Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Słońce wschodziło już, wiosenne, wesołe, i w czystem powietrzu rozpoczynały swój koncert setki kościelnych dzwonów. Malarz słuchał i patrzał, nastrojony poważnie, i pomimo smutku rad z siebie, spokojny po ciężkim przebytym boju i męce. Wtem kareta stanęła u podjazdu i spłoszyła go z rozmyślań.
Drzwiczki się otworzyły i wysiadł Filip.
Oryżowi zabiło serce. Osiecki komuś podawał rękę — będzież to ona? Ale wnet się uspokoił, a raczéj doznał uczucia zdumienia i zgrozy. Z karety wysiadła baronowa.
Tragarze rzucili się po tłomoczki ręczne, inni do dorożki pełnéj kufrów, którą im wskazał Filip. On sam podał ramię pięknéj pani, i weszli do sali. Oryż, niepoznany, w ślad za nimi, nastawiając uszu na rozmowę. Cały był wzburzony tém spotkaniem, ciekawy zakończenia. Ale w gwarze i natłoku nic dosłyszeć nie mógł, i wnet mu zniknęli z oczu.
Po chwili Filip znowu się na sali ukazał, dozorując zdawania kufrów. Wtedy posłyszał Oryż, że bagaż szedł do Wiednia, i zobaczył w ręku Osieckiego jeden bilet pierwszéj klasy.
— Odprowadza ją tylko! — pomyślał na pół z zawodem, na pół z radością. — Te dwa uczucia tak się splątały w jego duszy, że nie mógł rozpoznać, które silniejsze, które droższe.