Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/329

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z sobą starą książkę łacińską, kupioną w Wenecyi, pełną legend średniowiecznych, spisanych w jakimś klasztorze. Ofiarował to Magdzie i zaraz czytać jéj zaczął, tłómacząc ustępy, których nie rozumiała. Proboszcz przyszedł téż podziwiać i słuchać, i było im tak we troje zupełnie dobrze z sobą.
Wieczorem odprowadzili Magdę do Okęckiéj; zabawili do północy. Wracając, proboszcz półgłosem odmawiał pacierze, a Oryż myślał, że świat jest bardzo dobry i piękny, gdy się chodzi ścieżkami duchów.
Proboszcz przez parę dni przyglądał się synowcowi, zdumiony, niedowierzający.
— Przytaił rogi, ale długo nie wytrzyma. Pokaże co umié! — myślał, obserwując go, jak świeżo uwolnionego od Bonifratrów pacyenta.
Ale Oryż trwał w cnocie i statku. Nie pił, nie palił, nigdzie się nie włóczył, nie gwizdał kupletów ani oberków; był jakiś cichy i zamyślony. Rano wstawał i zaraz brał się do rysunków, które regularnie do Wiednia wysyłał, potém pomagał Magdzie, a gdy jéj nie odprowadzał do Okęckiéj, siadywał wieczorami na ganku plebanii i milczał.
Tak minął tydzień i drugi. Nareszcie proboszcz zaniepokoił się taką nadzwyczajną zmianą i pewnego wieczora spytał go:
— Czy ty, chłopcze, zupełnie zdrów jesteś?
— Jak? Na ciele czy na umyśle? — uśmiechnął się.