Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/276

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


byłem jak wściekły, żem takiego potwora ukochał. I znienawidziłem! Wstręt mi został i ohyda, potem pogarda, wreszcie chęć odwetu. Teraz mam ją w ręku. Pomyśl, jak ona się wścieka, rachując moje miliony w objęciach tamtego. Niechże pocierpi!
I śmiał się, szczerząc zęby białe i ostre, jak kły drapieżnika, a Oryż, patrząc nań, cieszył się z odkrycia tak ciekawego okazu.
Potem, podniecony winem, Faustanger rozpowiadał swoje plany, a oczy jego zwężały się i błyszczały złowieszczo wyrafinowanem okrucieństwem.
— Damy jéj miesiąc trwogi i niepokoju. Potem pojedziemy téż do Wenecyi, a że to miasto pełne eleganckiego towaru, sprawię sobie szyk-przyjaciołkę i będę szalonym zbytkiem ją afiszował w oczach tamtéj. Potém, gdy czara jéj rozpaczy będzie pełna, pójdę do niéj i zażądam rozwodu. Mam za sobą wszelkie racye i powody. Wtedy będzie mi u nóg się tarzała i włosami ziemię zamiatała, i wtedy wezmę ją, jak niewolnicę, i oddam jéj wszystkie poniewierki, lekceważenie, któremi mnie karmiła, gdym był ubogi i rozkochany. Wtedy ona szaleć będzie, a ja — rachować. Zobaczysz!
— Tylko ostrożnie, by ci te złote włosy i ramiona znowu nie splątały stryczka czy arkanu, na którym się jeńców wodzi!
Śmiech dziki krzywił orle rysy Faustangera, który głosem ochrypłym od zaciekłości mówił: