Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A potém już Oryż nie pamiętał, co się z nim działo. Ocknął się, bo go ktoś trząsł za ramię. Była to usługująca dziewczyna, a on na pół leżał na stole.
— Panie, panie! Czy pan sam pójdzie, czy zawołać fiakra? — pytała sumiennie.
Zerwał się, prędko opamiętał.
— Pójdę. Daj mi kieliszek wódki!
Wypił i poszedł. Mróz był silny, a jego z niewczasu, głodu i przepicia wstrząsały dreszcze. Najchętniéj poszedłby zaraz do Wisły i utopił się, tak mu nieznośnie było moralnie i fizycznie, ale wnet i na spełnienie tego zamiaru nie mógł dobyć z siebie dość woli.
— Na to zawsze będzie czas! Muszę tę psią robotę skończyć; wziąłem pieniądze. Muszę! — zamruczał desperacko, z trudem wchodząc na schody.

. . . . . . . . . . . . . . . .

Osiecka z gazetą w ręku wpadła do Magdy.
— Słyszałaś! To bezczelność. Drukują bez ceremonii, że Filip z tobą się żeni — zawołała.
Magda przeczytała i ruszyła ramionami.
— Filip żartem powiedział to Sylwestrowi onegdaj na wieczorze u Malickich, a ten, naturalnie, roztrąbił po mieście.
— Ładne żarty! Jak możesz na to pozwalać? Toż to cię kompromituje!
— Dajże pokój! Kto zważa na gazeciarskie baje! Zapełniają byle czém szpalty, a ci, którzy byle