Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


co czytają, połkną i to bez wrażenia. Posłuchaj lepiéj, jak tu ślicznie Loki opisany, gdy, leżąc na głazach wśród rzeki, przysłuchuje się naradzie bogów. Pyszny obraz!
— Masz źle w głowie, i basta! — mruknęła Osiecka, wychodząc oburzona.
Tak tę wiadomość, która tyle zajmowała miasto, przyjęła główna osoba.
Magda rozkoszowała się daléj Dahnem, potém poszła na spacer, a wieczorem przygotowała płótno na pierwszą Stacyę dla siostrzyczek.
Nazajutrz, po rannéj mszy, zabrała się do dzieła z wielką ochotą i zajęciem.
Przy robocie zastała ją Berwińska. Tę téż sprowadziła do niéj, w roboczy dzień, gazeciarska wzmianka.
— Prawda to? — spytała niespokojnie.
— Zkąd? Że téż ty możesz nawet pytać!
— Dlaczego? Wszystko bywa!
— No, nie. To już zanadto nieprawdopodobne. Z baronową zerwał temi dniami. Biedny, cierpi jak potępieniec, a jego żenią!
— Zerwał? Dlaczego?
— Nie wiem. Obiecał przyjść do mnie z opowieścią, ale oto dwa dni go nie widać. No, niesłodkie mu te dnie! Serdecznie mi go żal. Dawał złoto, brał liczmany. To boli nieznośnie.