Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Okęckiéj widocznie się to podobało, bo raz wraz spoglądała ku niéj i zagadała łaskawie. Magda swoją niefrasobliwą wesołością ożywiła ją do reszty, a gdy po obiedzie poczęła, jak dziecko, bawić się z Jankiem w chowanego, stara aż się uśmiechnęła.
— Jak żyję, tyle nie słyszałam hałasu! — rzekła do majorowéj. — Jednakże młodość w domu, to życie. Tylko trzeba nawyknąć! — dodała, głową kiwając.
— Do miłego bardzo łatwo. Dzieciak jest bardzo dobry i posłuszny. Będzie pani miała z nich pociechę i, pomoc, i rozrywkę.
Okęcka, po swojemu, wątpiąc, trzęsła głową, ale po chwili zawołała siostrzenicę i rzekła łaskawie:
— No, trzeba nam się zbierać. Wieczorem odjedziemy. Może ci co trzeba na drogę? Mam tu kilka reńskich. No, no, weź, nie żenuj się, od żyda na procent nie pożyczyłam! Dojedziemy do domu.
Było to coś tak niebywałego, że aż ksiądz oczy szeroko rozwarł i oniemiał.
— Proboszcz tak wygląda, jakby cud widział! — zaśmiała się do niego Magda.
— Ależ to cud! Ona jej dała dziesięć reńskich! A to, wié pani, co jesień, w rocznicę śmierci ojca, ona mi przysyła szafarkę, która niby to za swojego męża daje na egzekwie i wypłacze sobie nabożeństwo za