Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jutro właśnie wypadał dzień wypłaty procentu i drobnéj cząstki kapitału; zebrała pieniądze i przerachowała je po raz setny.
Był to atom, a ile dla niéj znaczył?...
Położyła się i starała nie myśléć, — zasnąć i zapomnieć. Ale było to trudnem. Wyjazd Magdy odbierał jéj ostatni promyk w życiu; więc z duszy jéj podnosiła się skarga i porywała ją niezgłębiona rozpacz.
Była skazańcem za cudze winy na dożywotnie ciężkie roboty. Nad taką dolą wolno bohaterowi nawet czasami boléć i wzdragać się przed samym sobą.
List jéj poszedł do Oryża, ale nie osiągnął zgody. Oryż w wolnych chwilach od roboty bywał znowu gościem Faustangera i we dwóch układali plan kampanii przeciw baronowéj.
Myślała ona zdobyć męża; ale on ją lepiéj znał i czuł teraz swoją wyższość.
Była to drapieżna, dzika natura. Obok instynktów pierwotnych miał téż wyrafinowane okrucieństwo i zimną krew, gdy szło o zemstę. Z całym cynizmem spowiadał się Oryżowi:
— Kobietę tę kochałem, jak bóstwo. Ona sama zabiła we mnie ten kult. Ludzie ją mają za rozpustnicę, i pozór to stwierdza. Ale to tylko pozór. Jéj szał jest pozorem, jéj kokieterya, uczucie, czułość — to komedya. Ona zawsze, w każdéj chwili, rachuje. To już u nich we krwi, to wrodzone! Gdym zrozumiał i pojął,