Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


guldena. Oprócz tego guldena, przez lat trzydzieści, nie dała nikomu centa.
— A no, spróbujemy, gdy tam będę, namówić ją, by księdzu dopomogła do odnowienia ołtarza.
— Ej, nic z tego — westchnął ksiądz. — Kto się tak zmienia na starość, ten nie długowieczny. Nie dożyje ona lata!
— To wedle tej zasady i synowiec proboszcza powinien prędko umrzéć.
— Dlaczego? Czy przestał brednie prawić, ilekroć usta otworzy? To huncwot!
— Otóż właśnie, że się nie zgadzam z tą opinią! Przez dwa lata był naszym prawie domownikiem, i bardzośmy go polubiły. Nie zrobił nam nigdy przykrości.
— Tego-by jeszcze brakło! Pani by szatana z Bogiem pojednała!
— To nie, bo nie mam daru prozelityzmu. Alem pana Andrzeja poznała, że chce uchodzić za złego, to jego poza. Trzeba udawać, że się w to wierzy, a udawać, że się nie widzi jego zalet. Wtedy nie sili się pozować, i jest dobrym. Nigdym nie miała nad niego kolegi i towarzysza. Tylko niech mu ksiądz tego nie powtarza, bo stracę go na zawsze. Myślę, że proboszcz go w domu zastanie. Nie mówił dokąd jedzie, ale jestem pewna, że się troszczył o Boińską i pojechał dowiedziéć się, czy osiągnął skutek. Proszę go więc nie moralizować, nie napę-