Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Berwińska myślała coś długą chwilę, wreszcie spytała:
— Nie widziałaś Oryża?
— Nie raczył się przypomnieć.
— Biedak! — zamruczała Berwińska.
— Co się tak nad nim litujesz?
— Ano, czy myślisz, że tylko twój Filip wart litości i współczucia? Mnie bardziéj Oryża szkoda, bo ten więcéj wart. Spotkałam go dziś bardzo rano, szedł do redakcyi i był pijany, czy może już chory.
— Gniewam się na niego za te fantazye. Wie przecie, że go lubię — mógłby przyjść.
Berwińska ruszyła ramionami. Była między niemi wielka różnica. Magda była zawsze kochana, miała rodzinę, szczęście w życiu, swobodę i spokój. Nie umiała odczuć wydziedziczonych, nieśmiałych i poniewieranych. Dla Berwińskiéj Oryż był druhem i bratem.
— Więc stanowczo nie będziesz żoną Osieckiego? — spytała, patrząc bystro na artystkę.
Magda przestała malować, podumała chwilę i odparła powoli:
— Wiesz, że go kocham i żem sobie przysięgła nigdy go nie odstąpić. Wiesz także, że on teraz będzie bardzo nieszczęśliwym; ale ja nie wierzę, bym go nawet ofiarą swego życia uratować mogła. Więc ofiary takiéj nie chcę — i on o tém nie myśli!