Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/330

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie żartuj! Przecież do siebie nie jesteś podobny.
— Zamienili mnie w Wenecyi widocznie!
— Seryo powiédz? Zdrów jesteś? Nic ci nie dolega?
— Nie! Co się stryj raptem zrobił o mnie troskliwym?
— Dziwnie wyglądasz. Zamyślonyś, cichy, smutny...
— Bo nad zmianą losu rozmyślam.
— Co? Możeś się zakochał?
— Myślę do klasztoru wstąpić!
— Jezus, Marya! — wykrzyknął proboszcz.
Oryż powiedział to żartem, ale wnet się obraził za wykrzyknik w tonie zgrozy.
— Cóż się stryj tak gorszy, jakbym miał odzierać vota i ołtarza, lub rozbijać skarbony kościelne? Mogę równie dobrze zostać braciszkiem, jak każdy inny. Na przeora się nie podaję, ani-bym zostać chciał.
Proboszcz umilkł, ale mu ta myśl noc całą spać nie dała. Musiał się z kim podzielić: więc gdy Magda przyjechała nazajutrz, wywołał ją na stronę i opowiedział.
— Słyszane rzeczy! Andrzej chce do klasztoru wstąpić. Wyobraź sobie pani podobną awanturę.
— No, lepiéj on od nas wié, co mu trzeba — odparła zupełnie spokojnie.