Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bom głodny. Daj mi mięsa i oczu nie wytrzeszczaj! Już i bez tego masz głupią fizyognomię.
Ale Fink tak łatwo w cuda nie wierzył. Proponował mu po kolei porter, wino, piwo, poncz, i za każdą odmową bardziéj się zdumiewał. Wreszcie przyszedł do wniosku, że Oryż ma paroksyzm statku, który trzeba wyzyskać najkorzystniéj dla interesu.
— Za tydzień rysunki skończysz. Możebyś mi zrobił illustracye do „Anhellego?“
— Zrobię. A co mi dasz za nie?
— Sto reńskich. Połowę zaliczki.
— Nie chcę ani stu, ani zaliczki. Jak mi dasz trzysta odrazu po skończeniu, to się zabiorę do roboty, jak nie, to za tydzień pojadę szukać pracy w Wiedniu. Dziesięć lat mnie okradasz: to dosyć na jednego człowieka.
— Spytaj, kogo chcesz, czy ci mało proponuję. Dziesięć reńskich rysunek — to waga złota.
— Jak sobie chcesz. Moja cena jest trzydzieści.
— Zwaryowałeś!
— Może być! Dlatego wyjeżdżam z Krakowa.
Rzucił serwetę na stół i, nie żegnając swego amfitryona, wyszedł.
— Nietęgo wyjdę, jeśli znowu pić nie zacznie — pomyślał frasobliwie Fink.
Nazajutrz i dni następnych Oryż był wzorowym.