Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ton był żartobliwy, ale na dnie ból i gorycz.
Filip jednak tylko żart posłyszał.
— Cieszy mnie, że cię to bawi — rzekł ironicznie.
— Nie bawi, ale spodziewałam się tego — odparła.
Teraz zrozumiała jego zły humor. To tamta wracała; a ona była naiwna i głupia!
Od tego wieczora Filip począł prawie całe dnie spędzać po za domem; między nim a żoną ułożył się stosunek zimny i etykietalny — dla ludzi i dla Osieckiéj szczególnie.
Tę jedną chciała oszczędzić Magda, to téż nauczyła się zmyślać lub tłumaczyć Filipa.
Majorowa zatrzymała o nim pochlebną opinię. Gdy wracała ze szkoły i zastawała Magdę samą — otrzymywała odpowiedź, że Filip przed chwilą wyszedł. Gdy opuszczał obiad, Magda twierdziła, że go sama namówiła na wycieczkę z kolegami. Gdy go nie było wieczorem, tłómaczyła, że to przecie nic nadzwyczajnego, iż się gdzieś zabawił.
Osiecka z początku brała się na ten haczyk, ale potém co raz bardziéj burczała. Gniewało ją szczególnie to, że Magda, niby zwykle spokojna, czynna i zadowolona, traciła wesoły humor, mizerniała i miewała niekiedy oczy bardzo smutne i zamyślenia ponure.
Przy ludziach śmiała się i żartowała, jak da-