Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/277

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Po włosach będę deptał, a ramionami będzie mi obejmowała kolana, a ja na nią będę miał garść złota w jednéj ręce, a pięść ściśniętą z drugiéj. Te dwa argumenty dadzą jéj rady i nawet ją uszczęśliwią. Tymczasem nic nie nagli. Mogę czekać!...
Czekał i, aby celu z myśli nie stracić, szukał już w Wiedniu przyjaciółki. Długoletni przymus i niedostatek wetował sobie teraz, rzucając pieniądze, jak tylko potrafi barbarzyniec, łupami obciążony.
Oryż, patrząc na to bezmyślne marnotrawstwo, nabierał do pieniędzy codzień większego wstrętu a do życia hulaszczego — niesmaku.
Był nawrócony już zupełnie, nie szydził z siebie, ani plwał na cnotę; pracował pilnie i żył jak muich, a towarzyszył Faustangerowi, nie dla własnéj przyjemności, ale w przypuszczeniu, że tém Magdzie usłuży. To téż, gdy rotmistrz zaproponował mu wspólną do Wenecyi podróż, Oryż zapakował farby, pożegnał kolegę, z którym mieszkał, rzucił robotę i pojechał.
Przybyli na maj i rozstasowali się w hotelu tym samym, gdzie mieszkał Osiecki z baronową, tylko że Faustanger zajął lokal najdroższy, a tamci zadawalniali się skromném mieszkaniem z widokiem na boczny kanał.
Subretka baronowéj wnet jéj tę wieść przyniosła, wraz ze śniadaniem. Filip wyszedł był dla niéj po kwiaty.