiatów, o ty najwierniejsza, o ty najcichsza, o ty najwstydliwsza w swéj tajemnicy“.
Jako wynagrodzenie za swą szpetną twarz otrzymał Oryż od natury głos bardzo giętki i głęboki. Mówił, jakby śpiewał, gdy umyślnie dźwięku nie fałszował. Magda słuchała z widoczną przyjemnością; gdy umilkł, podniosła nań oczy z żalem.
Czy on szedł w swéj improwizacyi za jej rysunkiem, czy ona natchnienie brała z téj pogańskiéj elegii; ale na papierze był grobowiec, który młoda dziewczyna stroiła w wieńce z róż i narcyzów i, wpatrzona w napis na marmurze, zdawała się śpiewać to właśnie, co Oryż deklamował.
— Mów pan jeszcze! — szepnęła.
„O, wybrany mój, porwanyś z ziemi, jako ukochany bogów — wcześnie i szybko. Zerwanyś jako Hyacynt dłonią Apollina, jako Hylas ukołysanyś przez nimfy. Przecz cię opłakiwać mam, gdyś zagrzebany, jak Adonis, przez Wenerę w niebiańskich rozkoszach!“
Pod dłonią Magdy na marmurze wystąpił rysunek śmierci, zadeptującéj pochodnię i napis: Securitati perpetuae.
Wtedy wyprostowała się i rzekła poważnie:
— Nazwiemy to: Kult pamięci! Dziękuję panu za akompaniament!
— Magda, gdzie się podział Filip? — zawołała majorowa, zaglądając przeze drzwi.
— Posłałam go po fotografie z podróży. Mamy go z obiadem nie czekać, bo miał wstąpić do pracowni.
— Uhm! do pracowni! — zamruczał Oryż, ale urwał, skarcony wzrokiem Magdy.
— Zawsze coś robicie nie w porę. Mógł to załatwić po obiedzie! — burczała majorowa, odchodząc.
— Nie wspominaj pan téj baronowëj. Bo i poco! — rzekła artystka półgłosem. — To położenia nie poprawi, a rozdrażni ją niepotrzebnie i jego do nas zniechęci.
— Są ludzie, którym się wszystko wybacza, bo są albo niczem, albo wszystkiem. Jestem pewny, że Osiecki jest wszystkiem dla pani, i będę już milczał! — odparł Oryż, ruszając pogardliwie ramionami.
— Byłeś pan dzisiaj u Boińskiéj? — spytała, nie podnosząc kwestyi.
— Byłem. Okarmiliśmy chłopca i znowu się pogorszyło. Ale zna pani ich historyę?
— Nie; zkądże?
— Ja znam ze wspomnień młodości. Mam w Buczaczu stryja księdzem. Tak, tak, to nie żarty. Posiadam aż tak świetne parentele! Wprawdzie mnie stryj cybuchem wygania z probostwa po godzinie rozmowy, ale to podrzędna kwestya. Otóż Boińscy byli sobie naszą poczciwą, nieopatrzną szlachtą i siedzieli na pięknéj, ale zaszarganéj fortunie. Siedzieliby dotychczas, gdyby im był z pomocą i opieką nie ofiarował się cny radca, ojciec baronowéj Fanstanger. Ten dobrodziéj upodobał sobie ich majątek, stare gniazdo rycerskie z ruinami zamczyska, z legendą i nawet strachami. Nadzwyczaj romantyczne, średniowieczne wspomnienie i żywa legenda — taki był ów Sokolin, gdzie się gnieździli od czterech wieków.
Otóż radcy trzeba było koniecznie trochę rdzy i pleśni do świeżutkiego herbu i tytułu, więc zaopiekował się interesami Jana Boińskiego. Stary wpadł w jakieś zaślepienie, wierzył radcy, jak Bogu. Dał mu pełnomocnictwo, spełniał każda radę, brał pieniądze, aż dnia pewnego dowiedział się, że Sokolin — nie jego. Wtedy oszalał, bo kochał to gniazdo nad życie i, nie widząc ratunku, popełnił krok desperacki: strzelił do radcy. Ale rusznica była téż jakąś maszyną odwieczną — i tylko osmalił i wystraszył śmiertelnie swojego dobrodzieja.
Naturalnie, radca narobił wrzasku iście żydowskiego i oddał mordercę sądom.
Gdy jednak żandarmi przyszli po starego, ten jeno zsiniał, zachrapał i nie ruszył do więzienia, ale na cmentarz. Powiedział pewnie sobie: nie głupim czekać sprawiedliwości, wolę dezercyę.
Został tedy syn, który świeżo się ożenił i, o niczem nie wiedząc, spędzał miodowe miesiące na drugim folwarku. Zjechał na wieś po śmierci rodzica i otrzeźwiał rychło ze swojego miłosnego upojenia, gdy się dowiedział, jak się rzeczy mają. Zbuntował się na losy i pociągnął radcę przed sąd, czem mu tylko sprawę nabycia jeszcze ułatwił. Radca tak świetnie rzecz przedstawił, że po kilku miesiącach, wydarł Boińskim nietylko majątek, ale i opinię.
Teraz około Buczacza wié każdy, że oni byli oszuści; brali pieniądze, sprzedali Sokolin i oczernili radcę: ojciec — prochem ze staréj rusznicy, syn — niesłusznemi pretensyami.
Poszedł tedy Stefan Boiński w świat, a radca odrestaurował Sokolin i kazał sobie ich tarczę wymalować na powozie. Nikt nie protestował i tak się to utarło, że baronowa gotowa była przysięgać, iż ten herb praszczur jej zdobył pod Płowcami.
No, wprawdzie krwią go nie zapłacił, ale to tylko wina rusznicy, bo okazya była świetna zginąć śmiercią walecznych w obronie ideału i zasad!
— Więc ta kobieta jest synową starego?
— A tak. Stefan był sobie nieuk, jak przeciętny szlachcic, siedzący na roli. Po krachu stracił głowę i, nie wiedząc co robić, wstąpił do wojska, a że lubił trąbkę, został w muzyce. Żona zarabiała szyciem. Nieciekawe było życie; aż się wreszcie przeziębił, kilka miesięcy pokwękał i kipnął. Wdowa chciała wrócić do stron rodzinnych; ma tam jakąś ciotkę starą, ale nie śmiała jéj prosić o pieniądze na drogę, chciała je sobie zebrać... no, i daléj sama pani widziała epilog. Byłem tam dzisiaj i rozpytywałem o szczegóły. Ta ciotka jest sławna sknera i gderaczka, bez protekcyi nie można do niéj trafić, gotowa z przed bramy wypędzić. Otóż chyba napiszę do stryja księdza.
— Ano, to pisz pan, nie zwlekając.
— Aha, albo to on mi uwierzy? Posądzi o najgorsze, jak zwykle. Ja myślę, że pani napisać powinna.
— I owszem! Napiszę, iż dowiedziawszy się od pana o jego szlachetności i chrześcijańskich cnotach...
— Ale zaraz! A to ci pani wpadnie! On będzie myślał, że to drwiny. Jabym miał klechę okarmiać takiemi słodyczami! Oho, tego się on po mnie nie doczeka. Niech pani nawet o mnie nie wspomina; to będzie skuteczniéj. Proszę mu obiecać odnowienie fresków w kaplicy; na to się złapie! A najlepiéj niech pani poradzi krótko i węzłowato, żeby téj staréj dewotce nie dał rozgrzeszenia, jeżeli Boińskiéj z dzieckiem nie przygarnie, i basta!
— Wié pan? może mu doradzić odrazu, żeby ją wyklął z ambony! — śmiała się Magda.
— O! Niechby mnie tylko raz na ambonę puścił, jabym ich tam klął po węgiersku! Nieraz mu to proponowałem. Oho, żebym ja był na jego miejscu, piechotą-by stara przybyła do Krakowa po siostrzenicę. Ale te klechy to nawet nie umieją głupoty ludzkiéj dostatecznie wyzyskać!
— Wielka szkoda, ale ponieważ pana żadne seminaryum już nie przyjmie, więc kazanie pozostanie w marzeniu. A szkoda, poszłabym na nie! — Magda śmiała się serdecznie.
— Dzieci, na obiad! — rozległ się głos majorowéj.
— To śmieszne, że na mnie po raz pierwszy w téj chwili zawołano: dziecko! — ozwał się Oryż, idąc za Magdą do jadalni.
— A jakże wołali na pana rodzice? — zagadnęła majorowa zdziwiona.
— Tego nie pamiętam, bo mnie zostawili sierotą w lat dwa. A stryj opiekun nazywał mnie rozmaicie: czasem hultajem, czasem gawronem, naczęściéj brudasem lub zatraceńcem.
— Przecie łożył na kształcenie pana?
— Łożył, pókim mu nie umknął pewnego dnia, posłyszawszy, że chce mnie ulokować jako pisarza w sądzie. Ze strachu przed tą karyerą oparłem się aż w Dreźnie. Prawda, że od téj pory do czasu, jakem panie poznał, nie byłem nigdy syty, ale téż nigdym takiego strachu nie doznał! Brr, ja, pisarz sądowy!
Zaczął jeść prędko, niedbale, byle prędzej skończyć.
Magda zwróciła się do siostry.
— Zdaje mi się, że ty uajlepiéj załatwisz sprawę, o któréj przed chwilą mówiliśmy. Napisz list do proboszcza w Buczaczu o losie Boińskiéj, z prośbą, aby zawiadomił o tém jéj ciotkę.
— Owszem. A ta ciotka ma środki?
— Śpi na reńskich, ropucha! — mruknął Oryż. — Jeżeli nie zrobi tego dla siostrzenicy, to ja ją wymaluję jako jędzę na łopacie i dodam bardzo ładne akcesorya na flamandzki sposób.
— Pfe! Zaczynasz pan! — oburzyła się majorowa. — Magda, czemu nie jesz? Toć zwierzyna!
— A prawda! Nie uważałam.
— Znowu pewnie coś nowego zaczęłaś smarować, bo już się stajesz nieprzytomną. Idź na spacer po obiedzie. Przemęczyłaś się widocznie.
— Nie. Muszę pracować dzisiaj. Wieczorem pójdę do Berwińskiéj.
— Wieczorem Filip przyjdzie. Obiecał za godzinę wrócić.
Ruszyła ramionami.
— Zabawisz go sama. Dawnom Berwińskiéj nie widziała, a to jest jedyna osoba, od któréj mogę się czegoś nowego nauczyć.
Majorowa wcale się nie obraziła, ale Oryż zaprotestował.
— Najwięcéj mogłaby się pani odemnie nauczyć, ale pani mnie nie słucha.
— Jakto! Spójrz pan na portret! Przemalowałam go wedle pańskich wskazówek.
— Obeszłoby się! — mruknął zgryźliwie.
— Czegóż pan żąda więcéj? Nie mogę panu dać przewodnictwa méj duszy, bo pan dowodzi, że duszy kobiety nie mają.
— Zaczynacie prawić herezye! — upomniała majorowa. — Co to za próżne zbywanie czasu, dysputy o czemś, co ledwie nam śmierć wyświetli! A ja powiem, że kobiety mają duszę, chociażby z téj racyi, że rozumieją ją w drugich, a mężczyźni uganiają się za cielesną pięknością.
— Otóż to: każde szuka tego, czego nie posiada — zaśmiał się Oryż. — Dam pani więcéj przykładów, jeżeli pani zechce słuchać...
— Nie, nie chcę! — stanowczo zaprotestowała Osiecka. — Idźcie do pracowni. Magda może was słuchać z zimną krwią, ja nie!
Wyprawiła ich z jadalni, ale wnet zjawiła się w pracowni.
Była już ubrana, jak do wyjścia na miasto, z dużym koszem na ręku.
— Pamięta pan, gdzie mieszka owa Wikta, którą mi pan przyprowadził w zeszłym tygodniu?
— Spotkałem ją gdzieś w wiklinie nad Rudawą. Cóż, uciekła?
— Nie myślę. Może chora... — wahająco rzekła majorowa. — Umiała już litery do R i tak równe stawiała kreski, ale od onegdaj nie przychodzi.
— Szukaj wiatru w polu! Może ją pani odziała?
— Tak, trochę.
— Aha, to niech się jej pani nie spodziewa! A mówiłem, odradzałem odzienie... To ptaki dzikie. Tylko głód, nagość — utrzymają w szkole. Ale niema ratunku na utopje pani.
Majorowa, zupełnie pobita, nie próbowała się bronić. Stała zasmucona i jakby się wstydziła za swoich wychowańców.
— Wiktę ja pani odnajdę jutro. Ojciec, pijak, już ją pewnie odarł z ubrania, więc wróci pokorna, bo coraz chłodniéj nocować nad rzeką. Jest ich tam cała banda w tych krzakach. Żyją jak wróble.
— Wybiorę się kiedy z panem na eksploracyjną wycieczkę.
— Choćby dzisiaj, bom paniom tu niepotrzebny.
Mówił obojętnie, ale Magda w głosie jego poczuła żal i smutek.
— Nie, zostań pan. Lubię, gdy mi pan czyta głośno przy robocie.
— No, zatem zamawiam sobie pana na jutro! — rzekła majorowa, wychodząc.
Gdy zostali sami, Oryż stanął w oknie i zawzięcie ogryzał paznogcie. Magda, nie zważając na niego, usiadła do stalug.
Nagle Oryż się odwrócił i rzekł ze złością:
— Po co mnie pani zatrzymała? Pani lubi przy robocie ciszę i samotność, a wcale nie czytanie. Pani to uczyniła przez litość nademną lub przez złość na Osieckiego.
— Nie zmuszałam pana. Może pan odejść — rzekła spokojnie.
— Cóż z tego? Odejść mogę, ale wrócić muszę. I to mnie do pasyi doprowadza. Ja nie cierpię musu. I nie potrzebuję, żeby się pani nade mną litowała. Mnie jest bardzo dobrze w knajpie.
— Wierzę, ale ponieważ pan mi miał czytać, więc czekam. Weź pan którą z tych książeczek na półce i zaczynaj.
— Nie, pójdę sobie!
Wyszedł. Magda poruszyła brwiami i malowała pilnie. Twarz jéj, zamyślona i poważna, miała w sobie spokój skupienia i łagodnego smutku. Gdy ją porywało natchnienie twórcze, rzeczy ziemskie i ludzkie malały w jéj oczach i myśli. Co najwyżéj, dziwiła się, że to może aż tak dalece ludzi obchodzić i wzruszać.
Zatopiła się w swojéj pracy tak zupełnie, że nie zauważyła, jak po kwadransie do pracowni wszedł znowu Oryż.
Popatrzył na nią z pod brwi, nieśmiało, podszedł do półki, wziął książkę z wierzchu i przysiadłszy na kanapce, jął czytać ze środka, nie spojrzawszy nawet na tytuł:
„Wyjechał z małą asystencyą, biorąc jednego z senatu Nerwę, biegłego w prawie, a z rycerstwa dwóch tylko...“
— Kto wyjechał? — zagadnęła Magda, oglądając się.
Oryż zajrzał na poprzednią stronicę:
— „Tyberyusz“ — mruknął i czytał daléj jak maszyna...
„Sejana i Kurcyusza Attyka. Reszta się składała z mędrków, których rozmowami dla rozrywki się bawił. Po wyjeździe jego świadomi niebieskich obrotów powiadali: „że pod takim aspektem wyjechał, który mu powrotu nie rokuje.“
Magda mimowoli wybuchnęła śmiechem:
— Pani teraz drwi ze mnie! — zawołał Oryż.
— Bardzo się owszem cieszę, że pan nie pod takim „aspektem,“ jak Tyberyusz, wyjechał ztąd.
— Wcale nie z ochoty wróciłem, ale dojrzałem zdaleka Sylwestra z Finkiem i uciekłem przed nimi.
— Pewnie pan znowu Finkowi spłatał figla z illustracyami?
— Czarna dusza wydawcy. On-by chciał, żebym mu pracował jak parobek. Ja go oduczę!
— Co mu pan miał illustrować?
— Albo ja wiem?! Dał mi książkę, alem jeszcze do niéj nie zajrzał.
— Jakże tak można? Przynieś ją pan tutaj. Przeczytamy razem i gawędząc, będziemy pracowali. Ustąpię panu stołu pod oknem do roboty.
— Aha, przynieś książkę. Kiedy jéj już niema. Onegdaj był u mnie komornik i zostawił w budzie tylko grzebień i poduszkę.
— Cóż będzie?
— Albo ja wiem! Niech o tém myśli Fink, który mi dał zaliczkę.
— To idź pan do niego i opowiedz zdarzenie.
— Eh, nic pilnego. Mam jeszcze obiad zapłacony do końca września. Jak będę głodny, to pomyślę.
Wziął
znowu książkę i czytał:
„Atoli sam skutek uiścił, że sztuka z fałszem o ścianę chodzi, a prawdę ciemnotami gmatwa; bo gwiazdarze, zgadłszy po części o niepowrocie jego do miasta, reszty sami nie wiedzieli, że się po blizkich wioskach i brzegach, często pod samemi murami przejeżdżając, ostatniéj starości miał dopełnić.“
Dzwonek w przedpokoju przerwał czytanie i po chwili do pracowni wszedł Filip, obładowany paczkami.
— Tak cicho! — zaśmiał się.
Magda wstała i poznajomiła ich z sobą. Podali sobie dłonie, mierząc się badawczym wzrokiem.
— Co za małpa! — pomyślał Filip.
— Co za lala! — pomyślał Oryż.
— Przyniosłem cały mój artystyczny bagaż z podróży! — rzekł Osiecki, rzucając na ziemię wszystkie paczki oprócz jednéj, którą podał Magdzie.
— A tom dla ciebie dostał.
Rozwinęła papier, potém szmat wschodniéj materyi i odkryła skrzynkę drewnianą, nabijaną ślicznie srebrem i złotem, z wersetem jakimś arabskim na wierzchu.
— Śliczne cacko! — Dziękuję ci! — ucieszyła się.
— Nie ciekawaś, co zawiera?
Otworzyła, a wtedy na podściółce z białego pustynnego piasku ukazał się kłębek szary jakby perzu splątanego.
— A, jerychonka! — zawołała, a skronie jéj pokryły się rumieńcem.
Filip patrzył na nią z uśmiechem i widocznie czekał, żeby spojrzała na niego. Ale ona wydobyła roślinę i oglądała ją w milczeniu, a potém odłożyła napowrót i rzekła zwykłym, trochę drwiącym, tonem:
— Dziękuję ci, żeś zapamiętał moją fantazyę. Ja sama nawet jużem o niéj zapomniała.
Na sekundę Filip spochmurniał, ale wnet znowu się uśmiechał i podając jéj drugą paczkę rzekł:
— Pamiętałem też fantazye stryjenki. Przywiozłem jéj z Jerozolimy relikwii.
Oryż wstał, książkę złożył i zaczął się żegnać.
— Idźże pan do Finka i dostań tę książkę. Jutro ją przeczytamy — rzekła życzliwie.
Zaledwie wyszedł, Filip wybuchnął śmiechem:
— Ładnegoś sobie wybrała rycerza! Toć karykatura!
— Nie jestem królową i nie mam, ani miéć pragnę, rycerzy. Oryż jest mi tak dobrym kolegą i towarzyszem, jak każdy z was.
— Jak i ja? Może sobie mówicie po imieniu?
— To-byś słyszał. Tobie mówię po imieniu z nawyknienia dziecięcego, a jemu mówiłabym wyjątkowo... jednemu. Nie doszło jeszcze do tego!
— Całe miasto mówi, że się kochacie, że on od ciebie nie wychodzi.
Magda zmarszczyła brwi.
— Całe miasto... to baronowa. Słuchaj-no, ja nigdy o nikim źle nie mówię i życie moje czyste, jak kryształ. Niech ona mnie nie tyka, ani się mną zajmuje! Ja za siebie się nie ujmę, a jednak, jeśli mnie oszkaluje, sama to odcierpi. A ty mi nie mów podobnych rzeczy, jeśli chcesz tu wrócić!
— Nie poznaję ciebie. Nauczyłaś się ostréj mowy i szyderstwa. Nie dbasz już o mnie ani trochę.
— W każdym razie więcéj, niż ty o mnie, a nawet niż ty sam o siebie. A zresztą dwa lata nie mijają bez śladu. Dojrzałam i postarzałam nawet. Tyś bawił się i używał... ja pracowałam i myślałam. Rozeszliśmy się daleko. Teraz szalejesz i toniesz w szczęśliwości. Nie staraj się mnie zrozumieć! Wiesz, żem ci szczerze życzliwa i że cię za brata uważam. Ale o mnie ze swoją baronową nie mów; to sobie zastrzegam, bo ztąd wyniknie to, że stracisz jedyną wierną ci duszę i dłoń szczerą, a ja-bym chciała, żebyś mnie zachował... na ciężką godzinę!
— Magda, mówiłaś inaczéj, ongi, w Rzymie! — rzekł z uśmiechem, zaglądając jéj w oczy.
— Dziwię się, że pamiętasz, gdy ja nie wspominam!
— Pamiętam i zły jestem, że ktoś zajął moje miejsce.
— A tyś moje zachował? Wiesz, nie cierpię podobnéj rozmowy i nie rozumiem ciebie! Wczoraj wybrałeś mnie za powiernicę swojéj miłości... dzisiaj przypominasz sobie stare historye i gniewasz się, żeś mnie stracił! Powinieneś być rad mojemu zapomnieniu.
— Bynajmniéj. Kochałaś mnie, teraz drwisz! To mnie złości.
— Wolałbyś zatem, żebym ci urządziła scenę z melodramatu i oblała witryolem baronową? Co to, to nie, mój drogi. Ustępuję jéj z drogi i żadnéj pretensyi nie roszczę ani do ciebie, ani do niéj!
— Więc jestem już niczem dla ciebie?
— Nie będę drugą! Ale co ci jest? Musiałeś mieć jakąś przykrość od niéj?
— Zkąd wiesz?
— Nie wiem, ale czuję.
Filip usiadł na fotelu i oburącz głowę objął. Długi czas milczał.
— Ona jest okrutna! — wybuchnął wreszcie. — Rano była uosobieniem dobroci: widziałaś sama. Teraz była jak oset koląca. Drwiła, szydziła, drażniła jak psa. Na rozstanie powiedziała, że jestem monotonny.
Magda roześmiała się.
— Więc-eś ty z rozpaczy do mnie przyszedł? Ano, trzeba było od tego zacząć i prosić o radę, zamiast o afekty, których masz i beze mnie dosyć. Jeśliś monotonny, idź do pracowni i weź się do obrazu. Nie pokazuj się dni kilka, staraj się zająć sztuką, stwórz arcydzieło. Musisz jéj imponować, jeśli chcesz ją dłużéj posiadać.
— Jak ty myślisz, czy ona mnie kocha? — spytał niespokojnie, wzrokiem ją błagając, by potwierdziła.
— Kocha, kocha! — rzekła tonem, jakim się dzieci uspokaja. — Ale pamiętaj, że ona kocha wielkiego artystę; dla niéj powinieneś być wielkim i sławnym, dogodzić przecie i jéj próżności kobiecéj. Pomyśl, jak dumną będzie, gdy setki, tysiące chwalić cię będą i zachwycać się tobą.
— Masz racyę! — zawołał, prostując się. — O, jakaś ty dobra! To prawda. Rzucę jéj pod nogi sławę i honory: niech po nich depce, królowa.
Zerwał się, odkrył portret, i wnet ognie uderzyły mu do oczu, ramiona do niéj wyciągnął.
— O ty, moje bóstwo! — wyszeptał.
Magda patrzyła na to z dziwnym swym uśmiechem. Z kogo drwiła w téj chwili: z niego, z baronowéj, czy z siebie saméj?
Gdy się do niéj odwrócił, już odzyskała humor i nucąc zbierała pendzle.
Czerwony zachód wdzierał się do pracowni, a po kątach leżały już cienie. Robota była skończona na dzisiaj.
— Jutro od świtu biorę się do dzieła! — rzekł Filip. — O, dziękuję ci! Dodałaś mi otuchy. Byłem blizki rozpaczy, szalony.
— Oczywiście, kiedyś już nawet mnie amorami swojemi częstował. Chcesz? pójdziemy razem do twojéj pracowni.
— Dobrze. Pomożesz mi urządzić się!
Wyszli. Wieczór był bardzo ciepły i pogodny, a Filip się ożywił i rozmawiał wesoło.
Magda była z siebie rada, a jednak czuła, że jéj ciężko i nudno. Spoglądała po starych murach, które tak lubiła, i wydawały się jéj ponuremi; słuchała dzwonów, i brzmiały jéj fałszywie; uśmiechała się do spotykanych znajomych, a bolał ją uśmiech sztuczny; Filip opowiadał zdarzenia śmieszne z podróży, a zajęcie było powierzchowne; miała w duszy cierń, który jéj nieznośnie dolegał, musiała o nim myśleć, a nie mogła tego okazać.
Weszli do pracowni.
Filip się obejrzał i skrzywił. Istotnie, była to stancya ciasna i źle oświetlona, umieszczona bardzo wysoko.
— I ja tu mam malować? — rzekł, odrazu zniechęcony. — Przecie tu łokciom nawet zaciasno! Gdzież pomieszczę moje makaty, i skóry, i wazony? Pfe, tu nikogo porządnego przyjąć nawet nie sposób. Ja tu i godziny nie wytrzymam.
Laską
potrącił parę szkiców.
— A to czuć szkołą o milę. Wstrętne! Trzeba tem w piecu napalić!
Magdzie podobał się ten zapał i zajęcie. Patrzyła pobłażliwie, jak Filip począł ze stołów i ścian ściągać kartony, teki szkiców, stosy papierów, i układać to przed piecem.
— Spal, ale pamiętaj, że powinieneś za to stworzyć arcydzieło! — rzekła, gdy płomień buchnął i łapczywie pożerał rezultat długiéj nauki i marzeń młodzieńczych.
Filip zamyślił się, patrząc w ogień.
— Stworzę! — szepnął. — Dla niéj muszę być sławnym.
Jakaś myśl przelatywała mu pod czaszką.
— Wiesz? Zacznę jutro. Będzie to „Salamandra.“ Widzę ją: płomienie, a w nich tańcząca kobieta. One jéj nie palą, lecz pieszczą, nie niszczą, lecz upajają, a ona, jakby owładnięta rozkoszą, w nie się owija, do nich się tuli, z niemi igra zalotnie.
Magda słuchała, napół rada, że przecie ocknęła się w nim twórczość, napół przerażona zmysłowością tego pierwszego natchnienia. To nie był dawny duch Filipa, którego ongi we Włoszech podniecały freski Fra Angelica, który w zamyśleniu szkicował twarze ascetów lub eteryczne aniołki, i stawał w zachwycie przed mnichem zamodlonym lub lampą palącą się w niszy przed madonną. Teraz to widziadło, które wyszło mu z myśli pod wrażeniem ognia i wewnętrznego usposobienia, miało pogańską lubieżność i dech szału, i było kultem ciała i krwi a zatraceniem ducha. Widziała i ona je, przeczuwała, i była pewną, że ma rysy baronowéj i jéj urok niebezpieczny i niezdrowy. Nie przecząc mu i nie przerywając, podeszła do stalug i odkryła rozpoczęty przed dwoma laty obraz Filipa.
Szmat słońcem oblanéj pustyni, na niéj trochę kaktusów i przy drodze muzułmański grobowiec. Na progu postać pątnika, który, śmierci niedaleki, zwraca oczy i ramiona na daleki horyzont, gdzie majaczeją, jak we śnie, kopuły i krzyże, a on do nich już nie dotrze — tu mu zgon zakończy pielgrzymkę. Nazwał to niegdyś Filip „Ślub niespełniony,“ potém przezwali już wspólnie: „W przeddzień tryumfu“ — było to jakby ich wspólne dzieło, bo mu towarzyszyła często przy pracy i mówili o tém płótnie wiele i miało ono stanowić o przyszłéj karyerze Osieckiego.
Teraz karyery nie potrzebował, był bogaty. Magdzie było jednak bardzo smutno, gdy patrzyła na tę pamiątkę przebrzmiałych marzeń i nadziei.
Filip zbliżył się do stołu, popatrzył i sięgnął po nóż.
— I to w ogień! — rzekł. — To jest ohydne. To nie pustynne, gorące światło, to nie powietrze Palestyny. To jest oszukaństwo, fałsz... jeden wielki błąd. Do pieca z tem!
— Nie, daj pokój. Wezmę to sobie. Tu jest wiele ducha. Lubię to!
— Weź, ale nikomu nie pokazuj, bo mi wstyd! No, rozumiesz, że tu zostać nie mogę. Daruję ci wszystką tę mizeryę, a za tydzień zapraszam cię do nowéj pracowni.
Obejrzał się raz jeszcze wokoło.
— Nic z tego nie wezmę. Tandeta i nędza! Chodźmy z téj nory!
— Idź sam i przyślij mi posłańca. Zabiorę ztąd parę rzeczy i odeślę do siebie. Co do pracowni... weź tę po Wiklickim, który po wakacyach wyniósł się do Monachium. Na plantach, w domu Szmita.
— Dobrze, bylem miał porządny przytém apartament.
— Rozpytam jutro Oryża. Bądź zdrów... idziesz do Maryni, to jéj powiedz, że wstąpię do Berwińskiéj.
— Wracajże prędko, bo co ja tam będę robił bez ciebie? — rzekł tonem grymaśnym.
Gdy wyszedł, Magda zagasiła ogień, zebrała niedopalone papiery, zakryła obraz i, obejrzawszy się po izbie, ruszyła wprost do właściciela domu.
W kilku słowach załatwiła interes. Pracownia przeszła na jéj własność, umówiła się o cenę, zapłaciła za kwartał z góry, wzięła kontrakt, zgodziła stróża, aby pilnował całości i opału, i poszła ztamtąd, nie mogąc się pozbyć uczucia, że wraca z pogrzebu swojego szczęścia i ducha Filipa.
Wieczór już był i gaz się palił. Minęła parę uliczek i znalazła się przed starem domostwem z ogrodem, gdzie się mieściła piwiarnia. Niesforna muzyka napełniała całą posesyę dźwiękami walca, w przerwach dźwięczały kufle i buczał gwar ludzki.
Magda z podwórza weszła do oficyny drewnianéj i zapukała do drzwi lewych.
— Zaraz, zaraz — odpowiedział kaszlący głos i po chwili otworzył jéj staruszek suchy i mały, posiadający jedną tylko... lewą rękę.
— A, to pani! — zawołał radośnie. — Dopiero Helenka wróciła. Proszę, proszę! Ja jéj obiad przygrzewam.
— Cóż to? Państwo znowu bez służącéj?
— Nie wystarcza — rzekł z westchnieniem. — Ja stary, niedołęga, do niczego, więc chociaż domem się zajmę. Tyle wygranéj, że czas mam zajęty, i nie tak wstyd żyć. A zawsze Helci lżéj!
Podreptał do kuchenki, z któréj zalatywała woń jedzenia ubogich; Magda poszła daléj.
W drugim pokoju, przy stole, nad którym wisiała lampa, Helena Berwińska, pochylona, rozcinała etykiety do wina z wielkich, wilgotnych jeszcze arkuszów.
Była to dziewczyna trzydziestoletnia, zwiędła i mizerna, bladéj cery i twarzy jakby zastygłéj, na któréj nie bywało uśmiechu, ale i nie było goryczy, tylko spokój i powaga. Oczy miała bardzo zmęczone i na czole dużo zmarszczek, a usta blade.
Obejrzała się dopiero, gdy jéj Magda położyła obie ręce na ramionach i pocałowała ją w głowę.
— A, to ty? Myślałam, żeś wyjechała. Nigdzie cię nie widać!
— Nie bardzo widocznie tęskniłaś, kiedy nie wstąpiłaś tyle czasu. Miałam dużo zajęcia i czekałam ciebie co sobota na wieczór, Cóż słychać?
— Nic złego. Zawszem na miejscu. Zarabiam, ojciec zdrów; wieczorem, ot, żeby nie próżnować, tnę etykiety i słucham muzyki.
— Prawda, masz bezpłatny koncert. Daj nożyczki; będę, gawędząc, i ja rozcinała! To twój rysunek?
— Mój. Rozcinaj uważnie, bo brakują za byle co.
— No, i cóż ci płacą za to?
Dziesięć centów od tysiąca.
Magda rzuciła nożyczki.
— A toś szalona za tę cenę oczy tracić!
Berwińska ruszyła brwiami.
— Gdy się wprawić, nie takie to straszne. Robi się machinalnie i na wieczór ma się zarobku około pół guldena. Dobre i to!
— Ty jeszcze z tego zarobku kupisz sobie kamienicę! — zaśmiała się Magda.
— Po co mi kamienica! Chciałabym na starość mieć mały domek z ogródkiem, kędyś na skraju przedmieścia i pól. Hodowałabym sobie róże i sadziła warzywa.
— A prędko dojdziesz do tego marzenia?
— Nie wiem. Tymczasem właściciel upatrzonéj przezemnie posesyi droży się z ceną.
Magda nie pytała się daléj. Berwińska, gdy mówiła o sobie, zbywała to krótko i obojętnie, jakby rzecz nie wartą rozmowy.
Znały się z Magdą ze szkół w Dreźnie. Wtedy Berwińska była wesołą dziewczyną i uchodziła za majętną. Pustak to był i swawolnica, przytém zdolna i inteligentna. Nagle pewnego dnia ojciec ją wezwał depeszą. Pojechała na czas jakiś i nie wróciła wcale. Po pięciu latach Magda ją spotkała wypadkiem na ulicy w Krakowie i była już taka, jak obecnie. Pracowała w litografii, mieszkali z ojcem w ruderze. Magda nie śmiała jéj o nic pytać, bo czuła, że to życie wielka katastrofa zniszczyła, i nie chciała urazić może już zabliźnionych ran.
Znalazła w Berwińskiéj wielką głąb i delikatność uczuć, spokój i pogodę sądu, szczerą radę i życzliwość. Mówiła tedy o sobie, a Berwińska słuchała chętnie, stała się jakby jéj spowiednikiem i doradcą. Z czasem stosunek ten stał się dla Magdy potrzebą i coraz się zaciśniał.
A przez ten czas Berwińska ani razu przecie nie wspomniała o sobie, nie odkryła swych ran i duszy.
— Skończyłaś baronową? — zagadnęła.
— Lada dzień. Zapiszę go sobie radośnie w kalendarzu.
— Cóż? Kapryśna? Nie rada z twéj pracy?
— To nie, ale jéj nie cierpię.
— Oho! Masz takich, których nie cierpisz. A wiesz, czego to dowodzi?
— Nie.
— Że masz takich, których kochasz.
— No, pewnie. Marynię zaraz z brzegu.
— Nie o tém mowa. Masz kogoś... jednego.
Magda trochę się zarumieniła.
— Ty wiesz i to przecie! — odparła.
— Zawsze to samo! To cię przepraszam za posądzenie i wracam honor.
— Teraz to nie honor, ale głupota. Przyszłam do ciebie, jak do chirurga na operacyę. Chcę ztąd wyjść zdrowa.
— Mów zatem, a raczéj zaczekaj, bo mi ojciec obiad daje. Zaraz się z tém załatwię.
— Dotychczas nie jadłaś?
— Nie. Zwykła to moja godzina. Kwestya nawyknienia, bynajmniéj nie umartwienie. Nie lubię jeść w warsztacie, a wracać na obiad niewygodnie. Więc urządziłam się arystokratycznie: jadam wieczorem.
Staruszek chrząkał w kuchence. Widocznie nie chciał, aby Magda oglądała jego preparaty kulinarne. Berwińska wyszła i po dziesięciu minutach była z powrotem.
— Teraz ojciec wyjdzie do znajomych na gawędę, a ty mów. Mamy cały wieczór spokojny. Wypijesz ze mną herbaty?
— I owszem.
Berwińska zajęła się samowarem, a Magda tymczasem, podparłszy twarz ręką, wpatrywała się w lampę i odpoczywała po długim przymusie towarzyskim.
— Właściwie co jest miłość? — zaczęła powoli, może nie uważając, że myślom już dała wyrazy.
— Szczyt lub przepaść! — odparła lakonicznie Berwińska, zabierając się znowu do roboty.
— Jak wiesz, byliśmy tyle lat jak rodzeństwo, potém jak dwóch kolegów. Nie było nigdy mowy o miłości. Aż kiedyś, niespodzianie, on przyszedł do nas rano, zamyślony, nieswój i wyciągnął mnie na wędrówkę na Via Appia. Po drodze powiada: Dziwny sen miałem. Widziałem siebie rannym i chorym a przez pustynię ku mnie ty szłaś, niosąc mi wodę i lampkę zapaloną, a choć to ty byłaś, jednak miałaś u ramion skrzydła jak Psyche, a nad głową półksiężyc Diany. Wydałaś mi się nad wyraz piękną i uroczą. Wypiłem wodę i poczułem się zdrów; wstałem, a tyś szła przodem, lampkę dłonią przysłaniając, aby mi świeciła na ścieżce. I przyszliśmy do ściany, na któréj stały jakieś litery, niby na sarkofagu. I tyś mi je lampką oświeciła i czytałem:
„Trzymaj skarb, bo on twą mocą.“
Popatrzyliśmy na siebie, inaczéj niż dotychczas, i szliśmy daléj w milczeniu. Wreszcie on powiada:
— Obudziłem się, i serce mi biło do ciebie. I bije dotąd, spróbuj!
Alem nagle poczuła, że tego uczynić nie powinnam, więc potrząsnęłam głową.
Nie nalegał i rzekł poważnie:
— Jestem pewny, żeś mi przeznaczona na talizman! Bądźże mi łaskawą, o Psyche! Chciałbym wiedzieć twe myśli w tej chwili.
— Myślę — odparłam — że jeśli mnie pokochasz, to muszę ci odpłacić całém życiem.
— To weź moje życie: niech nas nic nie dzieli. Pójdziemy zawsze razem! Ja cię kocham.
To wyznanie napełniło mnie wielką powagą. Dotychczas on mnie traktował, jak niedorostka. Poczułam się człowiekiem, zrozumiałam obowiązki, nabrałam godności. Serce mi przecie nie biło nadzwyczajnie. Jak ty mówisz, stanęłam na szczycie, nie w przepaści. Miałam wrażenie, że jestem w gotyckim tumie i że mi organy grają modlitwę.
Trwało to parę tygodni. Zdarzało mi się, żeśmy w wędrówkach znaleźli się zupełnie samotni wśród zwalisk. Szkicowałam ruiny; on, zamyślony, siedział obok. Nagle rzecze:
— Czy się mnie nie boisz? Mam szaloną, wrażliwą naturę, pełną fantazyi i sprzeczności.
— Musisz mieć taką, boś artysta.
— Może to być racya. Ale ja nie wierzę, bym mógł uszczęśliwić, ani nawet ocenić szczęście. Kocham cię... na twoją niedolę!
— Cóż robić? — odparłam ze śmiechem.
— Obiecaj mi, że mi wiele wybaczysz i że mnie w najgorszéj chwili nie opuścisz. Z tem zapewnieniem...
— Będziesz broił swobodnie.
— Może być, ale nie popełnię ostateczności. Będziesz moją świętością. Tyś czysta, jak woda i płomień. Weź mnie na własność i opiekę!
— Dobrze!
— Cokolwiekby się stało, nie odrzucisz mnie i nie pogardzisz? Będę zawsze twoim?
— Będziesz.
— Więc przysięgnij.
— Przysięgam! Nigdy cię nie opuszczę i od ciebie nic wymagać nie będę.
— Dziękuję ci. Czuję się bardzo silnym.
Była to dziwna umowa, ale podobała się nam obojgu.
— Jakbyśmy zawierali ślubne braterstwo skandynawskie! — rzekł.
— Tak z jednéj strony, bo ja do niczego się nie obowiązuję — odparłam pełna dumy.
— Bo ty mnie nie kochasz!
Nie odpowiedziałam nic. Może i miał racyę. Możeby żadna kochająca kobieta na taki warunek nie przystała, ale jam go znała do gruntu i wiedziałam, że mi daje wszystko, co może. Wiedziałam, że mi nigdy nie skłamie i że do nikogo innego nie przyjdzie pożalić się w walce lub nieszczęściu. To dziwne, lecz wolałam jego miéć na własność, niż być jego własnością... Byłaż to miłość?
Podniosła swe myślące oczy ku Berwińskiéj.
— A no, to zależy, jak dotrzymałaś umowy — odparła tamta poważnie.
— Nie miałam czasu dotrzymać, bo w parę dni potém wezwano go do Wiednia, gdzie niespodziewanie wziął po ciotce milionowy spadek.
— A przy pożegnaniu?
— Obiecał pisać i nie odezwał się przez dwa lata — i obiecał mi przywieźć różę jerychonkę, i przywiózł.
— Więc wrócił?
— Tak, przed kilku dniami, z Ostendy w ślad za baronową Faustanger.
— I zaczął z tobą od zwierzeń: wedle umowy!
— Tak, i to mnie wcale nie bawi.
— Dlaczego?
— Nie wiem. To mnie nudzi.
— Lub drażni?
Magda zamyśliła się, a Berwińska poczęła mówić powoli i poważnie:
— Widzisz, to jest jeszcze dziwniejsze! Dusza ludzka jest tak oplątana ciałem, jak Laokoon wężami. Radaby wzleciéć, lecz do ziemi ją ciągną zmysły i pragnienia doczesne. Obiecałaś duchem, a teraz skrzydła nie mają mocy. Żeby twa ofiara była we czci i chwale ludzkiéj, możebyś ją podjęła; ale że w zamian za nią osiągniesz pogardę, lekceważenie, drwiny, a w najlepszym razie milczenie, więc cię nawet duma opuściła i chcesz być jak inne. Chcesz miéć swe upojenia i radości, swe zawody i szczęście. To zupełnie zrozumiałe, tylko — szkoda ciebie.
— Mylisz się! Wcale nie pragnę być jedną ze zdobyczy Filipa, ale nie chcę patrzeć i słuchać jego zachwytów nad jego własném nieszczęściem. Bo ta kobieta zgubą jego będzie.
— Powiédz mu to i usuń się.
— Szkoda mi go! — szepnęła Magda.
— Więc zostań, czém miałaś być. Przecierpisz strasznie, ale to cierpienie uchowa ciebie w czystości wody i płomienia, da ci cześć dla saméj siebie i będzie ci natchnieniem wzniosłém. To bardzo ciężkie i trudne, ale ty to lubisz i, raz się przemógłszy, będziesz sobie wdzięczną. Zaznasz wiele mąk, ale nie poznasz najgorszych: upokorzenia, wstydu i niesmaku. Tybyś tego nie przeżyła!
— Nie! — wzdrygnęła się z obrzydzeniem Magda. — Dziękuję ci za tę rozmowę. Trochę mi jaśniéj w myśli. Ty mnie lepiéj znasz, niż ja sama siebie. Zdaje mi się teraz, że to mi właśnie dolegało, iż chciałam postąpić wbrew naturze. Miałam złudzenie, że nie jestem sobą! Masz racyę — przysięgłam, dotrzymam!
Podniosła rozjaśnione oczy i uśmiechnęła się do poważnéj towarzyszki.
— Tobie to wszystko wydaje się straszną marnością.
Berwińska potrząsnęła głową.
— Nie. Bardzo dla mnie ważnym i szanownym jest wszelki ból, który się u Boga zapisuje, i wszelki czyn, który na ziemi nie pragnie zapłaty. I nadewszystko poważam miłość, która daje i nie żąda nic za to.
Magdzie się zdało, że na te słowa zagrały jéj znowu w duszy organy modlitwę, a Berwińska dodała, wstając:
— Kogo się kocha to podrzędna kwestya, ale jak się kocha — to wszystko. Miłość napełnia świat, ale taka, która nie napełni nieba.
— Ja swojéj tu nie zakopię! — rzekła już hardo Magda.
— Pamiętaj o tém przy nim! — z naciskiem odpowiedziała Berwińska.
— Ty myślisz o krwi i nerwach! Jego zwierzenia to najskuteczniejszy przeciw nim środek. Słuchając tych szczegółów i sposobu, w jaki je traktuje, można tylko nabrać wstrętu, a nie ochoty. Zanadto mu byłam kolegą, żeby był pociągającym!
Z ogródka dolatywały tony walca. Magda słuchała chwilę i rzekła z dźwiękiem serca w tonie i oczach:
— A zanadto jest mi drogim i własnym, żeby drogi mógł istniéć po za nim. Więc bezpiecznam.
Berwińska wstała i nalała herbaty, potém zaczęła etykiety składać w setki i rzekła:
— Jak ty Filipa, tak ciebie kocha Oryż. Życie tak wszystko plącze. Za Oryża będziesz także miała zasługę, że się nie zatraci.
— Trzeba przedewszystkiem miéć dużo zimnéj krwi, aby słuchać jego absurdów.
Ledwie domówiła tych słów, do drzwi ktoś zapukał, a zaraz potém ukazał się właśnie Oryż, w jakiéjś śmiesznéj marynarce, któréj rękawy kończyły mu się u łokci.
— Ładnie mnie pani urządziła! — zawołał bez powitania do Magdy. — Dałem się złapać najgłupiéj. Z namowy pani poszedłem po te książki do Finka, a on mnie zaaresztował. Zabrali mi surdut, kamizelkę i kapelusz i kazali rysować. Ja tego pani do śmierci nie daruję!
— Przecie pan sobie zaradził i uszedł — śmiała się Magda.
— At, gdybym pani nie wypowiedział swéj pretensyi, toby mnie żółć zalała. Przekupiłem chłopca z drukarni, zdarłem mu spencer i przyszedłem. Pani musi być w zmowie z Finkiem; to niegodne!
Zaczął szperać po kieszeniach i wydobył kilka srebrników.
— Dalibóg, cztery szóstki. Solidny chłopak! Wstąpię do bawaryi i wypiję za jego zdrowie. A na pani potrafię się zemścić. Teraz, dalibóg, nie wiem, co się stanie z Boińską. Pani, po kobiecemu, urządziła czułą scenę, zapaliła się i zgasła. Niczego trwałego spodziewać się nie trzeba. To dopiéro plemię utrapione!
— Może pan chociaż ofiaruje na obiad dla Boińskiej te cztery szóstki?
— A nie wstyd pani nawet takie rzeczy proponować. Toć kobieta-siostra w niedoli, a pani ma bezczelność mnie jéj utrzymaniem obarczać!
— Owszem, wstydzę się, rumienię i dziękuję za moralną naukę i wskazanie drogi obowiązku. A może mnie pan do domu odprowadzi?
— Dobra sobie pani! Gdzie Rzym, gdzie Krym! Bawarya tu, na podwórzu, a ja będę podeszwy zdzierał, opiekując się panią! Za historyę Finka może, przez wdzięczność? Żegnam panie; bardzo proszę odróżniać mnie od błaznów, uganiających się za kobietami, i nie brać za jedno!
Zawrócił się na pięcie i wyszedł z miną obrażoną. Zaledwie drzwi zamknął, Berwińska rzekła pobłażliwie:
— I szóstki zostaną w spencerze i on będzie cię do północy wyczekiwał pod bramą.
— Nie narażę go na to, bo już odchodzę. Do zobaczyska, Helciu, dziękuję ci za rozmowę. Czuję się zdrową. Przyjdziesz w niedzielę?
— Spotkamy się u Panny Maryi. Do widzenia.
Podały sobie ręce, uśmiechnęły się serdecznie. Magda wyszła, coś nucąc.
W bramie, wtulony w kąt, czatował rzeczywiście Oryż. Nie zbliżył się, ani odezwał, tylko, jak policyant, szedł za nią w odległości dziesięciu kroków. Na ulicach było już pusto. Minęli Planty i weszli na Floryańską. Przy bramie swego domu Magda się obejrzała i rzekła ze śmiechem:
— Dziękuję panu za troskliwość i opiekę.
Oryż w jednéj chwili przybrał postać pijaka chód chwiejny, wejrzenie mgławe i głosem chrypliwym zaśpiewał:

Kiedym jechał na Kujawy,
Szczekał na mnie pies kulawy,
A dziewczyna w progu stała,
Jeszcze lepiéj przeszczuwała.“

Minął ją, jakby nie widział i nie znał, i poszedł, trochę się zataczając, w stronę Rynku.





III.

W kilka dni potem wpadł Filip do pracowni Magdy, wesół, ożywiony, swobodny.
Majorowa, obrażona na niego za długą nieobecność, mimowoli uśmiechnąć się musiała na widok jego dawnéj, swawolnéj twarzy.
— Ach, ty niecnoto, gdzie się wałęsasz?
— A zaraz bura! Urządzałem się, i dziś przyjechałem po panie, aby raczyły mnie odwiedziéć we własném mieszkaniu.
— Gdzież to?
— Na Plantach. Ale panie zarazem spróbują moich koni i powozu. Stoi przed bramą.
— Co, kupiłeś konie i powóz? Słyszane rzeczy! A toć dorożek ci brak, czy co? A na piechotę nie łaska?
— Na piechotę będzie czas, gdy zjem spadek. Teraz będę nóg oszczędzał. Proszę się zbierać, bo śniadanie ostygnie.
— Awantura! Chłopak oszalał! Cóż, jedziesz, Magdo?
— Ależ i owszem. Czyś zaprosił jeszcze kogo?
— Będzie Malicki, Fink, no, i Sylwester.
— Ano, ostro się reklamujesz widocznie.
— A cóż! Muszę być sławnym! — odparł, patrząc na nią z porozumieniem.
— Więc jedziemy! — zdecydowała majorowa, która w gruncie rzeczy ogromnie była ciekawa i koni, i mieszkania, i śniadania.
— Zaraz, tylko się przebiorę — rzekła Magda, wstając od stalug.
— Ano, to i ja!
Magda chciała portret zasłonić, ale spostrzegła chciwy wzrok Filipa i rzekła, podając mu paletę:
— Możesz tymczasem trochę mi pomódz. Wykończ tę makatę na tle.
On wziął paletę i nic nie odrzekł.
Pozostał sam i oczu z płótna nie zdjął. Czuł wyraźnie, jak ulatywała jego swoboda i wesołość, jak go ogarniał niepokój i drżenie. Wrażenie było tak silne, że stało się prawie bólem. Postąpił o krok i gorejące oczy wpił w obnażone ramiona i usta rozchylone uśmiechem tajemniczym, na pół drwiącym, na pół rozkosznym.
— Śmierć mi daj lub siebie! — zamruczał głucho.
— I siebie i śmierć! — zdawał się mówić tajemniczy uśmiech.
I nagle sztuka, poryw artystyczny, chęć do sławy nawet, opadły, i gdyby usłuchał chęci, która, jak burza, przeszła mu przez duszę, uciekłby ztąd i pędził do niéj i powtórzyłby u jéj stóp frazes, który mruczał z uporem szaleńca:
— Daj śmierć lub siebie!
Magda wyszła ze swego pokoju i patrzyła nań. Chciała się cofnąć, ale się przemogła i, kładąc mu rękę na ramieniu, rzekła:
— „Salamandrze“ dasz jéj rysy i stworzysz arcydzieło.
Ocknął się i rzekł zmęczonym głosem:
— Nie widziałem jéj już od tygodnia.
— To za długo! Pójdź dzisiaj. Wyglądała jak urażona, wspominając ciebie.
Majorowa przerwała rozmowę, więc zeszli do bramy i wsiedli do powozu Filipa.
Kurs był bardzo krótki, ale majorowa znalazła przecie czas upatrzéć w oknie jakiejś suteryny dziecko blade i bezczynne, do którego obiecała sobie zajrzéć za powrotem.
Filip mieszkał jak milioner. Zajmował pięć pokojów, miał lokaja w liberyi, meble eleganckie, mnóstwo cennych drobiazgów i przedmiotów, zebranych w podróży.
Kiedy majorowa oglądała salon i jadalnię, Magda spytała przedewszystkiém o pracownię i poszła do niéj.
Była urządzona z przepychem, miała pyszne światło — ale pustką z niéj wiało. Puste płótno na stalagach, farby nietknięte, nigdzie studyów ani szkiców.
— Nie zacząłeś jeszcze nic? — spytała.
— Jutro. Przyjdź za tydzień na krytykę.
— Dobrze. Ale pamiętaj z początku tęgo się wprawiać. Zaniedbałeś rękę. Powinieneś szkicować bez przerwy teraz.
— Czy ty kiedy myślisz o czém inném, jak o malarstwie? — zaśmiał się Filip. — Sztuka stała się w tobie maniją.
— Zawsze tak było, tylkoś ty się zmienił. Otóż już dzwonią. Pójdźmy!
Pierwszy przybył Fink, prześladowca Oryża, wydawca i spekulant książkowy; był osobistością znaną i wpływową. Bardzo bogaty, bystry, rzutny — miał język cięty, stosunki rozległe i wielkie zachowanie wśród artystów i literatów.
Krótki i gruby, miał rysy wydatne, uśmiech satyra, spojrzenie cyniczne. Czuł swą siłę i dość lekko traktował każdego.
Gdy wszedł, jednym rzutem oka otaksował wartość mebli i mieszkania i rzekł do majorowéj:
— Winszuję, winszuję. Pupil i synowiec pani ma wielki dar i gust wybredny. Lokal cacko, piętnaście tysięcy. Co? zgadłem?
— Nieomal — odparł Filip.
— Dobrze pan robisz. Z pieniędzmi, jak z miłością. Kiedy co łatwo przyszło.. on le passe à d’ autres!
Zwrócił się do Magdy i rzekł:
— Przynoszę pani ukłony od pana Oryża.
— O, co w to, to nie wierzę! — odparła swobodnie. — Zanadto ceni swoje grubiaństwo, żeby o czémś podobném pomyślał. Cóż? Jakże mu idzie robota?
— Świetnie. Jutro go uwolnię, bo mi zanadto demoralizuje personel redakcyjny. Przyślę go pani na rekolekcye!
— Toby był zacny chłopak, żeby mu uciąć połowę języka! — rzekła majorowa.
— I umyć go gruntownie! — dodał Filip.
W téj chwili wszedł pan Sylwester i od progu zawołał:
— Nasz artysta się żeni, ani chybi. Co za luks, co za szyk!
— Bajesz! — odparł Fink. — To ty się żenisz podobno.
— Ja? Uchowaj Boże!
— A no, to się kochasz. Onegdaj przecie przyjmowałeś damy.
Stary galant zrobił minę skromną.
— Baronowa uczyniła mi zaszczyt zwiedzenia zbiorów — rzekł dyskretnie.
— Taak? — ironicznie zapytał Fink. — I ofiarowałeś jéj ten stolik saski porcelanowy, za który ci dawałem więcéj złota, niż sam wart jesteś.
— Awantura! Zkądże wiész o tém?
— Od jéj matki. Pochwaliła się zaraz twoją głupotą, a córka pewnie drwi z ciebie w duchu.
— Mój łaskawco! — rzekł Sylwester. — Moich stolików nie mam na sprzedaż, a nie zawsze ten robi dobry interes, kto się przechwala lub drwi. Z mojéj tranzakcyi z baronową jestem zupełnie zadowolony, chociaż milczę.
— Phy! — lekceważąco odparł Fink — i mnie stać na podobną tranzakcyę. Z baronową jesteśmy dawni znajomi.
Filip, słuchając tego, to bladł, to czerwieniał. Ledwie się hamował, by nie wybuchnąć i nie spoliczkować tych dwóch starców, plwających na jego ideał.
Spojrzał na Magdę wzrokiem rozpaczliwym a oburzonym zarazem, ona zaś zrozumiała go i rzekła z uśmiechem:
— Jutro rano powiem baronowéj, co prawicie, i słusznie uczyni, zamykając wam drzwi przed nosem.
Sylwester odrazu ucichł, ale Fink nie dał za wygraną.
— Czy pani jest spowiednikiem baronowéj, że tak broni jéj cnoty?
— Nie znoszę krytyk zaocznych. Jeśli pan miał łaski u baronowéj, to, opowiadając w ten sposób, czyni pan jak...
— Żyd! — podchwycił Fink. — Ma pani słuszność. Płacą teraz ludziom takąż monetą, jaką brali od chrześcijan moi przodkowie. Ząb za ząb, siność za siność, sparzelizna za sparzeliznę, pogarda za pogardę!
— Wzruszająca solidarność z tém, czego się odprzysiągło! Daruje pan, ale kto wyznaje takie zasady, powinien powrócić do Starego zakonu, aby być logicznym. Bez tego nie ma sensu! Zresztą nie myślałam tego, co mi pan podpowiedział. Nie potrzeba być żydem, aby być oszczercą. To potrafi każdy tchórz, bez różnicy wiary.
— A pani, co tak broni baronowéj, czy wié, co ona na nią wymyśla?
— Nie wiem i wiedziéć nie chcę! — Magda opędziła się, jak od osy, i zakryła uszy.
— Panowie, to zgroza! Macie Munkaczego na wystawie, Modrzejowską w teatrze, i mówicie o miejskich plotkach. A potém dowodzicie, że to my, kobiety, plotkarki...
— Racya, racya! — przytakiwała majorowa. — Próżność i plotkarstwo myśmy po was odziedziczyły.
— Bo to tylko widocznie wam się podobało i było dla was dostępne!
— Widzę, że pan bardzo od pana Oryża skorzystał, bo to jest jego rodzony frazes. Czyżby już panu brakło własnych złościwości?
— Chciałem pani zrobić przyjemność cytatą nadwornego mędrca.
— Ach tak! Dziękuję!
Złożyła mu ukłon głęboki i zwróciła się do wchodzącego w téj chwili doktora Malickiego.
— Profesorze, pewnie ta biedaczka suchotnica zmarła?
— Zkąd pani wié?
— Z oczu pana.
— Tak jest. Umarła! — odparł doktor i ręką machnął. — Ohydne!
— Co takiego? Kto to był? — zaciekawił się Sylwester.
— To był człowiek i śmierć. To dwaj moi prześladowcy. Mniejsza kto! Ohydny jest mój zawód, i basta! I pomyśléć, że mógłbym być inżenierem lub księdzem, a jestem zwykle szarlatanem często zaś oprawcą! Witam, panie Filipie, i cieszę się, że nie wyglądasz na pacyenta. Obyś żył, żył i umarł beze mnie! Szacunek, pani majorowo, pilnuj pani swéj trzódki, bo ospa wszędzie po suterenach! Fink, pewnie się opuszczasz w gimnastyce; oszukujesz mnie, ale nie oszukasz swéj krwi, pamiętaj!
Popatrzył na Sylwestra, przymrużył jedno oko, pokręcił głową, obejrzał go pod światło i nic nie mówiąc, palcem pogroził. Fink wybuchnął śmiechem, ale profesor się oburzył:
— Ty nie masz czego się śmiać, ale gimnastykować jak najwięcéj!
— Profesorze! A moja Boińska? — spytała Magda.
— Chciałabym takich dużo miéć. Ale powiedzcie mi, panie Filipie, poco to proszone śniadanie? Zaręczasz się, czy żenisz?
— Dlaczego?
— Ano, nie wiem zkąd słyszałem, że się żenisz z panną Magdą. Możem się wygadał przed czasem?
— Po czasie, profesorze! — roześmiała się artystka. — Filip obchodzi swoją installacyę malarską. Zaczyna pracować.
— To dobrze, tylko, proszę cię, nie maluj jak mój brat.
— Doktorze, jesteś zrzęda! — wtrącił Sylwester. — Twój brat ma świetną technikę.
— A to zrób go przedsiębiorcą od wyrobu maszyn, ale nie nazywaj-że artystą. Co on maluje? Zawsze jedną damę. Ta wącha kwiat, a ta bawi się perłami, tamta się wachluje, inna otula się futrem, a wszystkie jedno warte, to jest... nic. Nie zawracajcie mi głowy, że to jest sztuka. Ten chłopak lepiej-by był tapicerem.
— To jest modne i szalenie się opłaca! — wtrącił Fink. — Widocznie twój brat ma talent i szczęście... odpowiada potrzebie estetycznéj danéj chwili.
— Takie fuszery przedewszystkiem zepsują smak, zdemoralizują publiczność, a potem wy ją czynicie winną za ich utwory. Nieprawda! Winien jest ten, co tworzy, nie ten, co czyta i patrzy. Wszystko, jest chore teraz, wszystko rachityczne, skrofuliczne i histeryczne. Niech przepadną literaci, dziennikarze, malarze, aktorzy i filozofowie, a wtedy ja może odpocznę. Nienawidzę ich hurtem, bo to oni mi napełniają szpitale, kliniki i domy obłąkanych i sprowadzają takie komplikacye, że człowiek do grobowej deski nie może przestać uczyć się i musi łeb łamać nad coraz nowemi zwyrodnieniami.
— Profesorze, jedźcie do Karlsbadu! — wtrąciła majorowa.
— Dajcie mi czas, a pojadę i będę czytał „Robinsona Kruzoe“ i będę zdrów. Cóż, panie Filipie? dajcie co jeść, bo muszę zmykać. O czwartéj mam operacyę w klinice.
— Śniadanie podane, ale nie chciałem profesorowi przerywać filipiki przeciw cywilizacyi.
Malicki aż podskoczył.
— Cywilizacya! Idźcie na naukę do Botokudów. Oni są zdrowsi od was wszystkich. Ty, naprzykład, jesteś chory na nerwy. Jeszcze się trzymasz, boś młody, ale za rok będziesz u mnie i powiesz... przepraszam, nie zacytuję, bo panie tego nie rade słuchać, ale ci powiem jeśli chcesz, na osobności.
— Pan Stanisław już wrócił z Zakopanego? — spytała Magda.
— Jeszcze nie, ale go lada dzień oczekujemy. Pewnie teraz urodzi się dama w serdaku.
Przeszli do jadalni i zasiedli u stołu. Malicki burknął na lokaja, który mu chciał nalać wina.
— Nie pije profesor? — spytał Filip.
— Po co? Nie potrzebuję ani fałszywego humoru, ani fałszowanego napoju!
— Chcesz żyć sto lat, pomimo że zrzędzisz! — zaśmiał się Fink.
— Wcale nie, ale kto całe życie patrzy na choroby, może przecie o tyle skorzystać, żeby nie pragnąć ich i unikać, ile sił.
— Doprawdy, nie rozumiem ciebie. Z twojém usposobieniem przestałbym praktykować!
— A ja, z twoją tuszą, przestałbym jeść pasztet i pić burgunda. Myślisz, że minie dzień, żebym nie postanowił zerwać z medycyną. Alboż mi dadzą! At, a jeszcze żona mi prawi o powołaniu! Kobiety strasznie lubią ten frazes; może dlatego ogólnie dotychczas były zdrowsze, ale i one się psują. Ładne przyjdą pokolenia; ale figa: ja już ich leczyć nie będę!
— Wszystko to jest przesada! — rzekł pan Sylwester. — Dla zdrowego wszystko zdrowe. Ja żyję życiem obecném, karmię się tém, czém inni, a jestem zdrów, i opieki twojéj nie potrzebuję.
— O, i owszem. Tylkoś jéj już potrzebował, i to bardzo. Zresztą masz racyę: organizm twój mógłby być patentowany; to téż popełniłeś społeczny kryminał, żeś się nie ożenił. Zawszeni cię do tego namawiał.
— Co się odwlecze, to nie uciecze! — zaśmiał się Fink. — Przyznał się nam, że się stara o baronową Faustanger.
Malicki zastanowił się chwilę.
— Baronowa... ano, nic-bym nie miał przeciw. Zdrowa jest i zdrowia pilnuje. Cenię ją za to; ale, niestety, zanadto o siebie się lęka i za lat kilka grozi jéj otłuszczenie serca. To-bo bieda: jeden czuje zawiele, drugi zamało, nigdzie równowagi. A czy ona się z mężem rozwiodła?
— Po co? Brat jego ma fideikomis na Morawach i suchoty. A nuż klapnie, wtedy będzie interes do męża wrócić! — zaśmiał się Fink.
— Baronowa zbyt jest zamożna, żeby potrzebowała wracać do tyrana dla funduszu — ozwał się Filip.
— A pan zkąd spada? Z księżyca? — odparł Fink. — Pieniędzy nigdy zawiele. A Faustanger nie był nigdy tyranem. Kochali się nawet bardzo, ale się rozeszli, bo on miał kawalerskie długi a radczyni nie chciała ich płacić. Rzecz do naprawy i poprawy.
Magda słuchała z niesmakiem i znudzeniem. Rozmowa podobna raziła jéj gruntowny umysł i wymagania. Raził ją téż banalny wygląd jadalni, raził długi czas poświęcony jedzeniu, a nadewszystko raził sam Filip, który nie umiał rozmowy poprowadzić, pogłębić, stracił swój humor i błyski oryginalności, wyglądał osowiały, obojętny, znudzony.
Parę razy spojrzała nań: unikał jéj wzroku, jakby się wstydził lub myślał o zdradzie. A gdy tak milczała, zgnębiona złém przeczuciem, pan Sylwester przechylił się do niéj i rzekł półgłosem:
— Niech pani w to nie wierzy.
— W co? — spytała zdziwiona.
— W to, czego oni dowodzą! Nie myślę wcale o baronowéj, ani mi ona niebezpieczna. Pani wié, komu służę wiernie. To tylko pozór — zakończył tajemniczo.
Roześmiała się. Doprawdy, on był przekonany że ona cierpi nad jego odstępstwem!
Uspokajał ją i cieszył — on — co do siebie.
Popatrzyła mu w oczy, nie wierząc, ale twarz ta była przejęta wysokiem pojęciem o sobie i zlekka protekcyonalna.
To ją tak ubawiło, że aż wesoło rzekła:
— To szczęście, że mi pan dodał ducha, bo już przemyśliwałam o samobójstwie.
Sylwester poczerwieniał.
— Pani mi nie wierzy. Pani zbytnio ufa. Baronowa miała słuszność, mówiąc, żeśmy panią popsuli, a pani za nasze hołdy płaci nam... Oryżem.
Magda znowu nie wierzyła uszom. Ale i ją wreszcie oburzyły podobne insynuacye.
— O wasze hołdy się nie staram. Przenieście je wszystkie na baronową i powiedzcie jéj, że ma racyę. Dbam o jednego Oryża, i tego mi nie weźmie!
Brwi jéj zbiegły się i rozdęły nozdrza. Pan Sylwester wyglądał obrażony. Umilkł, a ona pożałowała wybuchu i dodała już wesoło, zwracając się do Finka:
— A wié pan, że Filip zaczyna malować?
— Słyszałem; jem i piję z téj racyi, ale nie wierzę.
— Uwierzy pan, gdy zobaczy „Salamandrę“.
— Życzę tego i zapowiem ją publiczności, ale nie wierzę w artystów-bogaczy.
— Otóż przekonam pana! — uśmiechnął się Filip.
Przez chwilę wątpliwość Finka zbudziła w nim energię; ale błysk zgasł niebawem, i sam nie wierzył już w swoją moc.
— Maluj, maluj! — zawołał doktor — byleś się w Stacha nie wdał. Maluj źle, ale niech to będzie treściwe i zdrowe. A radzę ci trochę masażu i hydropatyi... na nerwy! No, a teraz, moi państwo, bywajcie zdrowi, bo już około czwartéj.
Wszyscy wstali, trochę ociężali po winie. Fink zapalił cygaro i, gdy doktor wyszedł, rzekł:
— Stary robi się trochę manijakiem. Narzeka, a pieniądze gładko bierze. Rachują go na okrągłe trzykroć, i kamienica czysta.
— Chodźmy! — szepnęła Magda do siostry.
Gdy się znalazły na ulicy i w powozie, majorowa westchnęła głęboko.
— Nie podoba mi się Filip! — rzekła smutno. — Źle zaczyna. Zbytek i dogadzanie sobie czyni człowieka egoistą i próżniakiem. Uważałaś ty: on o niczem nie marzy. Na nim znać już przesyt i nudę. On inny, nie nasz dawny, a taki obcy, że ja już nie śmiem do niego po swojemu zagadać. Malicki miał racyę. On się powinien ożenić.
Magda potrząsnęła głową.
— Samaś mówiła niedawno, że sztuka to kapłaństwo bezżenne.
— Mówiłam o tobie. On nie będzie artystą.
— Musi być, inaczej się wykolei i zginie. On właśnie, ze swą wrażliwą, miękką naturą, musi sztuki się trzymać. Tylko ci ludzie, co z nim są, to źli towarzysze!
Powóz stanął. Wysiadły i weszły do mieszkania. Magda stanęła w oknie i, nie przerywając myśli, mówiła poważnie:
— Malicki ma racyę. Wszystko jest chore. Byłyśmy przecie między ludźmi, którzy bądź co bądź sztuką się zajmują. I cośmy słyszały? Dla Finka jest ona interesem pieniężnym, dla Sylwestra sposobem odznaczenia się i zadowoleniem próżności, dla Stacha Malickiego rzemiosłem, dla Filipa kokieteryą i zabawką. I to są ci, co krytykują, kupują i tworzą! I po co się dziwić, że teraźniejsi mistrze noszą w sobie wieczny niepokój, nieustanne szukanie czegoś, niezadowolenie z siebie! Oni szukają tego, co stracili na wieki... ideału. Sztuka, znudzona ciągłem kupczeniem sobą, zostawiła im to, co teraz popłaca... technikę, a zabrała to, na co niema pokupu... ducha! Jaka wiara, taka ofiara! Jaka myśl, taki czyn! O, Malicki mądrze mówił i bardzom mu wdzięczna za zdrowe słowo.
Wzdrygnęła się i dodała z oburzeniem:
— Nigdy mi jeszcze tak smutno i pusto nie było, jak wśród nich dzisiaj. I to oni będą kierowali Filipem! On ich wybrał. Chodzi mu więc tylko o reklamę.
— A ta baronowa! — wybuchnęła Osiecka. — Czyś ślepa, czy mnie chcesz oszukać, że jéj bronisz? On się mieni, gdy o niéj mowa.
Magda milczała. W tej chwili nawet to ją mniéj bolało, niż sponiewieranie sztuki.
— Czy prędko skończysz portret? Bo ja na tę kobietę nie chcę patrzéć.
— Ostatnie dziś było posiedzenie. Za tydzień portret będzie na wystawie.
Wyszła do pracowni, rada pomilczéć. Powoli dzień się kończył i stało się już tak cicho, że słychać było wieczorne rozhowory wróbli po rynnach. Magda położyła się na szeslongu i zaczęła duchową z sobą rozmowę.
Rozstrojona była i zbuntowana na życie. Co się stało? Czego? Przecie to, co jest dzisiaj, było wczoraj i będzie jutro. Myślała, że jest w zgodzie ze światem i ludźmi, miała się za dojrzałą i szczęśliwą. Dziś drażniło ją wszystko, a przedewszystkiem punkt widzenia ludzi.
Fink inteligentny był, słuchał Malickiego, a gdy ten wyszedł, szacował, nie jego, lecz kamienicę. Sylwester, wzdychający do niéj, oburzał się na samą myśl, że Oryż może czynić podobnież. Filip wysilał się, by zaimponować zbytkiem, a nie dbał o talent.
A ona sama? Dlaczego się gniewała i oburzała? Czy téż nie spaczył się jéj sąd i punkt widzenia? Wpół leżąc, z przymkniętemi oczyma, nie zauważyła, że portyera rozchyliła się i do pracowni wszedł Oryż. Stanął w progu, popatrzył na nią. Przez chwilę rysy jego wypiękniały wielkiem rozradowaniem; potém znowu przybrały niedbałą i cyniczną maskę, i zaczął nucić przez zęby oberka.
Magda się obejrzała, ale nie rzekła nic. Zwykle nie witali się, ani żegnali; uważała go za domownika.
I Oryż się nie odezwał. Pokręcił się po pracowni, obejrzał portret i szkic „Kultu,“ przeszukał, czy niema czego nowego, a potém usiadł u okna, dobył gazetę z kieszeni i czytał, nie przestając nucić.
Może z godzinę nie odezwali się do siebie. Zmrok zupełnie zapadł. Magda się uspokoiła i zaczęła snuć jakieś marzenia.
Cicho Oryż wstał, zdjął ze ściany gitarę, i ledwie strun tykając, wybierał jakąś melodyę. Mimowoli Magda słuchała. Talenty Oryża były to zawsze niespodzianki. Wiedziała, że pochwałą wywoła cyniczny koncept i w jednéj chwili zaprzestanie, więc uwagi nigdy pozornie nie zwracała. Wiedziała téż, że cnotę, ideał, formy towarzyskie, ofiarę, uczucie uważał za rzeczy niegodne wyznania i wyrazu, że krył się z niemi, jak ze wstydem, przed ludźmi, aż urobił o sobie opinię najgorszą, z czego był zupełnie zadowolony, i że powątpiewanie o prawdziwości téj opinii uważałby za obelgę.
Więc po chwili rzekła obojętnie:
— Przecie pana Fink uwolnił. To dobrze!
— Co to za dobrze! Czy tam się siedzi, czy gdzieindziéj między głupcami, zawsze się ma do czynienia z największym głupcem, to jest z sobą.
Magda się uśmiechnęła. To nieparlamentarne określenie było odpowiedzią na jéj rozmyślanie o sobie.
— A ja dzisiaj byłam na śniadaniu u Filipa.
— Słyszałem, i jak ten derwisz wielbiłem Boga.
— Co za derwisz?
— A ten, co każdego ranka stawał na drodze sułtana i dziękował Ałłahowi, że go nie uczynił sułtanem.
— Mnie téż wcale tam wesoło nie było.
— A pewnie. Kocha pani Osieckiego, a Osiecki baronową. Kobiecie to dosyć, by stracić równowagę.
— Pan ją traci jeszcze z marniejszéj racyi.
— Nie mam nic do stracenia. Obejdę się zupełnie bez równowagi.
Znowu zcicha wziął kilka akordów.
Magda wyprostowała się i rzekła swobodnie:
— Jeśli kocham Osieckiego nieszczęśliwie, to tém lepiéj. Miłość bez wzajemności daje natchnienie.
— Jak komu. Lew kocha lwa, a wrona wronę. Ale gdy paw kocha srokę, lub gołąb kaczkę, to już nie jest miłość nieszczęśliwa, ale głupia. A zresztą, czy pani nie dość, że kochasz sztukę bez wzajemności? Co ta biedaczka cierpi od pani za prześladowanie! Portret widzę gotów. Kogóż teraz pani chce pacykować?
— Nikogo, bo chcę trochę wypocząć.
— Warto! Leżéć na kanapie i śnić o Osieckim! To przynajmniéj będzie naturalnie, po kobiecemu.
— Właśnie, chcę panu dogodzić.
— Szkoda fatygi. Ja wcale na panią uwagi nie zwracam i od miesiąca wynoszę się.
— Szczęśliwéj drogi i pomyślności. Skorzystam jeszcze z ostatnich chwil i pójdziemy jutro na wieczór do Zaklickich.
— A cóż to ja mam się tam do spowiedzi przygotowywać, słuchając sentencyi tych dwóch mumii? Dlaczego to cnota jest zawsze taka nudna?
— Dlatego, że nic nowego nie wymyśla.
Oryż aż się uśmiechnął, tak mu się to podobało. Zaczął znowu przebierać struny gitary, a melodya była bardzo łagodna i prosta.
Teraz Magda poznała, co grał, i poczęła zcicha nucić:

Czterym latka wiernie służył gospodarzowi,
Sieczkiem rzezał, nie wieczerzał, niech on sam powie;
Matulu, niech on sam powie.

Zupełnie było ciemno w pracowni. Oryż wtórował zcicha i, słuchając, myślał, że może i on stanie się cnotliwym, bo oto od dwóch lat nic nowego nie wymyślił — jak kochać tę dziewczynę, któréj nawet nie pożądał. Może się stanie cnotliwym i nudnym.

Przyszedł Wojtek do tatusiów i wziął dziewczynę,
A ja bez niéj nieszczęśliwy chyba już zginę.
Matulu, chyba już zginę.

Oryż, dech tamując, słuchał, czy głos Magdy nie stanie się smutniejszym, ale nie zauważył zmiany. Równie spokojnie rzekła:

— To ładne, bo proste. Zagraj pan jeszcze cokolwiek.
— Nie umiem grać — burknął, odkładając instrument. — Gram, póki mnie bawi, i dla siebie.
— Więc przejdźmy do salonu. Może pan trochę pogrymasi z Marynią, bo ja już mam dosyć na dzisiaj pana szczerości.
— Woli pani zapewne fałsze Osieckiego.
— O nie! Filip nigdy przede mną nie kłamie! — odparła żywo.
— Taki nosorożec! On pewnie się pani zwierza ze swoich sukcesów z baronową. To zupełnie na niego wygląda.
— Dlaczego?
— Bo on jest tak sobą zajęty i zachwycony, że oprócz siebie nic nie widzi. Będzie deptał po sercach i myślał, że czyni łaskę.
— Myli się pan. On mi serca nie zdeptał, bo ono na ziemi się nie wala; zaufanie zaś jego cenię bardzo i cieszę się niem.
— Jeśli on się zmarnuje, mała będzie szkoda. Ale jeśli pani z jego racyi się zmarnuje, to będzie wstyd.
— Bądź pan spokojny: i sama się uchowam, i jego dopilnuję. Już zaczął pracować. Baronowa będzie miała poważną rywalkę w sztuce.
— Fink inaczej mówi: Osiecki będzie miał kapitalną modelkę, tylko dyabelnie drogą.
— Fink jest wstrętny. Sztuka w jego ustach, to, wedle przypowieści Salomonowych: „Kolce złote w pysku u wieprza!“ Nie wspominaj go pan. Gdy pomyślę, że to on jest krytykiem, opuszcza mię chęć do malowania.
— Alboż u nas jest krytyka? Jest paszkwil albo płatna reklama. Artysta, któryby chciał nauki, sądu, zdania sprawiedliwego od krytyki, niech się obwiesi. Bo żywemu nikt prawdy nie powie i nie napisze. Będzie interes dla kogo, by go chwalono... to obstaluje i zapłaci reklamę; nie będzie... to go zostawią na łup wszystkich zawiści, złości, szyderstw; słowem, wyrzucą go hyenom na pożarcie. Jeśli ma talent, to go publiczność czasem wydrze hyenom z pysków; jeśli nie ma szczęścia i sympatyi w tłumie... to przepadł.
Zamyślił się i po chwili znowu mówił:
— Znała pani Wacka Adamskiego? Dobre było chłopczysko, pokorne, pracowite, skromne. Nie był pyszny ze swojego talentu, choć miał rzetelną siłę. Osiadł tutaj i pilnie pracował. Mieszkaliśmy razem. Dał raz dobre studyum, sprzedał; dał coś drugiego... poszło. Więc duch weń wstąpił, zaczął w siebie wierzyć. Aliści, jak głowę nad tłum wychylił, dojrzeli go krytycy. Kto? co? zkąd? Czemu się z nimi nie poznał? Czemu potentatom się nie pokłonił? jak śmie obchodzić się bez nich! Powstało oburzenie, obraza. Mówię mu, gdym to zwąchał: „Wacek, zapoznaj się ze starymi i z krytykami, bo będzie źle!“ Chłop się nie wzdragał nawet, ale zapomniał, zwlekł, zajęty robotą. Daje trzeci obraz... znowu sprzedał. Aż tu jak gruchną krytyki! Odsądzili go od talentu, zwymyślali publiczność, że takie nędze kupuje, oszkalowali jego życie prywatne, wydrwili go, odarli, jak hyeny trupa... do kości. Jeden za drugim, dzienniki powtarzały to samo, żeby, broń Boże, nie okazać się gorzej poinformowanym. Wacek przeczytał i zdrętwiał. Jak nożem uciął... przestał tworzyć. Jakiś czas był jak martwy, potém przecie się otrząsnął: podgwintowałem go. Zrobił śliczny rodzajowy obrazek „Powrót rekruta.“ Znowu wrzask powstał. Krzyczano nawet na zarząd wystawy, że podobne nędze przyjmuje; pisano tyle, że nikt kupić nie ośmielił się, zarzucano mu, że kopiuje niemieckie oleodruki, ze złości i jadu dochodzili do absurdów. „Pluń na nich i maluj daléj — radziłem mu — i nie czytaj téj bibuły.“ Wacek istotnie przestał czytać, ale i przestał malować. Zaczął się po knajpach włóczyć, potém po szynkach: „Powiedzieli, żem pijak... niechże będzie ich prawda“ — odpowiadał z dziką zaciętością. Trwało tak rok, coraz niżéj spadał. Aż raz w nocy wracam... świeca się pali, butelka pusta, jakaś kartka na stole. Oglądam się. Wacek stoi w kącie, jakoś dziwnie skrzywiony, i nie rusza się. Wołam... nie odzywa się; podchodzę... aha, stoi, i mocno stoi, bo uczepiony do sznura za szyję, a sznur u belki uwiązany. Przeciąłem, gruchnął na ziemię — i tyle. Na kartce stało: „Talent zapisuję krytykom, a duszę wódce. Niech wam maluje kto inny!“ Gwałtu, co się potém dziaio! Jakie miał nekrologi, jak urósł, jakie mu cięli pochwały, jak ubolewali nad przedwczesnym zgonem i stratą, jaką sztuka poniosła! A Fink z Sylwestrem pobili się, kto weźmie „Powrót rekruta,“ „ostatnie dzieło nieodżałowanéj pamięci młodego mistrza.“ Oto jest illustracya dobrodziejstwa krytyki: a pani mówi o niéj z oburzeniem. Szkoda nawet tylu względów!
— Pan się jéj nigdy nie bał?
— Nigdy. Oni mnie nie zaczepią, bom nicość. Pani dotąd była w łaskach, i to gorsze. Lepiéj nie miéć wzmianki, niż być strąconym z piedestału. Jeszcze to panią spotka.
— Może być. Mnie już szczęście opuściło — rzekła smutnie.
— Opuścił panią Osiecki. Przepraszam, nie wiadomo, czy to było szczęście. To gorzéj, że baronowa jest o panią zazdrosna.
— Dlaczego? To nie ma sensu.
— Owszem, ma! Przedewszystkiem to, co brudne, nie cierpi tego, co czyste. Po drugie, baronową to drażni, że ona ma tylko piękność, a o pani nikt nie mówi, żeś piękna.
— Bo piękną nie jestem.
— A nie! Pani jest piękna, ale to nie bije w oczy, lecz bije umysł i dusza. Ta moc poniża baronową, gniewa. A wreszcie, pani nie zdaje się dbać o nią ani ją miéć za niebezpieczną. Tego ona nie daruje. Niech się pani spodziewa prześladowania.
Magda roześmiała się.
— Ależ pan mi dziś powiedział mnóstwo komplimentów! Co się stało? Ktoś pana mi odmienił u Finka.
— Nie, Oryża nikt nie odmieni! Może pani być tego pewna.
— Ależ ja jestem kobieta, i pan mi przyznaje duszę! Opamiętaj się pan!
— Bywają cielęta z dwiema głowami: dlaczego niema być kobiety z duszą? Natura czasem tworzy dziwolągi, żeby jéj nie posądzono, iż w pomysłach się wyczerpała. Pani niech to w dumę nie wzbija. Ma pani duszę, ale ją pani zmarnuje! Wszystko zaś to opowiedziałem pani na pamiątkę po sobie, przez wdzięczność, żeście mnie stołowały i uratowały od kataru żołądka. Myślę się wynieść od miesiąca, a może od jutra przestanę przychodzić.
— Gdzież się pan wynosi?
— At, trochę w świat ruszę. Tkwiłem tu zadługo. Obrzydliście mi ze szczętem!
— Szkoda mi pana będzie. Prawda, zadługo pan bawił, żeby odejść bez żalu. Dobrze mi było z takim kolegą!
Oryż ani słowa nie odparł. Chwilę siedział nieruchomy, potém żywo wstał i ku drzwiom się skierował.
— Już pan idzie? No, to do widzenia! — rzekła Magda, wstając także.
— Niech będzie... do widzenia! — lekceważąco odparł Oryż. — Ale ja tam wcale po tém nie tęsknię, ani pragnę!
Wyszli do salonu i — zdziwili się. Majorowa miała gości: dwie panie, zajmujące się dobroczynnością, i księdza Walerego. Toczyli ożywioną dysputę o przytułku noclegowym dla starców.
Magda przywitała się; Oryż bez żadnej ceremonii poszedł do przedpokoju, a nakładając palto, gwizdał. Damy dość dziwnie patrzyły na Magdę, która, wyszedłszy z ciemności na blask, mrugała oczyma i miała minę, jakby zmieszaną. Nie przyszło jéj przecie na myśl, aby ztąd wynikły dla jéj czci i honoru uwłaczające plotki i podejrzenia.





IV.

Ranek baronowéj Faustanger rozpoczynał się około godziny jedenastej. Mieszkała wprawdzie z matką, ale miała osobną sypialnię i buduar, a wejście osobne do téj części lokalu.
Matka jéj mieściła się ciasno i mało przebywała w domu, zawsze zajęta interesami; gości swoich przyjmowała w gabinecie.
Gdy dzwonek dawał znać z sypialni, że baronowa się przebudziła, pierwsza udawała się do niéj stara angielka, która życie spędziła w ich domu jako nauczycielka, dama do towarzystwa, a jako emerytka zajmowała się teraz faworytem pinczerem i kotem angora.
Brała swoich pupilów na ręce i przynosiła do łóżka pięknéj pani.
Baronowa, ziewając, przeciągając się w puchach, pytała znudzonym tonem:
— Cóż słychać dzisiaj, miss Funch?
— Bijou źle jadł, a Ninna napiera się na spacer. Jakże noc przeszła pani baronowéj?
— Nieosobliwie. Ten pokój jest za ciasny. Miałam trochę duszności. Proszę o śniadanie.
Wnoszono je natychmiast; baronowa je spożywała, leżąc, wybredzając na ciastka, grymasząc na kawę.
Potém zakładała ręce pod głowę i rozmyślała, jak dzień przepędzić. Najbardziéj lubiła te, w których miała wizytę u szwaczki lub u fotografa. Wtedy wstawała żywo i była wesoła. W inne dnie świat dla niéj był tak pusty i nudny, że nie miała wcale ochoty z puchów wychodzić. Wtedy czekała na matkę, która około południa wracała z miasta, uśmiechniona lub opryskliwa, stosownie do tego, jak jéj się udały interesa. Przychodziła do córki ze skórzaną torebką w ręku, w kapeluszu i okryciu, i zaraz kazała angielce wynosić pinczera i kotkę, które wylęgały się na łóżku córki.
Wtedy wynikały spory.
— Nie ruszać mi faworytów! — wołała baronowa. — Wolę je, niż wszystkich ludzi.
— A ja nie cierpię. Z każdego człowieka, byle go umieć wyzyskać, może być korzyść, a z tego co! Głupie i krzykliwe, a kosztuje tyle, co koń kareciany! Wiesz, że rumuńskie papiery spadają?
— To niech je mama sprzeda.
— Ani myślę! Kupiłam dzisiaj więcej. Wstawaj, przecie już dwunasta.
— Więc cóż! Przecie w najem nie idę! Nie mam dzisiaj co robić.
— Idź na wystawę. Portret już tam jest.
— Dobrze umieszczony?
— Zapewne. Poleciłam to Myślickiemu; obiecał. Czyś już zapłaciła wszystko Domuntównie?
— Nie. Trzysta reńskich winnam.
— Jakto! Przecież ci dałam cały tysiąc!
— Rozeszły się. Dziś mi daj te trzysta, bo muszę odesłać.
— Oszalałaś! Rozeszło się trzysta! Ja dwa razy płacić nie myślę.
— Jak sobie chcesz. Wystawię weksel. Mam przecież cośkolwiek po ojcu. Przypomni ci to komornik.
Nie znać było gniewu w jéj tonie, tylko wielki chłód i lekceważenie. Z rękoma założonemi pod głowę i wzrokiem utkwionym w sufit, myślała o czemś inném. Ledwie raczyła rozmawiać z matką.
— Nie miałabyś i centa dotychczas, żebym ich nie pilnowała! Sokolin nie daje nic, w kamienicach ciągłe naprawy i zwiększone podatki, na placach z dzierżawcami procesy i papiery spadają. Tobie się zdaje, żeś milionerka: a tu ledwie przy mojéj skrzętności koniec z końcem się wiąże.
— To mi nic do tego. Jeżelim dla twego skąpstwa rozstała się z Faustangerem, to nie po to, aby cierpieć niedostatek. Powiedziałam ci wtedy: — „Żałujesz oddać z rąk mój posag: bardzo pięknie, zostanę przy tobie, lecz wymagam, aby mi na niczem nie zbywało“. Pamiętasz?
— A czegóż ci brak?
— Tysiąc rzeczy. Zawsze mnie oszukujesz. Wybierasz najtańsze, a więc najnudniejsze, miejsca kąpielowe. Już drugą zimę zamęczasz mnie w tym twoim wstrętnym Krakowie. Nie dajesz mi koni i ekwipażu, rachujesz każdą suknię i kapelusz, stękasz na każdą moją przyjemność. Cóż ty sobie myślisz? Że ja dbam o twoje reńskie? Ja chcę żyć dla siebie i muszę miéć na swoje zachcianki; inaczéj rozrachujmy się i rozejdźmy. Mnie wcale nie chodzi o spółkę z tobą.
— Ja także wraz z tobą pozbyłabym się tylko i stałego rozchodu i codziennéj irytacyi. Ale w téj chwili rozrachować się nie mogę. Pieniądze są w ruchu: nie myślę ich ściągać ze stratą dla dogodzenia twojéj fantazyi.
— Zatem płać Domuntównę!
— Dobrze, zapłacę, ale sama. Do rąk ci pieniędzy dać nie mogę.
— I konie miéć chcę. Fiakry nie dla mnie.
— To sobie wybij z głowy!
Baronowéj brwi zbiegły się groźnie.
W téj chwili służąca wniosła bukiet z blado-żółtych róż i rzekła:
— Oddał to lokaj od pana Osieckiego.
Radczyni obejrzała kwiaty.
— To warte z piętnaście reńskich. Ten Osiecki ma trzykroć; mówił mi Sylwester.
Baronowa ledwie spojrzała na róże. Jakaś myśl kiełkowała w jej głowie. Uśmiechnęła się z tryumfem i zawołała służącéj.
— Ten lokaj czeka?
— Czeka. Pytał o zdrowie jaśnie pani baronowéj.
— Daj mi papieru, piór i atramentu.
Prędko nakreśliła słów kilka:
„Będę za godzinę na wystawie. Przyjdź pan, obejrzymy portret.“
Służąca poniosła kartkę, a baronowa, ożywiona, wyskoczyła z pościeli. Znalazła przecie zajęcie na ten dzień, bez szwaczki i fotografa! Po godzinie wchodziła na wystawę. Filip spotkał ją na wstępie, z wrażenia blady i milczący. Rozkochane jego oczy przeszły po niéj, i bez jednego słowa podał ramię.
Ona także była jakby przejętą i skupioną. Weszli w tłok zwiedzających. Wszystkie oczy zwróciły się na nią, a ona to czuła i wyżéj podniosła głowę, wyzywająca, pewna swojéj potęgi i królewskiéj nad sercami mocy.
Delikatne jéj nozdrza trochę się rozdęły, a serce zabiło na szmery, które za nią szły, a w których była połowa zachwytu, połowa zawiści. Zwróciła się do Filipa i zcicha rzekła:
— Sama nie wiem, co milsze: zachwyt, czy zawiść? Zdaje mi się, że to drugie. Przyjemniej deptać zuchwalców, niż niewolników.
— Żałuję tedy, że nie jestem zuchwałym — odparł, mimowoli jéj rękę cisnąc do siebie.
— Bądź nim pan. Ja nie bronię! — rzekła, patrząc w stronę.
Po nim drżenie przeszło, i w żyłach zawrzała krew. Czuł, że traci przytomność, upojony przeczuciem tryumfu.
— Niema tu nic pana? — spytała, rozglądając się.
— Nie. Zaledwiem się wziął do pracy.
— I panny Magdy nic nie widzę.
— I ona zajęta była tylko panią.
— Rada zapewne, że się mnie pozbyła. Czuję, że mnie nie cierpi za pana.
— Nie ma racyi.
— Kto to wie? — rzuciła z zagadkowym, drażniącym uśmiechem.
Stanęli przed portretem. Dużo ludzi przyglądało mu się, szmery się wzmogły. Mężczyźni usuwali się z drogi i pożerali oczami piękną panią, kobiety — strój jéj elegancki. Portret był umieszczony wyśmienicie, był tak żywy, że, zda się, występował z ram, mamił ruchem.
— Ależ się jéj udał! — szepnął Filip, owładnięty pomimo wszystko artystyczną mocą plastyki, zachwycony doskonałością wykonania.
— Pan-by zrobił lepiej, ręczę! — odparła. — Dla mnie ruch jest chybiony, i po co te kwiaty pod nogami? To zalatuje kobiecą manierą. Nie podoba mi się. Nie czuję się na nim sobą. Możem się zresztą teraz zmieniła. Teraz nie przyjęłabym takiéj pozy i nie pozwoliła dawać na wystawę.
— Dlaczego? — spytał.
— Bywają chwile, że się jest zazdrosną o siebie, dla kogoś jednego.
Popatrzył na nią, blizki szału ze szczęścia.
— Chodźmy! Pan jest zbyt kompromitujący — uśmiechnęła się z pobłażliwością.
Gdy wychodzili, spojrzała po tłumie i rzekła:
— To zgroza, mody tutejsze! Najświeższe minęły już w Paryżu od trzech lat, a reszta pochodzi chyba z pomysłu miejscowych modniarek. Noszą dżety naprzykład... i to wygląda na osoby z towarzystwa!
Filip popatrzył na nią, ale nie rozumiał, tak zajęty był sobą.
Na ulicy stał jego powóz.
— Może pani zechce się przejechać? — zaproponował nieśmiało.
— Owszem! To te kasztany. Przecie to zaprząg hrabiego Gustawa?
— Tak, kupiłem od niego.
Wsiedli i prędko wydostali się na prawie puste ulice przedmieść, a wreszcie zupełnie po za miasto.
— Dlaczego pan od tygodnia mnie nie odwiedził?
— Chciałem nie być monotonnym.
— A dziś te kwiaty były aktem skruchy?
— Sam nie wiem, nie myślałem nic. Zanadto kocham — wyrzekł zdławionym głosem.
— To już wiem i wiedziałam, że pan wróci, bo pragnęłam tego, a gdy ja czego pragnę, to się stanie.
— Pani wie, że, to mówiąc, równa mnie pani z bogami? Ja nie śmiem pomyśléć nawet o wzajemności. Byłbym zanadto szczęśliwym.
— Zajmuje mnie pan. Może to miłość! — dodała, jakby rozmarzona, odchylając się w powozie.
Zajrzał jéj w oczy i ramieniem wpół ją otoczył. Nie obraziła się, ale nagle jakby ostygła i smutno patrzyła w dal.
— Ludzie mi nawet cześć zabrali, a ci, co szaleli za mną, odarli mnie z wszelkiej iluzyi. Ja dotąd nie zaznałam miłości! — rzekła zamyślona poważnie. — Znam życia wszystkie gorycze i ohydy. Nie dano mi nigdy śnić, marzyć i radować się! Pan zdał mi się innym: prostym, prawym i marzycielem. Chciałabym z panem myśleć i śnić. Dobrze?
— Jam pani rzecz i własność. Co pani ze mnie uczynić zechce, tém będę!
— Będziesz pan wszystkiem, gdy zgodzisz się być niczem.
Żachnął się mimowoli, ale go powstrzymała, kładąc rękę na jego dłoni.
— Nie żądaj pan nic, daj mi być swobodną z sobą... odżyć przy kimś, który mnie nie pożąda, a kocha. Nie mówmy więcéj o tém. Na co słowa między nami? Wszystko już wiemy.
Ruchem łagodnym przesunęła dłoń po jego oczach gorejących i dodała wesoło:
— Dziś chcę się bawić, bo mi dobrze żyć!
Spojrzała na konie.
— Zazdroszczę panu zaprzęgu. Matka mi odmawia téj przyjemności, jedynéj, która mnie cieszy.
— Żebym był czemś, mógłbym pani ofiarować zaprząg.
— Fe! Powiedzianoby, że jestem na pana utrzymaniu. Nie dbam o opinię, ale szkoda-by mi było naszego stosunku.
— Więc handlujmy! — uśmiechnął się.
— Na co? W téj chwili nic nie ma wartości dla pana. Chyba mój portret! — zawołała.
— To nie równe.
— Dlaczego? Oryginał może pan miéć darmo, a na portret się wzdraga. Myślałam, że bardziéj pan ceni mnie.
— Za panią dam życie.
— A za portret dwa kasztany i powóz. Tak mi się chce zaprzęgu! — dodała tonem rozpieszczonego dziecka.
Tak powabny był ton i tak miły wyraz ślicznéj twarzy, że Filip dalby za tę przyjemność jéj — swoją krew z ochotą.
— A zatem wiezie mnie pani swoim ekwipażem. Byle długo i daleko — rzekł uśmiechniony. — A portret zabiorę jutro do siebie. Nie chcę, by był dla ludzi widowiskiem!
— Jeśli panna Domuntówna na to pozwoli. W umowie miała prawo miesiąc go trzymać na wystawie.
— O, to najmniejsza. Dla mnie ustąpi!
— Nie wątpię. Nie ma panu nic do odmówienia i dowodziła mi onegdaj, że ja w pana duszy przejdę, a ona zostanie.
— Trudno zostać gdzieś, gdzie się nie było. Ale mam dla niéj wielkie uznanie i braterską przyjaźń. To jest dziewczyna rzadkiéj prawości i rozumie honor.
Baronowa się zasępiła, zesmutniała.
— Pan ją przekłada nade mnie. Nie znam jéj cnót, ale wyraża się o panu lekceważąco i pewnie pana zwierzenia powtarza temu brudnemu swemu przyjacielowi. Z łaski pana nasz stosunek będzie wkrótce tematem dla całej cyganeryi artystycznéj.
Filip miał za dogmat teraz jéj słowo. Uraziło go, że Magda lekceważąco się wyraża: zmalała nagle w jego oczach. I to przypomnienie Oryża dopełniło miary niechęci.
— Odtąd nie posłyszy ode mnie ani słowa! Mój kult będę trzymał w tajemnicy.
Zwycięztwo było tak łatwe, że nie wywołało nawet radości baronowéj. Zresztą uważała to za rzecz naturalną i zwykłą.
Ciężka walka i podbój możeby ją jeszcze trochę zajęły i podnieciły, ale to...
Rozsądek przecie przyszedł w sukurs Filipowi. Pomyślała, że na tę nudę i pustkę krakowską na jednę zimę warto go zatrzymać. Nudny jest, niewolnik, ale wygodny. Będzie miała posłańca, towarzystwo w chwili spleenu, a zresztą był znanym artystą, co dodawało mu wagi i dogadzało jéj próżności.
Na bezrybiu i rak ryba! — pomyślała z rezygnacyą, czując ze wzruszeniem, że się poświęca.
Na skąpstwo matki znalazła sobie przytém pomoc nielada. Obejdzie się teraz bez niéj i jakoś doczeka wiosny-wybawicielki.
Więc spojrzała czule na Filipa i, zwracając się do stangreta, zawołała:
— Szkoda koui. Jedź wolno, bo mi się wcale nie śpieszy!
Jechali tedy prawie stępa. Zmrok zapadał. Pogoda się zmieniła, deszczyk drobny zaczął mżyć, wtulili się w głąb powozu i umilkli.
Zupełnie było ciemno, gdy wrócili do miasta.
Filip myślał, że go zaprosi do siebie, ale ona rzekła:
— Teraz polecam panu ulokowanie mego nowego nabytku. Jest stajnia w naszej kamienicy, ale mi jéj matka nie wynajmie. Prędko, zanim się obejrzy, zrób pan interes z rządcą i weź kontrakt na swoje imię. To będzie nielada figel. Ja tymczasem ją zgadzam, a jutro będzie fakt dokonany. Ja pana od dzisiaj pasuję na swego opiekuna.
I to mówiąc, przelotnie uścisnęła jego dłoń i wyskoczyła z powozu, a on czuł się bardzo szczęśliwym i dumnym.
Zaraz nazajutrz poszedł do Magdy. Zastał ją, jak zwykle, przy pracy i, jak zwykle, swobodną i wesołą.
— Cóż to, że niéma Oryża? — rzekł trochę drwiąco.
— A no, widocznie trzymał go tu tylko portret baronowéj, bo gdy go wynieśli, Oryż przepadł; nawet się już tu u nas nie stołuje.
— To mnie cieszy, bo przykro słuchać, co na was gadają.
— Żebyś wiedział, co na ciebie gadają i na twoją baronową!
— Ludzie lubują się oszczerstwem i kłamstwem.
— Otóż właśnie. Więc jeśli bliższe rzeczy tak traktujesz rozsądnie, zastosuj to zdanie i do mnie. Cóż słychać nowego? Postępuje „Salamandra“?
— Miałbym téż na co czas marnować!
Magda umilkła, a on dodał lekceważąco:
— Nie potrzebuję pracować, jak wyrobnik. Jest i beze mnie dość smarowników i hyperprodukcya malowideł. Ale mam prośbę do ciebie. Czy mi pozwolisz zabrać z wystawy portret, zaraz, dzisiaj?
— Tobie? Po co?
— A no, przenieść do mieszkania. Kupiłem go od baronowéj.
Magda miała przez chwilę złą myśl odmówienia mu właśnie za ton despotyczny i pewność siebie. Ale zastanowiła się i zreflektowała. Po co? Rozdrażnić go i stracić zupełnie...
— I owszem, jeśli ci na tém bardzo zależy. Zapewne niemiło jest miéć swój ideał na pastwie ludzkiéj ciekawości i uwag! Zabierz go!
— Dziękuję ci. Wiedziałem, żeś poczciwa.
— To jest głupia. O nie, mój drogi. Ustępuję ci nie przez poczciwość, lecz przez proste wyrachowanie. Nie robię tego dla ciebie, ale dla siebie. Cieszę się szczerze, żeś portret dostał, i życzę z całego serca, aby oryginał ciebie ocenił i pozostał twoim jak najdłużéj.
Filip, pamiętny obietnicy, tylko się uśmiechnął tryumfująco i nic nie wygadał.
Magda zabrała się znowu do roboty i opowiadała swobodnie:
— Miałam wczoraj ciekawą wizytę. Odwiedził mnie stary proboszcz z południa Galicyi, stryj Oryża, i panna Okęcka, obywatelka z pod Buczacza: dwoje ludzi muzealnych, którzy pierwszy raz w życiu przyjechali do Krakowa. Służyłam im za cicerone i miałam sto pociech. Dzisiaj Marynia ich powiodła na Wawel i będą tu na obiedzie.
— A więc zmykam. Czemu nigdy nie odwiedzisz méj pracowni?
— Wpadnę w tych dniach.
Wyszedł, a ona czuła wyraźnie, że wszelki łącznik zerwał się między nimi, że go straci niechybnie. Przestała malować, ubrała się i wyszła. Po drodze spotkała ojca Berwińskiéj, który szedł z głową zwieszoną, tak zamyślony, że jéj nie zauważył nawet.
— Dzień dobry! Co pan porabia w téj stronie? — zagadnęła go wesoło.
Ocknął się i prawie przeraził.
— Tak sobie. Spaceruję! — odparł, siląc się na uśmiech.
— Helenka zdrowa? Proszę ją napędzić do mnie. Obiecała być w niedzielę, i chybiła.
— Zdrowa, ale w niedzielę trochę ją głowa bolała. Przyjdzie w następną.
Ukłonił się i odszedł, a ona zatrzymała się i ścigała go wzrokiem. Na Rynku wszedł do kamienicy radczyni, a więc kłamał, że na spacer idzie. Łączyła ich jakaś tajemnica, nieszczęśliwa czy haniebna. Teraz dopiéro zauważyła, że często oboje mieli pozór skazańców na dożywotnie ciężkie roboty.
— Pójdę do niéj wieczorem i zapytam — pomyślała.
Poszła na wystawę i poleciła wydać portret Filipowi; potém obejrzała nowe płótna, a że spotkała Sylwestra i Malickiego, przegawędzili wesoło godzinę. Dowiedziała się, że Filip swoje konie ofiarował baronowéj, że ona niemi rozjeżdża cały ranek i że go pasowała na swego sezonowego ulubieńca.
Gdy się z nimi pożegnała, ruszyła do domu, lecz przed kościołem Panny Maryi spotkała całą gromadkę swoich nowych znajomych.
Okęcka i ksiądz Oryż stali, zadarłszy głowy na wieżę kościelną, i gapili się, jak rzetelni wieśniacy. Osiecka mężnie dotrzymywała im placu, a trochę dalej Boińska z malcem czekali na koniec zachwytów.
Ksiądz był suchy i czarny, jak Oryż, ale miał dobroduszny wyraz wiejskiego proboszcza.
Stara Okęcka, drobna i chuda, ubrana według mody z przed lat trzydziestu, była skończonym typem sknery i egoistki. Jednakże na widok Magdy rozmarszczyła twarz i niby się uśmiechnęła.
Ksiądz odrazu powitał ją radośnie, jakby się znali od dziesiątków lat, a Janek Boiński rzucił się do niéj z niekłamanym dziecięcym zachwytem i już jéj ręki ze swojéj nie wypuścił.
Poszli gwarząc ku Floryańskiéj i na zawrocie natknęli się na powóz baronowéj.
Jechała z Filipem, rozbawiona i śmiejąca się. Zamieniono ukłony, więc ksiądz spytał:
— Kto to?
— Baronowa Faustanger — odparła Magda.
— Ta wasza, z Sokolina! — zawołała Okęcka, zwracając się do siostrzenicy. — A, i jam się jéj nie przyjrzała! Patrzcie-no, jak to się rozbija, a nie pamięta, jak dziadek młyny dzierżawił.
— Niby pani to pamięta! — uśmiechnęła się Magda.
— A pewnie, bo to było u mego ojca. Jak pani mnie odwiedzi, pokażę pani dotąd jeszcze istniejący ten młyn. Bo myśmy się nie dali zjeść w kaszy, jak Boińscy.
— Co tam sądzić! — wtrącił ksiądz. — Bóg sprawiedliwy...
— Ale nierychliwy! — szepnęła Boińska, myśląc ze strachem o tem życiu, jakie ją czekało u ciotki, która na wstępie oznajmiła jéj, że ją przyjmuje, jak krzyż Pański i pokutę.
Jechała przecie, bo musiała to zrobić dla dziecka.
— To pani majątek w sąsiedztwie Sokolina? — spytała majorowa.
— O miedzę. A ten baron Faustanger stoi ze swym pułkiem o mil parę. Znam go, bo zeszłej zimy kupował u mnie furaż. Piękny mężczyzna, ale ponuro patrzy, i mówią, że kat dla ludzi.
— Pani powinna nasze strony poznać — rzekł ksiądz do Magdy. — Mamy śliczne góry, i potoki, i stare zamczyska.
— Niech mnie ksiądz nie namawia, bo gotowam skorzystać i spaść wam na kark latem.
— Dobrodziejko! A toćbym był najszczęśliwszy taką sławę ugościć!
— A ja za gościnę może pendzlem coś odrobię w kościele.
— Ach! — westchnął proboszcz, oczy ku niebu wznosząc. — Już dawno trzeba kaplicę Matki Boskiej odnowić. Ale, czyżbym śmiał prosić...
— Odnowimy kaplicę! — zaśmiała się.
— Jakto? Darmo? — zdziwiła się Okęcka.
— A nie: za wakacye.
— To proboszcz szczęśliwszy ode mnie. Zrobił dobry interes w Krakowie.
— A pani spełniła czyn szlachetny — rzekła majorowa. — To najlepszy interes.
Okęcka skrzywiła się wątpliwie.
— To się jeszcze okaże! — zamruczała.
Po twarzy Boińskiéj przeleciały płomienie. Usunęła się do okna i, patrząc ponuro przed siebie, połykała łzy. Magda zbliżyła się do niéj.
— Nie trzeba się zrażać — szepnęła. — Ta kobieta nie jest może zła, ale jéj serce wysuszyła samotność. Zawsze pani szczęśliwsza od niéj, bo masz Janka. Proszę jéj dać dużo serca i dobroci: zobaczy pani, jak roztaje.
— Tak ciężko udawać. Nie potrafię!
— To nie udawanie — to jałmużna. Ona będzie obdarowaną: za chleb i opiekę daj jéj pani szczęście na stare lata. Tak to pojmując, nie będziesz już czuła ciężaru.
— Gdyby nie pani, nigdybym nie pojechała. Alem wtedy przy konającem dziecku aniołów stróżów wzywała, i pani weszła. Odtąd co pani mi doradzi, spełnię! Mam tylko jedną prośbę do pani. Proszę wziąć sobie ten obraz, który panią do mnie sprowadził.
— Nie! za nic!
— Ależ ja pani nim płacić nie chcę; już on dla mnie cud uczynił. Jużem o los dziecka spokojna. Teraz niech on u pani zostanie. Ja wiem, że on pani szczęście przyniesie, w złéj chwili ratunek da. Proszę, niech mi pani nie odmawia. Ja-bym chciała szczęścia dla pani — Bożego szczęścia — bo kto go bardziéj wart!...
— Ejże, bo uwierzę, żem doskonałość, i strąconą będę do piekieł. Jeśli pani koniecznie chce, obraz zatrzymam jako depozyt dla Janka. Latem się zobaczymy. Przyjadę koniecznie zobaczyć, jak się pani powodzi.
— O, przyjedź pani. I tak mi przykro, żem panu Oryżowi nie podziękowała. Daj mu, Boże, dobrą dolę za jego serce i opiekę! Niech mu pani powié, że codzień się modlę za niego.
Zawołano ich do obiadu, i Boińska, pokrzepiona otuchą, straciła swoją sztywność i nieśmiałość. Okęckiéj widocznie się to podobało, bo raz wraz spoglądała ku niéj i zagadała łaskawie. Magda swoją niefrasobliwą wesołością ożywiła ją do reszty, a gdy po obiedzie poczęła, jak dziecko, bawić się z Jankiem w chowanego, stara aż się uśmiechnęła.
— Jak żyję, tyle nie słyszałam hałasu! — rzekła do majorowéj. — Jednakże młodość w domu, to życie. Tylko trzeba nawyknąć! — dodała, głową kiwając.
— Do miłego bardzo łatwo. Dzieciak jest bardzo dobry i posłuszny. Będzie pani miała z nich pociechę i, pomoc, i rozrywkę.
Okęcka, po swojemu, wątpiąc, trzęsła głową, ale po chwili zawołała siostrzenicę i rzekła łaskawie:
— No, trzeba nam się zbierać. Wieczorem odjedziemy. Może ci co trzeba na drogę? Mam tu kilka reńskich. No, no, weź, nie żenuj się, od żyda na procent nie pożyczyłam! Dojedziemy do domu.
Było to coś tak niebywałego, że aż ksiądz oczy szeroko rozwarł i oniemiał.
— Proboszcz tak wygląda, jakby cud widział! — zaśmiała się do niego Magda.
— Ależ to cud! Ona jej dała dziesięć reńskich! A to, wié pani, co jesień, w rocznicę śmierci ojca, ona mi przysyła szafarkę, która niby to za swojego męża daje na egzekwie i wypłacze sobie nabożeństwo za guldena. Oprócz tego guldena, przez lat trzydzieści, nie dała nikomu centa.
— A no, spróbujemy, gdy tam będę, namówić ją, by księdzu dopomogła do odnowienia ołtarza.
— Ej, nic z tego — westchnął ksiądz. — Kto się tak zmienia na starość, ten nie długowieczny. Nie dożyje ona lata!
— To wedle tej zasady i synowiec proboszcza powinien prędko umrzéć.
— Dlaczego? Czy przestał brednie prawić, ilekroć usta otworzy? To huncwot!
— Otóż właśnie, że się nie zgadzam z tą opinią! Przez dwa lata był naszym prawie domownikiem, i bardzośmy go polubiły. Nie zrobił nam nigdy przykrości.
— Tego-by jeszcze brakło! Pani by szatana z Bogiem pojednała!
— To nie, bo nie mam daru prozelityzmu. Alem pana Andrzeja poznała, że chce uchodzić za złego, to jego poza. Trzeba udawać, że się w to wierzy, a udawać, że się nie widzi jego zalet. Wtedy nie sili się pozować, i jest dobrym. Nigdym nie miała nad niego kolegi i towarzysza. Tylko niech mu ksiądz tego nie powtarza, bo stracę go na zawsze. Myślę, że proboszcz go w domu zastanie. Nie mówił dokąd jedzie, ale jestem pewna, że się troszczył o Boińską i pojechał dowiedziéć się, czy osiągnął skutek. Proszę go więc nie moralizować, nie napędzać do niczego, nie nagabywać o kwestye poważne — poważnie. Proszę pamiętać, że udaje on, a więc udawać także.
— Słucham i chcę wierzyć, boć mi miło, że go pani rehabilituje; ale toć zgroza, żeby błaznowi ustępować dla jakichś waryacyi. On mi pół życia zatruł swemi awanturami.
— Po pierwszéj, którą spłata, proszę mu zrobić figla i pochwalić. Ręczę, że drugiéj nie będzie.
— I to sposób! Ależ pani obserwatorka!.. A no, spróbuję! — i śmiał się udobruchany.
Okęcka zwiedziła szkołę majorowéj i cały wieczór siedziała zamyślona. Nie mieściło się jéj w głowie, by poświęcać czas i pieniądze na interes, który nietylko nie dawał procentu, ale zatracał summę wkładową — i jeszcze interesem takim cieszyć się i rozwijać go daléj. Uwag swoich nie wyrażała słowami, ale pytała sama siebie: i poco to? dlaczego? Cierpiała, rachując te stracone pieniądze i myślała z zawiścią, ile-by ona z takim kapitałem zrobiła świetnych obrotów.
Od czasu do czasu wzdychała tylko żałośnie.
Nareszcie wyjechali. Magda z siostrą odprowadziły ich na dworzec i pożegnały obietnicą odwiedzin. Potém Magda pożegnała siostrę i pojechała do Berwińskiéj.
Pierwszy raz majorowa zaprotestowała przeciw téj opóźnionéj wizycie.
— Włóczysz się po nocach sama! To niéma sensu.
— Wolałabyś, żebym się włóczyła z kimś.
— Wolałabym, żebyś nie zwracała uwagi.
— Czyjéj znowu?
— A no, całego świata. Ostrzegał mnie ksiądz Walery, że zaczynają nie dość z szacunkiem mówić o tobie. Musisz dbać o opinię.
— Na czwartém miejscu. Muszę dbać o Boga, o honor, o swych przyjaciół, a potém, o ile to warte, o tak zwaną opinię. Dotąd szłam jedną drogą i z niéj nie zejdę. Jakaś ty naiwna! Nie zmieniłam na jotę mego zachowania, zmieniła się tylko opinia. To dowód, że ktoś ma interes, by mi szkodzić. A no, ja tchórzem nie jestem, ten sposób nie na mnie!
Majorowa umilkła, ale cierń pozostał w jéj duszy. Za powrotem do domu, zamiast udać się na spoczynek, siedziała bezczynnie w fotelu i rozmyślała, co się stało. Magda była czysta i szczera do gruntu i życie jéj w niczém się nie zmieniło. Zaszło jednak coś. Majorowa czuła pewien chłód w zachowaniu się kilku znajomych dam i zauważyła, jak dwóch młodych ludzi na ulicy, pokazując sobie Magdę oczyma, opowiadało coś półgłosem i śmiało się dwuznacznie. Przytém od kilku dni Sylwester nie przychodził, a on był barometrem łaski lub niełaski tłumu. Majorową zdjął lęk, sen do reszty uleciał, nawet szkoła nie zajmowała jéj w téj chwili.
Odetchnęła z ulgą, gdy zadzwoniono w przedpokoju. Była to Magda, wielce zafrasowana.
— Wiesz, wynieśli się od kilku dni już na Stradom. Co to znaczy? I stary nic mi o tém nie wspomniał. Ich trapi jakaś troska, czy niedostatek. A przecie ona zarabia dobrze!
— Cóż z tego — odparła majorowa — kiedy ich pożerają długi tego infamisa brata! Toć wiadoma rzecz, że stracił majątek, pozarywał, gdzie mógł, nafałszował weksli i uciekł do Ameryki. Myślałam, że wiesz o tém, więc ci nie mówiłam dotychczas.
— To okropne! Biedni ludzie! I nic mi nigdy Berwińska nie wspomniała.
— A no, pewnie nie wątpiła, że wiész, bo to była głośna sprawa. Sfałszował weksle radcy i uciekł przed kryminałem. Spytaj Sylwestra, to ci opowie.
— Nie chodzi mi o opowieść, ale żal mam do Berwińskiéj za tajemnicę i myślę, jakby jéj dopomódz. Jutro muszę ich odszukać. Ale, spotkałam baronową z Sylwestrem, wracających razem z teatru pod rękę, a Filip dreptał z drugiéj strony w rynsztoku.
— Jakto, wracałaś piechotą?
— A tak, bom nie znalazła dorożki.
— I widzieli cię?
— Naturalnie, nawet rozmawialiśmy sekundę. Namawiali mnie na Modrzejowską, alem odpowiedziała, że opłakuję Oryża i nie mam towarzystwa.
— Bój się Boga! Gubisz się samochcąc. Taki głupi żart obiegnie jutro całe miasto i wyrośnie na skandal. Połowa uwierzy, że masz romans z Oryżem. Ty nie zdajesz sobie sprawy, na co się narażasz.
— Na co?
— Stracisz wszystkie stosunki. Dom ci każda szanująca się kobieta zamknie.
— Kto naprzykład? Maliccy nie, i Zakliccy téż nie, a o resztę nie dbam: nudzą mnie, to i owszem. Zawiele miałam stosunków, to mi zajmuje czas. Mało czytam i studyuję. Więc mi nawet dogodzą swym ostracyzmem.
Ruszyła ramionami, ale widząc prawie rozpacz na twarzy siostry, dodała już poważnie:
— Moja Maryniu! Czego ty się alterujesz? Byłam zanadto lubiona, chwalona i pieszczona. Teraz przyjdzie reakcya. To zwykła rzecz i cieszę się, że mnie znajdzie dojrzałą. Gdybym się czuła winną, cierpiałabym nieznośnie; gdybym była panną na wydaniu lub mężatką, strzegłabym się cienia nawet, bojąc się skompromitować swój los lub rodzinę. Ależ mnie co może oszczerstwo odebrać! Ani zbawienia, ani szacunku tych, co mnie dobrze znają, ani talentu, ani stanowiska. Tłumu nie potrzebuję, próżną nie jestem, bez ludzi obejść się mogę, sama sobie wystarczam i świat przede mną otworem. Więc patrzę na to z całą obojętnością, jak na śmiecie i błoto, które mogę deptać lub ominąć, jak mi się podoba. W każdym razie radam, żeś mnie ostrzegła, więc się nie narażę na zamknięcie domu, i tam, gdzie są gęsi, sama odtąd nie pójdę. Ale postępowania na włos nie zmienię, bo nie mam nic do ukrywania, nie mam czego się wstydzić i niczego się nie lękam. Oto masz. Wyhodowałaś stworzenie cudaczne, ale zdrowe i silne, i znając mnie, powinnaś trochę być śmielszą i wiedziéć kim jestem.
Pochyliła się do siostry, objęła ją za szyję i ucałowała serdecznie.
— Chcesz? to ci cały sekret wyłuszczę. Baronowéj się zdaje, że kocha Filipa i że ja jestem jéj rywalką, więc walczy bronią najpodlejszą, ale niezawodną: obmową! Wierzę, że dopnie celu i, jak ty się tragicznie wyrażasz, zgubi mnie. Ale, maluczko, fantazya jéj dla Filipa minie, a wtedy, i o mnie zapomni i ludzie, nie podjudzani, uspokoją się. Obmowa jest jak drożdże: potrzebuje coraz nowego zaprawiania, bo inaczéj opada i kwaśnieje. Ludzie będą się bawili szarpaniem mojéj opinii, aż się znudzą i znajdą nową ofiarę. Okazać, że się ich lęka, unikać, bronić się, to tylko podsycać płomień. I po co? Nie mam do nich nawet żalu, nietylko gniewu. Guarda e passa!
Majorowéj widocznie przybywało otuchy i mocy. Więcéj dla formy, niż dla zasady, rzekła:
— Jednakże po co się narażać? Ja miałam przeczucie, że ta baronowa nieszczęście ci przyniesie.
— Byle nieszczęścia nie przyniosła Filipowi! Moje nie straszne, ale on, biedak, może tam i duszę i talent zatracić.
— I fundusz — oburzyła się Osiecka. — Czemu to ludzie nie widzą, że ona jakby była na jego utrzymaniu? Szalony człowiek! wszystko tam przejdzie. Ja muszę go ostrzedz.
— Uchowaj Boże! To jakbyś ostrzegała lunatyka, gdy chodzi po spadzistości dachu. Ani słowa, owszem, najserdeczniejsze obejście. W razie niedoli, niech śmiało do nas się zwróci, a gdyby się teraz obraził, straciłybyśmy go na wieki.
— I to racya, ale nie sposób z zimną krwią patrzeć, gdy kto na oślep idzie w przepaść.
— Musimy patrzéć i milczéć. Już on jest trochę zrażony, zapewne go ona przeciw nam buntuje. Uważaj go za chorego, któremu wszystko wolno. Byle nie przestał malować, może go uratuje sztuka. Byle się zapalił do swojego dzieła, będzie bezpieczny!
Zamyśliła się daleko więcéj, niż nad poprzednim tematem, i po chwili napół do siebie szepnęła:
— O! sztuka! Kto ją ukocha, ten wybraniec boży. Ma swój świat w sobie, i jasnowidzenia nieziemskie, i szczęście, którego mu nikt nie odbierze i które ni czasu, ni ziemskich zmian się nie boi. Tylko to kapłaństwo! i nieszczęśliwy jak potępieniec ten, kto je zmarnuje. Trzeba być ascetą, żeby za to zapłacić — Bogu!
Wstała i, pocałowawszy raz jeszcze siostrę, poszła do swojéj sypialni.
Zanim się zabrała do spoczynku, rozpakowała obraz Boińskiéj i umieściła nad posłaniem. Chwilę patrzyła na pochyloną słodką twarz Matki Bożéj, a potem szepnęła:
— Daj szczęście jemu! Ja nigdy zupełnie złamaną być nie mogę, bo gwiazdy, com dostała, nigdy nie dam na poniewierkę. Nad nim, jak nad rozbitkiem, czuwaj!





V.

Gdy Magda raz pierwszy poszła do pracowni Filipa, nie zastała go w domu.
Na stalugach szkic „Salamandry“ kurz pokrywał, farby nie były nawet rozpakowane. W sypialni portret baronowéj wisiał nad otomaną, i tam widocznie przesiadywał Filip, bo leżały na stoliku cygara i kilka książek. Spojrzała na tytuł téj, w któréj tkwił nóż kościany. Było to „L’Oeuvre“ Zoli. Rzuciła książkę z niesmakiem i smutkiem. Inne były romansami francuskiemi najgorszego gatunku. Wróciła do pracowni.
Chciała odejść, ale po chwili namysłu rozpakowała farby, obejrzała szkic na stalugach i zaczęła go podmalowywać. Zrazu robiła to jakby dla zabawy, ale prędko zapomniała nawet o celu swojéj wizyty, zajęła się rzetelnie.
I tak ją Filip zastał i zdumiał się.
— To ty! Patrzcie, i już smaruje. Aleś niewłaściwie tu użyła cynobru.
— Ano, przyszłam i, że mi się czas dłużył, sprobowałam farb. Wyśmienite są i światło masz wymarzone! — odparła wesoło, odkładając paletę i podając mu rękę.
— Nie pocałujesz? — zaśmiał się.
— Nie mam ochoty. Zanadtoś już duży.
— Cóż u was słychać? Czy jeszcze opłakujesz Oryża?
— O stale! Wiesz że mam zasadę: semper fidelis.
— Ale jak się ten twój gust godzi z artyzmem, tego nie rozumiem.
— Tyle jest anomalii na świecie... — ruszyła ramionami.
— I ten szczęśliwiec opuścił ciebie na długo?
— Zdradził najhaniebniéj i porzucił mnie, biedną ofiarę. Jestem złamana!
— Powiedz, drwisz, czy nie? Masz jakiś ton zagadkowy. Myślę czasem, że w gruncie rzeczy ty nas oszukujesz, a przecie każdy przysięga, że się kochacie. O niczem teraz innem nie mówią.
— Niech im służy tyle, co mnie. A ty, próżniaku, czemu nie malujesz?
— Nie mam czasu i teraz dni takie chmurne. Zresztą nie cierpię podmalówki.
— Chcesz? mogę ci to zrobić. Ot, gadaj co, a ja ci smarować będę. Dla mnie znowu to zabawka.
— A dobrze. Zjesz ze mną śniadanie potem.
— Nie. Szkoda czasu. Modelkę mam od drugiéj.
— A ładna?
— Nie, ale ma charakter potrzebny. Ja bo nie lubię tych lalkowatych twarzy.
— „Kult“ postępuje?
— Skończę do Nowego Roku. Myślałam, że wystawimy jeduocześnie, aleś hultaj!
— Nie, ale zanadto szczęśliwy! — wyrwało mu się.
Znalazła siłę uśmiechnąć się do niego z taką rzetelną radością i zadowoleniem, że on zapomniał o słowie danem baronowéj.
— Czasami nie rozumiem, jak się tyle szczęścia mieścić może w jednéj duszy — zaczął z odetchnieniem ulgi, że może się z kimś podzielić wrażeniami.
— Znalazłem skarb i posiadłem go: to jak w bajce!

Ich habe geküsst zu trauter Stund
Die junge Königinne,
Getrunken hab’ ich von ihrem Mund
Den seligen Trank der Minne.

Zacytowała Magda, biorąc znowu paletę i pendzel.
— Nie mogę niczem się zająć, o niczem inném pomyśléć. Dość męki przymus towarzyski, a gdy zostaję w domu, to chyba, by ją przyjąć. Właśnie mi wtedy malowanie w myśli!
— Przychodzi tutaj? — żachnęła się Magda z ruchem, jakby odejść chciała.
— Co, i ciebie to oburza! Dziwne te ludzkie zasady! A ja w niéj właśnie kocham, uwielbiam to niewyrachowane, zupełne oddanie się. Ona tu przychodzi do siebie.
— Ależ ja wcale się nie oburzyłam, tylko zlękłam się, że może właśnie przeszkodziłam wam dzisiaj.
— Nie, tego dnia, gdy być ma, nikogo lokaj nie przyjmuje. Zresztą — powiedziałbym ci sam. Co za bogactwa w duszy té kobiety, ile delikatnych uczuć, głębokich myśli, jakie wykształcenie, a jak nieszczęśliwa, fałszywie osądzona! Opowiadała mi swe życie. Była ofiarą próżności ojca, tyranii i grubijaństwa męża; teraz cierpi tortury z powodu skąpstwa matki, a cały świat plwa na nią, choć nie jest wart jéj jednego spojrzenia. Nazwano ją rozpustnicą, a ona jest czystą, jak łza.
Magda pochyliła się, aby nie spostrzegł ironicznego uśmiechu. Ta mowa o czystości była tak śmieszną w zestawieniu z owemi wizytami w jego mieszkaniu, podczas których lokaj nikogo nie przyjmował.
— Świat często myli się w sądach, ale przecie cóż za plany macie na przyszłość? — spytała.
— Uczynię co ona zechce. Jestem jéj własnością. Ale teraz ona się tak cieszy chwilą obecną! Mówi, że odpoczywa, że jéj tak dobrze, jak w śnie rozkosznym. Niech śni; ja jéj wyzyskiwać nie będę.
— A matka, jak cię traktuje?
— Bardzo dobrze. Zresztą ta chodząca tabliczka mnożenia ani rozumie, ani zna córki. Nigdy się prawie nie widują poza godziną obiadu. Trzeba uwielbiać tę kobietę za jéj cierpliwość i dobroć dla takiéj jędzy.
— No, matek się sobie nie wybiera, a miłość dziecka dla rodzicielki nie jest znowu taką nadzwyczajną cnotą. Zresztą sam mówisz, że mają mało styczności.
— Dosyć, ale życie stało się piekłem. Pomyśl sobie: o każdą parę bucików miéć skandal; nie posiada centa dla siebie...
— Ano, jednak na Ostendę jéj nie żałuje!
— Ale codzień wypomina. Ja tego słuchać nie mogę. Wczoraj była scena o owies dla koni. Taki drobiazg, który jéj robi tyle przyjemności i to ma być jéj wydarte! Chciała już sprzedać; ledwiem wymodlił, by mi to pozwoliła załatwić. Nadzwyczaj jest drażliwa na punkcie prezentów. Nic literalnie przyjąć nie chce, lub natychmiast nawzajem coś ofiarowuje. Mam od niéj mnóstwo pamiątek. Ten kalendarz mi dała i to pióro, i szpilkę do krawata, i srebrną świnkę, jako brelok.
Nie powiedział, co jéj dał w zamian, ale Magda udawała, że wierzy, iż były to równie drobne pamiątki. Malowała pilnie, słuchając.
— Patrz-no, takeś myślał? — spytała, odstępując o krok.
— Dobrze, tylko tu więcéj sieny podłóż!...
— A, leniu, dotknijże się sam! — zawołała, podając mu pendzel.
Usłuchał i zaczął malować. Ona przypatrywała się robocie i zauważyła, że pomimo widocznego braku wprawy, zachował jeszcze zmysł właściwy i pamięć. Powoli odeszła od stalug, otworzyła pianino i zaczęła jakąś łagodną melodyę. Uśmiechnął się, nie przerywając.
— Zaśpiewaj „Piosenkę Fortunia“ Tostiego. Znasz.
Skinęła głową. Śpiewała nie uczenie, ale czysto — z pamięci zwykle, bo na studyowanie nut nie miała czasu. On jéj zaczął z cicha wtórować.
Utrzymała go tém przy stalugach godzinę. Zmęczył się i przestał wreszcie, ale zajął się swojém dziełem.
— To będzie nieźle — rzekł, przypatrując się z zadowoleniem. — Dobrze, żeś przyszła i trochę mnie napędziła. A toż to będzie dla niéj niespodzianka!
Zawsze ona. Magda zmarszczyła nieznacznie brwi, ale, jak zwykle, wnet się przemogła.
— Jeśli chcesz, mogę przychodzić — rzekła serdecznie. — Słuchać cię będę, grać lub czytać przy robocie. We dwoje raźniéj się pracuje!
— Magda, ty jesteś idealnym kolegą. A wiész, żem się jéj dziś raz pierwszy sprzeniewierzył. Obiecałem solennie, że ci nigdy więcej się nie zwierzę. Napróżno, nie mogę się bez ciebie obejść. Zawsze się wygadam.
— A teraz wyznasz swoje przestępstwo i jutro znajdę drzwi zamknięte. Bywaj zdrów! Niewolnicy nie powinni miéć przyjaciół!
Śmiała się, a za gardło dławiła ją przykrość i upokorzenie.
— Nie, nie powiem! — odparł po chwili namysłu. — Bo gdy ciebie mi każe się wyrzec, przed kimże o swojém szczęściu pomówię? Ty jedna mnie rozumiesz i nie zdradzisz. Ty jedna jéj nie potępiasz i jesteś nam życzliwą. Ona cię źle sądzi, i to mię boli.
— A mnie wcale. Wiem nawet, że to ona mi przypięła tego Oryża, ale i o to żalu nie czuję. Nie daruję jéj jednej rzeczy: gdy ciebie unieszczęśliwi.
— Patrzcie, więc przecie chodzi ci o moje szczęście! — zaśmiał się.
— Chodzi mi przedewszystkiem o to! — wskazała obraz.
— Więc, aby ci dogodzić, codzień godzinę będę smarował. Jak się zawezmę, wystawimy razem!
— I owszem. No, do widzenia zatem. Za parę dni przekonam się, czyś słowny.
Za parę dni nie zastała go w domu, ale obraz trochę postąpił. Za następnej bytności znalazła drzwi zamknięte, wstrzymała się tydzień, potem znalazła farby zaschłe, płótno opuszczone.
Rozpacz ją ogarnęła. Wzięła pendzel i malowała godzinę. Chciała się go doczekać i zburczeć, ale nie przyszedł. Za czwartym razem zastała go. Leżał na otomanie, z rękami pod głową, zapatrzony w portret. Teraz dopiero zauważyła, że się zmienił. Miał gorączkowy ogień w oczach, rysy zmęczone. Jakby zestarzał, a widocznie zmizerniał.
Dotknęła ręką jego skroni, zaniepokojona.
— Co tobie? Słabyś?
— To ty! — odparł powoli i apatycznie, i umilkł.
— Wiesz, że masz minę kretyna!
Powstał, podjął z kanapy parę napół zwiędłych fijołków, westchnął głęboko.
Nagle się ożywił i uśmiechnął jasno.
— Była tu dzisiaj! — szepnął. — Chwaliła obraz; powiedziałem jéj, że mi pomagasz, ale się nie rozgniewała, zacności! O, jakim szczęśliwy!
— A ja wracam od sióstr miłosierdzia. Będę im malowała stacye krzyżowe do kościoła. Jak tam u nich ślicznie i jasno! Nawet w te listopadowe dnie nie jest ponuro. No, a cóż porabia „Salamandra?“
— Nie wiem i wiedziéć nie chcę! Dajcie mi być szczęśliwym, i o niczem po za nią nie myśleć. Nie wspominaj mi sztuki, farb, mojego przeklętego zawodu. Nie nawidzę go, wzdrygam się na samą myśl malowania.
— A przecie ona chwaliła obraz!
— Chwaliła twoją robotę. Czy ty myślisz, że ja nie czuję swojéj niemocy, zamarcia talentu? Nie będę już artystą — nie marz o tém; jeśli się przemogę do pracy, stworzę nędzę. Dusza moja gdzieindziéj, myśl daleko, chęci i zapału ani odrobiny. Wypiszcie mnie z cechu, i niech więcéj mowy o tém nie będzie!
Mówił lekceważąco, niedbale, i właśnie dlatego zdało się jéj, że pokrywał cierpienie. Szał je teraz ćmił, nie dawał go odczuć w całéj pełni, ale ona z bezmiernym smutkiem odczuła, że kobieta ta zabiła w nim już ducha, podruzgotała jego ideały, odebrała mu wiarę w iskrę Bożą talentu.
Teraz był jeszcze upojony tryumfem miłości i posiadania, ale w duszy była szpara drobna, którą gorycz wsiąkać zacznie i truć uczucie.
Spuściła głowę i milczała długą chwilę. Nie zdobyła się nawet na udaną niefrasobliwość, ale spojrzała nań poważnemi, smutnemi oczyma i rzekła zwolna:
— Więc żegnam cię. Masz racyę: gdy wstręt czujesz, nie bierz pendzla! Ale cię nie żegnam, jak umarłego... Ciężkoś chory tylko. Im prędzéj kryzys, tém większa nadzieja wyzdrowienia. Bądź zdrów jak najprędzéj, mimo wszystko ja wierzę w ciebie. Pamiętaj przecie, że nigdy sam, opuszczony i nieszczęśliwy nie będziesz, póki ja żyję. Teraz nikogo nie potrzebujesz, potém może ciebie nikt — ale mnie znajdziesz zawsze jednostajną!
Podała mu dłoń, którą on milcząc machinalnie uścisnął, i wyszła.
Był to ponury dzień listopadowy. Śnieg padał. Szła zamyślona, nie zważając na wicher, który jéj w twarz rzucał białe, wielkie płaty. Znalazła się na Rynku wprost Maryackiego kościoła i weszła do środka.
Było prawie pusto i zupełnie ciemno w świątyni. Gdzieniegdzie widać było zapóźnionych pobożnych; w powietrzu ulatywały resztki kadzideł po odbytych nieszporach.
Magda usunęła się w cień filaru; nie modliła się, ale w tej ciszy puściła wodze myślom. Miała wrażenie, że jest uwolnioną ze służby i że jeszcze nie ma nowego zajęcia. Była to swoboda, któréj treścią była pustka i zniechęcenie do szukania czegoś nowego w życiu.
Widocznie nie umiała żyć i czuć, ani zrozumieć natury Filipa. Cała jéj ofiarność i zaparcie się siebie na nic się nie zdały! Była dla niego niczem, może nawet ciężarem... Tak, czas był wielki usunąć się zupełnie. Teraz była pewną, że go straciła na zawsze, i że zguba jego jest nieuchronna. Nie miała broni do walki z potęgą pięknéj zalotnicy, skarb swój musiała jéj zostawić na pastwę. Bezmierny żal wstrząsnął nią. Ukryła twarz w dłonie i ostatecznie żegnała się z marzeniem. Była jakby na pogrzebie swojego szczęścia i złotych złudzeń i, czując się tutaj zupełnie samą i swobodną, nie hamowała bólu. Mówiła sobie: „Gdy ztąd wyjdę, powinnam już być mocną i hartowną; jeszcze tę chwilę tylko mam dla siebie.“
Mrok coraz gęstniał i tylko, jak skra złota, świeciła lampka przed ołtarzem; z kątów świątyni czasem wybiegało westchnienie ciężkie lub szelest różańcowych paciorków.
Ta wielka pusta nawa i to światełko jedno usposabiały do ukojenia i ciszy. Mury te, zda się, przesiąkłe były bólem i prośbą. Powoli tajała w nich dusza. Magda ani się spostrzegła, że mówi pacierz. Oczy jéj przeszły na lampkę i ujrzały w jéj blasku obrazek ze wspomnień włoskich.
Mnich stary oprowadzał ją po korytarzach mrocznych i objaśniał freski na ścianach na pół zatarte.
Postaci malowideł były prawie bez ciał, a twarze ich ginęły w ekstazie. Rzekła tedy do mnicha:
— Mistrz nie studyował anatomii i na żywych ludzi nie patrzył.
Zakonnik uśmiechnął się filuternie.
E, Signorina. A zkądże! Młodzieńczyk był, mówi legenda klasztorna. W lat piętnaście furtę przestąpił, a w swojéj celi widywał niebo. Co widział, to malował! Z ciała jest ciało, a z ducha duch!
A potém po namyśle dodał:
— Dwanaście lat mija, jak mi przeor polecił gościom freski pokazywać i tłumaczyć. Codzień mam robotę. Więc chyba nie dość ludziom anatomii i żywych, kiedy tu idą to oglądać. E, to także nauka, tylko już tak namalować nie potrafią! Tak, tak, signorina, waszym malarzom dają wieniec z lauru, a nasz dostał taką samą złotą obrączkę nad głową, jak ot tutaj ma święta Agnieszka! Zapamiętajcie: ciało tworzy ciało, a duch tworzy ducha!
Magda wstała i raźno podniosła głowę.
— To wszystko marność, gdy mi duch został i ideał. Do pracy, do myśli, do życia!
Gdy wychodziła z kościoła, ktoś dotknął jéj ramienia. Obejrzała się i uśmiechnęła radośnie na widok Berwińskiéj.
— Przecie, pomyślałaś o mnie — rzekła.
— Myślałam często, ale przyjść mogę ledwie raz na miesiąc. Co to znaczy, żeś w kościele? Dziś u was dzień przyjęcia...
— Skończyły się przyjęcia. Od dwóch tygodni nikt u nas nie bywa. Jestem pod interdyktem u kobiet — tych, co się szanują. Marynia zrazu płakała, teraz wymyśla każdemu.
— Za cóż to?
— Za Oryża. Ułożono między nami romans i postanowiono, że jeśli się nie pobierzemy, to na wieki odsądzona jestem od czci, wykluczona z towarzystwa.
— Gdzież Oryż?
— Albo ja wiem? Od miesiąca przepadł bez wieści. Posądzam go o sentyment dla Boińskiéj; pewnie siedzi u stryja w Buczaczu i do niéj się dopytuje.
— To bardzo nieprzyjemne. Cierpisz?
— Prawie nic. Szkoda mi tylko Malickich i przykro mi z powodu Maryni. Chodźmy!
Idąc ku domowi, mówiła już wesoło:
— Uciechę mam z Sylwestra. Zrazu miał minę dyskretnego pocieszyciela; teraz wygląda jak szpieg i pokątny doradca. Jednak co tydzień się zjawia i bada grunt, podsuwa dwuznaczne przedmioty rozmowy, schnie z żądzy wydobycia nowinki i ploteczki. Jestem pewna, iż myśli, że Oryż, gdzieś tu ukryty, spotyka się ze mną pokryjomu.
— Ależ to absurd! Czy pofiksowali wszyscy!..
— Naprawdę, jam trochę winna! Gdy baronowa z Filipem ukuli tę kombinacyę, tak mnie to ubawiło, żem potakiwała. Oburzyło to społeczeństwo jako bezczelność i lekceważenie opinii, no, i chryja się stała straszna. Chciałabym widzieć minę Oryża, gdyby o tém usłyszał. A toby mi nagarnął impertynencyi!
Spojrzała w górę ku oknom swojego mieszkania.
Znalazły w saloniku Malickich i Sylwestra. Magda serdecznie powitała doktorową i zaraz się wytłumaczyła po swojemu, szczerze, z opóźnienia.
— Nie spodziewałam się pani, więc się nie śpieszyłam z powrotem. Myślałam, że pani wie o ostracyzmie, który mnie dotknął.
— A jakże, wiem! — odparła doktorowa obojętnie — ale chłopak mój przechodził odrę, wiec nie mogłam cię odwiedzić.
Doktor, jak sęp, rzucił się na Berwińską. Nie witał, nie pytał, tylko począł krzyczeć:
— Czy pani ma sumienie hodować taką anemię! Żelaza, żelaza, wina, morskich kąpieli! To zgroza, co wy dokazujecie!
A Sylwester zbliżył się do Magdy i spytał z uśmiechem starego satyra:
— Co słychać z „Salamandrą?“ Ludzie mówią, że pani się nią pilnie opiekuje...
— Zrezygnowałam dzisiaj z opieki, bo Filip stanowczo malować nie chce. A szkoda, obraz zapowiadał się bardzo świetnie.
— Nie każdy zdolny jest kochać i pracować zarazem. Baronowa jest wyłączną, nie znosi nikogo i nic wobec siebie. Tylko gusta jéj bywają krótkotrwałe! Słyszałam już o następcy pana Filipa.
— Ejże, tyle jest plotek, że nie uwierzę, aż fakt zobaczę! Miłość Filipa warta większéj nagrody, niż fantazyi. Może ona ją oceni!
— Pani jéj broni? Nie warto!...
— Zawsze warto szukać dobrego i nie sądzić bezwzględnie. Mnie tembardziéj nie godzi się potępiać baronowéj, więc mów pan o czemś innem.
— Trudno, bo całe miasto mówi tylko o téj parze.
— A to podziwiam pańską cierpliwość, bo mnieby to nudziło po kwadransie!
— Pani ma własny temat! — uśmiechnął się z pozorną dobrodusznością.
— Tak, i o wiele bogatszy — odparła poważnie.
Zwróciła się do doktorowéj i poczęły rozmawiać o chorobie malca. Sylwester, zbity z tonu, podszedł do Malickiego, który, spiorunowawszy Berwińską, burczał teraz na majorową, że nie pilnuje dziewcząt w szkole, aby miały szczepioną ospę.
— To powinno być załatwione przed pacierzem i alfabetem. A przytém co tydzień wanna. Ja oto składam dwadzieścia reńskich: niech ich pani użyje na kąpiel. Dziecko syte, czyste i zajęte w miarę pracą daleko prędzéj pojmie katechizm. Przekona się pani! Niechlujstwo jest pierwszym krokiem do złego. Jak sobie chcecie, nazwijcie mnie manijakiem, ale zaręczam, że w niższéj klasie takiż wpływ na cnotę ma mydło, jak w wyższé honor i zasady!
Zaperzył się, gdy Magda się roześmiała.
— Was to bawi, a to jest zupełnie poważne.
— Ależ ja wierzę, doktorze — broniła się. — Zaśmiałam się, myśląc, jakby to wygodnie było żeby dla wyższéj klasy istniały sklepiki z honorem i zasadami.
— Sklepiki? bagatela! Na nasze choroby i brudy trzebaby wskrzesić Herkulesa. My — to Augiaszowa stajnia. Słuchaj-no, Sylwester, wiesz, że ma być zjazd lekarski i owacye dla Czechów?
— A cóż! Wcale dobra myśl. Kiedyż to?
— Latem podobno. U nas mają pasyę do szopek, ale ta mi się szczególnie nie podoba.
— Dlaczego? Czechy są z nas, Słowian, najrozumniejsi, mogą nam być przykładem. Dłoń bratnią nam podają. Należy ich uczcić!
— Czcijcie zatem. Ja tam nie myślę. Doktor, czech, czy ja, tak samo zarznie człowieka, jeśli się Bóg za nim nie ujmie. Gadać będą, jeść, pić, całować się, pisać brednie po gazetach, a ludzkość, jak była chorą, tak zostanie.
— Mój drogi! — wtrąciła żona. — Ty całe życie burczysz i krytykujesz, a pewnie w zjeździe uczestniczyć będziesz.
— Bo muszę! Człowiek nabierze na siebie różnych ciężarów, i wmówią w niego potém, że to obowiązki.
— Niech to pana pocieszy, że tak jest z każdym — rzekła Berwińska.
— Bajesz! — zaśmiał się Sylwester. — Obiorą cię prezesem, palniesz mówkę, wyściskacie się z Czechami. Kapitalna okazya! Ja-bym na ten czas zapisał się do waszego cechu. Ale to jeszcze dalekie rzeczy. Tymczasem mamy komitet do urządzania bezpłatnych śniadań i nocnych przytułków na zimę. Ma być świetny bazar na ten cel przed świętami. Panie mają sprzedawać. Bufet, muzyka, koncert! Przygotuj się, że cię skarotują do nitki!
— Mnie? Czy ja waryat tam chodzić?! To jest uprawniony rozbój na gładkiej drodze. Mam nadzieję, że pani, panno Magdo, nie będzie wśród tych dam, które w téj roli są wstrętne.
Osiecka poczerwieniała z przykrości wobec milczenia Sylwestra, ale Magda odparła wesoło:
— Nie. Bądź pan spokojny. Tam będą tylko damy szanowane i pełne godności! Mnie już wykluczono z tego czcigodnego grona.
— A, prawda. Słyszałem, że już teraz gorszą się, czemu pani nie idzie za Oryża. Szczególna pretensya! Powiadam: Onegdaj swataliście ją z Osieckim! Coście się tak raptem jéj losem zajęli, albo wam brak własnych spraw?
— Ma pan racyę! — zawołała Osiecka. — Czego oni się na nas uwzięli? Ten nieszczęsny Oryż dwa lata był u nas prawie domownikiem, i nikt na to nie zwracał uwagi. Teraz, gdy się wyniósł, wytworzono o nas bajkę miejską.
— Nie byłoby nic dziwnego, żeby się w pannie Magdzie zakochał i po pijanemu chwalił się z jéj uprzejmości. Ztąd plotka! — rzekł Sylwester.
— O, co to, to nie! — oburzyła się Magda. — Oryż był mi rzetelnym kolegą, a on nie zwykł nawet prawdą się przechwalać, tembardziéj zmyślone historye prawić. Ludzie nie mieli na razie innéj nowinki, ktoś im tę podsunął, i poszła w kurs, rosnąc do olbrzymich rozmiarów. Ludzie i tak byli dla mnie wyjątkowo długo łaskawi. Teraz sobie to spłacają. Cóż robić! Minie i to!
— Lubię panią za to! — zawołał doktor. — Mówiłem dziś żonie: — Ona jest tak zdrowa i zajęta, że pewnie mniéj się tém martwi od ciebie.
— Tak, ale ślad w życiu zostanie! — rzekła Berwińska. — Smutne to, gdy się ludzi już lekceważy.
Sylwester wstał i zaczął się żegnać. Nikt go nie zatrzymywał, a gdy wyszedł, Osiecka rzekła:
— I ten już więcéj nie przyjdzie.
— Bardzo dobrze! — zaśmiał się doktor. — Obmowa i plotka, to wialnia i sortownik przyjaciół. Zostanie się mało, ale rzetelnych! A teraz, gdy ten poszedł, powiem wam nowinę. Onegdaj widziałem w mieście Faustangera. Szedł otulony w płaszcz, alem go poznał po utykaniu na lewą nogę. Była ona w moich doktorskich rączkach po pojedynku i pamiętam tę kuracyę. Otóż zdziwiło mnie, zkąd się tu wziął nagle. Z tego się wywiąże komplikacya, zobaczycie. Należałoby ostrzedz pana Filipa. Rotmistrz, gdy sobie pałkę zaleje, bywa straszny.
— Ja się do tego nie wtrącam! — zawołała Osiecka. — Błazen, nas się wyrzekł, Magdę oszkalował: progu mego więcéj nie przestąpi, ani téż chcę wiedzieć o jego romansach i awanturkach. Nawarzył piwa, niech pije.
Berwińska spojrzała na Magdę. Miała twarz zupełnie spokojną. Pomyślała więc, że Filip musiał ją utracić ostatecznie.





VI.

Gdy ksiądz Oryż wrócił z Krakowa, zastał synowca rozlokowanego na probostwie, które wskutek tego wyglądało jak knajpa. Gdyby nie wpływ i opinia Magdy, nastąpiłoby zapewne zaraz zerwanie dyplomatycznych stosunków; ale ksiądz naukę zapamiętał, więc wyrzucił tylko synowca ze swojéj sypialni i pozwolił mu resztę plebanii zadymiać złym tytoniem, rysować po ścianach i zabłacać podłogi.
Malarz przez dni parę umyślnie czynił to z całą ostentacyą, by wywołać burzę; ale, widząc, że stryj jakby nie widział go, stracił gust w dokuczaniu. Przeniósł swoje penaty do kuchni, gdzie uczył kucharkę sprośnych piosenek; ale ta, stara i przygłucha, znosiła to także filozoficznie: więc i tam się Oryż prędko znudził. Zwiedził miasteczko, pochwycił kilka typów do swojéj teki i doczekał uroczystego święta. Wtedy, podczas nabożeństwa, przedrzeźniał stryja na ambonie, pewny, że przecie wywoła scenę; ale i to zniósł proboszcz. Oryż był tak zdumiony nagłą zmianą, że postanowił spróbować ostatniej sztuki, a potém uciec ztąd i nie wrócić nigdy.
Wieczorem, gdy ksiądz brewiarz odmawiał, przyszedł do sypialni, położył się na łóżku i począł gwizdać operetkowe kuplety.
Ksiądz bez gniewu wyszedł z pokoju i w jadalni modlitwy dokończył. Ledwie książkę odłożył, Oryż rzekł:
— Wie stryj co? Ja-bym chciał mieć sto reńskich.
— Czemu nie? To okrągła sumka!
— To niech mi je stryj da! Domuntówna stryjowi sfuszeruje jedną kaplicę, a ja do drugiej naprzeciw zrobię „Pokusy Ś-go Antoniego.“ Chce stryj szkic zobaczyć?
— Wierzę ci na słowo, że jest ściśle kościelny. Toć przecie twój rodzaj, malarstwo religijne, ale w jednym roku nie będę dwóch kaplic odnawiał. Na cóż ci tyle pieniędzy?
— Chcę się żenić.
— Dam ci tysiąc reńskich, jeśli się ożenisz z Domuntówną.
— Phi! — gwizdnął Oryż. — A to stryjowi zadała! Wymaluję ją stryjowi między pokusami Ś-go Antoniego. Ale dla siebie tom wybrał wdowę w Tarnopolu, która ma trafikę.
— Na to ci nie dam i stu centów, bo to pewnie łgarstwo. Żebyś dwa lata widywał codzień Domuntównę i w niéj się nie zakochał, to niemożliwe.
— A cóż to kobieta — knajpa, żebym ją pokochał i przywyknął? Ta w Tarnopolu da mi rabat na cygarach, a tamta co?
— Jesteś infamis. Miała téż kogo panna Magda tak bronić i chwalić!
— Mnie! Ona? Drwiła sobie ze stryja!
— Wcale nie. Możesz spytać Okęckiéj.
— Ja dewotek o księży nie pytam. No, ale co tam Domuntówna! Da mi stryj sto reńskich?
Tu ksiądz wybuchnął.
— Figę ci dam! Mało jest ubogich, żebym ich grosz oddawał takim szubrawcom bez czci i wiary! Dość, że cię cierpię pod moim dachem.
— Wspierając tak zwanych ubogich, wspieracie próżniaków, pijaków i oszustów. Wasza dobroczynność to hodowla tej plagi społecznéj. Ja się obejdę bez stryja pieniędzy. Pożyczy mi zakrystyan.
To rzekłszy, wyszedł z plebanii.
Proboszcz bezsennie przeleżał do rana, układając, jak zwymyśla zakrystyana. Jakoż, ledwie wstał, posłał po niego i napadł bez żadnego wstępu:
— Jeśli myślisz, że zobaczysz ode mnie swoje sto reńskich, coś je dał memu synowcowi, to się grubo mylisz. I to będzie słuszna kara za twój podstęp. Na odnowienie ołtarza — to nie masz centa, a pożyczać błaznom — to masz?
— Ależ, proszę jegomości... — przerwał zakrystyan.
— Milcz, jesteś faryzeusz i sknera!
— Matko Boska! — wybuchnął nieborak. — Ależ ja, jako żywo, nie pożyczałem panu Andrzejowi i centa. Nie widziałem go od tygodnia, nie mówił mi nigdy o pożyczce. Co się jegomości dzieje! Ja mam pięcioro dzieci, a nie pieniądze.
Proboszcz skamieniał.
Zwrócił się i zawstydzony poszedł do kościoła.
Potém bezmierny gniew go ogarnął.
— Ten chłystek! Odpłacił mi za delikatność! Zarobiłem sobie, słuchając rad panny Magdy! Ja jéj to napiszę! Niech pozna, co to za ptaszek. No, cybuch mu na grzbiecie połamię, jak się zjawi!
Ale Oryż nie kwapił się z powrotem. Trochę pieszo, trochę gratis na furach, dotarł do Tarnopola! Tam miał znajomego urzędnika, więc u niego się ulokował. Włócząc się po mieście, dowiedział się w któréj restauracyi stołuje się rotmistrz Faustanger, i obrał tamże swoje pomieszczenie.
Rotmistrz był odludkiem. Nie lubił ogólnéj sali i obiadował zwykle późno, w ustronnym gabinecie. Tam téż czytał dzienniki i przesiadywał długo nad butelką wina, paląc cygara i w ponurém rozmyślaniu gwiżdżąc przez zęby.
Pierwszy raz, gdy w swym kącie zastał Oryża, chciał się cofnąć i mruknął do lokaja, że chce być sam. Ale służący wytłómaczył, że wszędzie pełno, i że ten pan także lubi milczeć, czytać, pić i palić.
Faustanger, burcząc jak brytan, wszedł i tonem wcale nieprzyjaznym rzucił zwykłe pozdrowienie:
Servus!
Servus! — odburknął podobnież Oryż.
Pierwszego dnia nie rzekli nic więcéj, na drugi — rotmistrz spojrzał na tekę, w której towarzysz coś rysował w przerwie obiadu, i zagadnął:
— Pan artysta?
— Uhm! — mruknął Oryż.
— Może pan rysuje karykatury?
— Właśnie!
— Pokaż pan!
Oryż podsunął mu tekę.
Potz Blitz! A toć moja teściowa! — zawołał Faustanger.
— Bardzo mi przyjemnie, jeśli to panu przyjemnie. Mogę to panu ofiarować na pamiątkę.
— Zkądże pan tę jędzę zna?
— Ano, codzień ją spotykam na Rynku w Krakowie.
Na papierze radczyni była jak żywa. W pelerynce, z torebeczką w ręku, grzebała w rynsztoku, którym wraz z pomyjami płynęły brudne papiery.
Faustanger się rozchmurzył. Patrzał ze złośliwą radością na rysunek.
— To pan z Krakowa? — rzekł. — Ano, to pan i moją niby żonę zna. Niech mi pan tę wyrysuje.
— Z Osieckim, czy bez?
— Co to jest Osiecki?
— A to jéj ostatni pinczer-faworyt.
— Daj go pan! — burknął Faustanger.
Oryż prędko wyrysował baronową ze szpicrutą, przez którą skakał pinczer z twarzą Filipa. Rotmistrz przez stół śledził robotę, ale się już nie śmiał. Twarz jego dzika, energiczna, o orlim profilu, nabierała twardych linii.
— To ci głupcy! U mnie to ona skakałaby przez szpicrutę! — warknął.
— Wierzę, i warto! — odparł Oryż, biorąc się do pieczeni.
Faustanger sapał chwilę, potém zadzwonił i kazał podać wina. Ale rozwiązał mu się język i podobał towarzysz.
— Te baby bały się mego ducha! — rzekł, rozpierając się na stole i zapalając cygaro. — Wtedy było cicho. Ale mi to zbrzydło. Gdybym był bogatym — ba — ale tak! Bałem się, że zabiję jędzę, i rzuciłem do dyaska cały kram. Rozdeptać smoka, to warto, ale ropuchę, pfuj! — i splunął. Pił, i wino dziko mu błyszczało w oczach.
Zaprosił Oryża do węgrzyna i spytał:
— Więc ten Osiecki to ostatni? Kto on?
— Malarz.
— To ją pewnie nudzi. Cha, cha, myślę czasem, jakaby to była komedya, gdybym się zjawił!
— Ja-bym to chciał widzieć! — zawtórował śmiechem Oryż.
— Zaproszę pana na widowisko z teką. Ano, przyjdzie do tego kiedyś. Nasze rachunki nie skończone.
Zamyślił się. Oryż, który lubił czytać w ludzkich twarzach, wyczytał, że w duszy jego, obok zemsty, któréj nie taił, była i namiętność ukryta i zazdrość, i dzika żądza, hamowana do czasu przez dumę upokorzonego magnata.
Pomyślał téż z mściwą radością, że gdy ten swój odwet weźmie, to będzie dla baronowéj dzień pokuty za Magdę.
Odtąd codzień rozmawiali przy obiedzie, a potém grywali w taroka i sączyli węgrzyna. Po paru tygodniach Faustanger nie miał już tajemnic dla Oryża, a ten powoli rozdmuchywał w nim namiętność do żony.
Gdy malarz z owych pogawędek wracał do swego przyjaciela urzędnika, pomimo ilości wypitego wina, był zawsze trzeźwy. Gwizdał i śpiewał kujawiaki i śmiał się drwiąco. Gdy się do snu ułożył, rozmyślał:
— Jedni mówią: Oryż hultaj, drudzy: szubrawiec; ale, że Oryż wielki głupiec, to wiem ja sam tylko. Żebym tu nie judził tego wściekłego żołdaka, toby Osiecki lata wisiał przy téj babie, a dziewczyna-by cierpiała tyleż. Ale ja to przyśpieszę! Ten narwany Filip z desperacyi wróci do Magdy; dziewczyna dostanie swe szczęście: no, i wszystko będzie w porządku... A Oryż co wtedy?... — pytał sam siebie szyderczo. — Oryż wróci do knajpy i praczki! To ci użyje za te dwa lata! Uh, Bachus z Afrodytą na rękach go do szpitala zaniosą! Będzie ananasowa frajda!
I śmiał się cicho do samego siebie.
Doczekał się w ten sposób Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Przez ten czas Faustanger był w Krakowie, ale zaraz po powrocie wziął urlop i wyjechał do chorego brata do San-Remo.
Nawet się Oryż nie dowiedział, jak go przyjęła teściowa i żona. Gdy zabrakło rotmistrza, Oryż począł przemyśliwać, jakby do Krakowa się dostać, bo fundusz jego składał się z teki, ołówka i mizernéj garderoby. Obejrzał się tedy za pracą i cały miesiąc pilnie malował szyldy i prawie nic nie jadł, zanim uzbierał tyle, by módz opłacić koléj.
W tym czasie wyczytał w gazecie, że na wystawie w Krakowie ukazały się dwa nowe płótna: „Salamandra“ Osieckiego i „Kult pamięci“ Domuntówny. „Salamandrę“ chwalono bez entuzyazmu, dla Domuntówny krytyka była zjadliwa. Zarzucano widoczny pośpiech w kompozycyi, niedbałe wykonanie, lekceważenie publiczności wskutek łatwo zdobytéj sławy; prorokowano zanik talentu; kończono nadzieją opamiętania, otrzeźwienia po upojeniu tryumfu, i rzetelnéj pracy w przyszłości.
Oryż gazetę zmiął i splunął.
— Z Kapitolu jeden krok do Tarpejskiéj Skały — zamruczał. — Nic ciernistszego nad laury! No, teraz ciekawym, co ona zrobi?...
Od tego dnia gorączkowo wyrywał się do powrotu. Czasami klął samego siebie i swoją nędzę. Potém przychodziła reakcya.
— Tylem tam potrzebny, co tu! Pomódz nie mogę, pocieszać nie będę, a do niéj sięgać nie chcę. Po co właściwie tam się wlokę? Piwo tam takie, jak i tutaj, a przynajmniéj u Adolfa komisarz mi nie grozi. Jak żyję, nigdym tak długo nie był spokojny.
Jednakże liczył skrzętnie centy, i ledwie uzbierał na bilet trzeciéj klasy — pojechał.
Ucieszył go widok starych, znajomych murów.
Pod wieczór stanął na miejscu i, gwiżdżąc wesoło, poszedł pieszo z dworca. Mróz był tęgi, ale jemu było ciepło i wesoło. Floryańską bramę minął i, przechodząc przed domem Magdy, spojrzał w górę. Okna były oświetlone. Sekundę chwyciła go wielka chęć wstąpić, zobaczyć ją; ale myśl tę odegnał, jak sromotną pokusę, i ruszył dalëj w stronę Rynku. Obejrzał kościół Maryacki, Sukiennice, spojrzał w okna baronowéj. Słabo się świeciło w jéj buduarze. Pomyślał, że pewnie Filip tam jest, i nie wiedząc, gdzie się podziać, co robić — opanowany nagle uczuciem opuszczenia i pustki, poszedł już wolniéj — ku knajpie.
Nazajutrz rano jeden z pierwszych był na wystawie przed nowym obrazem Magdy. Ustawiono go obok „Salamandry.“ Oryż szukał błędów, o których mówiła krytyka, ale ich nie znalazł. Ucieszyło go to i ucieszyła kartka z napisem „sprzedany,“ zatknięta za ramę. Natomiast „Salamandra“ była twarda i chybiona, płaska i zimna.
Oryż stał i patrzał, gdy go ktoś trącił w ramię. Był to Fink.
— To ty! Gdzieś ginął?
— Byłem u rodziny.
— Co? Ty masz rodzinę?
— Cóż to? Myślałeś dotychczas, żem aerolit!
— Szukałem cię, jak szpilki, w Krakowie. Potrzebny mi byłeś do gwiazdkowych wydawnictw. Miałbyś moc pieniędzy.
— Udław się sam niemi! Niema głupich! Znam ja twoją moc pieniędzy.
— Jednakże, jeśli zechcesz, dam ci robotę.
— Bryndza! Na rynku rysować nie będę, a z budy mnie gospodarz wysypał.
— No, to mniejsza! Masz przecie pracownię Domuntówny — uśmiechnął się złośliwie.
— Może mi jeszcze ofiarujesz pracownię w katedrze na Wawelu?
— No, nie. Trochę bliżéj jesteś z Domuntówną, niż z Jagiellonami.
— Tak, jak ty o wiele bliżéj jesteś z Shylockiem, niż z Salomonem!
Fink poczuł, że z językiem Oryża trudno stawać do konkursu, więc zmienił rozmowę.
— Cóż, Osiecki ci się podoba?
— Ano, żałuję, że nie mam fałszywych asygnat: zaraz-bym to kupił i spalił. A któż „Kult“ nabył?
— Jakiś zakochany hrabia dla narzeczonéj. Ta twoja Domuntówna ma chyba żydowską krew w sobie. Pieniądze do niéj lgną.
— A ty-byś chciał, żeby po twojéj krytyce ludzie przyznali ci słuszność? To jest dobra robota, a Domuntówna nie Adamski.
— Ba, ty to wiesz! — uśmiechnął się zjadliwie Fink. — No, przecie masz wstęp do mnie, jak zechcesz roboty.
— O, tego się nie doczekasz, żebym ja roboty zapragnął! Zresztą mam teraz poważne zamówienie. Lada dzień wyjeżdżam na Morawy.
— Po co?
— Rotmistrz Faustanger powierzył mi odnowienie fresków w swoim zamku.
— To brat jego klapnął? Fiu! To i Osiecki lada dzień klapnie u baronowéj.
— I owszem. Może przestanie pacykować takie ohydy — burknął Oryż, wskazując „Salamandrę.“
Odwrócił się i, nie żegnając Finka, odszedł.
Pól dnia krążył około mieszkania Magdy, zanim się ośmielił wejść do szkoły Osieckiéj. Dwa tuziny dzieci pisało, a majorowa, dyktując, chodziła wśród nich, poprawiając zeszyty i moralizując bardzo wprawnie.
Na jego widok przez sekundę jakby się przeraziła i zawołała, lecz wnet podała rękę i powitała uprzejmie.
Ale tę sekundę spostrzegł Oryż, i to go zmroziło, wzbudziło podejrzliwość.
Spytał burkliwie o zdrowie, o powodzenie, i zaraz wyszedł. Majorowa była pewną, że go znajdzie u Magdy.
Ale za powrotem zastała w pracowni siostrę samą, zatopioną w czytaniu.
— Cóż Oryż? Poszedł?
— Oryż? Wcale go nie było.
— Waryat! Zjawił się dziś w szkole, przywitał i po minucie ulotnił. No, ale kiedy u ciebie nie był, to i owszem. Nie mogę na niego patrzeć po dawnemu!
— To jest szczególnie logiczna niełaska! A ja przeciwnie, cieszę się, że wrócił. Przed godziną był Filip.
— Po co? Trzeba było go nie przyjmować.
— Nawet mi to na myśl nie przyszło! Zresztą on bardzo nieszczęśliwy, i nie ja go w złéj chwili opuszczę.
— A któż mu winien? Posiada, czego pragnął.
— Nie, on tego nie pragnął, co go spotka lada dzień.
— Co? Że go baronowa porzuci? Gdyby mnie był się spytał, tobym mu o tém powiedziała jeszcze jesienią. Daj pokój — nie masz czego się użalać. Jego ojciec podobny żywot pędził. Co raz nowe amory i skandale, po każdym chciał się strzelać, a umarł zupełnie pospolicie, na zapalenie płuc. Żonę zadręczył, brata zagryzł, a sam był zdrów i wesół aż do śmierci. To jest dziedziczne.
— Co? Śmierć? — zaśmiała się Magda.
— No, niezawodnie, ale ich szały i zapalność mnie już tylko złoszczą. Taki błazen daje się oszukiwać najbezczelniéj, afiszuje się swym grzechem bezwstydnie, fundusz topi w błocie, ogaduje nas, zgorszenie czyni całemu miastu: i ty się nad nim litujesz! Cóż znowu — kochasz się w nim, czy co?
Spojrzała badawczo w oczy siostry, która wytrzymała wzrok spokojnie i odparła.
— Może. Tego mi nikt nie zabroni.
— Ty? Kochasz Filipa? Wielkie nieba! Et, bredzisz! — zakończyła po namyśle.
Machnęła ręką i wyszła do kuchni, by się dowiedziéć o obiad.
Magda poszła do pracowni i obejrzała się wokoło.
— Zacznę coś robić.. Widocznie nie zniosę bezczynności. Tracę równowagę.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Filip tymczasem szedł przed siebie, bez celu. Miał wrażenie, że w duszy mu coś pękło, i tą szparką wciskał się chłód i wicher, który mu gmatwał myśli, mącił uczucia.
Coś się psuło w jego szczęściu; czuł, że się zsuwa ze szczytu na jakąś pochyłość, na któréj utrzymać się nie ma mocy. Nie chciał nawet badać, ni myśleć o tém, nie chciał otwarcie się przyznać przed samym sobą. Ze strachem śmierci i zguby trzymał się już wspomnień przeszłości i szczęścia.
Siłę w nich czerpał i wiarę. A przecież przez szczelinę chłód ciągle się wciskał, i Filip ze zgrozą chwilami czuł, że tam, u baronowéj, coś przed nim ukrywają. Ona jeszcze pozornie była jednostajną; ale już matka traktowała go inaczéj, oziębléj, z pewném lekceważeniem. Onegdaj po raz pierwszy nie przyjęto go o zwykłéj godzinie; dziś otrzymał bilecik, że baronowa na ślizgawce nie będzie, gdyż czuje się niezdrową. Teraz także po raz pierwszy uczuwał wątpliwość i lęk — pójść do niéj, czy nie.
Poszedł tedy do Magdy.
Zastał ją nad książką. Zdziwiła się na razie: przestała się go spodziewać.
— To ty! Ave! — rzekła, jakby z żalem odkładając książkę.
— Przeszkadzam ci? — rzekł urażony obojętnym tonem. — Co czytasz?
— To Feliksa Dahna „Odin’s Trost“.
— Nigdzie ciebie spotkać nie można. Czy nie myślisz mniszką zostać?
— Żartujesz; a jaki toby raj był! W takim włoskim cichym klasztorze osiąść, patrzéć na góry i słońce, na laury i oliwki, na świat bez ludzi! Możebym wtedy potrafiła malować takich świętych, jak ci na tych freskach, co nam je ów mnich pokazywał; pamiętasz? „Ciało tworzy ciało, a duch ducha. Ecco — signorina!“
I uśmiechając się, naśladowała ton fratra.
— Pamiętam. Stary filut, który każdemu w ręce zazierał, czy nie ma tabaki!.. Cóż tedy porabiasz, tak siedząc w domu? Studyujesz różne zakonne reguły?
— Puść to w kurs, jako epilog zdrady Oryża! Wiész co, Filip? tyś się urodził na reportera.
— Ja wcale Oryża nie wymyśliłem. Słowo ci daję! Niesłuszny masz żal do mnie. — Żywo zaprzeczył.
Potrząsnęła głową.
— Ależ ja do ciebie cienia żalu nie mam! Dobrze mi bardzo bez ludzi. Nigdym tyle nie skorzystała, co temi czasy; i dni biegną, jak myśl. Dużom czytała, szkicowała; trochę grywam Maryni; raniutko, gdy wy jeszcze spicie, chodzę na spacery; dysputujemy z Malickim, mam Berwińską, i doprawdy nie uważam, aby mi kogo brakło. „Kult“ poszedł, mam wakacye — wesoło mi! Za tydzień zacznę siostrzyczkom malować „Stacye“, i bardzo się cieszę tą robotą.
Patrzał na nią, gdy to mówiła, i z zazdrością czuł, że wszystko było prawdą. Uczciwe jéj rozumne oczy spoglądały jasno i swobodnie, pogoda i siła była na czole, usta uśmiechały się, a cała postać była harmonią swobody, woli i młodzieńczego wdzięku.
— Zazdroszczę ci! — z przekąsem rzekł. — W tym wieku uchować niefrasobliwość i dziecinne uciechy, to osobliwość.
— Mój staruszku, czy ci trzeba plastra, czy rumianku? Może pedogra dokucza? — odparła żartobliwie.
Ruszył ramionami, chmurny.
— Żałuję, że z tobą dziś nie można pomówić poważnie. Nie mam usposobienia do żartów.
— Niewolnicy są zawsze, jeśli nie eligijnie, to dramatycznie usposobieni. Zapomniałam, że:

Niewola sączy jad,
Co rozkłada duchów skład.

Przepraszam cię, dotąd byłeś tak dumny z jarzma. Czy zaczynasz je targać, żeś je poczuł i sposępniał?
— Żegnam cię. Uważam, że jednakże niełaska tłumu podziałała na ciebie. Wojujesz sarkazmem.
Brał za kapelusz, ale go powstrzymała.
— Filip, dajże pokój! Nie bierz za złe żartu! Wiész przecie, żem ci zawsze szczerze życzliwa. Ot, usiądź, zapal papierosa i pogawędź swobodnie. Co ci się za krzywda stała, bracie?
Udobruchany, usłuchał wezwania. Chwilę milczał, patrząc w ziemię; wreszcie rzekł:
— Wiész, zanadto byłem szczęśliwy; widocznie w upojeniu nie czułem długi czas nawet życia. Teraz jakbym się obudził: i strach mam przed przyszłością, i żal za snem!
— No, to naturalne. W ekstazie nie sposób życia przeżyć. Los daje i daje: złe, dobre, szczęście, niedolę, łzy, uśmiechy, i daléj się o to nie troszczy. Ale ma urzędnika, który te dary spisuje i ze ścisłością starego rutynisty zjawia się do ciebie o pokwitowanie z odbioru i o należny mu podatek. Urzędnik nazywa się doczesność. Ten ci to do drzwi twych zakołatał. Cóż chcesz? człowiekiem jesteś, on twoim tutaj rządcą. Żeś nie rad, to też naturalne. Nikt jeszcze od początku świata nie był rad i wdzięczny — poborcy.
— Co teraz będzie? — spytał zniechęconym głosem.
— Teraz powinieneś szczęście swoje sprowadzić na ziemię i uregulować wedle społecznych wymagań. Czyś z nią mówił o przyszłości?
— Mieliśmy z wiosną wyjechać za granicę.
— I tam co? Podać o rozwód?
— Zapewne — jeśli ten pozwoli. Zależymy od fantazyi i pijaka i brutala, przytém bankruta. Urządzi szantaż na wielką skalę.
— Więc proponowała mu już rozwód?
— Tak, pisała. Odpowiedział, że mu się wcale nie śpieszy.
Magda pomyślała, że i baronowéj widocznie także nie pilno, ale rzekła:
— Ano, to niechże wymaga. Bądź co bądź, on tu zostawił opinię honorowego człowieka.
— To zwierzę, zwykle niepoczytalne z racyi pijaństwa. Radczyni lęka się go, jak upiora, i ona-to strachem zaraża córkę. One, gdy o nim mówią, to jak o ludożercy!
— To dziwna, że inni wcale źle się o nim nie wyrażają. Malicki twierdzi, że to człowiek wprawdzie szorstki, ale tylko w obrębie koszar.
— Tak, i we własnym domu. On ją bił; czy możesz to sobie wystawić?
— Nie, nie mogę, i nie chce mi się w to wierzyć. Podobnych stosunków nie rozumiem, ale myślę, że gdyby mnie to spotkało, tobym o tém nikomu nie opowiadała.
— Ona wszystko powié, najgorsze o — sobie. Ja za tę szczerość i prawość ją ubóstwiam. Do mnie jednego należą jéj cierpienia i nieszczęścia. Droższe mi to zaufanie nad wszystko!
— Wierzę — i dla mnie to byłoby bez ceny. Ale, wracając do próby życia, nie przedłużaj takiego stosunku. Możesz jéj dać pozycyę, dobrobyt, nazwisko uczciwe. To twój obowiązek.
— Dziś o tém pomówię! — odparł raźniéj.
Ładna jego, trochę zmęczona twarz ożywiła się nieco, i z uśmiechem dodał:
— Wiész co? Ja-bym się chciał ożenić z nią i z tobą. Miałbym szczęście i spokój.
— O wątpię! Powiadają pesymiści, że i jedna żona dokuczy — odparła. — Więc ci radzę nie turczyć się, aż po próbie z baronową...
— Przyjdź jutro na ślizgawkę, to ci opowiem rezultat dzisiejszéj rozmowy. Tu się boję przychodzić. Stryjenka musi być wściekła.
— Ej nie! Już gniew minął. Nie lubię wprawdzie ślizgawki w tłumie, ale, żeby ci dać dowód mych uczuć — przyjdę.
Filip wyszedł, ale prędzéj niż dawniéj, opuściła go sztuczna radość i otucha. Nie doszedł do Rynku nawet, i zawrócił na Planty.
Teraz szedł, bijąc się ze złemi myślami. Mieszkanie swoje minął, gdy spotkał Sylwestra. Stary elegant używał téż spaceru przed obiadem i czatował na znajomych.
Filip ucieszył się, rad, że się rozerwie. Ruszyli daléj razem.
— Karnawał niepomyślny! — kiwał głową Sylwester. — Tyle zdartych pantofli i rękawiczek, tyle młodzieży — i tylko cztery pary! To wstyd dla was, młodzi panowie.
— O, jam żadnych zamiarów nie miał. Zupełnie bezinteresownie obtańcowuję panny.
— Dareccy liczyli na ciebie.
Filip ruszył ramionami.
— Widocznie są ślepi i głusi.
— Myślisz o baronowéj? No, wiész, to jest epidemiczna choroba. Każdy to przeszedł, odsłużył tam swoje: więc ludzie wreszcie przywykli i tolerują to, jako złe konieczne. Toby ci nie przeszkodziło ożenić się bardzo porządnie. Poszłaby za ciebie Darecka, i Janikowska, a sądzę, że i Powalska nie byłaby od tego. Chcesz? mogę cię wyswatać.
— Obejdzie się. Mam już wybraną i jestem narzeczonym.
— To sekret? — ciekawie spytał stary.
— Czy pan udaje, że nie rozumie? — niecierpliwie burknął Filip. — Jestem narzeczonym baronowéj.
Tu Sylwester na niego popatrzył, a potem zaczął się śmiać, aż mu łzami zaszły oczy.
Osiecki się obraził i wybuchnął:
— Radzę panu przestać i wytłómaczyć się, co pan w tém znajduje tak zabawnego.
— Dwunasty, słowo daję, dwunasty! — zawołał stary, ocierając oczy fularem. — Daruj, mój drogi, ale to wreszcie hypochondryka-by rozśmieszyło. Jedenastu przed tobą mówiło mi to samo!
— Mogę zaręczyć, że po mnie już nikt nie powié!
— A wierzę, wierzę, bo ona już wraca do męża.
Teraz z kolei Filip się drwiąco roześmiał.
— Bywają nowiny prawdopodobniejsze. Ta się panu nie udała. Mogę zaręczyć, że to się nigdy nie stanie! — dodał tonem pewnym siebie.
Sylwester się zaperzył.
— A ja ręczę, że to się stanie. Faustanger już raz był, a! pan o tém nie wiedział, proszę więc spytać o to baronowéj. Był, teraz siedzi w San-Remo nad konającym bratem, korresponduje z żoną, odnawia swój pałac na Morawach — no, i lada dzień okaże się, że narzeczony pięknéj pani — to żaden etat! Panu to przykre, nie wątpię, i mnie było w swoim czasie niemiłe! A no, z mężem niéma żartów, prawa jego najstarsze! Musimy ustąpić.
Słuchając, Filip drwiąco się uśmiechał, ale odpowiedziéć nic nie zdołał. Dławiło go coś w gardle, przesłaniało oczy.
Szczęściem, Sylwester odpowiedzi nie czekał i prawił daléj:
— Tę wiadomość dziś Oryż przywiózł. Posądzaliśmy go o różne ukryte sztuczki, a on siedział u rodziny na Podolu i tam się poznał z Faustangerem. Ma mu odnawiać freski w zamku i strasznie wskutek tego zhardział. Jak mi nie wierzysz, to go się rozpytaj, a tymczasem chodź, przetrącim co u Hawełki.
— Ba, żebym czas miał! Obiecałem się na tę godzinę do Malickiego — odparł Filip, przemógłszy pierwsze wrażenie.
Pożegnał starego plotkarza i zawrócił do domu.
Potrzebował spokoju, aby ochłonąć, przyjść do równowagi.
Padł na kanapę w sypialni i wpatrzył się w portret.
— Jeśli kłamiesz, bądź przeklęta! Zabijesz mnie! — zamruczał gwałtownie.
Wtem spostrzegł na płótnie drobny szczegół, który dotychczas uchodził jego uwagi. U samego spodu, wśród kwiatów, leżała prawie ukryta gałązka z jagodą belladonny. Wzdrygnął się, przypomniał sobie przezwisko dane przez Magdę. Że to ujrzał w téj chwili, zdało mu się fatalną wróżbą. Ogarnął go strach, zgroza, przeczucie nieszczęścia. Zanim stanął do walki, zanim miał pewność, już czuł się pobitym.
— Nie wytrzymam, pójdę do niéj. Powiem wszystko, niech mnie broni przed samym sobą — zawołał, zrywając się.
I poszedł. Po drodze spotkał Oryża.
Szedł w mróz, odziany w kusą i lekką kurtkę bez kaloszy i rękawiczek, z rękoma w kieszeniach i miną milionera. Gwizdał i śpiewał na przemian.
Gdy się mijali, Filipowi się zdało, że ten się drwiąco uśmiecha, więc go zaczepił podobnież:
— Pan się widocznie do Włoch wybiera?
Oryż ramionami wzruszył.
— Nie wziąłem żadnego spadku, więc nie mam po kim donaszać zimowéj garderoby! — odciął i zaraz złożył znów usta do gwizdania i poszedł daléj.
— Antypatyczna kreatura! — mruknął Filip.
Od pierwszego wejrzenia czuł niechęć do tego człowieka, prawie wstręt. Bywają takie przeczucia, że ten właśnie będzie wrogiem, rywalem lub narzędziem złego losu.
U drzwi baronowéj długą chwilę Filip zbierał zmysły, zanim zadzwonił, potém z szaloném biciem serca liczył sekundy.
Było to jego zwykle wejście do osobistych apartamentów pięknéj pani. Służąca, opłacana po królewsku, znała jego sposób dzwonienia i zwykle otwierała natychmiast. Teraz dość długo nikt się nie zjawił. On przechodził tortury, już chciał odejść, gdy wreszcie usłyszał kroki i odsuwanie zatrzasku.
Subretka wytknęła swoją impertynencką twarz i rzekła szeptem:
— Starsza pani była u pani baronowéj i tak się spierały, że nie śmiałam otworzyć. Dobrze, że pan przyszedł: a toby się zażarły!
— A pana nie było? — spytał jako o rzecz możliwą.
— Nie. Od tego czasu nie był, ino list przysłał. To o list tak się panie spierały — szepnęła i uciekła, bojąc się podejrzeń.
Filip wszedł do buduaru, gdzie było zupełnie ciemno; tylko na żelaznym kominku palił się ogień, oświetlając leżącą na kanapie baronową. Radczyni umknęła, zostawiając, jako ślad po sobie, pelerynkę i książkę kucharską.
— Ach, to ty! — rzekła baronowa leniwym, apatycznym tonem, przeciągając się ruchem kocim i nie podnosząc oczu od ognia.
Nic nie odpowiedział, usiadł naprzeciw w fotelu i wsparł łokcie na kolanach, a głowę na rękach.
Zdziwiło ją milczenie, więc spojrzała na niego.
— Wracasz ze ślizgawki? Ja dziś byłam tak rozstrojona i rozdrażniona, że z domu nie wychodziłam.
— Któż cię rozgniewał? mąż? — spytał głucho.
— Matka, naturalnie! — odparła, nie zdradzając niczem, że ją przeraziło jego pytanie.
— Cóż to nowego?
— Ja proszę, błagam, żeby ztąd wyjechać. Ten Kraków tak mi obmierzł, że wytrzymać dłużéj nie mogę z nudów: a on mi przyrzeka wyjazd w maju!
Raziło go każde słowo, gorycz napełniała mu duszę i bunt się wzmagał.
— Czy ci tak pilno do San-Remo pochwycić ordynata Faustangera i zobaczyć męża? — bryznął złym, zjadliwym tonem.
Baronowéj zamigotały oczy. Nie znosiła tego tonu, budził i w niéj złość i upór.
— Być może — odparła.
— W takim razie zbyteczna ci matki opieka i pieniądze. Mąż ją zastąpi...
— Zapewne! — mruknęła, zacinając się coraz gorzéj.
On głowę oburącz ścisnął i hamował jęk, który go dławił. Po długiéj przerwie rzekł:
— Więc ja mogę już odejść?
— Jeśli podobnie zaczynasz — tak! Nie znoszę obraźliwości i docinków.
— A ja nic znoszę oszukaństwa.
— Jeszczem cię nie oszukiwała; może zacznę, gdy mnie będziesz traktował scenami zazdrości bez powodu.
— Oszukiwałaś, bo Faustangera przyjmujesz pomimo méj wiedzy i tajemnie.
— To się mylisz. Jestem u siebie i mogę przyjąć, kogo mi się podoba, bez prośby o pozwolenie od ciebie. Jestem wolna i pełnoletnia.
— Nie jesteś wolna, jak i ja wolny nie jestem. Cóżbyś powiedziała, gdybym ja się ożenił?
— Powiedziałabym, że korzystasz ze swego prawa. Nie wymagałam od ciebie ani przysiąg, ani zobowiązań. Miłość póty obowiązuje, póki trwa, potém — to kajdany i pusta forma. Byłby bardzo nierozsądnym, ktoby się łączył na życie przez szał!
Podniósł głowę i patrzał na nią oczyma pełnemi zgrozy. Wrażenie odbierało mu mowę.
Potém się roześmiał dziko:
— Cha, cha, cha! Więc ty mi może radzisz się żenić! Dostaję dymisyę w stopniu kochanka. Zapewno Faustanger, ordynat, wart zgody! Ano, to przynajmniéj szczere! Szkoda, żeś mi nie dała na wstępie programu takiéj gry. Stawki byłyby może równe i przegrana niebolesna!
— A kiedyż ja ci obiecywałam więcéj, niż dałam? Oszalałeś, czyś pijany? Było mi z tobą dobrze, płaciłam ci za to. Rachunki nasze wyrównane. Teraz zastanów się i bądź rozsądny. Faustanger na rozwód się nie zgadza. Jestem na łasce matki i mam tego dosyć. Nie mogę żyć w ciągłéj walce o grosz i w niewoli. Muszę życie uczynić możliwszém! To jest zupełnie zrozumiałe i, jeśli mi nie przyznasz racyi, to tylko dowód, żeś wielki samolub. Ja ci nigdy nie krępowałam swobody, bądź sprawiedliwym!
Wstał i, słowa nie mówiąc, ku drzwiom się skierował. Coś nakształt ulgi mignęło w oczach baronowéj, ale przemogła się i zawołała:
— Filip, pamiętaj, żeś się zbuntował pierwszy.
— Bądź spokojna, formy zachowałaś! — odparł twardo i wyszedł.
Baronowa poczekała, aż się drzwi od schodów za nim zamknęły; wtedy sięgnęła pod poduszkę kanapy i wydobyła zmiętą kartkę. Przy świetle ogniska odczytała ją raz jeszcze: „Pamiętaj, żeby mi gachów nie było od chwili, gdy te słowa odbierzesz, bo jeśli się ośmielisz ich utrzymywać, to ich i ciebie kijem ogrzmocę, na środku rynku, a potem zamknę cię na całoroczne rekolekcye w baszcie. Ludwik dogorywa, szkoda go, bo więcéj wart, niż wy wszyscy. Bądź zdrowa i rachuj się ze mną. Albert.“ Baronowa uśmiechnęła się.
— Ten czuje swoją siłę i mówi jak pan — szepnęła. — Z takim warto walczyć i zdobyć albo uledz! — dodała, wzdrygając się rozkosznie.
A Filip nad ranem wrócił do domu i padł ubrany na posłanie. Zasnął zaraz i spał długo.
Obudził się o zmroku, dźwignął się i siadł, zbierając zmysły. Rozmyślał godzinę, potém wstał i poszedł do Magdy.
Służąca przyjęła go w sieni oznajmieniem, że panie poszły „na tańce“ do państwa Malickich: więc wrócił do domu i, przypomniawszy sobie, że i on miał na ten wieczór zaproszenie, przebrał się i pojechał.
Nie był to bal, ale trochę zabawy, w kółku ścisłych znajomych. Doktor, gdy go zobaczył, bez ceremonii wziął za puls i zajrzał w oczy.
— Dobrze, żeś przyszedł. To był instynkt zachowawczy. Tańcz i flirtuj co niemiara, pij limonadę: poty cię uratują.
Potém poufnie do ucha:
— Nie rzucaj pereł przed wieprze i nie kochaj się w mężatce, kiedy jest dziewczyna! No, ale za młodu, to przechodzi bezkarnie. Będziesz zdrów; byle nie było recydywy!
Filip się roześmiał.
— Profesor nie może żyć bez dyagnozy.
— Nałóg, mój drogi, i wprawa. Robię, co mogę, byle miéć pacyentów.
Weszli do salonu. Zaraz na wstępie zobaczył Filip Magdę, tańczącą ze Stachem Malickim.
Spojrzeli na siebie: dojrzał w jéj oczach niespokojne pytanie. Po chwili, gdy usiadła, zbliżył się do niéj i rzekł:
— Jestem wolny!...
— Biedaku! — szepnęła z serdeczném współczuciem.
Przesunął ręką po oczach i dodał:
— Nie cierpię nawet — tak pogardzam!
— Cóż było?
— Jutro ci powiem. Dziś chcę się trochę opamiętać, zapomnieć, odurzyć. Doktor mi radzi tańce. Chodź, nie walcowałem nigdy z tobą i oprócz ciebie wstręt mam do wszystkich kobiet.
Okrążyli, tańcząc, parę razy salon i Filip rzekł:
— Dobrze tańczysz, tylko nie czuć ciebie w objęciu. Patrz, widzisz, jak się nam Sylwester przygląda? Muszę mu powiedzieć, że się żenię z tobą.
Powiedział to bezmyślnie prawie. Miał złą ochotę ludziom teraz kłamać, udawać, oszukiwać, byle nie dać im na pastwę swego bólu.
— Ludzie, jak strusie, łykają najniestrawniejsze baśni! — odparła obojętnie Magda.
Myślała w téj chwili: czy jego spokój jest objawem płytkości duszy, czy siły w panowaniu nad sobą, czy obumarciem wszelkiego czucia wskutek cierpienia?
Jak zwykle, żałowała, że niéma Berwińskiéj, by z nią o tém pomówić.
Filip zaś zbliżył się do Sylwestra.
— Cóż, dobrana z nas będzie para? — rzekł z uśmiechem.
— Więc tak? — zawołał stary. — Byłem pewny, że się to tém skończy. On revient toujours... Winszuję!
— I zazdroszczę — dodał Filip. — W czasie moich wędrówek — słyszałem, że pan tam często wstępował.
— O! bezinteresownie! Miłość dla sztuki, nic więcéj. Mam dla panny Magdy ojcowską życzliwość.
— Chcę wierzyć! — szyderczo uśmiechnął się Filip. — Tymczasem, daj mi pan téż dowód życzliwości i nie rozgłaszaj naszéj tajemnicy.
— Jak w studnię! — zawołał Sylwester, kładąc rękę na sercu i pochylając głowę.
Filip był pewien, że jutro będzie o tém wiedziało pół Krakowa.
I nie mylił się. W dwa dni potém gazeta Finka podała „z notatek karnawału“.
„Dochodzą nas wieści, że w sferze artystycznéj kojarzy się małżeństwo utalentowanego malarza p. Filipa Osieckiego z naszą sympatyczną artystką, panną Magdaleną Domuntówną.“
W redakcyi dnia tego tylko o tém była mowa.
Panowie komentowali nowinę wśród konceptów i zjadliwych dwuznaczników. Niekiedy z pod oka spoglądali ku oknu, gdzie przy stole Oryż rysował, ani słowem nie mieszając się do rozmowy.
Od dwóch dni pracował pilnie, przychodził ze słońcem, odchodził o północy, do nikogo się nie odzywał, nie palił, nie schodził na obiad. Musiała go biéda tęgo przycisnąć, gdy wziął się do znienawidzonéj roboty; ale téż praca ta była spełniana z najgorszym humorem. Nikt nie miał odwagi zaczepić go; nawet wszechwładny Fink chodził na palcach i ledwie po jego odejściu oglądał gotowe rysunki.
— Jakie to bydlę ma zacięcie! — cmokał, zacierając ręce. — Jakie szczęście, że to jeszcze nie rozumie swéj wartości; a toby go zaraz porwała zagranica!
I strzegł się go pochwalić nawet zaocznie, żeby uwagi ogółu nań nie zwrócić.
Gdy mówiono o Magdzie i jéj zaręczynach, Oryż jakby nie słyszał. Brzydka jego, śniada twarz, do któréj wrósł cynizm i lekceważenie, nie zmieniała się w niczém. Pochylony nad kartonem, z brwią ściągniętą i skupioną uwagą w oczach, gonił w pamięci obrazek, który rzucał na papiér. Tak był zajęty i zły, że nawet nie gwizdał oberków.
Po południu, gdy gazeta już obiegła miasto, do redakcyi wpadł Stach Malicki, jak zwykle, roztargniony i nieuważny.
— Ej, prawda to, że Osiecki bierze Domuntównę? — zawołał do Finka, rzucając kapelusz i laskę na stół Oryża i siadając na rogu.
— Ostrożnie! — zawołał przerażony redaktor.
— Ach, wlazłem na Oryża! Patrzcie, to ty coś robisz? Pokaż no, a — to album krakowski. Daj — obejrzę.
— Daj siebie sam do obejrzenia w menażeryi, małpo! — burknął Oryż, który nie cierpiał, gdy mu zaglądano w rysunek, póki go miał pod ręką.
— Ty, słuchaj! Bądź-no ostrożniejszym w epitetach, bo trafisz na kogoś, co nie będzie wiedział, żeś zwierz, i wyzwie cię.
— Jestem zanadto źle urodzony, żebym się bał szlacheckich idyotyzmów! Pójdziesz mi precz ze stołu, czy chcesz wyleciéć oknem?
Malicki usunął się, ramionami ruszając.
— To ci tak dojechało to małżeństwo widocznie — rzucił jak strzałę Parta.
Fiok usunął się, pewien skandalu, bo Oryż się obejrzał i żółte jego oczy pozieleniały ze złości. Popatrzał na Malickiego i rzekł:
— Małżeństwa dojeżdżają może ciebie. A że się Osiecki pobierze z Domuntówną, to wiem o wiele dawniéj, niż wy wszyscy.
— Może być, boś się w niéj kochał. Aha, toś dostał czarną polewkę na ostatni obiad?
— Może ty sobie wyobrażasz, żeś komu potrzebny i miły, to się kochaj i oświadczaj. Ja wiem, com wart, i nikogo sobą nie częstuję.
— Patrzcie, a to ci pokorny i skromny!
— Wcale nie! Takie samo jestem bydlę, jak i ty; tylko ty przybierasz formy człowieka, a ja sobie téj fatygi nie zadaję. Usuń się ze światła i odczep się ode mnie. Masz robotę — psia dola!
I zabrał się znów do rysunku.
Do zmroku ust więcéj nie otworzył. Gdy ściemniało, odłożył ołówek i chwilę rozmyślał, patrząc chmurno przed siebie. Potém wstał żywo, wziął kapelusz i szalik, który stanowił sam jeden jego zimową garderobę.
— Pan każe podać już światło? — spytał go sługa redakcyjny.
— Jutro — burknął, przechodząc do gabinetu Finka.
— Daj mi pan dziesięć reńskich! — rzekł.
Fink zawahał się chwilę.
— Ale przyjdziesz jutro? Słowo?
— Słowa nigdy nie daję, ale złodziejem nie jestem. Jak nie przyjdę, to każę się przywieźć!
— Oryż, opamiętaj się, jeszcze tydzień! Proszę cię! Album zapowiedziałem na maj. Drzeworytnia przygotowana. Nie rób mi zawodu! Zaklinam cię na wszystkie świętości.
— Nie głupim miéć świętości na twoje zaklęcia. Dosyć gadania! Dajesz dziesięć reńskich, czy nie?
— Daję. Ty wiész, że mam słabość do ciebie i zaufanie; ale możebyś tu kazał przynieść kolacyę, może ze mną zjész?
Dawał banknot, ale ręce mu drżały. Oryż pieniądze zmiął, jak brudną szmatkę, wetknął do kieszeni i wyszedł.
Fink wybiegł na schody.
— Słuchaj, ja wiem, że jutro wrócisz, ale tak, na wypadek... gdzie cię można znaleźć?
— Na Wawelu, gdzieś mi obiecywał pracownię! — ozwał się ze śmiechem Oryż.
— Ucieknie! Jak Bóg mity, nie wróci, dopóki nie straci ostatniego centa! Po co ja mu dałem!
Żal był po niewczasie. Oryż już zszedł na ulicę, już kupił cygar, już szedł do knajpy. W brudnéj okopconéj salce miał swoje miejsce w kącie i dawną znajomość z usługującą dziewczyną. Miał u niéj kredyt i łaski, ratowała go nieraz od głodu, żywiła do niego wielki, cichy sentyment. Pochodzili z jednéj okolicy i ona nigdy do miasta nie mogła nawyknąć; brzydka była, jak on, i jak on poniewierana. Gdy wszedł, koleżanki chychocąc wypchnęły ją na salę: był to przedmiot drwin zwykły. Dziewczyna przyjmowała to spokojnie, z pewną nawet dumą. Starła przed Oryżem stolik, a gdy usiadł i milczał, oczu nie podnosząc, spytała:
— Dać panu kapusty, czy Haków?
Drgnął, jakby się przebudził.
— Nie będę nic jadł. Daj mi mocnego piwa.
Gdy podała kufel, wyjął banknot z kieszeni i rzekł:
— Masz tu dziesięć reńskich. Prowadź rachunek sama. Będę pił i pił. Tu się prześpię. Rano, jeśli nie pójdę, to mnie każ dorożką odwieźć do redakcyi pana Finka. Zapamiętasz?
— Jak pacierz! — potwierdziła z całém przejęciem.
— No, to dolewaj bez komendy. Nie chce mi się gadać!
Dziewczyna spełniła rozkaz dosłownie. Kufel nie był minutę pusty. Oryż łokciami na stole się wsparł, ani spojrzał w stronę. Pił, wzdrygał się wstrętem i znowu pił.
W głowie jego było jednak zupełnie trzeźwo i to go doprowadzało do wściekłości. Chciał być pijanym a nie mógł. Chciał myśléć — a tylko cierpiał. Nie starał się rezonować, ani opamiętywać: chciał nie czuć — i koniec.
Z początku, po przymusie całodziennym, był jak martwy. Bolały go nawet członki, w głowie bezładnie tłoczyły się wrażenia.
Potém zaciął nagle zęby i nieco zbielał, i przez oczy mignął mu rozdzierający duszę żal.
Nie próbował już szydzić z siebie, ani się okłamywać, jak człowiek śmiertelnie chory, nie łudził się nadzieją. Śmierć szła po niego: więc patrzył jéj w oczy i dziwił się, że żałuje nawet takiego życia, nawet takiéj doli. Więc śmierć przecie jest czemś bardzo złém i straszném, gdy go tak bolało. On się nigdy niczego nie spodziewał, nie żądał, o niczém nie marzył: a teraz nagle chwyciła go żałość okrutna i bezmierny smutek. Dlaczego? Tak niedawno pracował nad tém, by takie rozwiązania sprowadzić...
Podniósł głowę i spostrzegł dziewczynę, czatującą na pusty kufel.
— Macie dzisiejszą gazetę? — spytał.
Podała natychmiast. Odszukał notatki z karnawału i wlepił oczy w parę linii: „Filip Osiecki i Magdalena Domuntówna“.
Dwa nazwiska, dwa imiona, dwoje rąk w uścisku, dwie głowy, pochylone ku sobie, dwoje ust w pocałunku i dwie ślubne obrączki.
Oczy Oryża mgłą zaszły, pałały mu powieki i czuł, jak ból skręcał go, miażdżył.
Machinalnie wyszeptał:
— Z mojéj świątyni relikwię ten sobie bierze na sprzęt domowy, czy na zabawkę. Wolno mi cierpiéć przecie! A ze świątyni co zrobić? Koszary, piwiarnię czy tancsalę? Wszystko jedno!
Wypróżnił kufel, głowę na rękach oparł i powtórzył z uczuciem, jakby nóż w ranie obracał:
— Mnie wolno cierpiéć przecie.
I cierpiał. Powoli, jak wstążka, te dwa lata cnoty i statku przesuwały mu się przed oczyma. Dzień po dniu je pamiętał z najdrobniejszemi szczegółami. Nikt jéj nie znał, tak jak on: znał jéj pogodę i czystość, jéj jasność i siłę, i bogactwo myśli i uczuć delikatność.
Dwa lata, i tyleż życia! Przedtém był zwierzem, teraz będzie umarłym, może znów bydlęciem, jeśli przeżyje. Dwa lata. Chciał się jéj za dobre odpłacić, ułatwić jéj szczęście. Może ona, tak jak on teraz, cierpiała, gdy ten bałamucił się z baronową, i jéj kochanie gorzkie było i łzawe. Teraz będzie szczęśliwa.
Znowu wypił kufel i krzyknął na dziewczynę:
— Co ty mi tu za lurę dajesz? Mówiłem, że chcę mocnego! Daj wina!
Przyniosła mu butelkę i lampę. Pił dałéj...
Wreszcie począł tracić trzeźwość. Rojenie napełniało mu głowę, nabierał uczucia nietożsamości.
Zdało mu się, że nie jest biednym artystą, bez sławy chleba i dachu, ale młodym chłopakiem o gładkiéj twarzy, do którego się fortuna uśmiecha. Kocha go Magda, i on ją ubóstwia, a świat cały przychylnie na nich patrzy, jak na dwoje szczęśliwych, i pięknych, i dobrych. Zdawało mu się, że spacerują gdzieś w górach, wczesną wiosną, tarniny kwitną i skowronki śpiewają, i idą tak pod rękę i czasem spotykają się rozkochanemi oczyma, bez słowa, wiedząc, co myślą. Ona go prosi, by jéj zaśpiewał, więc on zaczyna...
Wtem się ocknął i aż się przeraził i obejrzał w około.
Śpiewał na prawdę, ale wcale nie wesołą piosenkę szczęścia, jeno smętną, ludową dumkę:

Przyszedł Wojtek do tatusiów i wziął dziewczynę,
A ja bez niéj nieszczęśliwy chyba już zginę.
Matulu! chyba już zginę!

W sali już nie było nikogo — nikt na niego nie zwracał uwagi, ale on się oburzył sam na siebie za takie głupie marzenie i zamruczał:
— Bestyo, kto ci pozwolił! Cierpiéć wolno — ale nie marzyć, jak student. Ty, słyszysz, ostrożnie, bo cię w takie błoto za karę utopię, że ci się odechce śpiewów i spacerów na zawsze!
I tak z sobą się rozmówiwszy, chwilę był mocniejszym, ale wnet go znowu opadła tęsknota.
— Żeby ją zobaczyć choć światło w oknie, choć przechodzącą na ulicy, choć głos posłyszéć.
Więc znowu zakrzyknął:
— Jeszcze się odzywasz! Będziesz milczał! Mało ci pijaństwa, chcesz może rozpusty? Chcesz?
Wzrok miał dziki i dyszał, wściekły już na siebie za słabość.
Marzenie umilkło. Z dna dobywały się złe instynkty i ogarniały go wraz z oparami trunku.
Już szydził z siebie:
— Zakochał się pies w księżycu, i wyje! To ci osobliwość! Jest nad czém rozmyślać! Księżyc nie dla psa! Nie wiedziałeś o tém? to szkoda. Ale zresztą, każdy to wié. Pies zostanie psem. Znajdzie kość, czasem flaki i nocleg w śmieciu. To jego los i życie. Jak zdechnie, to go sprzątną, by nie zapowietrzał ulicy. Cała historya!
Wyprostował się, a że mu głowa ciężyła, więc ją oparł o ścianę i, patrząc mgławo przed siebie, zaśpiewał zachrypłym głosem

Za maćkowym, za przełazkiem,
Zmawiała się Baśka z Jaśkiem.
Matula to zobaczyli,
Baśkę kijem wystudzili!

A potém już Oryż nie pamiętał, co się z nim działo. Ocknął się, bo go ktoś trząsł za ramię. Była to usługująca dziewczyna, a on na pół leżał na stole.
— Panie, panie! Czy pan sam pójdzie, czy zawołać fiakra? — pytała sumiennie.
Zerwał się, prędko opamiętał.
— Pójdę. Daj mi kieliszek wódki!
Wypił i poszedł. Mróz był silny, a jego z niewczasu, głodu i przepicia wstrząsały dreszcze. Najchętniéj poszedłby zaraz do Wisły i utopił się, tak mu nieznośnie było moralnie i fizycznie, ale wnet i na spełnienie tego zamiaru nie mógł dobyć z siebie dość woli.
— Na to zawsze będzie czas! Muszę tę psią robotę skończyć; wziąłem pieniądze. Muszę! — zamruczał desperacko, z trudem wchodząc na schody.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Osiecka z gazetą w ręku wpadła do Magdy.
— Słyszałaś! To bezczelność. Drukują bez ceremonii, że Filip z tobą się żeni — zawołała.
Magda przeczytała i ruszyła ramionami.
— Filip żartem powiedział to Sylwestrowi onegdaj na wieczorze u Malickich, a ten, naturalnie, roztrąbił po mieście.
— Ładne żarty! Jak możesz na to pozwalać? Toż to cię kompromituje!
— Dajże pokój! Kto zważa na gazeciarskie baje! Zapełniają byle czém szpalty, a ci, którzy byle co czytają, połkną i to bez wrażenia. Posłuchaj lepiéj, jak tu ślicznie Loki opisany, gdy, leżąc na głazach wśród rzeki, przysłuchuje się naradzie bogów. Pyszny obraz!
— Masz źle w głowie, i basta! — mruknęła Osiecka, wychodząc oburzona.
Tak tę wiadomość, która tyle zajmowała miasto, przyjęła główna osoba.
Magda rozkoszowała się daléj Dahnem, potém poszła na spacer, a wieczorem przygotowała płótno na pierwszą Stacyę dla siostrzyczek.
Nazajutrz, po rannéj mszy, zabrała się do dzieła z wielką ochotą i zajęciem.
Przy robocie zastała ją Berwińska. Tę téż sprowadziła do niéj, w roboczy dzień, gazeciarska wzmianka.
— Prawda to? — spytała niespokojnie.
— Zkąd? Że téż ty możesz nawet pytać!
— Dlaczego? Wszystko bywa!
— No, nie. To już zanadto nieprawdopodobne. Z baronową zerwał temi dniami. Biedny, cierpi jak potępieniec, a jego żenią!
— Zerwał? Dlaczego?
— Nie wiem. Obiecał przyjść do mnie z opowieścią, ale oto dwa dni go nie widać. No, niesłodkie mu te dnie! Serdecznie mi go żal. Dawał złoto, brał liczmany. To boli nieznośnie.
Berwińska myślała coś długą chwilę, wreszcie spytała:
— Nie widziałaś Oryża?
— Nie raczył się przypomnieć.
— Biedak! — zamruczała Berwińska.
— Co się tak nad nim litujesz?
— Ano, czy myślisz, że tylko twój Filip wart litości i współczucia? Mnie bardziéj Oryża szkoda, bo ten więcéj wart. Spotkałam go dziś bardzo rano, szedł do redakcyi i był pijany, czy może już chory.
— Gniewam się na niego za te fantazye. Wie przecie, że go lubię — mógłby przyjść.
Berwińska ruszyła ramionami. Była między niemi wielka różnica. Magda była zawsze kochana, miała rodzinę, szczęście w życiu, swobodę i spokój. Nie umiała odczuć wydziedziczonych, nieśmiałych i poniewieranych. Dla Berwińskiéj Oryż był druhem i bratem.
— Więc stanowczo nie będziesz żoną Osieckiego? — spytała, patrząc bystro na artystkę.
Magda przestała malować, podumała chwilę i odparła powoli:
— Wiesz, że go kocham i żem sobie przysięgła nigdy go nie odstąpić. Wiesz także, że on teraz będzie bardzo nieszczęśliwym; ale ja nie wierzę, bym go nawet ofiarą swego życia uratować mogła. Więc ofiary takiéj nie chcę — i on o tém nie myśli!
Odpowiedź nie podobała się Berwińskiéj. Nie powiedziała jednak nic i, chwilę jeszcze zabawiwszy, pożegnała przyjaciółkę.
Magda malowała do zmroku. Wieczorem Osiecka miała minę kota, który obchodzi w koło miskę z gorącem mlekiem, ale przecie kwestyi nie wszczynała. Nazajutrz jednak znajomi zaczęli zaczepiać Magdę pytaniami i życzeniami; kto tylko spotkał, miał okolicznościowy uśmiech i słowo. Osiecką pytana o dzień ślubu.
Zacną matronę wyprowadziło to z cierpliwości. Napadła na siostrę tak ostro, że artystka wzięła arkusz papieru i napisała do Filipa:
„Proszę cię, żebyś zaraz po odebraniu niniejszego udał się do Sylwestra i powiedział mu, że się żenisz z kim sobie chcesz, byle nie ze mną. Rola twojéj narzeczonéj może być bardzo zaszczytną, ale nie sprawia mi żadnéj przyjemności, a naraża mnie na zakłócenie domowego spokoju.“
Na list ten nie było odpowiedzi, ale i nie było odwołania w gazecie, więc zły humor Osieckiéj wzbierał jak burzliwe morze — i na najgorszą chwilę wpadł Filip pewnego popołudnia, gdy właśnie jéj zastać w domu się nie spodziewał.
Tymczasem ona sama otworzyła drzwi i na jego widok uczuła, że jak nie zrobi sceny, to ją krew zaleje.
— Czego tu! — krzyknęła, nie puszczając klamki.
— Ja do Magdy! — odparł spokojnie, ale stanowczo.
— Marsz do redakcyi przedewszystkiem, żeby mi ten paszkwil odwołano!
— Przepraszam, stryjenko, cóż to za paszkwil? Nie jestem zbrodniarzem, ani fałszerzem, ani nie popełniam bigamii. Wolno mi żenić się, jak każdemu innemu.
— Nie wolno! — ja ci powiadam! — Nie jesteś wart żadnéj uczciwéj dziewczyny. Masz tu lustro, może się przejrzysz! Wyglądasz odrazu jak zbrodzień, i fałszerz, i bigam! Magda nie ma czasu i ochoty gadać z takim urwiszem!
— Jak mi to sama powie, wtedy odejdę. Tymczasem mam do niéj interes i widzieć się muszę. A stryjenka niech mi nie wymyśla. Jestem niezdrów i bardzo słaby, krzyk słyszę jak szum wody w uszach topielca — i tyleż skutku. Proszę mnie puścić do Magdy: muszę z nią pomówić.
Podniósł oczy po raz pierwszy, i musiało być coś bardzo wymownego w tém spojrzeniu, bo Osiecka odstąpiła ode drzwi i rzekła innym tonem:
— Ano — to idź zresztą, ale odwołać musisz. Ja cię dopilnuję — bądź pewny!
Filip, jak automat, zdjął futro i poszedł przez salon do pracowni. Majorowa chwilę się wahała, czy iść za nim, ale się rozmyśliła i mruknęła, wracając do swego pokoju:
— Da sobie sama radę!
Magda słyszała gwar w sieni i poznała głos Filipa. Bywają takie szczególne przeczucia, jakby sygnały niebezpieczeństwa. Serce jéj zaczęło bić i nieokreślony niepokój ogarnął duszę. Chciała odzyskać panowanie nad sobą i czytała daléj; gdy wszedł, nie podniosła oczu, czekając powitania. Ale on ani witał, ani odzywał się: przyszedł do kanapki i u jéj nóg usiadł z głębokiem westchnieniem.
— Co ci? — spytała, bezwiednie kładąc dłoń na głowie.
— O, Psyche, ulituj się nad moją duszą! — jęknął, patrząc na nią mgławo. — Jestem tak bezbrzeżnie nieszczęśliwy — tak sam, tak biedny! Żyć nie mogę, nie chcę. Nie daj mi śmierci sobie uczynić. Broń mnie przed samym sobą!
— Biedaku mój, rozumiem, jak ci źle. Cóż — wszystko stracone?
— Wszystko. Podeptała mnie jak zielsko, a jam ją tak kochał! Teraz wśród tych zgliszcz pożar we mnie dogasa, strawiwszy do cna. Chciałem zrobić koniec, alem ciebie wspomniał, i przyszedłem błagać ratunku. Weź mnie, niech mam obronę i choć jedną duszę życzliwą, swoją.
— Masz, bracie, nigdym cię nie odstąpiła. Cóż chcesz, abym ci uczyniła?
— Bądź moją. Ja muszę tę myśl, to uczucie mieć w sobie, ja muszę dla kogoś żyć — to przetrwam; kogoś kochać — to rozpacz odpędzę, ja chcę dla kogoś pracować, mieć obowiązki, opiekę, własność i skarb! Magdo, kochałaś mnie niegdyś — bądź moją!
Magda wzdrygnęła się, jak przed zmorą, ale opanowawszy się, odparła:
— Filipie, czyś w obłędzie? Kochasz tamtą i kochać będziesz. To złuda; ja ci dziś ratunkiem ani obroną być nie mogę. Żądasz ofiary wielkiéj i bezskutecznéj.
— Nie, ja wiem, co we mnie jest. Ze wszystkich wiar i ideałów tyś jedna została. Ulituj się nademną. Ty mnie nauczysz na nowo czuć, i pracować, i żyć. Ja proszę miłosierdzia. Gdy mnie odtrącisz — wiem, że zginę. Wiesz? to, co mnie tu do ciebie przywiodło, to instynkt zachowawczy. Ja nie kłamię, ani szaleję. Łamałem się z sobą wiele godzin, całe dnie. Przyszedłem zdecydowany — od ciebie pójdę, albo na cmentarz, albo do kościoła.
Magda już odzyskała przytomność.
— Ode mnie pójdziesz do swego mieszkania, opamiętasz się, spokojnie rozmyślisz — i mnie dasz czas do namysłu. Za trzy dni, jeśli zamiaru nie zmienisz, wróć tu — posłyszysz moją radę i decyzyę. A teraz dosyć o tém, wyjdź z pod tego zaklęcia, zmuś siebie zająć się czemś innem. Cóż znowu! — nie jesteś dzieckiem, życie tak każdego doświadcza i łamie, a przecie ludzie z tego wychodzą. Może ona do ciebie wróci!...
— Nie mów mi o niéj, bo plwać będę! Dzięki Bogu, umarła dla mnie zupełnie.
— Zaczekasz z pogrzebem, żeby nie pochować w letargu — zaśmiała się, ale był to śmiech sztuczny i bolał ją. Dłoń jéj spoczywała na jego głowie, a on do kolan jéj się tulił, jak dziecko wylękłe i nieszczęśliwe.
Bezwiednie włos jego złoty przygładziła z pieszczotą i spojrzała na tę głowę, którą całe życie uważała za swoją. Była w jéj uczuciu tkliwość matki i siostry; żadnéj żądzy, tylko żądza ofiary.
A Filip w téj chwili doznał wielkiego ukojenia i otuchy. Przyszedł i mówił pod wrażeniem bólu, z chęcią zemsty; teraz dopiero sam odczuł, że krok ten był dobrym, i że od niéj jednéj przyjdzie mu ratunek.
Opadła go chęć, by zaraz otrzymać słowo, i tę dłoń tak silną i dobrą, by wyjść ztąd z pewnością nowego życia i obowiązku.
— Powiedz dziś, zaraz! — jął prosić. — Niech ztąd odejdę już twoim.
— Nie, to niepodobna. Muszę się z siłami obrachować, rozmyśleć, może wiele rzeczy pożegnać! Idź w spokoju; myślę, że ty sam nawet nie potrafisz tak dbać o siebie, jak ja dbam o ciebie. Zaufaj mi!
Podniósł się z żalem. Miał tak wrażliwą naturę, że już dręczyła go trzydniowa niepewność. Już miał złudzenie, że ją kocha.
Przeprowadziła go do sieni i rzekła serdecznie:
— Jeżeli ci ciężko będzie samemu, przyjdź wieczorem.
— Stryjny się boję! — rzekł z uśmiechem.
— Nie bój się, nic ci nie powie przykrego.
Podała mu rękę, którą do ust podniósł, i wyszedł, raz jeszcze ogarnąwszy ją proszącem spojrzeniem.
Wróciła do pracowni i zebrała farby. Robić nic nie mogła, potrzebowała skupić uwagę raz pierwszy na swój los.
Ale zaledwie upłynęło pięć minut ukazała się Osiecka.
— Czego on chciał? — spytała niespokojnie.
— Chce się żenić ze mną — odparła.
— Bagatela, tylko tyle! Prędko baronową strawił! Jakbym widziała jego ojca.
— Zostawiłam sobie trzy dni do namysłu — mówiła Magda daléj.
— Jakto? A cóż tu jest do namysłu? Trzeba go było krótko i węzłowato odesłać do redakcyi, a potem do baronowéj!
— Tak, a on w tém rozdrażnieniu i klęsce poszedłby na zatracenie ostateczne. Mam dla niego wiele obowiązków i tak odpłacać nie chcę.
— Nic nie rozumiem! Więc ty naprawdę go kochasz?
— Tak — odparła Magda spokojnie, patrząc jéj jasno w oczy.
— I wyobrażasz sobie, że na niego liczyć możesz, zaufać, że on potrafi cię ocenić i zapewnić spokojną przyszłość? Oszalałaś!
— Nie! Wyobrażam sobie, że go w téj chwili uratuję od złego. Potém, gdy przeboleje cios, który go spotkał, opuści mnie najobojętniéj w świecie dla pierwszéj lepszéj fantazyi, lub dla téj saméj baronowéj.
— No, więc po co idziesz? Zgotujesz sobie nieszczęście, a jego nie przerobisz.
— Tak, na niego nie liczę, ale on będzie miał w życiu na kogo liczyć. Jestem zupełnie świadoma tego, co mnie czeka, ale jeśli zdecyduję, że jemu się to opłaci — to niech będzie!
Osiecka spoważniała i bez wybuchu rzekła:
— To jest ofiara nad siły, ale jeśli kochasz, próżno ci przemawiać do rozsądku. Szkoda mi ciebie: ano sobą rządzisz! W każdym razie będę zawsze z tobą, i to mnie cieszy, że złego się spodziewasz. Teraz rozumiem, że potrzebujesz się namyślić.
— On tu przyjdzie wieczorem. Proszę cię, Maryniu, żadnéj wzmianki, żadnego wyrzutu. Może on sam do równowagi wróci przez te trzy dni.
Osiecka chmurno popatrzyła w okno.
— Pocoś właśnie jego pokochała? — szepnęła. — Ja winnam! To pewnie było wtedy we Włoszech? Ktoby się spodziewał? Ognia i młodych nie trzeba nigdy zostawiać bez dozoru.
Magda ruszyła ramionami.
— Tyś nic nie winna. Byłaś mi najlepszą opiekunką. I teraz nie martw się przedwcześnie. Może nic z tego nie będzie. Wyjdę teraz na spacer i wstąpię do Berwińskiéj.
Uścisnęła serdecznie siostrę i zaczęła się ubierać. Pierwszy raz w życiu miała w myśli chaos. Potrzebowała rozgmatwać swe uczucia.
Na ulicy ostre powietrze i ruch otrzeźwiły ją nieco. Zdawało się i jéj to szaleństwem. „Poco, naco, dlaczego! Jestem dla niego niczem i pozostanę niczem. Oszaleliśmy oboje: on, aby mi to proponować, ja, żeby się wahać!“
Przechodziła ulicę w poprzek i ledwie umknęła przed powozem baronowéj. Otulona w sobole, patrzyła lekceważąco, z góry na ludzi. Wzrok ich się spotkał: skinęła głową Magdzie z wyrazem subtelnego szyderstwa, politowania i tryumfu.
Wzrok ten zabolał artystkę, jak policzek. Oburzyła się, i krew nabiegła jéj do skroni.
— Czy ona myśli, że jam już na ziemi i że on nie powstanie, zdeptany przez nią?
Napłynęły jéj żywsze myśli i nadzieje.
— Cobądź się potém stanie, nie będę mu nigdy kulą u nogi. Zostawię mu zupełną swobodę, ale położenie moje będzie silniejsze. Teraz, gdy jest tu niedaleko, trafi do mnie, ale gdyby odjechał, straciłabym go z pod wpływu i opieki — nie mam żadnych praw! Drogo płacić trzeba za niedolę nawet.
Uśmiechnęła się gorzko i dodała:
— Berwińska mi to wszystko obrachuje. Będę miała bilans gotowy!
Weszła do sionki nizkiéj i ciemnéj i ledwie znalazła drzwi. Była to sobota, więc Berwińska wracała wcześniéj do domu.
Na jéj pukanie ktoś się poruszył i we drzwiach stanął Oryż.
Nie ukłonił się, ani słowa nie rzekł, usunął się pod ścianę i drogę jéj oswobodził, a potém poszedł w kąt ciemny pokoju i przysiadł na zydlu pod ścianą, opierając głowę o mur i przymykając oczy jak do drzemki.
— Pan tu sam? — spytała zdziwiona Magda.
— Dozoruję starego, ale śpi w téj chwili. Panna Berwińska przyjdzie za pół godziny.
— Zaczekam!
Usiadła przy oknie, przez które wpadło do izdebki, bardzo ubogiéj, trochę zmierzchającego światła.
Chciała myśleć, ale jéj Oryż przeszkadzał. Rozgniewało ją to, że jéj nie powitał, że teraz milczy, jakby był obrażony. Odwykła już od tego zachowania się, więc ją raziło.
Po długiéj chwili milczenia rzekła:
— Może pan lampę zapali?
— Nie trzeba: blask staremu szkodzi.
— Co mu jest?
— Ano, to, co każdemu będzie... kres.
— Tak źle?
— Wczoraj atak paraliżu — mruknął.
— Był doktor?
— Był Malicki sam. Powiedział, że ma termin do tygodnia.
— Biedna ona — szepnęła Magda, a potém spytała:
— Pan tu dawno?
— Zgodziłem się siedzieć w dzień, a jak ona z sił spadnie, to i w nocy.
Za parawanem w kącie odezwało się stęknięcie, więc Oryż wstał i tam się wsunął. Słychać było, że zmieniał zimny okład na głowie chorego i przy nim już pozostał.
Znowu Magda chciała myśleć o sobie, ale jéj znowu Oryż przeszkadzał.
Widziała go chwilę we drzwiach. Wychudł i zczerniał, a co najgorsza, miał wyraz tępy i bezmyślny, jakby wiele przecierpiał.
Czy téż to prawdą było, co jéj mówiła Berwińska, że on ją kocha?
Po chwili Oryż wrócił na swe miejsce pod ścianę, a ona znowu zagaiła pierwsza rozmowę.
— Czemu to pan nas nie odwiedzi?
— Nie potom pożegnał i wyniósł się, aby witać i wracać.
— Czy się panu jaka krzywda u nas stała?
— Mnie nikt nie może zrobić krzywdy — odparł pogardliwie.
— Odwiedzał pan Boińską?
— Nie.
— Ona mi poleciła podziękować panu za serdeczną opiekę.
— Głupia! — mruknął Oryż.
Znowu milczenie. Nagle on się odezwał:
— A kiedyż to ślub pani?
— Mój ślub? — drgnęła na ten wyraz. — Ja jeszcze nie wiem, czy on będzie nawet!...
W ciemności oczy jego rozgorzały i swobodnie w nią się wpatrywał. Roześmiał się wnet potém.
— A to się warto pośpieszyć; bo Popielec nie czeka — rzekł szyderczo.
— Pojutrze będę wiedziała — rzekła zcicha i smutnie.
Wstała i zaczęła naciągać rękawiczki. Nie była to chwila do zajmowania Berwińskiéj swemi sprawami, i nawet te sprawy wydały jéj się wobec téj śmierci, która tu wchodziła, bardzo marnemi i pustemi. Zawahała się chwilę i rzekła do Oryża:
— Może im brak środków? — szepnęła poufnie.
— Starczy, niedługo już! — odparł apatycznie zmienionym głosem.
— Więc proszę tylko powiedzieć Berwińskiéj, żem była i że jutro przyjdę.
Wróciła do domu i już zastała Filipa. Rozmawiał zupełnie zgodnie z Osiecką. Spojrzał na nią pytającym wzrokiem, a widząc swobodny wyraz twarzy, poweselał. Coraz bardziéj utrwalał się w pojęciu, że ją kocha.
Osiecka wyglądała przejednana. Po parogodzinnym namyśle przyszła do przekonania, że Magda niewiele straci i niewiele skorzysta, wychodząc za Filipa, a jeśli już ma kogo poślubić, lepiéj swojego towarzysza i kolegę, niż obcego.
„Tego znam, że jest ladaco, więc można się obwarować — innego znać nie będę. Ten nie ma rodziny — wejdzie do naszego domu. Magdy z nim nie stracę, a uratujemy choć resztki spadku. Ostatecznie, lepsze złe wiadome, niż nieznane. Niech się dzieje wola Boża!“
Miał tedy Filip w niéj coś nakształt sprzymierzeńca.
Gdy odszedł, majorowa rzekła do siostry:
— Wiesz co, myślę, że możeś i mądrze obmyśliła. Przestaną ludzie gadać przynajmniéj o tobie.
Magda nic nie odrzekła. Ten wzgląd był tak daleki od jéj poglądów i celów! Uczyniło się jéj bardzo smutno i odczuła wdwójnasób brak Berwińskiéj. Ta by ją pojęła i może dodała otuchy, ale nie mogło być mowy o rozmowie w tych warunkach.
Była zupełnie zostawiona sama sobie.
Jéj energiczny, prosty umysł nie znosił długiego wahania się i niepewności.
Gdy się położyła do łóżka, zebrała myśli i rozpoczęła z sobą krótki egzamin.
„Kochasz jego duszę, chcesz uczynić mu ofiarę ze siebie, uważasz to za swój obowiązek. Po co się wahasz? Jemu nie wierzysz, sobie ufasz. Czegóż się lękasz? Nikt ci tego doradzić nie może, bo to absurd. Niema prawdopodobieństwa, żeby on to ocenił, ani, żeby się przekształcił; ale ty na to się odważasz, więc to rzecz skończona. Będziesz jego żoną, będziesz miała prawa, które on podepce, ale które ci dadzą możność dopilnowania go w niedoli, łacniéj niż teraz. Więc radzić się nie potrzebujesz nikogo, tylko sił własnych. Długo żyłaś bez troski, jakby nie na ziemi. Chcesz sprobować niedoli i walki: wolno ci. Ale w takim razie poco wahanie się i żal nad sobą? Nie byłaś nigdy tchórzem; bądźże i nadal śmiałkiem!“
Zrobiło jéj się raźniéj. Nie było to szczęście i zadowolenie, ale była równowaga i spokój. Zaraz potem przyszła i otucha i nadzieja.
„Przecie może artyzm jego uratuje i spoi nas braterstwo ducha“ — pomyślała już zdecydowana ostatecznie.
I, jakby oswobodzona od zmory, zasnęła twardo i spokojnie, tylko w ostatniéj chwili przed zapomnieniem w oczach jéj przemknęły dwa cienie: Oryża i baronowéj.





VII.

Ślub ich odbył się w ostatnią niedzielę karnawału. Oboje nie chcieli rozgłosu, ani pustéj ciekawości tłumu: wybrali więc bardzo wczesną godzinę i nie rozsyłali zaproszeń.
Osiecka była oburzoną w swych tradycyach, gdy Magda nie chciała weselnego stroju, ani wesela; ale musiała ustąpić obojgu, pomimo że gderała zawzięcie.
Owego tedy ranka poszli we dwoje do Panny Maryi i wzięli ślub. Malicki i Sylwester podpisali się jako świadkowie, i na tém się ceremonia skończyła. Kościół był prawie pusty i nikogo znajomego. Tylko Magdzie się zdało, że przez sekundę za filarem widziała Oryża.
Świadkowie pożegnali ich zaraz po ceremonii; Malicki śpieszył się na konsylium, Sylwester — by nowinę roznieść po całem mieście.
Poszli pod rękę ku domowi. Osiecka poprzedziła ich, wzburzona do głębi.
— Taki ślub, to skandal! Znowu o nich tylko gadać będą. Dobrało się dwoje postrzelonych! Boże, co to daléj będzie!
Filip rękę Magdy do siebie przyciskał, ale ona wcale nie wyglądała na sentymentalną.
Owszem żartowała z konceptów Malickiego i cieszyła się z Sylwestra, który przy obrzędzie kilka razy wzdychał.
— To tak z zazdrości o mnie! — uśmiechnął się Filip, szukając jéj oczu.
— Bynajmniéj! To ze strachu, by go kto z nowinką nie uprzedził. Boże, ile on piętr dzisiaj schodzi z naszéj racyi! — odparła swobodnie.
Przyszli do domu. Ponieważ Osiecka płakała na samą myśl stracenia Magdy, więc Filip tymczasem donajął sąsiednie dwa pokoje i tam się ulokował.
Przez te trzy tygodnie zupełnie wrócił do równowagi. W towarzystwie zawsze wesołéj Magdy odzyskał dawny humor i miał wrażenie człowieka, który powstał z ciężkiéj choroby. Czuł się uratowanym, roił o swobodnéj, dobréj przyszłości.
Baronową spotykał chwilowo na ulicy. Wtedy doznawał uczucia bólu i niepokoju, ale tylko chwilowo, i gwałtem myśl od tego odwracał. Chciał zapomniéć, uciekał do Magdy, szukał jéj oczu, prawił czułości, całował ją po rękach. Trochę go raził jéj humor niefrasobliwy, ale myśl, że należą do siebie, dodawała mu wiary na przyszłość.
Po ślubie Magda pozostała tą samą. Zabrała się do roboty, jak każdego dnia, a jemu kazała sobie czytać głośno.
Gdy mruczał niechętnie, rzekła tonem, jakim się dzieci pociesza:
— Bądź grzeczny i nie grymas. Im prędzéj robotę skończę, tém prędzéj do Włoch wyjedziemy. Żebyś był poczciwy mąż, tobyś wziął drugie stalugi i połowę mojéj roboty na swe barki.
— Wezmę, ale ci popsuję opinię. Nie mogę już malować. Zanadtom sobą i tobą zajęty.
Jednakże ustawił stalugi i wziął się do pracy. Widząc jéj radość, zajął się szczerze i tydzień wytrwał. Potém któregoś dnia pendzel rzucił i ponuro się zamyślił.
Przestała i ona malować i spojrzała nań z niepokojem:
— Zmęczyłeś się? Chodźmy na spacer!
— Nie zmęczyłem się, ale czuję, że już nie jestem zdolny nic tworzyć. Ta robota to nie zapał i nie natchnienie, tylko rzemiosło.
Ścisnęło jéj się serce, i nakłaniała więcéj. Ale wskutek tego stał się rozdźwięk między nimi. On w swojéj bezczynności poczynał się nudzić, a ona to czuła z wielką przykrością i trwogą. Często w pracowni panowało milczenie, którego ona przerwać nie umiała, szukając daremnie w myśli przedmiotu wspólnego zajęcia, a którego on przerwać nie chciał, codzień bardziéj zrażany jéj pozorną dla niego obojętnością.
Wtedy złe myśli go opadały: wspomnienia gorących spojrzeń i uścisków baronowéj, jéj półsłówka drażniące, jéj rozmowy, jéj zajęcie, gdy o sobie opowiadał, jéj zalotne pieszczoty. Tak niedawno się przekonał, że to była sztuka i fałsz; teraz o tém zapomniał i porównywał postępowanie baronowéj z zachowaniem się Magdy, i miał do niéj żal, że go tém samém, co tamta, nie karmi.
Ona zaś zamykała się w sobie i nie chciała mu być natrętną, bo upiór baronowéj stał wciąż w jéj oczach i pamięci, mroził każdy serdeczny poryw.
I tak po kilku tygodniach oboje dalszymi się czuli i bardziéj obcymi sobie, niż przed ślubem, oboje zrozumieli, że idzie do gorszego, i przestali już nawet mówić o przeszłości.
W całym domu jedna Osiecka czuła się zupełnie zadowoloną. Zapomniała już o „skandalu“ ślubnym, cieszyła się statkiem Filipa, obecnością Magdy i zakończeniem uwłaczających plotek.
Młodzi, napędzeni przez nią, złożyli wizyty. Znowu salon jéj był pełen w dnie przyjęcia, z uśmiechem przyjmowała powinszowania znajomych, a co najlepsza, namówiła Filipa, aby jéj oddał do przechowania większą część kapitału.
Téj jednéj upiór baronowéj wcale nie prześladował; przyszłość widziała w różowych barwach.
Dziwna rzecz, Magda nie pomyślała teraz o zwierzeniu się Berwińskiéj. Wprawdzie po śmierci starego delikatność ją wstrzymywała, ale przytém przybył jéj nowy wzgląd. Nie chciała mówić o Filipie, nie chciała być stronną. „Możem ja winna, a będzie wyglądało, że on. Zresztą, jeśli wobec niego milczę, nie powinnam nikomu innemu mówić.“
Po paru tygodniach bardzo porządnego i monotonnego życia w domu Filip któregoś ranka rzekł do żony:
— Nie jestem ci bardzo potrzebny przy pracy. Pójdę do Malickiego na parę godzin.
— Idź i baw się! — odparła ze zwykłym uśmiechem.
Poszedł, a ona, nasłuchując jego kroków na schodach, szepnęła do siebie:
— Wyrwał się jak więzień na swobodę.
Jednakże dnia tego wrócił na oznaczoną godzinę i był weselszy. Wieczorem we troje poszli do teatru. Naprzeciw nich w loży siedziała baronowa z matką, ale pomimo bacznéj uwagi Magda nie spostrzegła, by Filip choć raz spojrzał ku niéj. Piękna pani była, jak zwykle, celem spojrzeń i uwag; nadzwyczajna jéj uroda musiała wywierać wrażenie, pociągać najobojętniejszych. Loża jéj pełna była odwiedzających mężczyzn, a z sali ścigały ją spojrzenia nieznajomych.
Rzecz szczególna. Magda, tak śmiała dawniéj z Filipem, teraz nie odważyłaby się spytać go o wrażenie, jakie baronowa na nim wywiera, a on, który ją życie całe miał za powiernicę, teraz nie pomyślał nawet, by jéj powiedziéć co czuł, i co myślał.
W powrocie do domu tylko Osiecka mówiła, oni oboje milczeli, myśląc może to samo, mimowoli smutni i zgnębieni.
Jednocześnie baronowa wracała z matką i, tak jak oni, milczała, słuchając, znudzona, gawędy radczyni.
— Dziś powinna przyjść depesza od Alberta.
— Dlaczego koniecznie dzisiaj?
— Bo mi się śniły czarne konie, a to oznacza pogrzeb. Zresztą pisał przecie, że Ludwika życie na dni policzone.
— Cóż z tego! Jeżeli myślisz, że mu będzie pilno do mnie, to się grubo mylisz.
— Ech, to farsa! Musi żonę zabrać. Masz prawo o to się upomnieć.
— Tak, ale on ma list, w którym mu zapowiadam, że zwalniam go od wszelkiéj nad sobą opieki. List ty dyktowałaś...
— Wtedy było co innego. Warunki się zmieniły.
— A wiész, czego on chce teraz? Żebym się u nóg jego czołgała!
Wściekłość była w głosie baronowéj.
— Moja droga, za to, co ci teraz dać może, tę scenę warto mu urządzić!
— Cha, cha — zaśmiała się baronowa — warto, zapewne, ale ja wolę zmusić go, aby sam się zgłosił i o mnie się upomniał.
Depeszę zastały istotnie w domu. Baronowa rozdarła ją, spojrzała i odetchnęła głęboko.
— Nareszcie! — zawołała, podając ją matce.
Była lakoniczna: — „Ludwik umarł“.
— Żadnego wezwania, nic! Cóż on sobie myśli? — wybuchnęła radczyni.
— Mówiłam ci — to na niego wygląda! Czuje się panem teraz: będzie się drożył. Teraz się nie odezwie, czeka zaczepki, by odpłacić za te miodowe miesiące, któreś mu wyprawiła.
— Ja? Teraz znowu mnie się czepiasz. Zrobisz z niego bohatera i ofiarę!
— Pewnie, że gdyby nie ty, nie potrzebowałabym teraz obmyślać sposobów na niego. Byłabym z nim razem w San Remo i, zamiast tu pleśniéć, dozimowałabym w Nizzy.
Położyła się, lecz długo zasnąć nie mogła.
Muszę tam pojechać — myślała — muszę go zdobyć, odzyskać. Byle prędzéj!
Nazajutrz wstała rano i poszła na wystawę sztuk pięknych; szukała tam Sylwestra. Jakoż prędko się zjawił i zaraz do niéj zbliżył się ze słodkim uśmiechem.
— Nic nowego? — rzekła, wskazując na obrazy.
— A cóż? — odparł z miną Fauna. — Osieccy obchodzą miodowy miesiąc.
— Bardzo zakochani? — spytała wesoło.
— W angielskim rodzaju. Trés correct, mais suspect!
— Nigdzie go nie widać. Musi być zazdrosna.
— Ma racyę. Ptaszka łatwiéj schwytać, niż utrzymać, a pokusa taka, że się jéj nikt oprzéć nie zdoła...
— Przyznam się panu, że istotnie brak mi go. Miałam słabość do niego. Zerwał! Bóg wie dlaczego. Ci artyści są szalenie fantastyczni i drażliwi.
— Żeby on to słyszał! — pokręcił głową Sylwester.
— No, wątpię, by go teraz cokolwiek oprócz żony zajmowało — uśmiechnęła się.
— Kto to wié! Pani sama twierdzi, że artyści są fantastyczni, a on tak niedawno był szczęśliwy...
— Pan jesteś niemożliwy! — zawołała, uderzając go rękawiczką po ramieniu.
Sylwester wprost po rozmowie z nią poszedł na śniadanie do Finka.
— Będzie Osiecki? — spytał gospodarza.
— Obiecał. Ale co mi Osiecki! Wiész, Oryż znowu pije dzień i noc, pięć rysunków niegotowych, a oo niepoczytalny. To zgroza! I niema na takich kryminału! — wybuchnął Fink.
— Po co! Jest szpital! — odparł obojętnie Sylwester.
— A choćby i cmentarz! ale niech mi robotę skończy.
— Et, głupiś! Poproś Domuntówny, niech go swym wpływem zażyje.
— Ba! Domuntówna nazywa się Osiecka! Niéma o czém mówić.
— To nie mów jéj, ale prześlij swą prośbę przez Filipa. Trochę to im uczyni dywersyi w miłosnych zachwytach.
— A wiész co? Filip ma dobrą głowę. Jak on się prędko obejrzał, że baronowa go spłucze, gdy to dłużéj potrwa! Wziął sobie kobietę solidną i warsztat na pieniądze — teraz jest bezpieczny w razie finansowego krachu. Nie słyszałeś? bywa już znowu u baronowéj?
— Nie, i to ją dziwi.
— Widocznie Faustanger teraz się droży z sobą, kiedy ona taka pokorna! — zaśmiał się cynicznie Fink i wrócił do głównego przedmiotu swéj troski.
— Bodaj się był mój Oryż w niéj zakochał! Potrzebowałby na jéj fantazye pieniędzy i pewnieby pracował.
— Ty-bo masz słabość do niego! Znajdziesz stu illustratorów — nie cyganów. Jabym go się bał nawet zaczepiać.
— Ba, znaléźć — znajdę — przeciągle odparł Fink — ale tych nie opłacić. Oni nie chcą rozumiéć moich ciężkich warunków. Dla nich wydawca to bóbr, którego trzeba obedrzeć ze skóry. A Oryż — przy swém brutalstwie — jest niesłychanie delikatny i niedbały na punkcie zapłaty. Inny-by go wyzyskiwał; ja się nim opiekuję, no, i masz racyę — czuję słabość do niego.
W téj chwili Osiecki wszedł z Malickim i kilku znajomymi; rozmowa stała się ogólną.
Ale Sylwester z miną tajemniczą i poważną póty kołował przy Filipie, aż zwrócił jego uwagę.
— Co mi się pan przypatrujesz, jakbym się zmienił? — spytał żartobliwie.
— Ba, zmiana wielka! Przybyło ci powagi! Jakże żoneczka! Wszyscy ci zazdroszczą.
— Ja nikomu! — odparł hardo Filip.
— Wierzę, wierzę! Ale powiedz mi, co to znaczy, że przestałeś bywać u baronowéj?
Patrzał mu tak dobrodusznie w oczy, że przez chwilę Filip się zmieszał.
— Jakto nie bywam? — rzekł, ochłonąwszy. — To naturalne. Teraz ja nie bywam, ale my bywamy, więc stosuję się w tém do stosunków żony.
— Bo, widzisz, gadają o tém — szepnął poufnie Sylwester. — Ja cię bronię, a raczéj ją, baronową, od zarzutów uwłaczających. Mnie jéj bardzo żal, bo ona cierpi na tém.
— Nad czém? — ostro spytał Filip, a czuł, że go dreszcz przeszedł.
— Nad twoją zmianą.
— Mówiła to panu?
— A jakże! Wspomina cię tak sympatycznie; pojąć nie może, co ci się stało. Bo i prawda! Byłeś jéj narzeczonym, mąż nie chce dać rozwodu: cóż ona winna, za co ją karzesz? I jéj żywot nie słodki! Wiész przecie! Nie godzi się go pogarszać jeszcze nową obmową z twojéj racyi. Znam zaś dobrze twoją żonę i ręczę, że byłaby mojego zdania.
Filip milczał, patrząc w ziemię. Była to pierwsza pokusa, podana w zdradnéj formie szlachetności. Oburzył się w pierwszéj chwili, odczuł ból, potém przypomniał sobie rozkosz, potém zaczął z sobą się certować: czego ma pilnować, swojego obowiązku honoru, czy swojego obowiązku uczciwości?...
I powoli jego chęci zaczęły się chylić ku temu dziwnemu honorowi, który nakazuje oszczędzać opinię kochanki, a pozwala oszukiwać żonę.
Odzyskał zupełnie panowanie nad sobą i rzekł ze swobodą światowca:
— Postaram się przekonać panią baronową, że jeślim ją uraził, to tylko niechcący.
— To dobrze. Tak się należy! — potakiwał Sylwester, zupełnie przekonany, że w sprawie téj odegrał także zaszczytną rolę.
Magda dnia tego wybrała się do Zaklickich, a po powrocie nie zastała Filipa.
Osiecka piorunowała na nieporządek z obiadem, ale ją artystka zaczęła reflektować.
— Ależ, Maryniu, przecież on nie jest twoim wychowańcem ze szkółki! Dajże mu swobodę.
— A daj, daj! Ładnie na tém wyjdziesz, zobaczysz! Jestem pewna, że on cię już oszukuje.
Może być, ale go zaczniemy więzić i musztrować, jak rekruta, to musi być! Otóż i dzwoni.
Poszła sama otworzyć i rzekła wesoło do wchodzącego:
— Drugi winowajca. I ja spóźniłam się na obiad. Chodź prędzéj, weź na swoje barki połowę gderania.
— Przepraszam — rzekł Filip. — Miałem parę wizyt po śniadaniu i — chciał powiedziéć — „byłem u baronowéj“, lecz coś go powstrzymało, więc się zaciął i dodał: zapomniałem godziny.
Dlaczego się nie przyznał? Nie bał się żony; był pewien, że gdy powié powód, ona sama tę wizytę pochwali; nie miał jeszcze nic na sumieniu, ale pod Magdy jasnym wzrokiem uczuł wstręt do siebie, i skłamał.
To był pierwszy krok na zawrotnéj pochyłości.
Przy obiedzie tknęło go coś, jakby chęć szukania w niéj winy na swoje usprawiedliwienie, więc rzekł złośliwie:
— Wiész, że twój Oryż z desperacyi po tobie dochodzi do białéj gorączki?
— Cóż to za jéj Oryż? — oburzyła się Osiecka.
— Bo się w niéj kocha na umór.
— Także racya!
Vox populi, vox Dei. Naturalnie, że w to nie wierzę, ale słuchać, co ludzie plotą o nich, to mi nie bardzo słodko, a miéć takiego rywala, — to wcale niepochlebne...
— Żebyś był człowiekiem, toby ci nikt nie śmiał wspominać takich głupstw.
— A ja wolę słyszéć otwarcie, niż być ośmieszanym zaocznie.
Magda słuchała w milczeniu, nie z przykrością, ale ze wstrętem. Pierwszy raz miał ten ton i ujmował się u niéj o siebie niby.
Byłaż to miłość i zazdrość, czy tylko szukanie pozorów? Nie odezwała się ani jedném słowem i nawet nieznacznie poprosiła siostry wzrokiem, aby nie przeciągała dysputy.
Osiecka, z wielkim trudem, ale pohamowała oburzenie, i Filip pozostał panem placu, wcale nie jak tryumfator jednakże, ale zawstydzony i nieswój.
Kobiety poczęły mówić z sobą, jakby go nie było. Poczucie winy rosło i zarazem nielogiczny gniew, nie na siebie, ale na nie.
Zaledwie obiad się skończył, poszedł do siebie i wziął się do czytania, ale nie uważał na treść. Bunt w nim wzbierał i praca złego sumienia, żeby koniecznie postawić się w roli ofiary.
— Cóż ona? Żoną mi jest? Kocha mnie? dba? Poszła za mąż, czy ja wiem poco? Mówi, że z miłości się dla mnie ofiarowała! Śliczny frazes, tylko nie mnie tém zwodzić. Ja wcale jéj ofiar nie potrzebuję! Dałem jéj pozycyę, nazwisko, obroniłem ją przed złą opinią! I mam jeszcze znosić rolę Bóg wié jaką. Guwernantką chce mi być! Bardzo proszę — obejdę się! Ja dałem więcéj, niżby kto się zdecydował, a ona mi zdaje się łaskę świadczyć. Oryż jéj nie smakuje, wierzę, ale go jéj nie daruję. Ma słabostki ta Westalka!
Podniecał się w ten sposób i wyrabiał sobie wobec sumienia bezkarność, głos rozsądku i logiki głusząc gwałtem. Byłby rad, żeby Magda przyszła w téj chwili, żeby powiedziała słowo wymówki, aby jéj swą żółć mógł wyrzucić.
Ale Magda — słychać było — niefrasobliwie wzięła się do roboty i, przerzucając farby w pudełku, nuciła zcicha.
To mu posłużyło za nowy powód oburzenia.
— Śpiewa... albo ją co obchodzi, oprócz smarowania? Czy ona dba o mój sąd, czy ona mnie ma nawet za godnego odpowiedzi i tłómaczenia? A jam, głupi, myślał, że ona dobra sercem, ona dobra, bo obojętna na wszystko. To kamień i drewno! Żebym téż jéj teraz w téj chwili powiedział, że tamtę kocham, toby odpowiedziała żartem, konceptem, radą! To nie kobieta: to anomalia.
Rzucił książkę i wszedł do pracowni.
Magda stała u okna nad naczyniem z wodą i zanurzała w niéj zeschłą jerychonkę. Poczém umieściła ją na świetle nieopodal pieca.
— Cóż to? Próbujesz, czy ci zakwitnie? — spytał.
— A tak. Doktorowa Malicka prosiła mnie o tę próbę. Ciekawam, czy się uda? Dawno ją masz?
— O, więcéj niż od roku. Znaleźliśmy ją po drodze z panią Thomas. To była kapitalna kobietka! Cré nom, bodaj tego dnia właśnie w czasie téj wycieczki, doszliśmy do porozumienia.
Kłamał. Pani Thomas nigdy nie flirtowała z nim nawet, ale chciał spróbować, jakie wrażenie zrobi na Magdzie ta brutalna wzmianka.
Artystka wzięła wielkie in folio, pełne rysunków ubiorów, kapłanów żydowskich, i t. d. i — poczęła przerzucać kartki.
— Może masz fotografię téj pani Thomas? Pokaż, czy ładna? — spytała obojętnie.
— O, ładna twarz to mała część ładnéj osoby, więc fotografia to głupstwo. Możesz mi wierzyć na słowo, że warta była — zapomnienia.
— To niewielka pochwała! — zaśmiała się z dwuznacznika.
— Czy nie wyjdziesz dzisiaj na spacer? — spytał.
— Nie, roboty mnóstwo, i tak mi dobrze idzie!
Zaśmiał się szyderczo.
— Wiész co, że gdybym wiedział, iż taką dostanę towarzyszkę, tobym wolał trapistą zostać. Jeśli nie malujesz, to czytasz. Szkoda jednak, że nie raczysz znałéźć chwili dla mnie. Ostatecznie taki dom może przyprawić o melancholię.
— Znałeś mnie dobrze i wiedziałeś, co bierzesz.
— Ty również! Wiedząc, że nie będziesz ani żoną, ani towarzyszką, lepiéjbyś zrobiła nie korzystając z mojego szału i nie oszukując!
Odrzuciła hardo głowę, wyprowadzona z cierpliwości.
— Nigdym nikogo nie oszukała. Powiedziałam ci otwarcie i szczerze, jaką jestem i co dać mogę. Nie spodziewaj się ode mnie szału i zaślepienia, ani ofiary z tego, co kocham nad wszystko — sztuki. Uraziłeś mnie dzisiaj ciężko, to dosyć, że ci daruję; ale ustępować ci i udawać czułość — nie myślę. Nie znoszę scen, i tego ode mnie nigdy nie doznasz; ale téż kłamstwa i obłudy nigdy się nie spodziewaj. Nie rozumiem, co ci się stało dzisiaj, i myślę, że gdy się opamiętasz, sam to pojmiesz, iż nie mam ochoty mówić z tobą.
— Bardzo dobrze, i owszem! Nie miéj mi więc za złe, jeśli poszukam sobie milszego towarzystwa i rozrywek wśród ludzi. Nie mam powołania na anachoretę, ani na Toggenburga!
Zatrzasnął gwałtownie drzwiami i wyszedł.
Magda wzięła się do roboty, ale cały jéj zapał i poryw artystyczny zatruła ta scena.
Pierwszy raz zdała sobie sprawę, że wzięła na siebie pracę nad siły, zadanie, do którego nie miała powołania.
To uczucie dla Filipa, tak czyste i idealne, które napełniało jéj życie, jak zapach napełnia kwiat, teraz, gdy się stało obowiązkiem, rzeczą powszednią, wpisaną w regestr ziemski i społeczny, straciło dla niéj cały urok. Ofiara, raz dokonana, sprawiała jéj nudę i niesmak, a więc była to błędna ofiara.
Osiecka słusznie kiedyś jéj rzekła, że sztuka to kapłaństwo, a ona nieopatrznie dała jéj rywala w człowieku. Teraz będzie zawsze w rozterce między obowiązkiem a powołaniem; teraz się musi sprzeniewierzyć jednemu z dwojga.
Dla jéj prawéj i prostéj natury położenie takie stawało się nieznosném.
Filip wrócił późnym wieczorem z wesołéj kolacyjki w świetnym humorze. Nie pamiętał sceny domowéj i podniecony bez ceremonii objął żonę i pocałował ją w usta.
Uchyliła się ruchem instynktownym, którego wnet pożałowała, bo on go spostrzegł i wnet zasępił się i otrzeźwiał.
— Przepraszam za ubliżenie! — rzekł sztywnie.
Chciała go przejednać, ale nie potrafiła skłamać, a pamiętała każde jego złe słowo przy obiedzie: więc milczała, zajęta niby bardzo zaplataniem swych warkoczy.
— Słuchaj! — odezwał się po chwili. — Czemu nie chcesz bywać u baronowéj?
Wzdrygnęła się, ale przemogła pierwsze wrażenie i odpowiedziała spokojnie:
— Mam takie liczne koło znajomych! Nie lubię nowych stosunków.
— A gdybym cię poprosił, byś zechciała jéj złożyć wizytę ze mną — poszłabyś?
— Jestem tak pewna, że tego nie uczynisz, iż nawet nie myślę o takiéj alternatywie.
— Jakto? Byłabyś zazdrosną? Nie do uwierzenia!
— No — na to nie trzeba zazdrości, tylko godności!
— Więc stanowczo odmawiasz?
— Nie odmawiam, ale proszę, byś mnie nie stawiał w konieczności wyrażenia o tém swego zdania!
— Szkoda bardzo, bo ja tych stosunków zrywać nie mogę. Chciałem uczciwie, byś była ze mną; tembardziéj, żeś zawsze broniła jéj przed oszczercami.
— I bronić będę, ale znać nie chcę! Ach — więc przecie ożyła dla ciebie! Mówiłam ci, żeś ją pochował w letargu.
Ton był żartobliwy, ale na dnie ból i gorycz.
Filip jednak tylko żart posłyszał.
— Cieszy mnie, że cię to bawi — rzekł ironicznie.
— Nie bawi, ale spodziewałam się tego — odparła.
Teraz zrozumiała jego zły humor. To tamta wracała; a ona była naiwna i głupia!
Od tego wieczora Filip począł prawie całe dnie spędzać po za domem; między nim a żoną ułożył się stosunek zimny i etykietalny — dla ludzi i dla Osieckiéj szczególnie.
Tę jedną chciała oszczędzić Magda, to téż nauczyła się zmyślać lub tłumaczyć Filipa.
Majorowa zatrzymała o nim pochlebną opinię. Gdy wracała ze szkoły i zastawała Magdę samą — otrzymywała odpowiedź, że Filip przed chwilą wyszedł. Gdy opuszczał obiad, Magda twierdziła, że go sama namówiła na wycieczkę z kolegami. Gdy go nie było wieczorem, tłómaczyła, że to przecie nic nadzwyczajnego, iż się gdzieś zabawił.
Osiecka z początku brała się na ten haczyk, ale potém co raz bardziéj burczała. Gniewało ją szczególnie to, że Magda, niby zwykle spokojna, czynna i zadowolona, traciła wesoły humor, mizerniała i miewała niekiedy oczy bardzo smutne i zamyślenia ponure.
Przy ludziach śmiała się i żartowała, jak dawniéj, ale był to już przymus; a gdy ludzi zbrakło, milkła i nie słychać jéj było w domu.
Tymczasem miało się ku wiośnie i słońce czasem bardzo wesoło zaglądało w okna pracowni, a po ulicach roznoszono fijołki. Mówiono już o letnich wycieczkach, a i Wisła zdarła lód z siebie.
Pewnego dnia Malicki wstąpił do Osieckich, a zwiedziwszy przedewszystkiém szkołę, zaszedł do Magdy.
Obejrzał ostatnie jéj roboty, pochwalił niektóre Stacye, a potém usiadł do gawędki.
Mówił o tem i o owem, coś zafrasowany, wreszcie odsapnął i rzekł:
— Wié pani, że ja uczynię propozycyę, któréjbym nikomu innemu nie zrobił...
— I owszem, dziękuję za zaufanie! — uśmiechnęła się.
— Niech pani spróbuje powstrzymać Oryża przed zatraceniem życia i talentu...
— Jakto?
— A no, ma pani nad nim wielki wpływ. Przez te dwa lata, co się u was stołował, stał się zdrowym. Teraz o krok jest od śmierci, a mnie żal, gdy młody umiera. Pomyślałem tedy: powiem jéj o tém, nie posądzi mnie o nic, a może razem co obmyślimy. Rozumie pani?
— Rozumiem, ale i pan zrozumie, że uczynić nic już nie mogę. Jak go pan zna, rady nie przyjmie, prośbę drwiną zbędzie; może jeszcze na przekór uczyni.
— To téż niech pani nie radzi i nie prosi, ale wymaga. Za skutek ręczę, chyba pani nie chce się tém zająć.
— Ależ on u nas nie bywa wcale! Nie spotykam go nigdzie.
— Może go pani spotkać u panny Berwińskiéj.
Zamyśliła się i po chwili rzekła niby wesoło:
— Jeśli panu na tém zależy, mogę to zrobić, ale nie wierzę, bym kogo mogła od zatracenia wstrzymać.
— No, a ja ręczę! — odparł doktor, patrząc na nią z rzetelném uznaniem. — Dlaczegom to powiedział. Szkoda mi człowieka: umierać mu nie pora; a żyć jak bydlę nie powinien.
Gdy odszedł, Magda po namyśle postanowiła odwiedzić zaraz Berwińską. Doczekała wieczora, a że Filip, jak zwykle, był na mieście, opowiedziała się Osieckiéj i poszła.
Berwińska po śmierci ojca przeniosła się do mniejszego jeszcze lokalu; zajmowała malutki pokoik, nie prowadziła nawet kuchni, pracowała parę godzin więcéj.
Od czasu swojego ślubu Magda nie była u niéj, a teraz idąc rozmyślała, co ma jéj powiedzieć. Postanowiła jeszcze milczéć.
Znalazła Berwińską, jak zwykle, zajętą rozcinaniem arkuszy etykiet, jeszcze bledszą i mizerniejszą, niż za życia ojca.
Spojrzała na nią, i postanowienie jéj się zachwiało. Jeśli spyta, powié jéj wszystko.
Ale Berwińska nie okazała niczem, że wié nawet o zmianie jéj losu. Zapytała o pracę.
— Ano, maluję Stacye. Po Wielkiéjnocy myślę wyjechać na paromiesięczny wypoczynek. Nie uwierzysz, jak tęsknię za spokojem i próżnowaniem.
— Gdzież jedziesz?
— Nie wiem. Przecie mam męża — niby!
Berwińska podniosła głowę, popatrzała na nią, ale nie podniosła kwestyi.
Magdę zabolało to milczenie, jak wyrzut.
— Masz żal do mnie? — spytała serdecznie.
— Nie, tylko mi żal ciebie.
— Czemu? Wyglądam nieszczęśliwa?
— Wiesz, jak ci jest, beze mnie. Po co pytasz?
— Ty mi czasem robisz wrażenie jasnowidzącéj.
— Nie jestem nią, ale znam ciebie i mam wiele czasu do zestawiania faktów i wysnuwania wniosków. Ostatnim razem, gdym była u ciebie, byłaś ze sobą w niezgodzie; potem nie dałaś znaku życia. Teraz milczysz: więc cierpisz! Oto moje jasnowidzenie.
— Jak zawsze, zgadłaś. Cierpię, bo mu jestem już kulą u nogi. Tegom nie pragnęła.
— Poczekaj, aż będzie nieszczęśliwym; wtedy dopiéro się przekonasz, czem jesteś.
— Ależ on może być właśnie nieszczęśliwym przeze mnie! Myślę, że lada dzień mnie znienawidzi, jako obowiązek i pęta. Chciałam go zjednać dla siebie: straciłam już nawet zaufanie. Jeśli jeszcze dotąd nie kłamie, to dlatego, że mu pozwalam otwarcie się sprzeniewierzać.
— Nie pora na wyrzuty, gdy faktu zmienić nie można. Trzeba myśléć, co daléj.
— Daléj? Biedny on; dla niego to daléj jest tylko zgryzotą i zawodem. Wiesz, że wrócił do baronowéj?
— Spodziewałaś się tego.
— Tak, ale cierpię i jestem męczona skrupułami, że to moja wina.
— To już za wiele brać na jedne barki. Otrząśnij się ze skrupułów, zachowaj swój cel. Chciałaś go strzedz, ale nie obciążać swego sumienia jego słabościami. Na to sobie nie pozwalaj, bo nie wybrniesz, jak z ruchomych piasków. Patrz trzeźwo! Dałaś mu zdrowie i czyste serce, życzliwą i silną dłoń. Gdy to sponiewiera, daj mu opiekę w biedzie, a duszę zachowaj dla siebie. Nie może być nieszczęśliwym zupełnie ten, co ideał ma w życiu! Nabierz więc otuchy i nie zasklepiaj się w troskach uczucia.
— Dziękuję ci. To zdrowie i praktyczne, co mi radzisz. A teraz jeszcze jedno. Widujesz ty Oryża?
— Widuję! Przychodzi tu niekiedy, mało co mówi, jak osowiały w próżnię się wpatruje, potém bez pożegnania odchodzi. Kaszle okropnie i oczy ma gorączkowe. Myślę, że biedak nie długo będzie się męczył. I to dobre dla niego.
— Malicki mnie dzisiaj prosił, bym wymogła na nim, ażeby pić przestał. Obiecałam, ale wiem, że oberwę impertynencyę albo szyderstwo. Mniejsza o to: był mi dwa lata dobrym kolegą, żal mi go — powiem! Nie wiész, kiedy przyjdzie?
— Może i dzisiaj, bom go prosiła o książkę jaką o sztuce ornamentacyjnéj. Obiecał się wystarać, więc może dziś przyniesie. Zaczekaj.
Magda skinęła głową, poczęła dla zabawy rozcinać etykiety.
— Jak ci teraz pusto! — rzekła serdecznie.
Berwińska jeszcze niżéj spuściła głowę i zacięła usta.
— Więcéj już mam z tamtéj strony, niż z téj! — odparła po chwili spokojnie. — To dowód, że i mnie już do tamtych bliżéj.
— A ten domek z ogródkiem? Pamiętasz?
— O, tego się nie zrzekam. Mam plan domku i rysunek klombów w głowie. Opowiadam sobie saméj różne bajeczki, i dobrze się bawię.
Uśmiechała się, mówiąc, i tylko bardzo wprawne oko poznałoby, że śmiech ten był to istny Galgenhumor!
— Żebyśmy mogły razem spędzić parę letnich miesięcy! Tobie potrzebny wypoczynek, mnie twoje towarzystwo. Jestem pewna, że ty-byś nabrała sił fizycznych, a ja moralnych do znoszenia życia. Czasami bywa ono ciężką pracą.
— Tak, ale to właśnie jest hygieniczną gimnastyką. W odpoczynku i spokoju siły sztywnieją jak muskały. Brak wprawy i ćwiczenia kosztuje potém w dwójnasób.
Magda miała wielką pokusę spytać ją o jéj osobiste troski, ale nie śmiała, tak ta niedola hardą była i tak starannie ukrywaną. Bała się urazić ją nawet serdeczném współczuciem.
W téj chwili ktoś nieśmiało do drzwi zastukał. Berwińska zwróciła się żywo do Magdy i rzekła szeptem:
— Usuń się trochę na bok. To Oryż! Gdy cię zobaczy, gotów uciec od progu. Ja go tu wciągnę: wtedy już zostanie.
Magda usłuchała machinalnie, a Berwińska otworzyła drzwi i pozdrowiła uprzejmie Oryża.
— A to pan, i z książką! Dziękuję i proszę na herbatę! Pomoże mi pan obejrzéć te rysunki.
Oryż wszedł i dopiéro, gdy zdjął palto, spostrzegł Magdę. Pierwszy ruch był taki, że chciał zemknąć; ale się przecie opamiętał, ukłonił i usiadł przy stole, starając się, by twarz jego pozostawała w cieniu.
Berwińska zaraz zajęła się książką, i to wnet zerwało przymus. Oryż, jakby nie wiedział o obecności Magdy, nie zagadał do niéj, ani spojrzał. Ona zaś, patrząc nań, rozmyślała, jakby zagaić polecenie Malickiego.
Wreszcie ozwała się:
— Ależ pan kaszle! To nowy nabytek?
— A cóż to — nie stać mnie na coś nowego? Mogę sobie na ten zbytek pozwolić. Niedrogo kosztuje — bąknął.
— Tymczasem, dopóki pana nie wygna do Włoch.
— Do Włoch, mnie? Bez tego się obejdę! Wolno mi umrzéć, gdzie mi się podoba i kiedy.
— Każdemu tchórzowi dezercya wydaje się rzeczą zupełnie słuszną.
— Dezerterem nie jestem, bo nigdzie nie służę!
Wskazał Berwińskiéj jeden rysunek i przytém o jeden cal więcéj do Magdy plecami się zwrócił. Ale ona nie zrażona ciągnęła daléj:
— Skończył pan już album krakowski?
— Nie! — mruknął.
— Dlaczego?
— Bo mi się nie chce! — odparł już złym tonem. — Co to panią może obchodzić!
— Widocznie obchodzi. Zresztą bardzom rada, że pana spotkałam. Mam do pana pewne polecenie.
— Od kogo? — spytał, głowę raz pierwszy podnosząc.
— Od siebie saméj. Dlatego proszę mnie do domu odprowadzić. Powiem po drodze.
— Wcale nie mam ochoty pani towarzyszyć, bo mi to nie po drodze.
— No, to mi wszystko jedno. Nałoży pan drogi w takim razie — i tyle! Późno już, muszę wracać. Chodźmy!
Zaczęła żegnać Berwińską i ubierać się.
Oryż chwilę się wahał, zupełnie wytrącony z równowagi stanowczym tonem, potém wstał niechętnie, opieszale i mruknął, ruszając ramionami:
— Tak mi miło włóczyć się licho wié gdzie po nocy, jak psu tańczyć.
Jednakże naciągnął palto i wyszedł za nią.
W sieni burkliwie spytał:
— No, cóżto za polecenie?
— O, nawet dwa i nawet nie polecenie, ale wymaganie.
— Może rozkaz? — zaśmiał się ironicznie.
— Właśnie! — tylko mi pan przedewszystkiém zaręczy, że spełni i przyzna prawo wymagania.
— Bagatela. Tylko tyle!
— Spełni pan? Prawda? — nalegała.
— A cóż to? Ja pani pudel?
— Nie, ale mi pan powinien dogodzić. Przecie pan wié, że pana znam, więc nie zażądam czegoś przykrego. Przez dwa lata nie naraziłam pana nigdy na alternatywę odmowy.
— No, więc jeśli się zgodzę, to pytam: jakie pani prawo ma żądać czegośkolwiek ode mnie?
— To prawo pan sam zna.
Zaśmiał się szyderczo, ale nic nie rzekł.
— Więc zgoda? — spytała.
— Niech pani mówi, o co chodzi — mruknął zamiast odpowiedzi.
— Panie Andrzeju, od jutra nie weźmie pan do ust kieliszka. Dla mnie to pan uczyni. Będę bardzo, bardzo z tego szczęśliwa!
— A pani co do tego! — wybuchnął szorstko.
— Wymagam tego od pana! — odparła spokojnie.
— Także racya! A cóżby pani powiedziała, żebym ja czego od pani wymagał?
— Spełniłabym bez wahania.
— Cha, cha! bo pani myśli, że to żart. No, a ja postawię warunki. Słowo za słowo!
— Czego pan żąda?
Zaciął się, zawahał, a potem z nagłą determinacyą:
— Jak pani będzie kiedy źle i trzeba będzie posłańca lub sługi, to pani mnie wezwie.
Ledwie wykrztusił, już rad był pod ziemię się ukryć ze wstydu, z bojaźni, że odmówi lub żartem mu odpłaci za tylokrotne szyderstwa. Ale ona bardzo poważnie podała mu rękę i rzekła:
— Zgoda, niech się pan oszczędza, pracuje i myśli, żeś mi pan potrzebny!
Uścisnęli sobie dłonie i nie odezwali się więcéj, aż do drzwi jéj domu. Wtedy rzekli sobie krótko: dobranoc, i on powlókł się daléj, do swéj kletki na strychu.
Magda zastała siostrę zafrasowaną.
— Coś się stanie złego! — rzekła jéj szeptem. — Filip zażądał, bym mu dała z jego summy dziesięć tysięcy reńskich. Wyglądał jak złodziéj, gdy to mówił. Zlituj się, dowiedz się, co zamyśla. Może być nieszczęście! Czy nie wpadł między graczów? Ty bo na wszystko mu pozwalasz.
— Dowiem się — odparła Magda spokojnie.
Filip pisał przy biurku; gdy weszła, schował papier do szuflady i spytał ją obojętnie: czy się dobrze bawiła? Odpowiedziała, ale nie spełniła polecenia siostry. Nie czuła się w prawie badania go, ani wymuszania zwierzeń. Nie czuła się téż w mocy współzawodniczenia z baronową i zdawała się na zły los, który, czuła, że do drzwi jéj już kołace.
Nazajutrz pierwszym w redakcyi Finka był Oryż. Zasiadł do roboty, pół dnia milczał, z miną zbójcy, po południu zaczął gwizdać oberki. Fink zacierał ręce i tak się rozczulił tą rehabilitacyą, że wieczorem zaprosił go na przekąskę.
Oryż, rzecz niesłychana, przyjął. Poszli do Hawełki i Fink zaproponował koniaku.
— Nie chcę. Nie piję! — odparł z godnością malarz.
— Ty? Pocoś więc przyszedł?
— Bom głodny. Daj mi mięsa i oczu nie wytrzeszczaj! Już i bez tego masz głupią fizyognomię.
Ale Fink tak łatwo w cuda nie wierzył. Proponował mu po kolei porter, wino, piwo, poncz, i za każdą odmową bardziéj się zdumiewał. Wreszcie przyszedł do wniosku, że Oryż ma paroksyzm statku, który trzeba wyzyskać najkorzystniéj dla interesu.
— Za tydzień rysunki skończysz. Możebyś mi zrobił illustracye do „Anhellego?“
— Zrobię. A co mi dasz za nie?
— Sto reńskich. Połowę zaliczki.
— Nie chcę ani stu, ani zaliczki. Jak mi dasz trzysta odrazu po skończeniu, to się zabiorę do roboty, jak nie, to za tydzień pojadę szukać pracy w Wiedniu. Dziesięć lat mnie okradasz: to dosyć na jednego człowieka.
— Spytaj, kogo chcesz, czy ci mało proponuję. Dziesięć reńskich rysunek — to waga złota.
— Jak sobie chcesz. Moja cena jest trzydzieści.
— Zwaryowałeś!
— Może być! Dlatego wyjeżdżam z Krakowa.
Rzucił serwetę na stół i, nie żegnając swego amfitryona, wyszedł.
— Nietęgo wyjdę, jeśli znowu pić nie zacznie — pomyślał frasobliwie Fink.
Nazajutrz i dni następnych Oryż był wzorowym. Przestał nawet być postrachem gości redakcyjnych, bo znośnie na pytania odpowiadał i nie wymyślał nikomu.
Gdy skończył ostatni rysunek i przyszedł po resztę należności, Fink przyjął go z najsłodszym uśmiechem.
— No, jakże? Bierzesz illustracye?
— Nie. Nie jestem magnat i tchórz, abym się dał obdzierać na gościńcu.
— Dam piętnaście reńskich!
— W knajpie pod „Rakiem“ poszukaj pijanicy Oryża: niech ci pracuje! Ja jadę do Wiednia, gdzie mi proponują robotę taką, przy któréj wystarczy na jadło. Zostawię ci po sobie to zdanie, że pijak może pracować tanio, bo głodu nigdy nie doświadcza, ale kto jada, ten ceny twojéj nie przeżyje! Bądź zdrów i hoduj pijaków co najwięcéj!
Poszedł do swéj kłetki, a że nie miał co pakować, więc oczekując godziny pociągu, usiadł przy stoliku i po długim namyśle i zniszczeniu kilku brulionów napisał do Magdy:
„Jadę do Wiednia, bo tu musiałbym pić z głodu, a tam będę jadł z pragnienia. Mam kollegę i obiecaną dobrą robotę. Myślę, że zacznę oszczędzać, więc jak mi co zostanie, to pani odeślę do schowania. Posyłam adres nie po to, żebym chciał odpowiedzi, nawet tego wcale nie pragnę, ale żeby pani wiedziała, zkąd mnie zawołać w razie potrzeby. To i wszystko!“
Podpisał i uznał, że dobrze zredagował. Potém wsunął list w kopertę i zaciął się na adresie. Wreszcie napisał: „Wielmożna Magdalena Domuntówna“ — i resztę nocy spędził bezsennie. Nad ranem opuścił na zawsze kletkę, nasunął kapelusz na oczy, podniósł kołnierz paltota i, jak złoczyńca, poszedł na Floryańską.
Oprócz policyanta nie było nikogo na ulicy: więc chwilę się zatrzymał, patrząc w okna, potém stęknął i ruszył daléj.
Berwińska, idąca bardzo rano do zakładu, spotkała go na drodze. Czekał na nią i śpieszył się, bo mało chwil miał do odejścia pociągu.
— To list! — rzekł. — Już może tu nigdy nie wrócę, więc napisałem z pożegnaniem. Wiadomo, trzeba czasem, jak małpa, naśladować głupców. Jak mi dobrze pójdzie, to i panią namówię na przeprowadzkę, bo tutaj nigdy pani nie skończy swego zadania. Doprawdy, niech pani się nie zżyma. Żeby człowiek żył do śmierci, toby furda była, ale człowiek żyje do choroby, do starości, do niedołęstwa, a potém co robić? Aha, o tém trzeba myśléć! No, żegnam panią. Dam znać o sobie!
Uścisnął jéj dłoń i pobiegł w stronę dworca. Ledwie był ranek, Oryż kupił bilet i wyszedł na perron od ulicy, by raz jeszcze swój Kraków pożegnać. Słońce wschodziło już, wiosenne, wesołe, i w czystem powietrzu rozpoczynały swój koncert setki kościelnych dzwonów. Malarz słuchał i patrzał, nastrojony poważnie, i pomimo smutku rad z siebie, spokojny po ciężkim przebytym boju i męce. Wtem kareta stanęła u podjazdu i spłoszyła go z rozmyślań.
Drzwiczki się otworzyły i wysiadł Filip.
Oryżowi zabiło serce. Osiecki komuś podawał rękę — będzież to ona? Ale wnet się uspokoił, a raczéj doznał uczucia zdumienia i zgrozy. Z karety wysiadła baronowa.
Tragarze rzucili się po tłomoczki ręczne, inni do dorożki pełnéj kufrów, którą im wskazał Filip. On sam podał ramię pięknéj pani, i weszli do sali. Oryż, niepoznany, w ślad za nimi, nastawiając uszu na rozmowę. Cały był wzburzony tém spotkaniem, ciekawy zakończenia. Ale w gwarze i natłoku nic dosłyszeć nie mógł, i wnet mu zniknęli z oczu.
Po chwili Filip znowu się na sali ukazał, dozorując zdawania kufrów. Wtedy posłyszał Oryż, że bagaż szedł do Wiednia, i zobaczył w ręku Osieckiego jeden bilet pierwszéj klasy.
— Odprowadza ją tylko! — pomyślał na pół z zawodem, na pół z radością. — Te dwa uczucia tak się splątały w jego duszy, że nie mógł rozpoznać, które silniejsze, które droższe.
Nareszcie rozległ się pierwszy dzwonek. Fala ludzi zalała perron; Oryż stanął przed wagonami pierwszéj klasy, na czatach.
Filip i baronowa przeszli obok niego, zajęli osobny przedział; on wciąż czatował.
Po drugim dzwonku Filip wysiadł i stanął u okna, które piękna pani otworzyła i wychylona rozmawiała wesoło.
— A zatem pojutrze będę miał depeszę z Wenecyi. Nie zapomnij, bo będę niespokojny, jak drogę odbyłaś! — rzekł Osiecki po francuzku.
— Jedź razem, to będzie weseléj i swobodniéj! — rzuciła mu kusząco.
— Nie mów, bo dość i bez tego ciężki mi będzie ten tydzień.
— Ale ani dnia dłużéj, pamiętaj. Będę się nudziła nieznośnie.
— Może dzień wcześniéj chyba! — odparł z gorącem spojrzeniem. — Oh, ten tydzień, to wiek.
Gwizd sygnału, pociąg już drgnął. Oryż musiał pędzić do swego wagonu, ale dosłyszał jeszcze pożegnanie baronowéj.
— Do widzenia, mon chéri! Czekam z niecierpliwością i... kocham!
Pociąg ruszył; gdy mijał Osieckiego, Oryż wychylił się przez okno i krzyknął:
— Pomyślności... kłamco i złodzieju!
Filip, zapatrzony w okna dalsze, uśmiechniony, drgnął, spojrzał i poczerwieniał. Zdało się Oryżowi, że mu laską wygrażał — i zniknęło mu wszystko z oczu: Kraków, ludzie znajomi, życie dawne. Jechał do nowego i czuł, że może dożyje chwili, gdy będzie mógł Magdzie usłużyć...





IX.[1]

Pewnego dnia Filip wyszedł z domu wieczorem i na noc nie wrócił. Od kilku dni był rozdrażniony, nieswój, prawie do żony się nie odzywał, ciągle miał interesa na mieście, a wieczorami pisał, zamknięty w swoim gabinecie.
Magda, o ile mogła, ukrywała przed siostrą zły stosunek, ale Osiecka oddawna wiedziała, co się święci, i codzień czekała katastrofy.
Gdy tedy rano Magda sama przyszła na śniadanie, spytała niespokojnie:
— Gdzież Filip?
Magda ruszyła ramionami, udając zupełną obojętność.
— Uciekł! — krzyknęła majorowa.
Magda drgnęła. Ta ostateczność już parę razy przychodziła jéj na myśl, ale gdy usłyszała, odczuła cios, jak policzek. Chwilę z brwią ściągniętą patrzała przed siebie, potem opanowała się i odparła:
— Jeżeli tak jest, tośmy były do tego przygotowane.
Infamis! — wybuchnęła Osiecka. — Boże, co ludzie powiedzą? A mówiłam ci, odpraw go. Na co to było potrzebne! Przeklęty człowiek!
— Moja droga, jeszcze nie mamy pewności. Może się zjawi lada chwila...
— Ja wiem, że się nie zjawi! Wziął 10,000 reńskich i poleciał za baronową. Wiesz przecie, że wyjechała przed tygodniem.
Magda nic nie odpowiedziała. Spodziewała się najgorszych rzeczy, ale nigdy się nie spodziewała, że tak gorzko znosić je będzie.
Odeszła do siebie; chciała pracować, i nie mogła. Trapiła ją nieznośna niecierpliwość i chęć pewności. Wyczekiwała jego powrotu, potém wieści. Przecie da znak życia! Poszła do jego gabinetu i przerzuciła papiery na biurku. Nic nie było zamknięte. Wreszcie w jednéj z szuflad znalazła list do siebie. Pociemniało jéj w oczach i drżały ręce, gdy rozdzierała kopertę.
„Chciałem wyjechać bez uwiadomienia cię o celu i powodzie odjazdu, ale pomyślałem, że niepotrzebnie cię mam oszczędzać. Jesteś tak trzeźwa i rozsądna, że możesz usłyszéć prawdę. Kocham tę kobietę nad życie, nad obowiązek, nad wszelkie prawa i zakazy, istniéć bez niéj nie mogę.
„Może-byś mnie była zjednała dla siebie, ale twój chłód, obojętność i zaniedbywanie, oddaliły mnie od ciebie, przykuły do tamtéj. To usposobienie twoje jest mojem wytłómaczeniem, jest zarazem pewnikiem, że nad stratą męża cierpiéć nie będziesz.
„Dowiedziałem się przytém, żeś któregoś wieczora miała schadzkę z Oryżem. Usuwam się z drogi i mniemam, że mnie zbyt ostro sądzić nie będziesz. Jadę do Wenecyi i żegnam cię, życząc pomyślności.“
Magda trzy razy odczytała list, potem go odrzuciła ze wstrętem. Miała go dotąd za lekkomyślnika i za słaby, wrażliwy charakter, a on był samolubem i bezczelnym kłamcą. Skrzywdził ją, wstyd uczynił, a potem oplwał i swemi winami obarczył.
Oparła głowę na rękach, zgnębiona, nieszczęśliwa, nietyle jego stratą, ile ostateczną zagubą swych ideałów, marzeń i nadziei.
Był to kryształowy gmach, a teraz się rozsypywał w drzazgi, w rumowisko, z którego nie zostanie nic na przyszłość, oprócz gorzkiego rozczarowania i żalu, że tyle na to zmarnowała lat i uczuć.
Otrzeźwiała dopiero w téj chwili i poczuła, że serce jéj jest wolne, że go już nie kocha, ani żałuje, że przestał dla niéj istnieć.
I nie bolało jéj to, owszem zdawała się zbudzoną z męczącego snu, przeciągnęła się, jak ptak, gdy zbiera skrzydła do lotu.
Wzięła list i wyszła z gabinetu. Gdy przechodziła przez pracownię, przypadkiem wzrok jéj padł na jerychonkę, która ożyć miała w słońcu i cieple. Ale roślinka była martwa, szara i biedna. Nie ożyła!...
Magda uśmiechnęła się smutnie.
— I ty i ja przeceniłyśmy swą żywotność. Tobie trzeba pustyni może — mnie sztuki. Nie zakwitniemy już ludziom!
I schowała napowrót roślinę do skrzynki.
Osiecka dnia tego nie poszła do szkoły — zbyt była niespokojna o Magdę.
Gdy ją ujrzała z listem w ręku, domyśliła się katastrofy.
— Uciekł? — zawołała.
— Tak, i na pożegnanie to mi zostawił.
Podała list i rzekła gorzko:
— Bardzo rozumnie uczynił. Przynajmniéj od jednego pociągnięcia pióra wykreślił się z mego serca, pamięci, nawet myśli! To gorzkie, ale zdrowe...
Osiecka przeczytała i poczerwieniała z oburzenia.
— Łotr! Obelgi i brudy na ostatnie danie. Niechże mu tamta odda za ciebie. To go nie minie! Boże, ale co teraz świat powie i co my powiemy? Przeklęty dzień, kiedy on ten próg przestąpił!
— Możesz i mnie zarzutami obarczyć. Jam winna! Byłam zarozumiała i lekkomyślna — i poszłam wbrew powołaniu. Ale teraz nie czas na skargi i rozmyślania. Trzeba nam ztąd wyjechać. Nie chcę, by ludzie go sądzili i szkalowali przede mną, a nie chcę téż go bronić i osłaniać. Dość tego! obowiązki podeptał ostatecznie, mnie moje dość długo ciężyły! Jesteśmy znowu wolne. Gdy nas nie będzie, sprawa się nie rozgłosi, a jeśli wezmą mnie ludzie znowu na języki, wolę uniknąć plotek i niby przyjacielskich ubolewań i pociech, bo doprawdy, nie czuję potrzeby pociechy!
Osiecka miała chaos w głowie.
Bardzo praktyczna i przytomna, objęła w jednéj chwili cały bezład, jaki katastrofa ta wywoła w ich życiu, i perspektywa ta zdwoiła jéj oburzenie na Filipa.
— I przez takiego infamisa trzeba cierpiéć, kłamać, uciekać! Bodaj go dobrzy ludzie nie znali! Masz, broniłaś baronowéj, zapłaciła ci za to! Wyjechać: dobrze ci mówić! Na kogoż zdam szkołę, dom? Kto za ciebie Stacye skończy? Gdzie pojedziemy?...
Magda milczała. Po pierwszym wybuchu następowała reakcya nudy, niesmaku i zniechęcenia. Ruszyła wreszcie ramionami.
— Miałam wyjechać na wakacye, odwiedzić Boińską; wyjadę dzisiaj. Ty zostaniesz dni kilka, załatwisz co naglejsze. Tam obmyślimy, dokąd się udać.
— No, a jak mnie obiegną znajomi pytaniami, co mam mówić? Jeśli myślisz, że skłamię i jego oszczędzać będę, to się grubo mylisz.
— Powiedz prawdę. U Malickich sama będę, u Berwińskiéj téż. O resztę mi nie chodzi.
Wróciła do pracowni i spokojnie wzięła się do pakowania swego artystycznego bagażu. Wahała się chwilę, czy nie odpowiedziéć Filipowi; ale po namyśle postanowiła milczeć. Z oburzenia przeszła do wstrętu ku niemu. Zebrała wszystkie po nim pamiątki, nawet ten album włoski, i zrzuciła, jak śmiecie, na spód szafy. Potém ubrała się i poszła na miasto. Miała do załatwienia dwie sprawy. Udała się przedewszystkiem do szarytek i zapowiedziała zwłokę w wykończeniu Stacyi, potém ruszyła do zakładu, gdzie pracowała Berwińska, i zaprosiła ją na wieczór do siebie.
Wracając, wysłała depeszę do Boińskiéj i, wolna już do wieczora, poszła na przechadzkę za miasto. Wolała teraz być samą, niż słuchać narzekań siostry, a wybierała ustronne ulice, by nie spotykać znajomych.
To téż drgnęła z przykrości, gdy nagle o krok przed sobą spostrzegła Sylwestra.
— A to niespodzianka! — zawołał. — Co panią sprowadza w te zaułki? O osobliwość!
— No, ja tu bywam często. Muszę szukać typów, ludzi, ruder, gry cieni... Ale co pan tu porabia? — odparła swobodnie, bez zwykłego jednak uśmiechu.
— Jam tu szperał w spuściźnie po starym emerycie i kupiłem saską skorupkę. Cóż słychać u państwa? Zawsze dobrze?
— O, niezawodnie. Złe i dobre zależy od punktu widzenia i gustu każdego z nas...
— Pan w domu? Może gotuje jaką niespodziankę? Ostatniemi czasy wyglądał natchniony i tajemniczy. A czas-by był, żeby się publiczności przypomniał; ale pani go absorbuje.
Magda zmarszczyła brwi.
— Pan się myli co do osób. Nie absorbowałam go nigdy i nie z mojéj racyi przestał malować. Tego zarzutu nie przyjmuję na siebie.
— Ja téż nie tak myślałem. Gdy się kocha, wszystko inne maleje i niknie!
— Właśnie. Szczególnie, gdy się złe i złych kocha...
— Trzeba mu wiele wybaczyć: natura artystyczna, wrażliwa, krańcowa. Jego nie można mierzyć zwykłą miarą. Jemu wiele wolno!
Miała na ustach ostrą odpowiedź, ale milczała. Już nie miała prawa go sądzić. Pomyślała tylko z goryczą, że zdanie Sylwestra będzie zdaniem ogółu i że ten ogół będzie na jego czyn patrzył pobłażliwie, a ją potępi.
Towarzystwo Sylwestra nużyło ją, więc zwróciła się ku domowi i rzekła:
— Śliczna i wczesna wiosna. Cieszę się, że znajdę już na wsi fijołki na skłonach rowów.
— Pani na wieś wyjeżdża? — zdziwił się.
— Tak, na Podole, het, w jary i góry, pod Buczacz.
— I Filip wyjeżdża?
— O, nie tam. On woli ludniejsze miejscowości.
Sylwester zrobił duże oczy, ale nie śmiał więcéj pytać. Jak iskra elektryczna przebiegła go nadzieja, przeczucie skandaliku, ciekawéj nowinki. Tknął go ten Buczacz, przypomniał sobie Boińską, Oryża, wedle swego gustu układał już plotkę.
Magdę, pomimo złego usposobienia i poważnéj chwili, szczery śmiech zdjął. Oczy jego były tak pożądliwe, jakby z duszy jéj wydrzeć chciały tajemnicę. I mało co brakło, żeby mu powiedziała prawdę, by zobaczyć wrażenie, ale jeden wzgląd ją powstrzymał.
„Będzie mi udawał i kłamał przyjaźń i współczucie! Wolę tego nie słyszéć!“ — pomyślała.
U progu mieszkania ledwie się go pozbyła; pobiegł pędem szukać Filipa, by się dowiedziéć prawdy, a ona gorzko się uśmiechnęła, popatrzała za nim i rzekła do siostry szyderczo:
— Ten człowiek trzeci raz z mojéj racyi będzie szczęśliwy. Nakarmi miasto plotkami. Szkoda tylko, że mi za to wdzięczny nie będzie!
— Jeszcze się ciebie koncepty trzymają, i to w takim dniu! — oburzyła się Osiecka. — Miły dzień! Siedzę jak więzień; udaję, że mnie niema; na miasto boję się wychylić. Ale jak tylko wyjedziesz, skorzystam z tych kilku dni i wygadam wszystko, co mam na sercu! O, to mi ulży, bo inaczéj to-bym się rozchorowała! Cały dzień piję wodę sodową!
Tu popatrzała uważnie na siostrę i wyraz gniewu ustąpił z jéj twarzy przed łagodnem zafrasowaniem.
— Aleś mizerna! Nie udawajże przede mną! Żałujesz go, cierpisz! No, mów! Nie trzeba się zacinać. Wolałabym, żebyś zapłakała!
Magda objęła ją serdecznie za szyję.
— Dziękuję ci, ale się nie frasuj! Zapewne, że cierpię, ale nie z miłości. Boli mnie właśnie, że go już nie kocham. Obchodzę dziś pogrzeb uczucia. Chciałam jego dobra i spokoju: poszedł za złem i burzą; a gdy się obejrzy i otrzeźwi, nie znajdzie już mnie na swéj drodze. Szkoda mi marzeń!
— A mnie szkoda, żeś z nim dozgonnie związana. Że nie kochasz — w to wierzę, ale że ci jeszcze nieraz spadnie na barki — to pewna. Ah, żebym wtedy ja przytem była!
— Będziesz, bo przecie nas nic i nikt nie rozłączy — rzekła serdecznie Magda.
Dzwonek się ozwał, więc przeczuwając, że to Berwińska, poszła otworzyć i zaraz na wstępie rzekła:
— Wiesz, mąż uciekł ode mnie.
Berwińska nie okazała zdumienia ni oburzenia. Ze swym niezachwianym spokojem i logiką odpowiedziała:
— Lepsze złe spełnione od spodziewanego.
— To racya! — potwierdziła Osiecka. — A przytem taki infamis im daléj od nas, tém lepiéj.
Magda pociągnęła przyjaciółkę do pracowni i, stając przed nią, rzekła:
— Tak wygląda ideał w praktyce i życiu. Tak wygląda ofiara i duchowe uczucie! Masz, przeczytaj jego pożegnanie.
Berwińska odczytała list, złożyła go starannie i scharakteryzowała lakonicznie:
— Bardzo pouczający dokument.
Pomyślała chwilę i dodała:
— Od wczoraj wiem o tém. Miałam list od Oryża. Przyniosłam z sobą: z kolei ty czytaj.
Magda rozłożyła podaną ćwiartkę grubego papieru, na którym poprzednio ktoś widocznie próbował akwarellowych farb.
„Donoszę pani, że tu jest wcale nieźle. Dostałem robotę na 300 reńskich i ulokowałem się u emeryta bardzo osobliwego, bo mi pozwala pluć, gdzie mi się podoba, palić zły tytuń i gwizdać ad libitum. Zabawię miesiąc, a może potém ruszę do Włoch, bo mi tu jeden kolega opowiada cuda o makaronie i serze.
„Z Krakowa jechałem z baronową, tylko żem jechał za swoje, więc tertią, a że ona na koszt Osieckiego, więc primą. Chciałem mu napluć na głowę, gdy stał na perronie, patrząc za nią, ale pożałowałem śliny. Zresztą mogę to i tu uczynić, bo ma za tydzień zjechać do niéj, do Wenecyi. Tymczasem wczoraj na Ringach spotykam męża baronowéj. Pogrzebał brata i załatwia spadkowe ceregiele, które notabene są tak wstrętne, żem Faustangera wysłuchawszy, Bogu podziękował, iż mnie to nie spotka. Bardzo się mną ucieszył i chciał mnie uraczyć spadkowym sznapsem, alem się wymówił, więc się skończyło na gawędzie. Dowiedział się ode mnie o żonie i Osieckim, i obmyśliliśmy uczynić im mało intermezzo za parę tygodni. To będzie zupełnie oryginalne, więc do czasu tajemnicę chowam za zębami. Ale w swoim czasie opiszę to pani. Jestem jak dojeżdżacz i nawet proponowałem Faustangerowi, aby mi tę posadę dał dożywotnio. Nie wypluł dwuznacznika, zjadł i był ubawiony. Niech mi pani odpisze, co słychać w Krakowie. Czy na plantach zawsze tylko spotkać można psa, bosą babę i księdza? Czy Zygmunt nie dzwonił na wyjazd Osieckiego, czy Sylwestrowi zostanie jeszcze po téj chryi choć szczątek języka, czy się do cna wystrzępi...
„Niech mi téż pani napisze, czy mam służyć za dojeżdżacza Faustangerowi, czy zostawić tych dwoje, żeby się sami pożarli? Na daleką metę wolę miéć kierunek, bo nuż się pomylę i, zamiast po dyszlu, uderzę po koniu? Zresztą niech mi pani wszystko napisze — i basta!“
Magda złożyła list i oddała go Berwińskiéj.
— Odpisz mu, jak chce, niech wie wszystko! — rzekła. — Mnie to już nic nie obchodzi.
— Nic, i ręczysz, że tak zostanie już?
— Tak. Darowałabym mu zdradę, bo człowiekiem jest; darowałabym szał i zapomnienie, bo wrażliwą ma naturę: ale nie daruję błota, którem na mnie cisnął, i zarzutów, któremi siebie chce uniewinnić. Wymazał z mojéj duszy wszelką pamięć, nawet niechęć, niema go już i nie będzie więcéj!
— A jeżeli wróci upokorzony, nieszczęśliwy, błagający łaski?
— Pokażę mu ten list i minę go, jakbym go nie znała.
— Nieprawda. Témbardziéj nim się zajmiesz, gdy nie kochasz. Tego się nie zarzekaj. Znajdzie on twoją dłoń w potrzebie. Jesteś z tych, co dotrwają do końca, tém mężniejsi, o ile to ich więcéj kosztuje. Teraz wyjeżdżasz, i słusznie. Nie chcesz do krytyki, która go spotka, dorzucić ani jednego słowa. Potem nie zechcesz wspomnieć mu nawet o jego nikczemności, i zostaniesz sobą. On cię porównał kiedyś do wody i płomienia. To słowo ukochanego stało się twoją zasadą i dotrzymasz go tembardziéj względem niego samego.
— Przeceniasz mnie! — odparła Magda. — Zresztą zostawiam mu jeszcze tyle honoru, że sądzę, iż do mnie o pomoc i ratunek zwrócić się nie ośmieli.
Berwińska widocznie miała inne wyobrażenie, bo uśmiechnęła się ironicznie.
Osiecka przerwała im rozmowę. Zawsze praktyczna, zajęła się pakowaniem i materyalnemi sprawami, i tak godziny zeszły do odejścia pociągu. Obie przeprowadziły Magdę na dworzec, a przy pożegnaniu Osiecka ulżyła swéj żałości łzami, które dziwnie wyglądały na energicznéj twarzy. Potem, gdy pociąg zniknął w ciemności, Berwińska wróciła do swéj izdebki, a że jéj sen nie brał, usiadła zaraz do pisania listu do Oryża. Opowiedziała mu wyjazd Magdy i jéj spokój w znoszeniu tego ciosu, radziła zostawić Filipa fali, któréj się oddał; potem, po namyśle, zdjęta współczuciem dla biednego cygana, dodała słowo pozdrowienia dlań od Magdy. Było to kłamstwo, ale nie był to grzech. Wiedziała, że to go uszczęśliwi i przez uszczęśliwienie uczyni silniejszym.
Wreszcie, gdy list był gotów, siedziała jeszcze długą chwilę zamyślona, znękana samotnością i pustką, która ją zewsząd ogarniała.
Pierwszy ojciec, potem Oryż, nareszcie Magda.
Została zupełnie samą, ze złą i ciężką dolą, któréj, wiedziała, że kresu nie będzie, aż razem ze śmiercią. Dobyła z szuflady zeszyt pełen cyfr i summowała je po raz setny. Były to z jednéj strony długi jéj brata, z drugiéj ich wypłata. Pięć lat, jak zaczęła płacić. Miała jeszcze na lat piętnaście, a czuła, że płaci je zdrowiem i siłami, i w trwodze rachowała, czy organizm jéj, podkopany złem odżywianiem, nadmierną pracą i zgryzotą, wytrzyma ten termin. Przeżyć go nigdy nie marzyła.
Jutro właśnie wypadał dzień wypłaty procentu i drobnéj cząstki kapitału; zebrała pieniądze i przerachowała je po raz setny.
Był to atom, a ile dla niéj znaczył?...
Położyła się i starała nie myśléć, — zasnąć i zapomnieć. Ale było to trudnem. Wyjazd Magdy odbierał jéj ostatni promyk w życiu; więc z duszy jéj podnosiła się skarga i porywała ją niezgłębiona rozpacz.
Była skazańcem za cudze winy na dożywotnie ciężkie roboty. Nad taką dolą wolno bohaterowi nawet czasami boléć i wzdragać się przed samym sobą.
List jéj poszedł do Oryża, ale nie osiągnął zgody. Oryż w wolnych chwilach od roboty bywał znowu gościem Faustangera i we dwóch układali plan kampanii przeciw baronowéj.
Myślała ona zdobyć męża; ale on ją lepiéj znał i czuł teraz swoją wyższość.
Była to drapieżna, dzika natura. Obok instynktów pierwotnych miał téż wyrafinowane okrucieństwo i zimną krew, gdy szło o zemstę. Z całym cynizmem spowiadał się Oryżowi:
— Kobietę tę kochałem, jak bóstwo. Ona sama zabiła we mnie ten kult. Ludzie ją mają za rozpustnicę, i pozór to stwierdza. Ale to tylko pozór. Jéj szał jest pozorem, jéj kokieterya, uczucie, czułość — to komedya. Ona zawsze, w każdéj chwili, rachuje. To już u nich we krwi, to wrodzone! Gdym zrozumiał i pojął, byłem jak wściekły, żem takiego potwora ukochał. I znienawidziłem! Wstręt mi został i ohyda, potem pogarda, wreszcie chęć odwetu. Teraz mam ją w ręku. Pomyśl, jak ona się wścieka, rachując moje miliony w objęciach tamtego. Niechże pocierpi!
I śmiał się, szczerząc zęby białe i ostre, jak kły drapieżnika, a Oryż, patrząc nań, cieszył się z odkrycia tak ciekawego okazu.
Potem, podniecony winem, Faustanger rozpowiadał swoje plany, a oczy jego zwężały się i błyszczały złowieszczo wyrafinowanem okrucieństwem.
— Damy jéj miesiąc trwogi i niepokoju. Potem pojedziemy téż do Wenecyi, a że to miasto pełne eleganckiego towaru, sprawię sobie szyk-przyjaciołkę i będę szalonym zbytkiem ją afiszował w oczach tamtéj. Potém, gdy czara jéj rozpaczy będzie pełna, pójdę do niéj i zażądam rozwodu. Mam za sobą wszelkie racye i powody. Wtedy będzie mi u nóg się tarzała i włosami ziemię zamiatała, i wtedy wezmę ją, jak niewolnicę, i oddam jéj wszystkie poniewierki, lekceważenie, któremi mnie karmiła, gdym był ubogi i rozkochany. Wtedy ona szaleć będzie, a ja — rachować. Zobaczysz!
— Tylko ostrożnie, by ci te złote włosy i ramiona znowu nie splątały stryczka czy arkanu, na którym się jeńców wodzi!
Śmiech dziki krzywił orle rysy Faustangera, który głosem ochrypłym od zaciekłości mówił:
— Po włosach będę deptał, a ramionami będzie mi obejmowała kolana, a ja na nią będę miał garść złota w jednéj ręce, a pięść ściśniętą z drugiéj. Te dwa argumenty dadzą jéj rady i nawet ją uszczęśliwią. Tymczasem nic nie nagli. Mogę czekać!...
Czekał i, aby celu z myśli nie stracić, szukał już w Wiedniu przyjaciółki. Długoletni przymus i niedostatek wetował sobie teraz, rzucając pieniądze, jak tylko potrafi barbarzyniec, łupami obciążony.
Oryż, patrząc na to bezmyślne marnotrawstwo, nabierał do pieniędzy codzień większego wstrętu a do życia hulaszczego — niesmaku.
Był nawrócony już zupełnie, nie szydził z siebie, ani plwał na cnotę; pracował pilnie i żył jak muich, a towarzyszył Faustangerowi, nie dla własnéj przyjemności, ale w przypuszczeniu, że tém Magdzie usłuży. To téż, gdy rotmistrz zaproponował mu wspólną do Wenecyi podróż, Oryż zapakował farby, pożegnał kolegę, z którym mieszkał, rzucił robotę i pojechał.
Przybyli na maj i rozstasowali się w hotelu tym samym, gdzie mieszkał Osiecki z baronową, tylko że Faustanger zajął lokal najdroższy, a tamci zadawalniali się skromném mieszkaniem z widokiem na boczny kanał.
Subretka baronowéj wnet jéj tę wieść przyniosła, wraz ze śniadaniem. Filip wyszedł był dla niéj po kwiaty.
Baronowa drgnęła i płomień przeszedł po jéj twarzy.
— Przyjechał po mnie? O! nareszcie! — pomyślała z westchnieniem ulgi.
Był wielki czas, aby wybawienie nastąpiło. Oddawna baronowa się przekonała, że zmieniając towarzystwo matki na Osieckiego, zrobiła zły interes. Matka była skąpa, ale cierpiąc z jéj racyi niedostatek, znosząc obrzydliwe skąpstwo i oszczędność, miała, jako wynagrodzenie, stosunki ze światem, była wszędzie przyjmowana w towarzystwach. Teraz Osiecki dawał jéj zbytek, spełniał wszelkie zachcianki i fantazyę; ale ona była osamotnioną i duma jéj cierpiała tortury w tém położeniu dwuznacznem, które ją stawiało na równi z półświatkiem.
Baronowa zaś miała dwa ideały, które stanowiły dla niéj szczyt szczęśliwości: bogactwo i świetne stosunki. A to dwoje mógł jéj teraz dać tylko mąż milioner i magnat. Więc na wieść subretki duch w nią wstąpił i zaczęła rozpytywać o szczegóły.
Wtedy się dowiedziała, że pan baron nie był sam, ale z całym dworem. Miał hajduka, kamerdynera i jakąś bardzo piękną damę z sobą. Przyjechał téż z nim jakiś drugi pan, czarny i chudy, z którym czytali listę gości w hotelu i bardzo się śmieli.
Dama? Co znaczyła dama? Kto to być może? Baronowa posłała subretkę na zwiady, a sama kipiała z niecierpliwości.
Subretka przyniosła od szwajcara kartę damy, a od swoich koleżanek jéj rysopis.
Nazywała się: Mademoiselle Lili Fanchon; była to mała, szczupła brunetka, z pieprzykiem na brodzie, i mówiła na barona: Albert.
Baronowa ze szczytu świetnych nadziei spadła w otchłań rozpaczy. Na tę chwilę wrócił Filip z pękiem róż, rozpromieniony i wesół. Cały zły humor spadł na niego. Odrzuciła róże i wściekła wygnała go z pokoju, zapowiadając migrenę i nakazując, aby jéj się na oczy nie pokazywał aż do wieczora.
W ten sposób pozbyła się go i mogła spokojnie obmyślić plan działania.
Przedewszystkiem chciała go się pozbyć: więc, gdy wyszedł, zaraz wysłała do matki obszerną depeszę, żądając pieniędzy conajrychléj; potém postanowiła, że do czasu powinna go użyć dla wzbudzenia zazdrości Faustangera: należało być zatem serdeczną i afiszować się conajwięcéj. Wreszcie pocieszyła się nadzieją, że baron, gdy ją ujrzy, złoży broń.
Ale wyobrażała go sobie takim, jakim był, gdy się rozstali, więc myliła się mocno. Spotkali się tegoż wieczora przy obiedzie i przypadek zdarzył, że siedzieli naprzeciw siebie. Filip na widok barona poczerwieniał i zbladł. Dzikie oczy Faustangera objęły go z niezmierną pogardą i lekceważeniem, potem spoczęły na baronowéj i zamigotały zjadliwem szyderstwem. Następnie zwrócił się do Lili Fanchon. Zaczęli mówić z sobą o pałacu na Canale Grandę, który dziś oglądali, i do którego się mieli nazajutrz przenieść, znajdując mieszkanie w hotelu trop mesquin.
Baronowa zrozumiała wtedy, że do osiągnięcia celu było bardzo daleko, i popatrzała z nienawiścią na Filipa.
Gdyby go nie było, jutro tamten byłby u jéj stóp; albo ona, silna swojem prawem, wygnałaby francuzkę.
Teraz sama sobie odebrała to prawo.
Filip, na dobitkę swojéj porażki, przez cały obiad był milczący i nie swój, gubił się do reszty w jéj opinii: wydał jéj się głupim, małym, nędznym filistrem, którego uczucie umiało tylko żebrać lub dziękować, nigdy rozkazywać i zmuszać.
W nim zaś rósł wstyd, upokorzenie, żal nieokreślony i chęć ucieczki z przed oczu człowieka, którego okradał i krzywdził.
Był pewien, że gra rolę ważną, i ani przeczuwał, że jest narzędziem zemsty, pionem na szachownicy.
Po obiedzie baronowa odzyskała równowagę i zalotnie zwróciła się do Filipa:
— Popłyniemy o księżycu. Dostań dobrego śpiewaka. Będziemy marzyć!...
Na schodach przed hotelem, z nogami o cal od wody, z talerzem krewetek na kolanach, siedział Oryż, otoczony zgrają próżniaków.
Było mu tu zupełnie dobrze, bardziéj nawet swojsko, niż w Krakowie, gdzie przecie nawet jemu nie pozwolonoby jadać na ulicy.
Miał téż minę tak szczęśliwą, że wypluwając skorupy w kanał, zaprzysięgał sobie, nigdy Włoch nie opuścić.
Dzień się kończył, a noc nadchodziła, ścieląc się pod staremi murami. Słońce jeszcze świeciło po wieżycach kościołów, a naprzeciw Oryża, za kanałem, San Giorgio wychodził z oparów i cieni białawych, złotawo-czerwony, jak widziadło w gloryi nadziemskiéj.
Niby jedząc krewetki i słuchając gwaru gondolierów i przekupniów, Oryż wsłuchany był w daleką jakąś melodyę własnéj duszy, przejęty pięknem, skupiony w sztuce.
W téj chwili baronowa z Osieckim stanęli tuż obok niego. Gondolier Paolo, który im stale służył, rozpychał kolegów, a Filip pertraktował z nim o śpiewaka.
Chwilę zatrzymali się na schodach, czekając, aż im go sprowadzą, i wtedy Filip spostrzegł Oryża. Poczerwieniał, przypomniał sobie scenę na dworcu krakowskim i poczuł nieprzepartą chęć zemsty.
— Aa, pan Oryż tutaj? Powodzenia, pieczeniarzu! — ozwał się szyderczo.
Oryż, nie przestając jeść, popatrzał na niego zezem.
— Dziękuję. Jak spadek przegwiżdżesz, rekomenduję ci mego patrona. Zresztą znasz go, potrosze już używasz jego własności.
Zwrócił oczy na baronową i obejrzał ją impertynencko od stóp do głowy.
Filip uczynił ruch, jakby go chciał laską uderzyć, ale powstrzymał go niecierpliwy głos towarzyszki:
Allons donc! jeśli masz ochotę rozpoczynać burdy z ulicznikami, to proszę beze mnie.
Spojrzał na nią, przelękły tym tonem, który po raz drugi już słyszał. Wtedy nastąpiło zerwanie; teraz co będzie?
Śpiewak nadszedł, więc wsiedli do gondoli i wypłynęli na środek kanału.
Baronowa była milcząca. Rozłożyła się wygodnie, a Filip, siedząc u jéj stóp, wpatrzony, rozkochany, myślał, że rozdrażnienie jéj wywołali ludzie, że teraz w ciszy marzy o nim i że, gdy się odezwie, powie mu gorące słowo.
Wtem podniosła głowę i rzekła:
— Czy ty myślisz długo mnie jeszcze trzymać w hotelu?
— Jakto? Chcesz wyjechać?
— Nie, ale dłużéj znieść nie mogę tego, co mnie dziś przy obiedzie spotkało.
— Chcesz zmienić hotel?
— Hotel! hotel! Może mi zaproponujesz jakieś albergo na smrodliwym zaułku! Przyznaj się, żeś dotąd podróżował tylko z subretkami. Myślałam, że zrozumiesz sam, iż w Wenecyi ludzie z towarzystwa wynajmują pałace, a hotele zostawiają bankrutom i biedakom! Ten pałac oto — pewnie do wynajęcia? Eh, gondoliere?
Zawołała i spytała o nazwę pałacu. Podobał się jéj i goniła za nim wzrokiem. Filip rękę jéj do ust podniósł. Śpiew go upajał, namiętność ogarniała coraz potężniéj.
— Moja pani będzie jutro miała pałac — szepnął. — Dlaczegoś wcześniéj nie zażądała? Ty wiesz, żem niepoczytalny. Ni myśléć, ni zająć się czém inné nie zdołam — tylko tobą.
Uradowała ją obietnica. Raczyła się uśmiechnąć i wesoło dawała resztę poleceń.
— Jeśli ten nieumeblowany, pozwalam ci wybrać inny; byle tu niedaleko i byle mi było wygodnie. Służbę sama dostanę, ale gondolę powinniśmy miéć własną, — całe gospodarstwo nasze. Nam tu tak dobrze: zostańmy, ale bądźmy jak w domu!
— A wśród służby ja będę! Wybierzesz mnie, czy mam się wprosić gwałtem? — rzekł, obejmując ją ramieniem.
— Będziesz, będziesz majordome! — odparła zalotnie.
Zgoda zapanowała. Cały wieczór była rozkoszna, uszczęśliwiona, że może zbytkowi męża pokazać swój zbytek.
Nazajutrz Filip puścił się na poszukiwania. Znalazł pałac, jak sobie życzyła, ale naznaczono cenę bajeczną. Śpieszył do niéj, nie chciał się targować, bał się, że go w najmie ktoś uprzedzi: więc cenę przyjął, kontrakt zawarł i zapłacił półroczną dzierżawę.
Zaledwie wracając do hotelu, zastanowił się, że popełnił szaleństwo, obrachował swój zapas gotówki.
Ale był w stanie takim, w którym opamiętanie jest niemożliwém. Wrócił — za zadowolenie zachcianki otrzymał zapłatę w pocałunkach, i tegoż dnia przenieśli się na własne gospodarstwo. I szczęśliwy był, patrząc na jéj uciechę.
Na drugi dzień znowu ją rozczulił nabyciem ślicznéj gondoli; i tak chwilowo chmura zebrana przez przyjazd Faustangera była zażegnana.
Ale zapas gotówki malał codzień. Filip rachować nie chciał: czerpał i rzucał jéj złoto pod nogi, rad, że chce po niém deptać, że go widocznie uważa za swego, że się już nie krępuje i nie wzdraga.
Nadszedł przecie dzień, że Filip zajrzał do swego pugilaresu i policzył. Wtedy przez sekundę przeraził się i zdumiał. Z tysięcy zostały tylko setki.
Ale zastanowienie trwało bardzo krótko. Napisał do kolegi w Krakowie, by sprzedał całe umeblowanie jego mieszkania i przesłał mu pieniądze — i daléj o to się nie troszczył.
Kolega, otrzymawszy list, poszedł z nim do Osieckiéj, ale jéj nie zastał. Wyjechała niewiadomo dokąd, zabierając z sobą klacze od mieszkania.
Z odpowiedzią się nie kwapił, oczekując lada dzień powrotu majorowéj; nie przypuszczał, by bogaty Osiecki potrzebował pieniędzy.
Tymczasem topniały setki Filipa. Szczęśliwość jego począł psuć niepokój i oczekiwanie sukursu. Pierwszy raz musiał odmówić baronowéj kosztownéj jakiejś zachcianki, tłómacząc, że mu pieniędzy z kraju nie nadesłano. Piękna pani popatrzała na niego ze zdumieniem, potém z pogardą, i rzecz szczególna, to nie ona się wstydziła wyzysku, ale on — odmowy. Zaraz wyprawił depeszę do kolegi i niecierpliwie wyglądał odpowiedzi.
Przyszła — niepomyślna. Osiecka wciąż była nieobecna, lokal pod jéj kluczem, ale kolega posyłał przekaz do bankiera na sporą kwotę, którą Sylwester założył do chwili załatwienia interesu z meblami. Chciał je nabyć.
Filip odetchnął. Burza była znowu zażegnana; mógł znowu dogadzać fantazyom baronowéj. Ale ona od pewnego czasu była w niełaskawym humorze — rozdrażniona, kapryśna, sto razy na dzień zmienna, niestała w żądaniach nawet. Nie kryła przed nim, że się nudzi, że jéj nic nie bawi, że jego towarzystwo jéj nie wystarcza, że ją męczy dwuznaczna pozycya.
Faustangera spotykali prawie codzień w gondoli, w teatrze, na Lido, po kościołach i galeryach, zawsze w towarzystwie francuzki. Nigdy nie okazał nawet, że poznaje żonę. Był dla swojéj towarzyszki uprzedzająco grzeczny. Przepych jego pałacu i zbytek zwracały ogólną uwagę i podziw.
Rzadko kiedy Oryż był z nimi. Tego można było spotkać po zaułkach charakterystycznych, po ciemnych kościołach, lub na piasku, na Lido, pogrążonego w próżniaczéj ekstazie. Jeśli towarzyszył Faustangerowi, to chyba jako cicerone, bo po tygodniu już Wenecyę znał na pamięć i umiał pokazać, co godne było widzenia.
Razu pewnego spotkali się tak w pięcioro wśród małéj gromadki Anglików, w pałacu dożów. Filip umyślnie chciał tamtych wyprzedzić lub wyminąć; ale bądź wypadek, bądź złośliwość Faustangera lub baronowéj sprawiły, że spotykali się co chwila.
Filip, jak zwykle, pochłonięty szałem, miał tylko dla niéj oczy i uszy, i zmęczony przymusem, jak automat przechodził z sali do sali. Tamci się bawili wyśmienicie, bo Oryż im wykładał po swojemu historyę Wenecyi i jéj sztuki. Jego oryginalne zdania i uwagi zajęły nawet baronową. W jednéj z sal usunęła się trochę od Filipa, znudzona jego małomównością i czułemi spojrzeniami. Słuchała Oryża i chciała spotkać wzrok męża; czuła, że taktyka jéj dotychczasowa była niepraktyczną.
Przeszli tak cały pałac, zatrzymali się na podwórzu. Baronowa zwróciła się do Filipa:
— Zaczekam tu na ciebie. Idź, przynieś mi róż lub fijołków!
Ruszył bez słowa, jak dobrze wytresowany pies, a ona poprowadziła go wzrokiem; potém powoli zbliżyła się do studni, przy któréj stał sam Faustanger. Francuzka z Oryżem byli jeszcze na galeryi.
Eh bien, baron! — szyderczo rzekła piękna pani. — Czy udajesz, że mnie nie znasz, abym nie zażądała rozwodu!
Faustanger obojętnie ruszył ramionami.
— Bez żądania i prośby mogę go miéć i wezmę, kiedy mi się podoba. Rychło! A gdybym poznawał panią, to-bym musiał się bić z tym chłystkiem. Znajduję zaś, że szpada lub pistolety... za dobre dla was i za was!
— Cóż znaczył list i depesza o śmierci Ludwika, jeśli się znać nie mamy? — rzuciła z widoczném rozdrażnieniem.
— Chciałem uspokoić panią, a szczególnie kochaną teściową, że wam na kark nigdy już nie spadnę. Mogę kupić sobie dzisiaj dzięsięć takich, jak wasz, majątków i miéć sto kochanek od pani piękniejszych. Zresztą, wspomniała pani o rozwodzie. Mam w téj kwestyi trochę do pomówienia. Proszę mnie wezwać do siebie, bylem nie zastał téj lali. Nie lubię patrzéć na głupców.
Filip wynurzał się z pod arkady. Baronowa rzuciła tylko: „Jutro w południe!“ i odeszła.
Wzięła kwiaty, ale ręce jéj drżały i z jego spojrzenia poznała, że widział jéj rozmowę z mężem, więc uprzedzając pytanie, rzekła:
— Mój ex-mąż raczył mnie poznać. Powiedziałam mu, że doskonale bez znajomości się obejdę.
Filip podziękował jéj wzrokiem i odeszli, przytuleni do siebie, jak para szczęśliwych.
Jednakże, pomimo całego panowania nad sobą, baronowa była roztargniona przez dzień cały. Filip ani przypuszczał, że układała program na dzień jutrzejszy bez niego.
Wreszcie wieczorem rzekła:
— Mój drogi, musisz jutro zrobić ofiarę z siebie. Wrócisz do Palazzo Ducale i zdejmiesz mi szkic z owego Tryumfu Wenecyi Weroneza — ale drobny, ot na ćwiartce papieru listowego. Napiszę na niéj list do Lidyi — wiész, ta moja koleżanka w Paryżu. Obiecałam jéj oryginalną pamiątkę z Wenecyi.
— Od wielu miesięcy nie trzymałem już ołówka w ręce. Zrobię coś niemożliwego! — zaprotestował.
— Ach, co mi do tego, bylem obietnicy dotrzymała! Pójdziesz tam rano i zaczekasz na mnie. Przyjdę po ciebie i pojedziemy na Lido.
Filip uśmiechnął się na tę dziecinną zachciankę, ale nawet nie próbował odmówić. Zresztą była serdeczna, jak rzadko, więc gotów był iść do Pallazzo choćby zaraz.
Rano, gdy się baronowa zbudziła, nie było go już w domu. Uśmiech zadowolenia i szyderstwa mignął po jéj twarzy, zamruczała:
— Ano, kto mu winien, że głupi!
Układała plan rozmowy z mężem i oczekiwała go niecierpliwie, nasłuchując na każdy ruch w domu. Nie wstawała, ani myślała o ubraniu się, tylko raz wraz spoglądała w lustro, przybierając rozkoszne pozy i spojrzenia.
Punktualnie w południe zjawił się Faustanger.
Gdy go wezwano do sypialni, zawahał się sekundę, potem ręką machnął i poszedł za subretką, która mu otworzyła drzwi i za nim je natychmiast zamknęła. Rotmistrz już odzyskał swobodę. Obejrzał pokój urządzony zbytkownie i rzekł, siadając bez ceremonii na krześle, jak na konia:
— Tém tempem jadąc, prędko swojemu gachowi uszyjesz torbę. Wiész co? dla takiego kiełbia szkoda się kompromitować. Mocnom ci obowiązany, że nie używasz mojego nazwiska: a to-bym się musiał wstydzić!
— Nie ciekawam pana uwag i komentarzy. Zdaje się, że nie mamy sobie nic do wyrzucenia wzajemnie. Pańska towarzyszka równie nie warta tylu zachodów. Można taką taniéj dostać! Ale do rzeczy. Miała być mowa o rozwodzie.
— Właśnie. Teraz pora na to! Mogę go udzielić z całą przyjemnością.
— Może, aby poślubić pannę Lili Fanchon?
— A choćby! Nie będę miał żadnych złudzeń, ani rozczarowań.
I zaczął gwizdać przez zęby.
Baronowa przeciągnęła się ruchem rozkosznym i, uśmiechając się, rzekła:
— O, co za poza niezręczna! Nie udawaj, bo ci to nie do twarzy. Chodź bliżej: możesz pocałować.
Faustanger skoczył jak rozjuszony tygrys.
— Ja? Chodź bliżej! Cha, cha! Dobra sobie! To ty mi do nóg i na kolana! Zapominasz, że się role zmieniły! Pisałem ci, żebyś gachów przegnała na cztery wiatry. Nie spełniłaś: teraz cierp! Ja tyle dbam o ciebie, co o robaka pod nogą. Rozdepcę i daléj pójdę.
— Albert! — krzyknęła.
— Milcz. Łaski proś i rozkazy spełniaj. Byłem ci sługą, kochankiem, mężem — deptałaś mnie. Teraz, jeśli chcesz pana i kata, to nim mogę być. Niczém inném! Jesteś nędznicą bez czci i wiary; ale że moje nazwisko nosisz i dużo mi od ciebie się należy, więc cię przyjąć mogę, tylko zanim się na to zdecydujesz, dobrze się namyśl, bo ci oddam za wszystko. Pamiętaj!
Oczyma jéj groził i, — smagał; pochylony naprzód, miał ruch tygrysa, gotowego do skoku.
Baronowa wzroku z niego nie spuszczała; dyszała, jakby ją ten szał upajał.
— Czegóż żądasz? — spytała namiętnym tonem.
— Żebyś wobec swego gacha i matki na kolanach prosiła mnie o łaskę i przebaczenie, i wyznała mi swą miłość.
— Oszalałeś! To niemożliwe. Powiedz mi, gdzie mam się udać do twoich dóbr, a jutro tam ruszę!
— Doprawdy? — zaśmiał się ironicznie. — I to ci chodzi po głowie! Chcesz być co rychléj kasztelanką, a mnie przedstawić jako głupca i naiwnego. Zapóźno! Zrobisz tak, jak ci każę, albo dostaniesz rozwód. Rozumiész, że dadzą mi go bez wielkiego starania. Ułatwiłaś mi interes swém prowadzeniem się, i to dowodzi, żeś nie tak sprytna, jak się wydajesz.
Roześmiał się i wstał.
— Zresztą jak sobie chcesz. Dla mnie teraz świat cały otwarty; dla ciebie coraz ciaśniéj: więc pomyśl i rozważ. Jutro wyjeżdżam do Monaco. Jeśli się zdecydujesz, daj mi znać. Będę czekał dwa tygodnie.
Baronowa umilkła i magnetyzowała go wzrokiem.
Faustanger oczu nie spuszczał, ale czuł, że długo nie wytrzyma, więc, nadrabiając miną, ukłonił się zdaleka i wyszedł. Na schodach odetchnął głęboko i otarł czoło i oczy.
— Szatan kobieta! — zamruczał. — Już drugi raz nie pójdę do niéj na trzeźwo. Musi mi Oryż poddać rezonu. A to — gotówem przegrać!
Ale Oryża nie zastał. Od rana siedział i on w pałacu dożów i szkicował ten sam obraz, co Filip patrząc ze złośliwą radością, jak tamtemu robota nie szła.
Rzeczywiście Osiecki zupełnie stracił wprawę i oko; przytém roztargniony był i czém inném zajęty, coraz bardziéj tracąc cierpliwość w miarę upływających godzin. Nareszcie mniéj więcéj szkic ukończył i ruszył do domu.
Baronową zastał w łóżku, rozgrymaszoną i kwaśną.
Skarżyła się na wilgoć i newralgię, na nudy i ciszę. Chciała zmiany; na szkic ledwie spojrzała i odrzuciła go.
— Mam dosyć Wenecyi. Chcę innego życia! Wszystko tu mi obmierzło. Żałuję, żem wyjechała od matki! Miałam tam towarzystwo.
— Możemy ludzi poszukać; świat wielki! — zaproponował natychmiast.
Uśmiechnęła się wesoło.
— Tyś idealny człowiek. Kocham cię, uwielbiam za poczciwość! Jedźmy na Riwierę. Tam tak cudnie, tak wesoło.
— Jedźmy, ale gdzie?
— Do Nicei. Tam najtaniéj i najwygodniéj. O, ja się robię oszczędną! Zobaczysz, jak umiem byle czém się obchodzić.
Wierzył we wszystko, co mówiła, uśmiechając się i pieszcząc. Znał ją taką, jaką sobie wymarzył, widział to, co sam czuł.
Nie dała mu zresztą czasu do namysłu. Gorączkowo zaczęła się pakować, śpieszyć, naglić do wyjazdu. Nie chciała czekać następnego dnia. Wyjechali tegoż wieczora, zostawiając pałac na opiece obcéj służby, a rachunki — przepłacone skutkiem pośpiechu.
Mniejsza o takie drobiazgi; ale baronowa postawiła na swojém — uprzedziła męża w Monaco. Mogła się pochwalić, że to on ją ściga, gdy w parę dni spotkali w domu gry Faustangera z francuzką.
Tydzień widywali się codziennie. Szczęście w grze nie sprzyjało baronowéj, nie rachowała, ile przegrywała, czerpała z portmonetki Filipa, roznamiętniona widokiem męża, który, przeciwnie, ciągle wygrywał i obojętnie odsuwał wygraną francuzce.
Nareszcie pewnego wieczora Filip frasobliwie się zamyślił, westchnął, stęknął i po długiém milczeniu rzekł:
— Będę musiał opuścić cię na tydzień!
Zadrżała z radości, ale się wnet opamiętała.
— Nie chcę! — zawołała kapryśnie.
— Wolałbym ciężką chorobę, ale muszę! — odparł desperacko. — Muszę do Krakowa pojechać, oswobodzić się z pod kurateli tych bab. W ich ręku zostawiłem nieopatrznie swój kapitał. Naturalnie, teraz nie dają znaku życia: ja się im przypomnę!
— I zostaniesz! — rzuciła z doskonale udanym niepokojem i zazdrością.
— Ja? — roześmiał się, obejmując ją gorejącemi oczyma. — Jeśli prawdą jest, że duch po śmierci jeszcze błądzi po ziemi, to i po śmierci jeszcze ja ciebie nie opuszczę, cieniem twym będę.
Wzdrygnęła się nieznacznie. Nie wątpiła, że zabrała mu wszystko i przykuła go do siebie; że zdradę jéj on życiem przypłaci: i to widmo, o którém mówił, mignęło w jéj oczach, nie wyrzutem, ale strachem. Była to zapowiedź, że nie pozbędzie się go łatwo i że niewolnik może się stać szaleńcem. Ale po chwili uspokoiła się. Obroni ją wtedy Faustanger!...
Więc odpowiedziała spokojnie, prawie żartobliwie:
— No, prawda! Pojechać musisz. Będę cierpliwa i wyrozumiała. Jeśli mi się tu znudzi bez ciebie, wyjadę na spotkanie do Wenecyi. Tylko nie siedź tam długo. Przywykłam tak do ciebie, że gotowam tęsknić.
Potem nieznacznie nagliła go do wyjazdu.
— Jeśli co przykrego ma się stać, raczéj rychło. Oczekiwać przyjemności — ciężko, témbardziéj — przykrości. Jedź i wracaj prędko.
Towarzyszyła mu na dworzec i zachowała po mistrzowsku okolicznościową pozę, ale gdy pociąg ruszył, odetchnęła z rozkoszą.
— Teraz spróbujemy swych sił, panie baronie — myślała, wracając do hotelu.
Filip tymczasem śpieszył do Krakowa.
Kuryerskie pociągi wydawały mu się powolnemi, przestanki męczarnią. Liczył godziny ze wstrętem, że tyle ich przeżyć musi bez niéj!
Nareszcie stanął u celu i wprost z dworca ruszył do mieszkania Magdy i Osieckiéj.
Gotów był na skandal: rozdrażniła go tęsknota.
Służąca na jego widok przelękła się i nie wiedziała, co rzec.
— Pani w domu? — spytał ostro.
— W domu. Onegdaj przyjechała, jutro odjeżdża.
— Powiedz, że mam pilny interes i chcę ją widziéć natychmiast.
Wyszła, zostawiając go w przedpokoju, i rzecz dziwna, śmiałość go zupełnie odbiegła.
Czul się tu tak obcym, tak wrogim, że nawet się nie ośmielił wejść do salonu.
Myślał, że Magda tu jest, przez ścianę, i lęk go ogarnął przed jéj spojrzeniem.
Służąca wróciła po chwili i wręczyła mu spory pakiet.
— Pani majorowa kazała to panu oddać i powiedziéć, że jest zajęta, przyjąć nie może, lecz prosi, aby pan się udał do doktora Malickiego.
Filip zajrzał do koperty. Pełna była bankowych biletów. Na razie nie wiedział, co rzec służącéj, która patrzała nań z niechęcią.
— Podziękuj pani majorowéj! — wykrztusił wreszcie. — A młoda pani jest w domu?
— Nie! Wyjechała już dawno.
Nie było tedy co robić. Najdrażliwszy interes poszedł gładko, niespodziewanie: obeszło się bez sceny. Wyszedł, myśląc, czy warto iść do Malickiego. I tych oczu się bał, i szorstkiéj prawdomówności starego.
W hotelu przeliczył pieniądze. Były w porządku; ale postanowił skończyć odrazu wszystko, aby nie potrzebował już nigdy tutaj wracać.
Po południu poszedł do Malickiego.
Doktor, na jego widok, ręce schował do kieszeni i, uprzedzając powitanie, zawołał:
— Ha, zjawiłeś się przecie! No, mam tu dla ciebie pieniądze, osiągnięte ze sprzedaży ruchomości. Stach mi to zostawił, wyjeżdżając nad morze! Poszło wszystko za pół darmo, ale żeś tyle już stracił, to i materyalną stratę zniesiesz stoicznie.
— A cóżem stracił, profesorze? — zagadnął Filip, nadrabiając miną.
— Ano, jak dla jednéj osoby, to dosyć. Straciłeś talent, sumienie i poczucie etyczne. Fundusz za tém pójdzie, a może i życie. Przyznaj, że gdybyś był dość przytomnym, by zestawić swój moralny bilans, tobyś już nie czekając na moje zdanie, ogłosił się bankrutem.
Filip się cynicznie roześmiał.
— Wolno mi bankrutować, bo nie pociągam za sobą obcych kapitałów. No, i co do sądu o sobie jestem pełnoletni.
— Pełnoletni, ale niepoczytalny chyba, jeśli masz siebie za niewinnego. Ostatecznie nie myślę moralizować cię, ani przekonywać, tylko wiedz, co o tobie sądzą ludzie normalni. Wolno ci miéć romans z awanturnicą; ale nie wolno, wskutek kłótni z nią, żenić się z uczciwą dziewczyną, nie wolno, przyjąwszy obowiązki dojrzałego człowieka, rzucać ich i deptać i żyć w skandalu!
— Pan zapomina, że gdym się żenił, opinia Magdy nie była świetną. Dałem jéj swoje nazwisko i rehabilitacyę.
— Chyba dla gawiedzi, bo kto ją znał, ten ofiary twojéj wcale nie potrzebował. Zresztą dalszy ciąg téj opieki okazał, czém była. Trzeba rozróżniać tłum od ludzi, mój drogi! Pierwszy krzyczy i idzie za pozorem, drudzy myślą i szukają treści. Ty możesz mieć wielu obrońców i towarzyszy; twoja żona będzie miała przyjaciół. Zresztą nie jéj wyrządziłeś krzywdę, ale sobie!
— Wierzę! — szyderczo rzekł Filip. — Musiała być rada, gdy się mnie pozbyła, i pewnie się nie skarżyła. O, żeby ona była inną, nie straciłaby mnie!
— Być może. Ale ty, znając swoją naturę, powinieneś był szukać innéj. Teraz wyglądasz fatalnie i żyjesz, nie zdrowiem, ale podnieceniem nerwów. Źle skończysz; to pewna! Ale cóż robić? Tego, co ci zalecę, nie spełnisz, ani nie uwierzysz w to, co ci z doświadczenia powiem. Jaka to szkoda, że człowiek nie pierwéj nabiera rozumu, aż sam sobie przyzna, że był głupi! No, lada dzień się o tém przekonasz. Oto masz pieniądze. Fink i Sylwester obłowili się na tobie; ale toć zawsze tak: Vae victis!
— Czy żona moja nie poleciła panu załatwienia ze mną pewnych rachunków?
— Nie. Żadnych pretensyj nie rości ani do ciebie, ani do twego funduszu.
— Pan raczy jéj oznajmić, że w razie chęci otrzymania rozwodu, z mojéj strony na opór nie trafi.
— Wątpię, czy jéj co na tém zależy i czy będzie miała chęć do powtórzenia sakramentu małżeństwa.
Doktor widocznie powiedział wszystko, co mu leżało na sercu, bo odpowiadał już z roztargnieniem, co chwila na zegar spoglądając.
Filip przeliczył pieniądze, kwit wypisał i wstał, aby się pożegnać.
Miał przykre wrażenie, że doktor może mu nie podać ręki: więc się tylko zdaleka ukłonił i wyszedł, pełen niesmaku i jakby po porażce zawstydzony.
Udał się na obiad do restauracyi i tam, naturalnie, spotkał Sylwestra.
Ucieszyli się wzajemnie i przywitali serdecznie.
— Figlarz z ciebie, figlarz — groził mu stary, mrugając filuternie i pobłażliwie zarazem.
— Cóż tu piorunują bardzo na mnie? — odparł Osiecki, rad, że przecie nie trafił na morały.
— A no pewnie! — rozłożył ręce Sylwester. — Dużo jest tych, co zazdroszczą, więc krytykują. Ale, co gorsza, inni dowodzą, że cię baronowa spłucze i wróci do męża! Jakże? nie słychać tam nic o nim?
— Lada dzień na rozwód się zgodzi.
— Cóż z tego! Zapóźno!
— Jakto! Sądzę, że i moja żona mnie uwolni! Gdzie ona bawi?
— Różnie mówią. Jedni, że krąży incognito po Włoszech za tobą, drudzy, że podróżuje z Oryżem, trzeci, że gdzieś odbywa rekollekcye. Niéma jéj tutaj, to fakt:
— Szkoda, rozmówiłbym się ostatecznie.
— Długo zabawisz?
— Do wieczora.
— Tak ci pilno?
— Do szczęścia zawsze pilno. Gdzież radczyni?
— Wyjechała do Sokolina. Ta się pewnie o córkę nie upomni: bądź spokojny.
— Tak dalece, że na listy nawet nie raczy odpowiadać.
— Teściowa wygodna, ani słowa! Tylko nie żądajcie od niéj pieniędzy — zaśmiał się Sylwester.
— Podobna do mojéj żony: wygodna, tylko nie żądajcie od niéj miłości! — odparł Filip.
— Taak? A no, to się nawet nie dziwię. Mój drogi, ja miałem rozum, żem się nie dał złapać na sakrament. Osiecka, która ciebie oczerniła, jak kominiarza, o tém nie raczyła wspomnieć! To tak?...
I kiwał głową z porozumieniem.
Filip, podniecony sympatyą, rozgadał się o swojém szczęściu obecném i niedoli poprzedniego pożycia, a Sylwester, z wprawą plotkarza, dobywał z niego coraz nowe zwierzenia.
Gdy się rozeszli, wrażenie rozmowy z Malickim było najzupełniéj zatarte i Filip miał przekonanie, że postąpił logicznie, naturalnie i prawnie, i że Sylwester był najrozsądniejszym człowiekiem w Krakowie.
Jednakże dzień ten wydał mu się nieznośnie długim a miasto pustem. Zaledwie doczekał wieczora i odetchnął z ulgą w wagonie.
Teraz pędź, goń — do szczęścia!...
W Monte Carlo stanął o południu. Udał się wprost do mieszkania, serce mu biło, promieniała twarz. Mieszkanie zastał zamkniętem. Nie obudziło to w nim żadnych podejrzeń. Gdy nie ujrzał jéj na dworcu, myślał, że zaspała; gdy drzwi zastał zamknięte, nie stukał nawet długo, ale zbiegł na dół i wstąpił do portyera, zapytać: w którą stronę poszła na spacer?
Portyer popatrzał nań zdziwiony.
Oh! madame est partie — odparł.
— Wyjechała? Dokąd? Nie zostawiła listu?
— Nie. To jest, owszem, mam coś do tego numeru. Depesza.
Filip spojrzał, coraz mniéj pojmując. Była to jego depesza, wysłana z drogi wczoraj. Co to znaczy?
Tymczasem portyer, jakby sobie powoli tę sprawę przypominał, rzekł:
— Pani wyjechała nagle i na czas krótki zapewne bo kufry zostały w mieszkaniu.
— Proszę o klucz zatem! — odetchnął Filip.
Poszedł do mieszkania. Zdradzało ono rzeczywiście wyjazd niespodziewany, jakby ucieczkę: kufry otwarte, ubranie porozrzucane, pościel zmięta.
Nigdzie jednak listu, ani słowa jednego.
Oszołomiony, z chaosem myśli, tracąc głowę, chodził z pokoju do pokoju, od sprzętu do sprzętu, jak manijak, wciąż szukając kartki, jakiegoś znaku wytłómaczenia.
Wreszcie padł na fotel, począł zbierać zmysły, kombinować i nagle myśl jedna, jak wyzwolenie, wzbiła się nad chaos.
— Uciekła od Faustangera! Ten bydlak może jéj ubliżył, może napadł, może groził? Uciekła biedna! A gdzie? Naturalnie, do Wenecyi! A ja, waryat, tyle czasu nie mogłem tego się domyśléć!
Roześmiał się i zupełnie uspokojony zawołał służącą.
— Proszę to upakować — rozkazał, biorąc się téż do zbierania manatków.
Teraz rozczulony był jéj niedolą, niespokojny, czy nie przechoruje przykrości i strachu, zły na siebie, że ją opuścił, naraził na to utrapienie.
Byle prędzéj stanąć w Wenecyi, uspokoić ją, utulić, upieścić, pocieszyć!
Palił go grunt pod stopami. Kufry polecił wysłać za sobą i pierwszym pociągiem ruszył w pogoń za swojém bóstwem.
Był wczesny ranek, gdy stanął u celu.
Przed ich pałacem gondola stała nieruchoma, firanki zapuszczone, żadnego ruchu w domu. Zadzwonił. Odźwierny długo kazał czekać na siebie. Gdy go ujrzał, przeraził się.
— Pani śpi? — spytał Filip.
— Pani? Niéma pani.
Filip zbladł i oparł się o ścianę.
— Niéma pani! — powtórzył głucho. — Ale była tu temi dniami?
— Nie było nikogo — odrzekł włoch, patrząc z ciekawością i zdziwieniem.
Nagle Filip poczerwieniał, zatoczył się i upadł na posadzkę sieni. Świat wirował mu w oczach, potém uczuł jakby zgrozę śmierci i stracił zupełnie przytomność.
Gdy przyszedł do siebie, ujrzał obcego człowieka, który go trzeźwił. Był to lekarz, którego odźwierny sprowadził, przerażony wypadkiem.
Pierwsza myśl nieszczęsnego była o niéj. Oburącz za głowę się objął i zajęczał.
— Niema jéj, niéma! Zdradziła!
Żadnéj iluzyi nie miał, żadnéj nadziei, i żyć nie chciał. Odtrącił doktora, który mu podawał jakąś miksturę, zerwał się, rzucił do drzwi.
Pochwycono go, odprowadzono do łóżka. Wtedy kląć zaczął:
— Precz ztąd, szakale! Zdrów jestem, nie potrzebuję nikogo. Bodaj was piekło pochłonęło!
Potém rozpacz go porwała znowu. Zwinął się jak robak, twarz ukrył w dłonie, zajęczał.
— Atak mózgowy — zdecydował doktor, pisząc drugą receptę.
A Filip, dysząc nierówno, drżał na całém ciele. Prawdzie strasznéj, co mu druzgotała życie, chciał w oczy zajrzéć i nie mógł jeszcze.
— Boże, Boże! Com ja jéj zawinił? Za co mnie opuściła? To być nie może!
Uczepił się, jak topielec, téj wątpliwości.
— To być nie może! Pojechała gdzieindziéj, może na parodniową wycieczkę. Wróci!
Oprzytomniał, odzyskał cokolwiek równowagi, mocy nad sobą.
Przemówił do doktora, podziękował za staranie, opłacił go po królewsku, powiedział, że zemdlał wskutek zmęczenia, że mu się to często zdarza, i po godzinie pozbył się nareszcie nieznośnego świadka, poczém i odźwiernego za drzwi wyrzucił.
Otucha wracała, zbrojna w argumenty.
Dlaczego zaraz przypuszczał najgorsze, dlaczego ją posądzał, dlaczego koniecznie miała być w Wenecyi? Mogła równie dobrze wyjechać na dni parę do Florencyi, Rzymu, San Remo, byłe gdzie... Teraz może już jest z powrotem w Monte Carlo i dziwi się jego postępkowi!...
Coraz bardziéj wierzył w swoje nadzieje, odzyskiwał spokój. Ubrał się i wyszedł. Wysłał do niéj depeszę, a potém, aby czas zabić, ruszył na plac św Marka. Na Piazzeccie, u stóp św. Teodora, ujrzał Oryża.
Z albumem na kolanach, szkicował ruchliwy tłum na wybrzeżu i gwizdał przez zęby. Dlaczego Filip go zaczepił? To było niczem niewytłómaczone, nielogiczne, niepotrzebne.
Zatrzymał się, nie rezonując, ani myśląc; spojrzeli na siebie, i Osiecki spytał:
— Cóż to? Patron cię wygnał, żeś za nim nie pociągnął na Rivierę, mości panie malarzu?
Oryż przestał gwizdać i rysować. Łokcie na kolanach wsparł i odrzekł pierwszy raz w życiu bez szyderstwa i złośliwości:
— Baron Faustanger pojechał nad Rivierę, żeby żonę odzyskać, a że ja tego bagażu nie posiadam, więc nie miałem po co tam jeździć.
Filip chwilę patrzał na niego błędnie, potem skoczył naprzód, jakby go zadławić chciał.
— Kłamiesz! — krzyknął ochrypłym głosem.
Oryż ramionami ruszył.
— Nie należę do tak zwanego „towarzystwa“, więc nie zadaję sobie fatygi kłamać. Pisał do mnie wczoraj, że się z żoną pogodził i że jadą do Sokolina, do teściowéj. Myślałem, że pan już wiesz o tém. Jeślim pierwszy to oznajmił, to mocno żałuję.
Filip stał jak skamieniały. Teraz miał całą prawdę — nagą, zimną, nieubłaganą, jak śmierć; musiał jéj w oczy patrzéć, zwyciężyć lub uledz.
Taka straszna nędza i rozpacz odmalowała się na jego twarzy, że go nawet Oryż pożałował: zapomniał, że go nienawidzi, że z jego racyi on podobnież cierpiał.
Wstał, słuchając pierwszego porywu litości, pod ramię go wziął i rzekł:
— Chodź pan ztąd!
Filip się nie opierał. Machinalnie dał się prowadzić, wsadzić do gondoli, wieźć, nie pytając dokąd.
Oryż zawiózł go do mieszkania, chciał zostawić samego, ale się bał pierwszego wybuchu po znieczuleniu, więc pozostał. Filip upadł na fotel, odrzucił głowę na poręcz i patrzał mgławo w próżnię. Oryż stanął u okna i, spoglądając zamyślony na barwny i ruchliwy kanał, z pod oka go obserwował.
„Może wyjść, zostawić go? — rozmyślał. — Jak go ból do cna przejmie, to w łeb sobie palnie! Naprawdę, co on lepszego ma do zrobienia? Mosty spalił; ta hydra wyssała z niego już duszę. Długie lata żyć takiemu — po co! Ale gdybym go nie dopilnował, gdyby on się zabił, Magda-by pomyślała, żem taki, jak wszyscy. No, nie! Oryż nie był i nie będzie podobny do reszty. Byłem całe życie gorszy, głupszy, podlejszy; teraz będę lepszy. Żeby on mnie miał ztąd wyrzucać, plwać, kląć — zostanę. Ale co, u licha? Gadać do niego czy milczéć?“
Filip sam go wybawił z kłopotu. Ocknął się, jak ze snu, i nieswoim głosem spytał:
— Więc pan miałeś list od Faustangera onegdaj? Żebym ja go mógł przeczytać!
— I owszem. Mam go przy sobie. Czytaj pan i pociesz się po stracie, bo szkoda dla takiéj żalu. Człowiek po zdradzie myśli, że nie przeżyje, ale to furda! Żaden płaz nie ma tak twardego życia, jak człowiecze serce.
Filip nie słyszał nic. Wziął list, otworzył: „Mój przyjacielu, dziś rano miałem odwiedziny Alicyi. Ostatecznie twoje przypuszczenia były trafne; musiałem dla niéj trochę ustąpić ze swych wymagań — darowałem scenę przeprosin wobec amanta, którego nota bene nie było w téj chwili pod ręką. Mniejsza o to: jest zupełnie upokorzona i podbita, a liczę, że dosyć posiada arytmetyki, żeby mi się nie narażać w przyszłości. Wyjeżdżamy dzisiaj wprost do teściowéj, do Sokolina. Wyobrażam sobie słodkie oczy ropuchy na mój widok. No, tedy interes załatwiony. Polecam ci sprzedaż moich ruchomości w Wenecyi. Ile za to weźmiesz, odeślij Lili do Paryża. A pamiętaj, że masz przyjaciela na całe życie. Faustanger.“
Filip się zerwał, cisnął list w stronę Oryża.
— Więc pan tu pozostał, aby czatować na mnie i zobaczyć skutek téj intrygi? Może tu jesteś z polecenia mojéj żony? Tryumfujecie teraz! Precz ztąd!
Był blady, wściekły, bez kropli krwi na wargach. Rzucił się na Oryża, chciał bić, szarpać, deptać go, w swym szale niepoczytalny.
Nagle chwycił go zawrót głowy, przez sekundę widział jakby przepaść pod nogami, strach, zgrozę — zatoczył się, rękami uderzył w próżnię, i Oryż pochwycił go, gdy już padał nieprzytomny.
Teraz nie był to atak chwilowy; była to śmiertelna choroba. Do wieczora leżał już bez pamięci i czucia, w boju o śmierć lub życie, z zapaleniem mózgu.
Oryż wezwał trzech lekarzy i zasiadł u jego łóżka, z troskliwością niańki doglądając go, jakby mu był najbliższym.
Chciał telegrafować do Magdy, ale po namyśle zawiadomił tylko Berwińską.
— Kobiety zawsze lepiéj jedna drugą rozumieją, niż my. Kto je tam zgadnie! — zdecydował.
Chory zajmował mu teraz dnie i noce.
Leżał w malignie, zrywał się, rzucał, gadał od rzeczy, lub zamierał, tak strawiony gorączką, że do żywego już nie był podobnym.
Bywały chwile szału, że Oryż mu podołać nie mógł, wołał służbę do pomocy. Bywały inne, iż ledwie mógł oddech usłyszeć, rozeznać, że w tém zniszczonem ciele duch jeszcze tli.
Straszne téż były czasem w ciszy nocnéj jego widziadła, jego monologi, z dna duszy dobyte męty i gorycze. Słuchając, Oryż zestawiał go z sobą:
„On dostał wszystko, czego ja nigdy miéć nie będę! Ha, może to zdrowo? Licho wie, byłbym może jak on rozbity... Podła rzecz tak przeżyć same pomyślności odrazu! Lepiéj ich wcale nie znać... Co mu zostanie? Uh! zgrał się jak skrzypce. Jednakże ze złych numerów na loteryi życia chyba najgorszy — kobieta! Ba, albo najlepszy? Ta moja wyciągnęła mnie z błota za uszy! Ta moja!! Ha — może ona i jego jeszcze wyciągnie. Jeśli wyżyje, ma do kogo wrócić, i zapomną mu wszystkiego, i przebaczą, i rozczulać się nad nim będą!! Alboż jest sens na świecie? Jednakże ja-bym się z nim nie pomieniał, i w oczy Magdy w jego roli patrzeć-bym nie chciał! Brr — za nic! — Lepiej-bym umarł! Ale ba — alboż to wstyd także umrzeć nie może, razem ze wszystkiem? On go może dawno pogrzebał.“

. . . . . . . . . . . . . . . .

Przyszedł przecież dzień, gdy Filip spojrzał przytomnie. Był uratowany. Oryż odetchnął i zdecydował, że może się od obowiązku uwolnić. Zostawił przy chorym dozorczynię zakonnicę, polecił go doktorom i z uczuciem spełnionéj ciężkiéj próby opuścił pałac.
Codzień dowiadywał się u odźwiernego, ale nie odwiedzał rekonwalescenta. Minęło parę tygodni. Oryż interesa Faustangera załatwił, pracował pilnie, wysyłał regularnie swemu wydawcy zamówione illustracye, tekę swą napełniał szkicami, żył wedle swego gustu — przeważnie na ulicy — i marzył, by jesienią odwiedzić Kraków. Było mu dobrze pewnego popołudnia nad morzem, na Lido, gdyż, leżąc, snuł plany, tak różne z niedawną przeszłością. Zamyślony, wpatrzony w błękitną nieskończoność wody i nieba, pół śnił, pół marzył.
Ku niemu od zakładu kąpielowego ktoś szedł powoli, odpoczywając co chwila.
Gdy stanął tuż przed nim, dopiero go Oryż spostrzegł i poznał. Był to Filip, tak zmieniony, że znowu litość ogarnęła malarza i przemogła wszelkie inne uczucie. Podniósł się żywo:
— O, zuch z pana! — rzekł. — Już na nogach, to dobrze!
— A już — odparł Osiecki jakimś dziwnym, tępym tonem. — Sił jeszcze mało, usiądę! Ledwiem odnalazł pana, a chciałem koniecznie spotkać i pomówić.
Usiadł i umilkł. Miał wyraz człowieka roztargnionego, który się gwałtem odrywa od jakiéjś sobie tylko wiadoméj myśli, a z nikim podzielić się nią nie chce, choć ona go absorbuje, odbiera mu prawie przytomność.
— Pięknie tu! — zagaił obojętnie rozmowę Oryż, wskazując morze.
Filip ani spojrzał, ani potwierdził.
— Mówiono mi, że gdyby nie pan, tobym umarł — rzekł po chwili. — To dziwna ta troskliwość... Indyanie czerwonoskórzy pielęgnują tak wrogów przed dokonaniem zemsty. Dlatego nie chcę dziękować! Rozumiem pana!
Oryż głową potrząsnął.
— Ale ja pana nie. Za cóż się mścić mam?
— Za to, żem panu Magdę odbił!
— Pan, mnie? To się pan myli.
— Po co się zapierać? Kochałeś ją pan!
Twarz Oryża skurczyła się trochę; ale wnet spokojnie i poważnie odparł:
— Nie kochałem, lecz kocham. Ale mi jéj nikt odebrać nie mógł: ani pan, ani śmierć nawet, bom jéj nigdy nie pożądał. To wielka różnica! Nie może mi pan zakryć słońca, ani zabronić, bym się modlił. Kobietę pan pojąłeś, ale mój ideał we mnie został, wybrałem zaś taki, który mnie nie zdradzi, ani méj wiary nie zawiedzie. Jestem spokojny i nikomu nie zazdroszczę, nawet panu!
— Powiedz pan: najmniéj mnie, będzie słuszniéj — wtrącił gorzko Filip.
— Owszem. Bo ona pana kocha.
Osiecki roześmiał się pogardliwie.
— Cóż mi z tego! Panu się zdaje to szczytem szczęścia, a mnie głupstwem. Zresztą wszystko jest głupstwem i blagą. Ludzie są stadem; powymyślano im różne sztandary i wmówiono, że takie płachty i łachmany są czemś szczytnem. Idą, depcą jeden drugiego, dają się deptać i zabijać, krzywdzić i oszukiwać, a gdy już stracą wszystko i przekonają się, że purpura to szmata bez wartości, szych i blaga: wtedy... nie gadajcie im więcéj o sztandarach, wtedy wiedzą lepiéj od was, co to warte.
— Bo sami są wtedy już nic nie warci! — przerwał Oryż żywo. — Człowiek rad plwa na to, co z własnéj winy utracił, by się nie zdradzić, że cierpi.
— A jeśli już nie cierpi?
— To powinien nanowo odżyć, i lepiéj.
— A jeśli już nie pragnie?
— To powinien zmusić się do pracy i myśli.
— A jeśli nie chce?
Oryż umilkł, a po chwili ze złością dodał:
— Ziemia jest dla żyjących i dla zdrowych. Kto czuje, że umarł, niech ludziom nie cuchnie. Kto jest chory, niech idzie do szpitala. Ale największe głupstwo jest mieć siebie za najnieszczęśliwszego i najbardziéj skrz3ywdzonego. „Wszystko już było“ — mówi Ben Akiba.
Filip słuchał cierpliwie, bez obrazy. Myśl jego błądziła gdzieindziéj. Nagle spytał:
— Pan dobrze zna Faustangera? Co to za człowiek?
— Ano, zdrowe zwierzę!
— Ciekawym, czy on może cierpieć?
— Wątpię! — odparł Oryż, patrząc badawczo na towarzysza. Zaczęło mu w głowie świtać, że taki spokój i obojętność u nerwowego człowieka jest nienormalnym objawem. — Czy pan myśli tu długo pozostać? — zagadnął.
— Może tydzień, póki do sił zupełnie nie wrócę. Potém jadę do znajomych. Mam należności do odebrania, rachunki. Trzeba skończyć!
Twarz jego, zaostrzona przez chorobę, przybrała jeszcze twardszy wyraz. Kąty ust drżały.
— Jestem jeszcze zasłaby na robotę, co mi pozostała. W każdym razie wdzięczny jestem panu, żeś mi pan przed czasem umrzeć nie dał. Otrzyma pan ode mnie nagrodę rychło, i pomimo tego, com od pana słyszał, sądzę, że jéj pan rad będzie. Jak rzadko człowiek wie, co mu potrzeba i jakim jest sam!
Wstał ciężko z ziemi i, skinąwszy głową, odszedł krokiem opieszałym, człowieka, któremu do niczego już nie pilno. Oryż ścigał go wzrokiem i rozmyślał:
„Nie chciałbym siedzieć w skórze baronowéj. Obyż strzelał z rewolweru, bo to broń do pudłowania jedyna. No, jéj to na sucho nie ujdzie, przeciągnęła strunę. Co on mi da za nagrodę? To już zupełne majaczenie! W każdym razie napiszę o tém wszystkiem do Magdy.“
Na list wysłany tegoż wieczora otrzymał w tydzień potém depeszę: „Pilnuj go pan, nie dopuść do katastrofy. Błagam na wszystko, ufam panu.“
— Masz dyable tabakę! — zamruczał Oryż, odczytawszy.
Zdało mu się, że w depeszy brzmi rozpacz i trwoga serdeczna. Zabolało go to nieznośnie.
„Pilnuj! Niech go sama pilnuje! — mruknął, mnąc papier ze złością. — Jam ze siebie dosyć zrobił, aż nadto. Może mam go teraz do niéj doprowadzić, a w nagrodę każą mi piec na rożnie tłustego cielca, na ucztę dla niego!“
Jeszcze tak burczał, a już schodził po brudnych schodach swego albergo na dół, do gondoli i kazał się wieźć do pałacu Filipa.
Długo dzwonił, zanim się odźwierny ukazał.
— Pan w domu?
— Wczoraj wyjechał.
— Dokąd?
— Zupełnie. Pałac na sprzedaż, pusty.
Oryż zagwizdał przeciągle.
— Wczoraj. Ja mogę ledwie o północy. Uprzedzi mnie o dwie doby. Aż nadto czasu, żeby urządzić parę trupów, albo kilku rannych! A tu — „pilnuj!“ właśnie w porę! Pojadę jednakże...





X.

Oryż jechał jednym tchem z Wenecyi do Tarnopola, mało co śpiąc i jedząc. Nie spał, bo wagony trzeciéj klasy były przepełnione, a nie jadł, bo na ten zbytek fundusze jego nie pozwalały. Stanął przecie w Tarnopolu, ale bez grosza na dalszą podróż. Drobiazgi takie nie odbierały mu przecie rezonu. Lombard jest w każdem mieście, a zegarek kupił był sobie niedawno, więc starczyło na bilet do dyliżansu. Pierwszą osobą, którą spostrzegł wsiadając, był stary hajduk Faustangera.
Oryż napadł nań, jak policyant na socyalistę.
— Zkąd? Czego? Co się u was dzieje?
— Wszystko dobrze — odparł spokojnie sługa. — Państwo zdrowi. Mnie posyłano do Krakowa po niektóre rzeczy pani baronowéj, gdyż będziemy w Sokolinie przez cały czerwiec. Potém wyjeżdżamy do Wiednia.
— Kiedyś wyjechał z Sokolina?
— Już tydzień.
— No, to nie ma co z tobą gadać!
Na stacyach zmieniali się podróżni. Oryż słuchał co mówią. Katastrofa, gdyby się stała, rozniosłaby się po całym kraju. Ale nikt ani wspomniał o Faustangerze.
„To szczególne! — myślał Oryż. — Czyżbym go uprzedził? Może się w Wiedniu zatrzymał, a może po namyśle sam na sobie owe rachunki podsumował. Zaczynam wierzyć w bajeczne szczęście baronowéj!“
Na stacyi najbliższéj Sokolina wysiadł z dyliżansu. Kilka dworskich furgonów oczekiwało na bagaże z Krakowa. Od fornali dowiedział się Oryż, że państwo zdrowi i gości nie było.
Rzekł tedy do hajduka:
— Ruszaj naprzód i uprzedź pana o mojem przybyciu. Ja tu drogi znam, pięć kilometrów to spacer. Pójdę piechotą!
Wieczór był bardzo pogodny i ciepły, a Oryża — im bliżéj było Buczacza — ogarniała jakaś rzewność, do któréj się przyznać nie był rad, nawet przed samym sobą. Znał te drogi, i parowy, i strumienie. Dzieciństwo tu przebył, potém, ilekroć do stryja zjeżdżał, deptał te ścieżki w bezcelowéj, próżniaczéj włóczędze.
Teraz tu niedaleko Magda była... Gdyby chciał, ruszyłby ot gościńcem i o świcie popatrzał w jéj okna, w dworku Okęckiéj. Wiedział od Berwińskiéj, że mieszkała tam a codzień jeździła do Buczacza i, stosownie do obietnicy, malowała w kościele kaplicę Majową.
Wielka moc i tęsknota ciągnęła go na ów gościniec, a przytém drżał z lęku i niepewności: czy téż jéj miłym będzie, czy nie pomyśli, że jest natrętnym?...
Westchnął i ku Sokolinowi zawrócił.
Droga była pusta, wiła się zygzakiem, z góry na dół i napowrót pod górę.
Park sokoliński już widać było: więc Oryż swoje rojenia odegnał i wrócił myślą do celu podróży. „Ostrzedz Faustangera, czy nie?“
Jeszcze był sobie na to pytanie nie odpowiedział, gdy usłyszał turkot, parskanie koni i z po za zakrętu drogi ukazał się rotmistrz, powożący sam małym wolantem i parą szalonych trakenów. Osadził je na miejscu i rozpromieniony zawołał:
— Siadajże. Dałem Stefanowi garść złota za dobrą nowinę! Witaj, rad cię widzę, jak stuletnią śliwowicę!
Oryż wsiadł i rzekł ze śmiechem:
— Żeś mi rad, wierzę, ale twoja pani dużo mniéj się moim widokiem ucieszy. Dlategom cię uprzedzić kazał. Jeśli mam jéj przykrość sobą uczynić, możemy się tu na drodze rozmówić, i pójdę do stryja w Buczaczu. Nie powiem ci, żebym przepadał za damskiem towarzystwem!
— Ani ja! — przyznał Faustanger. — Ale moje kobiety przerobiłem do szczętu! Muszę je mieć dla dekoracyi majoratu: niechże je mam według swego gustu. Mój przyjaciel jest pierwszą osobą w domu. Bądź spokojny. Będą cię honorowały raczéj za wiele, niż za mało. No, cóż porabiasz? Możeś już plunął na wstrzemięźliwość?
Oryż się skrzywił, jakby mu kto po odciskach deptał.
— Nie wspominaj. Ze wstydem muszę wyznać, żem śledź i że nabrałem nawet do wody gustu. Co porabiam? Załatwiłem twoje polecenia. Lili trochę spazmowała po tobie, ale rada była imdemnizacyi za koszta wojenne!
— Trzeba ją było pocieszyć!
— Mam wstręt do brunetek, i naprawdę nie przyszło mi to na myśl. Przepadło! Teraz ci powiem cośkolwiek o Osieckim.
— Co to jest?
— Dobryś! ten malarz...
— Ach, ten! A to powiedz baronowéj. Ją to może zabawi. Cóż, zastrzelił się?
— Ba, on woli zastrzelić twoją żonę pierwéj; potém zapewne i sobie naboju nie pożałuje. Między nami mówiąc, ten jego zamiar dużo ma więcéj sensu niż wszystko, co czynił dotychczas.
Faustanger brwi zmarszczył i zastanowił się.
— Gdzie on jest? Mówiłeś z nim?
— Mówiłem, i bardzo się zdziwiłem, znajdując was oboje jeszcze przy życiu. Myślałem, że was znajdę już zabalsamowanych! Gdzie jest? Nie wiem. Uprzedził mnie i przepadł. W każdym razie miejcie się na baczności!
— Ja? — skoczył Faustanger — mam się lękać chłystka? Jeśli mnie wyzwie, to mu stanę, a jeśli téj formy zaniecha i ośmieli się żonę napastować, to go kijem wygonię i oddam policyi. Ale ty przesadzasz: takie lalkowate desperaty strzelają do siebie tylko. Tego mu nie bronię!
— Jak sobie chcesz. Ostrzegłem cię. Ja mam inne zdanie — prostaka. Ty mu nic nie zawiniłeś, więc cię wyzywać nie potrzebuje. Twoja żona zawiniła ciężko. Oszukiwała go, kłamała, wyzyskiwała, krzywdziła, wreszcie zdradziła — to mord! Jeśli będzie szukał zemsty nad nią, to go kijem nie częstuj, bo on tutaj jest w swojem prawie.
— To dobre! więc mam mu pozwolić baronową oplwać, sponiewierać, może zabić?
Oryż ramionami ruszył:
— Bądź spokojny. Ostrzeż ją tylko. Potrafi ona obronić siebie lepiéj niż ty!
Faustanger, po chwili namysłu, biczem machnął i zaśmiał się dziko.
— To pewne! Jéj to sprawa. Umiała zaplątać: niech odplącze teraz.
Zajechali pod pałac i poszli wprost do jadalni, gdzie już czekał na nich obiad.
Po chwili ukazała się radczyni, jakaś zmalała i milcząca wobec zięcia, ku któremu rzucała spojrzenia z ukosa, pełne pokory.
Za nią weszła córka. Odrazu spostrzegła Oryża, zbladła, oczy jéj zapałały wściekłością, uczyniła ruch, jakby mu miała drzwi pokazać.
Ale wtém Faustanger przemówił:
— Przedstawiam mego przyjaciela, malarza Oryża, którego cenię i szanuję, bo dla pieniędzy moich nie ma żadnego respektu, ani nie skłamał nigdy! Niechże mu będzie dobrze w moim domu!
Baronowa zapanowała nad sobą, skłoniła się uprzejmie; radczyni skwapliwie podała mu rękę.
„Co za szkoda, że po tém przedstawieniu i będąc pod opieką rygoru Faustangera, nie mogę z nimi pogadać otwarcie...“ — pomyślał Oryż, odpowiadając zdawkową monetą na szablonową rozmowę dam.
Baronowa i Oryż nie pili wcale; Faustanger z radczynią dotrzymywali sobie kompanii. W miarę ilości wina humor barona przybierał coraz swobodniejsze objawy.
Śmiał się dziko, i okrucieństwo poczynało mu wyzierać z oczu. Zwrócił uwagę na ich puste kieliszki i rzekł:
— Alicya nie pije, bo się boi o swoją cerę i świeżość. Ma racyę: to jéj fundusz. Gdy zwiędnie i zestarzeje, będę ją trzymał na Morawach w gobelinowéj sali, jako staroświecczyznę, ale jéj więcéj światu nie pokażę! Boi się téj ostateczności, bardziéj niż grzechu! To jest ona się wcale grzechu nie boi! Cha, cha! Ale żeś ty pić przestał, to nie do pojęcia! Przecież ci o cerę i piękność nie chodzi; chleba ci za to nikt nie da, sławy i honoru nie odbierze? Pij, kolego: to jedno, co człowiekowi daje miłe złudzenia. Bierz przykład z mojéj teściowéj: pije jak gąbka, byle nie za swoje!
Oryż, słuchając, nie śmiał patrzeć na kobiety, taki wstyd go ogarniał za ich cześć niewolniczą dla potęgi złota — taki wstręt do siebie samego, że tu jest, słucha, należy do tego towarzystwa. Milczał czas jakiś, wreszcie rzekł:
— Mogę ci powiedzieć, dlaczego pić przestałem. Oto raz nietrzeźwy pastwiłem się nad słabszym od siebie. Gdym zrozumiał nikczemność takiéj zabawy, postanowiłem nigdy już nie pić.
Faustanger nie pojął jego intencyi, roześmiał się grubo.
— Ty jeszcze lada dzień mnichem zostaniesz.
Baronowa pojęła dwuznacznik. Odrzuciła bardo głowę i spojrzała na malarza rozdrażnionemi oczyma.
— A zkądże pan wie, kto słabszy?
— Ten, kto za obelgę policzkować nie może lub nie śmie! — odparł ostro.
— O! może tylko nie raczy lub daje inny odwet! — syknęła.
— A może nie ma prawa? — rzucił już bezwzględnie, rozdrażniony jéj pewnością siebie.
— Co wy tam szepcecie! — zawołał Faustanger coraz bardziéj podchmielony.
Lokaj podawał kawę i likiery. Baronowa zwróciła się do niego.
— Możesz odejść. Zadzwonię, gdy będziesz potrzebny.
Faustanger się żachnął.
— Odsyłasz służbę z mojéj racyi? To dobrze, skorzystam z tego, żeśmy sami, i powiem ci nowinę, którą mi przywiózł Oryż! Ten twój ostatni amant zjawi się tu lada dzień, aby cię zabić!
— Boże! — wrzasnęła radczyni, odsuwając się od stołu jakby do ucieczki.
Żaden nerw nie drgnął na twarzy baronowéj, nie raczyła odpowiedzieć.
— To być nie może! Gdzie on? — biadała radczyni, zwracając się do Oryża.
— Tego nie wiem, ale radzę mieć się na baczności. Człowiek, który się zgrał, nie rachuje ani się waha. Jest szalony!
— Albercie, okiennicę trzeba wziąć na sztaby. Więcéj stróżów każę dać na noc! Trzeba uprzedzić policyę. Okropność!
— A czemuż pani córki nie pilnowała, zamiast teraz lamentować? Kto sieje wiatr, zbiera burzę, a kto oszukuje, ten wreszcie mnsi płacić. To zwykły rzeczy porządek!
Baronowa gwałtownie wstała od stołu i, słowa nie rzekłszy, wyszła. Wtedy Faustanger, jak gdyby się opamiętał, umilkł. Oryż jął starą uspokajać.
— No, z za płotu on strzelać nie będzie. Zresztą może odzyska równowagę.
— Niech pani péjdzie do Alicyi i poradzi jéj odemnie spokój i umiarkowanie! — przerwał Faustanger niecierpliwie.
Radczyni usłuchała skwapliwie; Oryż, jakby na to tylko czekał, wybuchnął:
— I to dlatego, by takie urządzić życie domowe, odzyskałeś żonę? I to ma być miłość i związek do śmierci nierozerwalny! Ohyda, hańba, męka, galery! Fuj, nie wstyd ci? Nie wierzę, by ci z tem dobrze było! Mścić się tak całe życie — trzeba być szatanem!
— Cha, cha, cha! — wybuchnął Faustanger. — A ty wiesz, że ona mnie właśnie kocha?
— Głupiś, gdybyś nie miał oczu zalanych winem, tobyś widział, jakie to kochanie! Nienawidzi cię i lęka się. Może chce cię zabić miłością, więc z nienawiści szał czerpie! A tyś nie wart niczego lepszego! Głupiś, stokroć głupi, żeby tak życie urządzić! Bywaj zdrów, pójdę ztąd, nie mogę na to patrzéć!
Zerwał się. Otworzył drzwi, wiodące z jadalni na taras ogrodowy, i w ciemności zniknął, zanim się Faustanger obejrzał.
Wyszedł na ganek i zawołał go parę razy napróżno. Odpowiedziały tylko słowiki po gąszczach i świsty sygnałowe nocnych stróżów. Oryż wyrwał się, jak z więzienia, na drogę, odetchnął z ulgą i sporym krokiem ruszył w stronę Buczacza.
Ta noc, cicha, ciepła i jasna, pełna zapachu zroszonych pól i lasów, wydała mu się najpiękniejszą w życiu po téj jadalni przesiąkłéj oparami trunków, wyziewami zbytkownéj kuchni, gorącéj i dusznéj od świec i dymu.
„Brr! — wzdrygnął się. — Nigdy tam nie wrócę, nigdy! Niech ich ten morduje: warci jedno drugiego.“
Szedł, krok wyciągał, zmęczenia nie czuł i coraz jaśniejszą miał twarz. Gdy słońce weszło, był już niedaleko Buczacza. Począł iść wolniéj, opanowany zwykłą nieśmiałością i wątpliwościami.
Wtem turkot się rozległ za nim; z za góry, z bocznéj drogi wpadł na gościniec wózek zielony, zaprzężony w parę chudych szkapiąt. Oryż się na bok usunął i jakby skamieniał, oczom nie wierzył, że go traf sprowadził z nią razem.
Nie witał, stał zapatrzony, pobladły z wrażenia.
Droga szła pod górę, więc wózek ledwie się toczył; spostrzegła go i uśmiechnęła się, kiwając głową:
— Stój! — zawołała do powożącego chłopaka i, wyciągając do Oryża rękę, dodała:
— Czy pan mnie nie poznał?
Uścisnął podaną dłoń i począł iść przy wózku, trzymając się półdrabka. Gniewał się sam na siebie za tę nieśmiałość, chciał na złość warknąć po swojemu, ale nie mógł.
Ona dopomogła mu, by się opamiętał.
— Zapowiedziałam proboszczowi pana wizytę. Wspominał, że mu pan obiecał odnowić drugą kaplicę.
— Aha, Pokusy św. Antoniego! Pewnie nie bardzo mi rad? A pani prędko skończy?
— O, ciężko mi idzie. Pierwszy raz freski maluję. Fuszeruję okropnie. Zobaczy pan! Proszę siadać. Konie pani Okęckiéj umieją kłusować na spadzistości.
Usiadł. Mówiła daléj:
— Dobrze mi tu, jak w niebie. Co za krajobrazy, spacery, cisza! Boińska, a szczególnie Janek, zawojowali zupełnie Okęcką. Zgodnie tam i wesoło. Codzień jeżdżę do kościoła i wracam po południu. Proboszcz często mnie odprowadza. Marynia tylko umyka nam do Krakowa; braknie jéj szkoły i księdza Walerego! Od tygodnia tam bawi.
Ani słowa o Filipie. Oryż pomyślał, że udaje obojętność, więc spytał szorstko:
— Nie miała pani wieści o mężu?
— To, co mi pan pisał — odparła spokojnie. — Zkądże ja wiedziéć co mogę? Do mnie się nie zgłosi!
— Ale w Sokolinie może być lada dzień dramat.
— Nie wierzę! Ta kobieta zrobi z nim, co zechce. Jam już z téj sprawy usunięta. Gdym prosiła pana o niedopuszczenie do katastrofy, czyniłam to przez egoizm. Czy wie pan, iż Kraków cały twierdzi, żem ja wszystkiemu winna, i wreszcie Maryni to wmówili. Gdyby jeszcze krew popłynęła, mnie-by tą krwią obciążyli. Gdy kaplicę skończę, wyjadę daleko. To boli, gdy za ofiarę — taką się bierze nagrodę.
— Więc pani go już nie kocha?
— Ja o nim nigdy już nie myślę!
— Więc i mnie pani nie rada, żem go wspominał?
— Nie. Zawsze rada pana widzę!
Wjechali na chropowaty bruk i stanęli przed kościołem. W zakrystyi spotkali proboszcza, który na widok synowca w ręce klasnął.
— Ten zawsze zejdzie, gdzie go nie posieją! — zawołał. — Moja śliczna panusia może wstąpi do mnie na kawę.
— Trzeba się śpieszyć z robotą, proboszczu.
— Nie trzeba, nie trzeba. Im dłużéj panią zatrzymam, tém lepiéj. Idź no, urwisie, do kościoła i zobacz te cudowności.
Oryż już rezon odzyskał.
— Mnie się chce więcéj kawy, niż cudowności! — odparł, idąc jednakże za Magdą.
Kaplicę zdobiły trzy freski. Środkowy, już wykończony, przedstawiał Dziewicę, dwa boczne, jeszcze nie gotowe, Matkę i Królową.
Zadumał się Oryż, wpatrzony w nie, i nie rzekł nic, ni pochwały, ni krytyki. Artystka weszła na rusztowanie i wzięła się do roboty z zapałem, który ją całkowicie pochłaniał; proboszcz, wyrzuciwszy setkę wykrzykników, poszedł na kawę, wzywając łaskawie synowca, a Oryż wciąż stał nieporuszony i rozmyślał...
Nie poznawał sposobu malowania Magdy.
Ta Dziewica była wcieleniem ekstazy, była czémś nieziemskiém, tak duchowém, że, zda się, przyszła tu na słońca promieniu i lada chwila w górę uleci.
— I co dla takiéj duszy ludzie znaczą? Jak promień, sobą zostanie — w piwnicy i śmieciu. A jam myślał, że ją co złamać może!
— Mówże pan cokolwiek! — odezwała się Magda z góry.
Oryż, nie odrywając oczu od fresków, jął mówić przyciszonym głosem:
— Wyniesionam w górę jako drzewo cedrowe na Libanie i jako cyprys na górze Syon. Wywyższyłam się jako palma w Kades i jako szczepy różane w Jerycho.
Artystka słuchała uważnie, a on, ze swą zdumiewającą pamięcią, cytował daléj i daléj.
Gdy skończył, rzekła poważnie:
— Pan zawsze znajdzie wtór stosowny. Malując, i ja to sobie powtarzałam.
— To téż jest pani o swą pracę spokojna. Nieprawdaż?
— Pomysł — tak, ale wykonanie mnie męczy.
— Warte jedno drugiego — i wątpię, czy się pani co lepiéj uda.
— To dobrze! Wierzę w pańskie zdanie. Chciałabym, żeby to doktor Malicki zobaczył. Byłby rad!
— Czy ja się pani tu zdam na co? — spytał Oryż nieśmiało.
— Naturalnie. Rachowałam, że mi pan pomoże.
Uśmiechnął się pogodnie.
— Dziękuję pani! — szepnął.
— Idźże pan na śniadanie, a potém żwawo do roboty!
Byłaż to dla Oryża uciecha! W mrocznym, cichym kościele pracowali we dwoje, rozmawiając przyciszonym głosem o sztuce. Przywiózł był z sobą starą książkę łacińską, kupioną w Wenecyi, pełną legend średniowiecznych, spisanych w jakimś klasztorze. Ofiarował to Magdzie i zaraz czytać jéj zaczął, tłómacząc ustępy, których nie rozumiała. Proboszcz przyszedł téż podziwiać i słuchać, i było im tak we troje zupełnie dobrze z sobą.
Wieczorem odprowadzili Magdę do Okęckiéj; zabawili do północy. Wracając, proboszcz półgłosem odmawiał pacierze, a Oryż myślał, że świat jest bardzo dobry i piękny, gdy się chodzi ścieżkami duchów.
Proboszcz przez parę dni przyglądał się synowcowi, zdumiony, niedowierzający.
— Przytaił rogi, ale długo nie wytrzyma. Pokaże co umié! — myślał, obserwując go, jak świeżo uwolnionego od Bonifratrów pacyenta.
Ale Oryż trwał w cnocie i statku. Nie pił, nie palił, nigdzie się nie włóczył, nie gwizdał kupletów ani oberków; był jakiś cichy i zamyślony. Rano wstawał i zaraz brał się do rysunków, które regularnie do Wiednia wysyłał, potém pomagał Magdzie, a gdy jéj nie odprowadzał do Okęckiéj, siadywał wieczorami na ganku plebanii i milczał.
Tak minął tydzień i drugi. Nareszcie proboszcz zaniepokoił się taką nadzwyczajną zmianą i pewnego wieczora spytał go:
— Czy ty, chłopcze, zupełnie zdrów jesteś?
— Jak? Na ciele czy na umyśle? — uśmiechnął się.
— Nie żartuj! Przecież do siebie nie jesteś podobny.
— Zamienili mnie w Wenecyi widocznie!
— Seryo powiédz? Zdrów jesteś? Nic ci nie dolega?
— Nie! Co się stryj raptem zrobił o mnie troskliwym?
— Dziwnie wyglądasz. Zamyślonyś, cichy, smutny...
— Bo nad zmianą losu rozmyślam.
— Co? Możeś się zakochał?
— Myślę do klasztoru wstąpić!
— Jezus, Marya! — wykrzyknął proboszcz.
Oryż powiedział to żartem, ale wnet się obraził za wykrzyknik w tonie zgrozy.
— Cóż się stryj tak gorszy, jakbym miał odzierać vota i ołtarza, lub rozbijać skarbony kościelne? Mogę równie dobrze zostać braciszkiem, jak każdy inny. Na przeora się nie podaję, ani-bym zostać chciał.
Proboszcz umilkł, ale mu ta myśl noc całą spać nie dała. Musiał się z kim podzielić: więc gdy Magda przyjechała nazajutrz, wywołał ją na stronę i opowiedział.
— Słyszane rzeczy! Andrzej chce do klasztoru wstąpić. Wyobraź sobie pani podobną awanturę.
— No, lepiéj on od nas wié, co mu trzeba — odparła zupełnie spokojnie.
Potém się uśmiechnęła filuternie i dodała:
— Proboszczu, gdy się to stanie, trzeba będzie odwołać całą krytykę i zapoznanie, w jakiem był u was, i przyznać mi racyę!
— Nieprawda, sądziłem go wedle faktów: a że teraz inny, to nie pani racya, ale może wpływ — odparł proboszcz żywo.
Potrząsnęła głową ze smutnym uśmiechem, który mimowoli na twarz jéj powracał, ilekroć kto wspomniał o jéj dobrym wpływie.
— Illuzye! — odparła. — Nikogom od złego nie uratowała, ani powstrzymała... zaledwie siebie.
Tego dnia w kościele było głucho. Przez cały dzień zaledwie parę słów rzekli do siebie.
Oryż był myślą gdzieindziéj, roztargniony; ona pochłonięta wyrazem twarzy aniołka, który, jak kwiatek, nad Królową się unosił.
Zmierzch przerwał robotę. Rozeszli się u drzwi zakrystyi. Oryż, unikając rozmowy ze stryjem, poszedł na dalszy spacer i wrócił do plebanii, gdy wszyscy już spali.
Położył się, ale, zamiast spać, w dalszym ciągu rozmyślał: dlaczegoby on nie miał mnichem zostać? Ten żart nagle stał się osią jego mózgu.
— „Właściwie na co mi tak zwany świat potrzebny? Nie pożądam ni sławy, ni majątku, ni rodziny. Czego mi się chce? Do czego? Dalibóg — nic!“
— „Magdy?“ — podsunęła się myśl.
— „Nigdy! Za nic!“ — stanowczo zaprzeczył.
— „Woli i swobody, włóczęgi i niezależności!...“
— „Niby ja tego się nie wyrzekłem razem z tamtém. At, illuzye! Zresztą, kto mi zabroni spróbować habitu? A może w nim lepiéj, niż w surducie? Dalibóg, spróbuję!..“
W téj chwili usłyszał, że pod plebanię ktoś zajeżdża. Rozległy się kroki, potém pukanie do drzwi.
— „Pewnie ktoś po stryja do konającego! Skoro mam mnichem być, to mu trzeba otworzyć. Tam podobno w nocy wstają na pacierze.“
Ubrał się i wyszedł do sieni. Proboszcz i głucha kucharka na tak delikatne stukanie mieli słuch oddawna nieczuły.
Oryż trącił drzwi; nie były nawet zasunięte.
— Czegóż się dobijasz, kiedy niezamknięte! — mruknął.
Na jego głos odpowiedziano stłumionym okrzykiem.
— Oryż! Ty sam! Co za szczęście! Chodź prędzéj!
Oryż wyszedł. Przed gankiem stał Faustanger. Księżyc oświecał jego twarz, tak bladą, że robiła wrażenie upiora. Dreszcze przerywały mu mowę.
— Czegoś tu? — spytał malarz, tknięty przeczuciem jakiéjś wielkiéj katastrofy.
— U mnie w parku leży Osiecki zabity! — wyszeptał Faustanger.
— Zabity? Przez kogo? — wzdrygnął się Oryż.
— Sam się zabił!
Jakto? Niespodzianie? Nie było żadnéj sceny? — pytał malarz zdziwiony.
— Nic nie wiem! — odparł Faustanger. — Usłyszałem przypadkiem strzał, wyszedłem, znalazłem go we krwi na ziemi, porwałem konia i przyleciałem do ciebie.
— Dlaczegóż do mnie? Jedź do urzędu i melduj! Ja mnie żandarm, ani karawaniarz!
— Zlituj się, jedź! Tymczasem jeden Stefan tylko wié. Zostawiłem go tam na straży. Ty musisz jechać! Zrobić trzeba co można, by uniknąć skandalu. Proszę cię, Oryż, ratuj mnie!
Malarz bez protestu już wsiadł; Faustanger zgarnął lejce i popędził jak szalony.
Milczeli; oddech barona zdradzał jakąś straszną mękę i trwogę. Oryż, ochłonąwszy z pierwszego wrażenia, począł nad wypadkiem się zastanawiać; wiele rzeczy wydało mu się dziwnemi.
— Zkądże on się tam wziął? Czego chciał? Gdzież to się stało? Daleko od pałacu? — zagadnął.
Faustanger sekundę się zawahał, jakby myśli zbierał; wreszcie odsapnął i rzekł:
— To było tak. Rozeszliśmy się wcześnie na spoczynek, a że sen mnie nie brał, wyszedłem na spacer...
— A toć mówiłeś, że wyszedłeś, słysząc strzał?
— Już mi się we łbie mąci z tego wszystkiego!
— Właśnie to mnie dziwi. Alterujesz się, jakbyś nigdy w życiu trupa nie widział i nie słyszał o samobójcach. To się zdarza codzień, że jakiś desperat łeb sobie dziurawi!
— Ale w to mogę żonę wmieszać!
— Niezawodnie! Policya jest bardzo ciekawa!
— Ja-bym tego chciał uniknąć. Ty mnie możesz poratować. Trupa złożymy do tego wózka, wywieziemy na gościniec pod Buczacz, położymy...
— Oszalałeś z trwogi! Bajesz, jak w malignie — oburzył się Oryż. — Zresztą, jak sobie chcesz, ta twoja trwoga jest zupełnie dziwna!
Faustanger nic nie odpowiedział, bo stali u bramy parkowéj. Była otwarta, wpadli w szpaler, ale, zamiast ku pałacowi, zwrócili się do odległego kąta.
Oryż nic nie rzekł, ale głową pokręcił.
W téj odległości z pałacu nie można było dosłyszéć strzału.
Wreszcie Faustanger stanął. Cztery drogi tu się schodziły, w środku stał buk stary. Cień był pod nim, na drogach srebrno od księżyca. Zaledwie się zatrzymali, z cienia wyszedł hajduk, Stefan, i wziął konie za uzdy.
Rotmistrz skinął na Oryża i poprowadził go pod drzewo. Tam téż, koło ławki opasującéj drzewo, leżał, na płaszczu, człowiek nieruchomy, ułożony na wznak. Oryż go obejrzał, dotknął, poszukał rany na głowie.
— W piersi palnął! — szepnął Faustanger.
Malarz schylił się do piersi. Rzecz dziwna: strzał był nie w serce, lecz wyżéj; krew się sączyła ciepła.
— Toć on jeszcze żyje! — zawołał.
— Żyje? Nie może być!
Rotmistrz przypadł nad leżącym; gdy podniósł twarz, obłęd miał w oczach.
— Boże miłosierny! Co robić? — jęknął.
Oryż wziął chustkę i ranę przycisnął.
— A gdzież rewolwer? — spytał.
— Re-wol-wer! — powtórzył błędnie Faustanger.
Malarz się oburzył.
— Czyś pijany, czy idyota? Słyszysz, dawaj wody, płótna, bandaży... Co u dyaska! Zamordowaliście go chyba sami!
Faustanger skoczył.
— Niech go piekło pochłonie. Jam go tak zastał. Jeśli żyje, to lada chwila skończy! Stefan, uwiąż konie i pędź do pałacu po opatrunek. Saméj pani powiedz! Ale, czekaj, nie znalazłeś rewolweru tu, przy nim?
— Nie szukałem — odparł hajduk, już biegnąc.
Pozostali milczeli. W parku panowała głucha cisza; żaden liść nie szemrał, żaden ptak się nie odzywał. Głuchym, zduszonym szeptem ozwał się baron:
— Oryż! żywy czy martwy, on tu zostać nie powinien! Co chcesz uczynię, milion dam, duszę ci swoją zaprzysięgnę, całe życie służyć będę. Tylko mi dopomóż usunąć go ztąd. Niech moje nazwisko z tém nie będzie połączone; rozumiesz? ja ci nic złego nie proponuję, nic...
— Tylko ukrycie zbrodni! — odparł Oryż.
— Nie. Uniknięcie skandalu, śmiertelnego dla mnie.
— A mnie co do tego!
— Mam cię za przyjaciela.
Oryż ramionami ruszył. Nie myślał wcale dopomagać Faustangerowi; ale zastanowił się, co Magda uczyni, co postanowi i czy bezpiecznie jest zostawić tego człowieka bez czucia, tu, w tym parku i w tych rękach?
— Czegóż ty właściwie chcesz ode mnie? — spytał.
— Żebyś stanął na mojém miejscu. Tyś go znalazł na drodze, tyś go opatrzył, tyś go poratował. Ty — to pierwszy lepszy, a ja...
Urwał i dokończył jakby do siebie:
— W naszym rodzie nie wycierano ławek sądów karnych.
Oryż ironicznie się uśmiechnął.
— „Gdy odejdę, caput z Osieckim! Z pośpiechu nie obmyślili, że go mogą z pierwszéj lepszéj góry zrzucić w strumień. Nie potrzebnie mnie wmieszali; teraz, gdy odejdę, uczynią to niezawodnie. A on żyje i żyć może. I cobym Magdzie powiedział? Wlazłem po szyję w kryminał!“
Faustanger oczu z niego nie spuszczał. W téj chwili Stefan nadbiegł z żądanemi przedmiotami.
Oryż, jak umiał, ranę obwiązał, a potém rzekł:
— Niech Stefan dostanie wóz prosty i spokojne konie, niech liberyę zdejmie, w byle co się ubierze, słomą wóz wypcha i tu przyjedzie.
Faustanger odetchnął, rzucił się, aby go porwać w objęcia. Oryż się usunął.
— Powoli, ja ci nic dobrego nie robię, ani cię myślę ratować. Człowiek żyje, muszę go ztąd wywieźć. Jeśli kto zdradzi lub mi przeszkodzi, powiem całą prawdę. Jeśli będę mógł milczeć, to i owszem tymczasem dla ciebie. Tymczasem, powiadam, bo ten człowiek nie należy do mnie. Ma żonę, którą zaraz rano sprowadzę i objaśnię. Wtedy od niéj zależéć będziecie.
Faustanger był tak wyczerpany wstrząśnieniami i wrażeniami téj nocy, że gdy się uspokoił co do najgwałtowniejszéj kwestyi, o innych, dalszych, nie miał siły myśléć. Upadł na ławkę i tylko nasłuchiwał, czy Stefan nie wraca.
Oryż także do rozmowy nie miał ochoty.
Usiadł przy rannym i upatrywał życia na twarzy. Tak upłynęła może godzina.
Nareszcie turkot wozu przerwał ciszę. Baron odetchnął.
— Nikt cię nie widział? — spytał żywo hajduka.
— Nikt. Udało się! — odparł lakonicznie.
— Trzeba żwawo jechać, bo dzień niedaleko.
— Półtoréj godziny! — odparł spokojnie sługa. — Miesiąc zaraz zajdzie. Będzie bezpieczniéj. Nad ranem ludzie mocniéj śpią! Pani baronowa pytała, czy żyje, i wzywa pana barona!
— Jużem ci niepotrzebny? — zagadnął Faustanger, gdy we trzech włożyli rannego do wozu i Oryż przy nim zajął miejsce.
— Ty mi nigdy nie byłeś potrzebny, a dziś chyba najmniéj. Idź spać i rozmyślać, a w każdym razie do śledztwa bądź gotów. No, ruszaj, Stefan.
W drodze, pod wpływem trzęsienia, ranny się ocknął i parę razy jęknął. Nie mogli zwolnić, ani opatrunku poprawić, bo na wschodzie coraz bardziéj jaśniało. Spotkali parę fur, ale nikt na nich nie zwrócił uwagi. Bez wypadku i przeszkody stanęli na miejscu pod plebanią. Znaleźli drzwi, jak je zostawił Oryż, niezamknięte i dom uśpiony. Wnieśli rannego do pokoju malarza, umieścili na łóżku. Stefan co rychléj odjechał.
Wtedy Oryż, który całą drogę rozmyślał, co i jak urządzić, zdjął opatrunek i płótno spalił, a chustkami swojemi je zastąpił. Potem poszedł do proboszcza i zbudził go bez ceremonii.
— Stryju, mamy umierającego w domu. Proszę żywo wstawać i słuchać! Było tak: poszedłem sobie za miasto na spacer. Podobało mi się, więc się odbiłem daleko. Słyszę, po nad gościńcem coś jęczy. Znalazłem rannego człowieka, w kałuży krwi. Jak umiałem, opatrzyłem, a że właśnie trafiła się fura, włożyłem go z chłopem w słomę i tu przywiozłem.
— Awantura! Budź zakrystyana: niech dają znać na policyę. Gdzież ten umierający?
— Wnieśliśmy do mojéj stancyi. Niech go stryj popilnuje. Ja skoczę po lekarza. Tego człowieka ja znam!
Po chwili opowiadał lekarzowi tę samą bajeczkę, prowadząc go do chorego.
Doktor znalazł ranę nie śmiertelną, ale stan groźny wskutek wielkiéj utraty krwi i osłabienia. Oryż, jak najęty, pobiegł do policyi, do apteki, wszędzie kolportując swoją opowieść. Opowiadał każdemu, kogo spotkał, ze stereotypową wiernością, umyślnie, aby zapobiedz innym wersyom. Gdy dzwoniono na mszę świętą, całe miasteczko wiedziało o wypadku.
Urzędnik spisał protokół, chciał puścić na trop żandarmów, ale go Oryż powstrzymał.
— Za parę dni, gdy się poprawi, sam powie, jak i co było. Ja go znam; żona tu niedaleko: zaczekajmy trochę. Rzecz się sama wyjaśni; jestem przekonany, że nikogo ścigać nie trzeba będzie.
Ułatwiwszy się z tém, co było najpilniejsze, pobiegł na spotkanie Magdy. Gdy go spostrzegła na drodze, zrozumiała, że coś się stało, i przemówiła po francusku.
Oryż, nie wezwany, wskoczył na bryczkę i rzekł:
— Piekielna noc! Gdybym choć był pewien, żem postąpił wedle myśli pani! Pan Filip leży na plebanii ranny.
Drgnęła i spojrzała nań bystro.
— Nie żyje! Pan tak mówi, by mnie oszczędzić: niepotrzebnie! Ten człowiek zabił siebie już dawno!
— Żyje i żyć będzie. Nigdym pani nie kłamał.
— Zkądże się znalazł na plebanii?
— Ja go przywiozłem. Znalazłem rannego na drodze. Był już doktor i policya. Czy pani go chce zobaczyć?
— Naturalnie. Takie jego niedole należą do mnie.
Oryż kazał zawrócić na plebanię i Magda po chwili weszła do izby, gdzie chory leżał.
Otworzył już oczy, ale był jakby błędny; na jéj widok zadrżały mu powieki, poruszył ustami.
Był tak zmieniony, że go ledwie poznała. Popatrzała chwilę bardzo poważnie i smutno; potem powitała księdza i doktora, który ją znał.
— Pan mi powie, co trzeba przy nim robić, jaki porządek lekarstw i opatrunków? — rzekła zcicha.
Żadnych scen, ni jęków. Dowiedziała się o swych obowiązkach dozorczyni; zajęła miejsce obok posłania i zaczęła je spełniać cicho i delikatnie, o nic więcéj nie pytając.
Nawet Oryż nie odkrył z jéj rysów, czy bardziéj cierpiała, czy téż rozdrażniona była wypadkiem. Ofiarował się jéj z pomocą, ale odmówiła.
— Pan odpocznie i zaśnie. Potem zamęczę pana poleceniami i prośbami. Tymczasem trzeba tylko wysłać depeszę do Maryni i czekać, co Bóg da.
Zwróciła się do proboszcza:
— Darujcie, taki wielki kłopot.
— Co za gadanie! — ksiądz przerwał. — Daj Boże go uratować od śmierci doczesnéj i wiecznéj. Biedny szaleniec!
Odszedł, wezwany do swoich obowiązków, odszedł téż lekarz i Oryż. Magda została sama z chorym i siedziała cichutko, zamyślona, gdy Filip zcicha zawołał:
— Magda!
Pochyliła się nieco nad nim.
— Po co wy mnie ratujecie, kiedy ja już żyć nie mogę, nie będę, nie chcę! — wyszeptał.
— Jak wyzdrowiejesz, może rad będziesz ratunkowi. Tam, za grobem, czy wiesz, co cię czeka?
— Wiem, że nic gorszego, niż to, com tu już przebył. Mam dosyć życia, o dosyć!
Podniósł rękę, jakby odpychając widmo jakie, i przy tym ruchu wysunęła się z pomiędzy jego palców szmata koronki. Magda podniosła ją z kołdry i obejrzała uważnie.
— Jak ci to do rąk się dostało, na drodze, zkąd cię podjęto? — spytała.
— To? — spojrzał i kurcz mu rysy skrzywił — to? Co tobie do tego? to moje!
Wyciągnął rękę i znowu palce kurczowo zacisnęły szmatkę, a twarz przybrała zacięty ostry wyraz i oczy poczynały złowieszczo błyszczeć. Nadchodziła gorączka. Na drugi dzień był nieprzytomny i majaczył, ale ani słowem nie zdradził szczegółów wypadku. Uparcie, z dziką zawziętością powtarzał bezustannie:
— Zabiłem się, tak jest, chciałem tego i uczyniłem. Nikt mnie nie widział — ja świadczę — nikogo nie posądzajcie. Nie było nikogo.
W nocy to było. Oryż siedział z Magdą, trochę na uboczu, słuchając tych wybuchów.
— Dlaczego on tak obstaje przy samobójstwie? W tém coś jest dziwnego — szepnęła.
— Pewnie, że jest. Ja nawet pewien jestem, że na nim popełniono mord. Nie mówiłem pani nic dotychczas, bo było zawielu świadków. Teraz ma pani rzeczywistą prawdę.
Opowiedział jéj całe wydarzenie. Słuchała, tamując oddech; gdy skończył, objęła głowę rękami, wzdrygnęła się i zamruczała do siebie:
— Dla takiéj wszystko stracić! O, nieszczęsny!
Potem podniosła głowę, oczy jéj zapałały, krew uderzyła do twarzy.
— Pójdź pan tam jutro i powiedz im ode mnie, że jeśli do trzech dni nie wydadzą się sami sądom, ja złożę zeznanie i pan!
Dyszała, rozdrażniona ostatecznie.
— Zabrała mu talent i wiarę, oderwała go od wszystkich obowiązków i zasad. Zmarnowała mu młodość, ideały, życie. Teraz jeszcze ma umrzeć bez mogiły chrześcijańskiéj, lub żyć z plamą samobójcy. Tego już zawiele! Na to — ja nie pozwolę!
Oryż wysłuchał, a potem rzekł:
— To racya! Ale co on powie? Czyją stronę on trzymać będzie? Co pani uczyni, gdy on nam zaprzeczy, gdy złoży zeznanie wręcz przeciwne?
— To niepodobna! On się opamięta.
— Zaczekajmy zatem.
— Nie, jutro im pan moje polecenie zaniesie.
Oryż skinął głową i wskazał jéj rannego, który od dość dawna leżał nieruchomy, milczący, jakby się przysłuchiwał.
Podała mu lekarstwo; obejrzał się na Oryża.
— Zostań pan przy mnie sam! — rzekł.
Magda wyszła do sąsiedniego pokoju, który służył jéj teraz za sypialnię, a Filip, zupełnie przytomny, spojrzał bystro na Oryża.
— Słyszałem wszystko. Jutro pójdziesz pan tam i rzucisz popłoch im. Na co to Magdzie potrzebne? Ja nie chcę rehabilitacyi. Idź pan przecie i powiedz baronowéj ode mnie, że żyć nie będę, ale chcę ją widzieć raz jeszcze!
— Po tém wszystkiem? — mimowoli rzekł Oryż.
— Po czém? Albo pan wiesz, albo zrozumiesz? Na punkcie, zkąd ja patrzę, nikt z was nie był!
Zamknął oczy i nie odezwał się więcéj.
Gdy Oryż powtórzył Magdzie polecenie, widać było, że się pasowała z sobą: odejść czy pozostać. Przemogła się jednak, i poszła do chorego. Teraz patrzała znowu inaczéj na niego: jak na obłąkanego, manijaka. Ogarnęło ją bezdenne zniechęcenie. Po co ona tu, po co ta komedya! Wszystko między nimi umarło... Sam widok jéj był mu przykrym.
Godziny mijały; nie odzywali się do siebie. On leżał z zamkniętemi oczyma; ona przechodziła myślą dzieje swéj miłości.
Czystości wody i płomienia nikt nie oceni w życiu: nie nasyci to ludzkich żądz; dlatego je bogom poświęcono. W tém jéj błąd był, jéj zawód. Dla ludzi wina trzeba, i żaru, i krwi.
Ocknął się nagle Filip i oczy we drzwi wlepił. Mała lampka oświetlała pokój. Wieczór był. Chory słyszał szmer na podwórzu, niecierpliwość odbiła mu się w rysach.
Po chwili przeze drzwi zajrzał Oryż, robiąc znak Magdzie, by wyszła.
Zatrzymał ją Filip.
— Zostań! To baronowa przyjechała: niech wejdzie. Chcę, byś tu była!
Spostrzegł, że odmówić chciała: więc za rękę ją ujął i dodał głębokim, smutnym tonem:
— Umierającym nic się nie odmawia, a to, co mam do powiedzenia, możesz słyszeć bez ujmy godności. Zostań! to moja ostatnia prośba.
Skinęła głową i otworzyła drzwi, milczącym ruchem dając znać baronowéj, by weszła.
Piękna pani pierwszy raz w życiu była trwożna i niepewna, co robić.
Była na łasce i niełasce człowieka, którego zdradziła i oszukiwała, i kobiety, którą obraziła i skrzywdziła.
Była czarno ubrana, blada i drżąca. Podniosła oczy: spotkała zimny wzrok Magdy; spojrzała na Filipa: patrzył na nią przejmująco ostro, badawczo. Milczenie ciężkie trwało minut parę, które jéj się wydały godzinami; wreszcie chory rzekł:
— Nie spodziewałaś się pani widzieć mnie jeszcze i nie myślałaś lękać się mnie, jak upiora.
...Magdo, zamknij drzwi, moją spowiedź ty tylko przyjmiesz, a ona niech słucha.
...Rok nie ubiegł jeszcze, jak poznałem panią. Byłem wtedy młody duszą i sercem, porywami i zapałem. Kochałem sztukę, piękno, i czystą, szlachetną dziewczynę. Poznałem panią, podobałem, pociągnęłaś mnie swoją zalotnością, i stałem się zabawką. Teraz wszystko wiem — umierając.
...Gdym cię spotkał w Krakowie, byłem już rozkochany. Podeptałem jedyne serce, które mnie kochało prawdziwie... poszedłem za szałem. Wtedy, nie zabawką byłem, ale kochankiem — w braku lepszych.
...Szał pochłonął moje ideały i talent; stałem się zwierzęciem, a w zaślepieniu miałem się za bóstwo. Wtedy do gry téj wstąpił mąż, który miał zostać milionerem; stałem się przeszkodą: usunięto mnie. Rzuciłem w tę otchłań swéj miłości godność ludzką, poczucia etyczne, rozsądek, cześć i honor. Już wtedy przed samobójstwem uratowało mnie tylko poświecenie téj dziewczyny czystéj, którą mi pani systematycznie szkalowałaś i poniżałaś — przez wstręt fałszu do prawdy, brudu do czystości. Uratowała mnie, ale utrzymać nie zdołała, bo mnie jad pani przejął już do szpiku, opętany byłem, skazany na zatratę!
...I okazałem się znowu potrzebnym na przynętę mężowi. Wtedy podeptałem swoje obowiązki, uczciwość, zerwałem ostatni węzeł, łączący mnie ze społeczeństwem szanujących się ludzi.
...Prawda, miałem jeszcze fundusz — na pastwę dla Molocha. Słusznie: wszystko do cna, do dna!
...Gdym przejrzał wreszcie, prawdzie w oczy spojrzał, chwyciła mnie choroba za bary, śmierć mi chciała oszczędzić ostatniéj próby. Alem przeznaczony był na pastwę pani; miałem jeszcze życie, to ostatnie, to zwierzęce; musiałem z choroby powstać, przynieść na ostatek dań swojéj krwi i fizycznego bólu.
...Przyszedłem, jak opętany, jak zaczarowany, śladem pani — aż tu. Napisałem kartkę, prosząc o chwilę widzenia... poszedłem... po co? sam nie wiem, broni nie miałem, ani woli do zemsty. Ale pani postanowiłaś, że już potrzebnym nie jestem — a raczéj zawadą, plamą, upiorem dla ordynatowéj Faustanger być mogę: wydałaś wyrok śmierci, i wykonałaś go zimno z wyrachowaniem — sama. Nie było świadków, i nie będzie ludzkiego sądu na ciebie... jeśli ona mnie usłucha!
Zwrócił oczy na Magdę i spytał:
— Usłuchasz?
— Nie! — odparła stanowczo. — Nie ma nikt prawa bezkarnie uczynić człowiekowi tyle złego, ile ona ci zrobiła. Można darować postępek z szału lub moralnie karać istotę, która ma sumienie i serce. Ale ona czyniła źle z wyrachowaniem, a sumienia nie ma. Dla takich — są kryminalne sale i więzienia.
Baronową zimny dreszcz przejął; wzrok jéj stał się omal nieprzytomnym z trwogi. Wlepiła wzrok w Filipa, od niego tylko spodziewając się ratunku.
— A dlaczegoś ty krzywd swych i zawodów ode mnie odcierpianych nie podawała na sądy? Dlaczegoś darowała mi oszustwa i kłamstwa, i nikczemną obmowę, i opuszczenie, i obelgi? Dlaczegóż teraz jeszcze ujmujesz się za mną?
— Bo jam ci w téj chwili darowała wszystko i zrozumiałam, jaką nicością są moje cierpienia wobec twéj doli. I dlatego właśnie jéj darować nie chcę, nie mogę.
— Właśnie dlatego daruj, że ja zemsty nie chcę. Rozumiesz! Jam nie rachował; dawałem wszystko, byłem wyzyskany, skrzywdzony — zabity. Z krwią moją daję jéj nie przebaczenie, ale łaskę — przebaczyć już nie mogę, bo już nie kocham. Uwolnionym od jadu i opętania; patrzę na to, jak na marność, i tylko chcę odejść ztąd w téj roli, w jakiéj żyłem. Czciłem potwora; pozwólże mi umrzeć — ofiarą!
Magda milczała już, pełna buntu, wątpliwości, skrupułów. Wtedy Filip zwrócił się do baronowéj i rzekł:
— Jam powiedział wszystko; teraz ją proś i błagaj, bo od niéj wyrok zależy.
Baronowa, znękana ostatecznie, uczyniła ruch, jakby się miała osunąć do kolan Magdy; ale ta uskoczyła gwałtownie.
— Nie! nie! — zawołała. — Niech ona nic nie mówi i nie prosi, bo w takim razie nie daruję, nie zamilczę. Twojéj krwi nie daruję jéj, chyba na twoje prośby! Ona niech idzie ztąd — niech idzie i niech milczy! Stanie się, jakeś chciał, ale biada jéj, gdy się poważy twe imię wspominać nie w takiéj czci, jakiéjś wart u niéj! — Idz pani! nie masz tu już nic do zniszczenia!
Baronowa zerwała się i, zasłaniając oczy, wyszła, zataczając się jak błędna.
Magda podeszła do okna i otworzyła je.
Prąd świeżego, letniego powietrza wdarł się do pokoju, orzeźwił ją, dotarł do chorego, który, wyczerpany długą rozmową, leżał jak martwy.
Otworzył oczy, poszukał wkoło siebie żony i zaniepokojony zawołał jéj.
Zbliżyła się do niego; poprosił, by przy nim usiadła, wziął jéj rękę.
— Magda, ty mną teraz mniéj pogardzasz? Prawda? — spytał słabym głosem.
— Mnie ciebie żal niezmiernie! — odparła szeptem, w którym łzy były.
— Jak umrę, to albo się pomódl za mnie, albo wspomnij nasze młodzieńcze rojenia we Włoszech. Ja nie byłem zły: byłem słaby, i niedola mi kazała złą pokochać. Nieszczęsny, kto w taką niewolę się zaprzeda!
Leżał milcząc chwilę, potem się ozwał:
— Lepiéj mi po tém. Rozumiesz — zgrzeszyłem ciężko, winienem bardzo, ale mi teraz mniéj wstydu przed tobą i sobą samym. O, lżéj! A jednak jakże taka rana boląca! — szepnął z wybuchem rozpaczy.
— Uspokój się! Zaśnij! — rzekła łagodnie.
— Zasnę rychło. Jeszcze cię o coś poproszę. Stryjna może nadjedzie po niewczasie: oddaj jéj moje pieniądze na szkołę i przeproś za wszystko. I jutro chciałbym księdza — i jemu prawda się należy, bo przykro-by ci było pochować mnie za płotem. I Oryża-bym chciał przeprosić! Gdy się umiera, to tak dziwnie jasno jest w mózgu: wszystko się rozumie! Ty — wiem, że mi darujesz z serca — ty jedna, coś mi dobrą była, a dla któréj ja byłem najgorszym. Pamiętasz — nazwałem cię jerychonką wtedy, gdym ciebie jeszcze był wart.
Zaniepokoiło ją to ożywienie nadzwyczajne.
Posłała po doktora: stwierdził wzrost gorączki i skrzywił się. Stan rany pogorszył się także. Magda chciała wezwać Malickiego z Krakowa, gdy niespodzianie przyjechał on sam z Osiecką i Berwińską.
Zastali rannego po spowiedzi nieco silniejszym, ale przed wieczorem znowu zapadł w gorączkę. Mało kogo poznawał, wciąż tylko Magdy wołał.
Malicki, zawsze szorstki, tembardziéj, gdy był wzruszony, ręką machnął:
— Było jéj wołać wcześniéj, było jéj się trzymać, i cenić, i szanować! Nie zaszedłbyś tu! — mruczał do Berwińskiéj i Oryża.
Magda nie odstępowała chorego; majorowa tonęła we łzach, szczególnie od chwili, gdy jéj siostra powtórzyła o legacie na szkołę. Zrehabilitowany był tem w jéj oczach.
Nareszcie trzeciéj nocy po bytności baronowéj przyszedł dla biedaka kres ostatni.
W téj męce przedśmiertnéj bojował ciężko. Obudził się w nim instynkt życia: nie chciał umierać. Rzucał się, wołał Magdy, by go ratowała, broniła, konwulsyjnie się do niéj tulił, za rękę ściskał. Potem, jakby się z dolą pogodził, uspokoił się, zcichł, i tak w milczeniu, na rękach Magdy, uciszył się zupełnie, wyprężył i, głęboko odetchnąwszy, jak po ciężkiéj walce, skonał.
Imienia baronowéj ani razu nie wspomniał, tak bardzo pamiętał swą łaskę ostatnią.
Magda długą chwilę trzymała go jeszcze na ręce, a drugiéj nie wyjmowała z uścisku. Była osłupiała, zdrętwiała. Przez te ostatnie dnie serce jéj wróciło znowu do niego i już pozostanie, bo zmarły należał do niéj — ani jéj zdradzi już, ani skrzywdzi. Mogiła wracała jéj ideał, śmiercią oczyszczony.
Złożono go w grób na cmentarzu, ku wielkiemu zdziwieniu Okęckiéj, która mu przeznaczała dół za płotem. Ale proboszcz nikomu się nie tłómaczył, ani o radę nie pytał.
Po pogrzebie wyjechał doktor Malicki i Osiecka, wezwana sprawami szkoły. Berwińską uprosiła Magda, by pozostała z nią czas jakiś.
Teraz w kościele spędzali czas we troje. Artystka malowała, oni rozmawiali zcicha. Oryż był zamyślony, często się ulatniał na dalekie spacery, wspominał o odjeździe.
Minęło tak parę tygodni. Pewnego wieczora Oryż ofiarował się Magdzie towarzyszyć na cmentarz, i poszli we dwoje, niosąc pęki kwiatów.
Po drodze, jak zwykle bez wstępu, Oryż rzekł:
— Ot, i przyszedł ostatni dzień! Jutro odjeżdżam i nigdy więcéj pani nie zobaczę. Dziękuję za wszystko, co pani zawdzięczam, com z wami przeżył, odczuł i skorzystał. Starczy mi tego na resztę życia. Pani się to wyda bardzo śmiesznem, ale ja ruszam do Włoch i zaciągam się pod sztandar Ś-go Franciszka.
— Szczęśliwy pan. Jak tam cicho i pogodnie!
— Myśli pani, żem wart tego? Ja nie wiem, spróbuję. Jeśli pozostanę — to pani będzie zasługa; jeśli ucieknę — to sam winienem. Daj Boże zostać!
— Pan nigdy przez pół nic nie robi! Proszę dać znać o sobie. Przyjadę tam kiedy freski pana oglądać.
— Żartuje pani, ale jeśli warto będzie, to napiszę. A pani bardzo ciężko teraz? — spytał nieśmiało.
— Nie. Jestem trochę zdrętwiała, ale odżyję rychło przez sztukę.
— Bo to w człowieku rozdzierają się i szarpią bezustannie owe dwie dusze, co je Goethe w „Fauście“ tak pysznie określił. Szamotanie się boli!
Umilkł, zapatrzył się w złoty zachód słońca.
— Ale póki się szamoce, póty się żyje, a bez ludzi łatwiéj owéj drugiéj skrzydła odrastają — dodał po chwili.
Stanęli na cmentarzu, pomodlili się i grób Filipa ustroili kwiatami. Potem wrócili, rozmawiając o jéj projektach malarskich, o życiu w Krakowie, o zamierzonych podróżach.
U wrót plebanii Oryż ją pożegnał, poszedł daléj, minął miasteczko, zamyślony, drogi przebytéj nie rachował.
Z miasteczka z niedzieli wracały wozy i bryczki, pełne postrojonych szlachcianek; śpiewano weselne pieśni.
— Ze ślubu jadą! — pomyślał Oryż, oglądając się.
Wyminęły go i potoczyły się w dół. Zdała doleciał go śpiew przeciągły, pięknem echem o góry i parowy kilkakroć odbity:

Ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą,
A ja doliną;
Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą,
A ja kaliną.

Oryż uszu nastawił.

Ty będziesz panną, ty będziesz panną
Na wielkim dworze;
A ja będę księdzem, a ja będę księdzem
W białym klasztorze.

— To dla mnie! — uśmiechnął się Oryż i już sam następną zwrotkę w dal rzucił:

A jak pomrzemy, a jak pomrzemy.
Każemy sobie
Złote litery, złote litery
Wyryć na grobie!

Słońce zupełnie zaszło, śpiewy przebrzmiały.
Oryż się zawrócił.
— Było nas troje: ona, Osiecka i ja. Każdy z nas dawał i nie rachował, kochał i nie był kochany... każdy cierpiał.
I ciekawym, czy są na to jakie szale i gwichty, i kto z nas wart, by mu na mogile zakwitła symboliczna jerychonka?
Uśmiechnął się po chwili.
— Berwińska-by mi pewnie odpowiedziała, ale jéj nie spytam, ani nikogo. Ma Oryż swój szkaplerzyk dla siebie. Niech go dochowa do końca, i basta!

. . . . . . . . . . . . . . . .


KONIEC.



Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Brak rozdziału VIII.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.