Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I tak z sobą się rozmówiwszy, chwilę był mocniejszym, ale wnet go znowu opadła tęsknota.
— Żeby ją zobaczyć choć światło w oknie, choć przechodzącą na ulicy, choć głos posłyszéć.
Więc znowu zakrzyknął:
— Jeszcze się odzywasz! Będziesz milczał! Mało ci pijaństwa, chcesz może rozpusty? Chcesz?
Wzrok miał dziki i dyszał, wściekły już na siebie za słabość.
Marzenie umilkło. Z dna dobywały się złe instynkty i ogarniały go wraz z oparami trunku.
Już szydził z siebie:
— Zakochał się pies w księżycu, i wyje! To ci osobliwość! Jest nad czém rozmyślać! Księżyc nie dla psa! Nie wiedziałeś o tém? to szkoda. Ale zresztą, każdy to wié. Pies zostanie psem. Znajdzie kość, czasem flaki i nocleg w śmieciu. To jego los i życie. Jak zdechnie, to go sprzątną, by nie zapowietrzał ulicy. Cała historya!
Wyprostował się, a że mu głowa ciężyła, więc ją oparł o ścianę i, patrząc mgławo przed siebie, zaśpiewał zachrypłym głosem

Za maćkowym, za przełazkiem,
Zmawiała się Baśka z Jaśkiem.
Matula to zobaczyli,
Baśkę kijem wystudzili!