Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


działa, zkąd mnie zawołać w razie potrzeby. To i wszystko!“
Podpisał i uznał, że dobrze zredagował. Potém wsunął list w kopertę i zaciął się na adresie. Wreszcie napisał: „Wielmożna Magdalena Domuntówna“ — i resztę nocy spędził bezsennie. Nad ranem opuścił na zawsze kletkę, nasunął kapelusz na oczy, podniósł kołnierz paltota i, jak złoczyńca, poszedł na Floryańską.
Oprócz policyanta nie było nikogo na ulicy: więc chwilę się zatrzymał, patrząc w okna, potém stęknął i ruszył daléj.
Berwińska, idąca bardzo rano do zakładu, spotkała go na drodze. Czekał na nią i śpieszył się, bo mało chwil miał do odejścia pociągu.
— To list! — rzekł. — Już może tu nigdy nie wrócę, więc napisałem z pożegnaniem. Wiadomo, trzeba czasem, jak małpa, naśladować głupców. Jak mi dobrze pójdzie, to i panią namówię na przeprowadzkę, bo tutaj nigdy pani nie skończy swego zadania. Doprawdy, niech pani się nie zżyma. Żeby człowiek żył do śmierci, toby furda była, ale człowiek żyje do choroby, do starości, do niedołęstwa, a potém co robić? Aha, o tém trzeba myśléć! No, żegnam panią. Dam znać o sobie!
Uścisnął jéj dłoń i pobiegł w stronę dworca. Ledwie był ranek, Oryż kupił bilet i wyszedł na perron od ulicy, by raz jeszcze swój Kraków pożegnać.