Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/271

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Lepsze złe spełnione od spodziewanego.
— To racya! — potwierdziła Osiecka. — A przytem taki infamis im daléj od nas, tém lepiéj.
Magda pociągnęła przyjaciółkę do pracowni i, stając przed nią, rzekła:
— Tak wygląda ideał w praktyce i życiu. Tak wygląda ofiara i duchowe uczucie! Masz, przeczytaj jego pożegnanie.
Berwińska odczytała list, złożyła go starannie i scharakteryzowała lakonicznie:
— Bardzo pouczający dokument.
Pomyślała chwilę i dodała:
— Od wczoraj wiem o tém. Miałam list od Oryża. Przyniosłam z sobą: z kolei ty czytaj.
Magda rozłożyła podaną ćwiartkę grubego papieru, na którym poprzednio ktoś widocznie próbował akwarellowych farb.
„Donoszę pani, że tu jest wcale nieźle. Dostałem robotę na 300 reńskich i ulokowałem się u emeryta bardzo osobliwego, bo mi pozwala pluć, gdzie mi się podoba, palić zły tytuń i gwizdać ad libitum. Zabawię miesiąc, a może potém ruszę do Włoch, bo mi tu jeden kolega opowiada cuda o makaronie i serze.
„Z Krakowa jechałem z baronową, tylko żem jechał za swoje, więc tertią, a że ona na koszt Osieckiego, więc primą. Chciałem mu napluć na głowę, gdy stał na perronie, patrząc za nią, ale pożałowałem śliny. Zresztą mogę to i tu uczynić, bo