Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jéj nigdy nie pożądał. To wielka różnica! Nie może mi pan zakryć słońca, ani zabronić, bym się modlił. Kobietę pan pojąłeś, ale mój ideał we mnie został, wybrałem zaś taki, który mnie nie zdradzi, ani méj wiary nie zawiedzie. Jestem spokojny i nikomu nie zazdroszczę, nawet panu!
— Powiedz pan: najmniéj mnie, będzie słuszniéj — wtrącił gorzko Filip.
— Owszem. Bo ona pana kocha.
Osiecki roześmiał się pogardliwie.
— Cóż mi z tego! Panu się zdaje to szczytem szczęścia, a mnie głupstwem. Zresztą wszystko jest głupstwem i blagą. Ludzie są stadem; powymyślano im różne sztandary i wmówiono, że takie płachty i łachmany są czemś szczytnem. Idą, depcą jeden drugiego, dają się deptać i zabijać, krzywdzić i oszukiwać, a gdy już stracą wszystko i przekonają się, że purpura to szmata bez wartości, szych i blaga: wtedy... nie gadajcie im więcéj o sztandarach, wtedy wiedzą lepiéj od was, co to warte.
— Bo sami są wtedy już nic nie warci! — przerwał Oryż żywo. — Człowiek rad plwa na to, co z własnéj winy utracił, by się nie zdradzić, że cierpi.
— A jeśli już nie cierpi?
— To powinien nanowo odżyć, i lepiéj.
— A jeśli już nie pragnie?
— To powinien zmusić się do pracy i myśli.
— A jeśli nie chce?