Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/331

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Potém się uśmiechnęła filuternie i dodała:
— Proboszczu, gdy się to stanie, trzeba będzie odwołać całą krytykę i zapoznanie, w jakiem był u was, i przyznać mi racyę!
— Nieprawda, sądziłem go wedle faktów: a że teraz inny, to nie pani racya, ale może wpływ — odparł proboszcz żywo.
Potrząsnęła głową ze smutnym uśmiechem, który mimowoli na twarz jéj powracał, ilekroć kto wspomniał o jéj dobrym wpływie.
— Illuzye! — odparła. — Nikogom od złego nie uratowała, ani powstrzymała... zaledwie siebie.
Tego dnia w kościele było głucho. Przez cały dzień zaledwie parę słów rzekli do siebie.
Oryż był myślą gdzieindziéj, roztargniony; ona pochłonięta wyrazem twarzy aniołka, który, jak kwiatek, nad Królową się unosił.
Zmierzch przerwał robotę. Rozeszli się u drzwi zakrystyi. Oryż, unikając rozmowy ze stryjem, poszedł na dalszy spacer i wrócił do plebanii, gdy wszyscy już spali.
Położył się, ale, zamiast spać, w dalszym ciągu rozmyślał: dlaczegoby on nie miał mnichem zostać? Ten żart nagle stał się osią jego mózgu.
— „Właściwie na co mi tak zwany świat potrzebny? Nie pożądam ni sławy, ni majątku, ni rodziny. Czego mi się chce? Do czego? Dalibóg — nic!“
— „Magdy?“ — podsunęła się myśl.