Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przestał nawet być postrachem gości redakcyjnych, bo znośnie na pytania odpowiadał i nie wymyślał nikomu.
Gdy skończył ostatni rysunek i przyszedł po resztę należności, Fink przyjął go z najsłodszym uśmiechem.
— No, jakże? Bierzesz illustracye?
— Nie. Nie jestem magnat i tchórz, abym się dał obdzierać na gościńcu.
— Dam piętnaście reńskich!
— W knajpie pod „Rakiem“ poszukaj pijanicy Oryża: niech ci pracuje! Ja jadę do Wiednia, gdzie mi proponują robotę taką, przy któréj wystarczy na jadło. Zostawię ci po sobie to zdanie, że pijak może pracować tanio, bo głodu nigdy nie doświadcza, ale kto jada, ten ceny twojéj nie przeżyje! Bądź zdrów i hoduj pijaków co najwięcéj!
Poszedł do swéj kłetki, a że nie miał co pakować, więc oczekując godziny pociągu, usiadł przy stoliku i po długim namyśle i zniszczeniu kilku brulionów napisał do Magdy:
„Jadę do Wiednia, bo tu musiałbym pić z głodu, a tam będę jadł z pragnienia. Mam kollegę i obiecaną dobrą robotę. Myślę, że zacznę oszczędzać, więc jak mi co zostanie, to pani odeślę do schowania. Posyłam adres nie po to, żebym chciał odpowiedzi, nawet tego wcale nie pragnę, ale żeby pani wie-