Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/274

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Osiecka przerwała im rozmowę. Zawsze praktyczna, zajęła się pakowaniem i materyalnemi sprawami, i tak godziny zeszły do odejścia pociągu. Obie przeprowadziły Magdę na dworzec, a przy pożegnaniu Osiecka ulżyła swéj żałości łzami, które dziwnie wyglądały na energicznéj twarzy. Potem, gdy pociąg zniknął w ciemności, Berwińska wróciła do swéj izdebki, a że jéj sen nie brał, usiadła zaraz do pisania listu do Oryża. Opowiedziała mu wyjazd Magdy i jéj spokój w znoszeniu tego ciosu, radziła zostawić Filipa fali, któréj się oddał; potem, po namyśle, zdjęta współczuciem dla biednego cygana, dodała słowo pozdrowienia dlań od Magdy. Było to kłamstwo, ale nie był to grzech. Wiedziała, że to go uszczęśliwi i przez uszczęśliwienie uczyni silniejszym.
Wreszcie, gdy list był gotów, siedziała jeszcze długą chwilę zamyślona, znękana samotnością i pustką, która ją zewsząd ogarniała.
Pierwszy ojciec, potem Oryż, nareszcie Magda.
Została zupełnie samą, ze złą i ciężką dolą, któréj, wiedziała, że kresu nie będzie, aż razem ze śmiercią. Dobyła z szuflady zeszyt pełen cyfr i summowała je po raz setny. Były to z jednéj strony długi jéj brata, z drugiéj ich wypłata. Pięć lat, jak zaczęła płacić. Miała jeszcze na lat piętnaście, a czuła, że płaci je zdrowiem i siłami, i w trwodze rachowała, czy organizm jéj, podkopany złem odżywianiem, nadmierną pracą i zgryzotą, wytrzyma ten termin. Przeżyć go nigdy nie marzyła.