Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzać do niczego, nie nagabywać o kwestye poważne — poważnie. Proszę pamiętać, że udaje on, a więc udawać także.
— Słucham i chcę wierzyć, boć mi miło, że go pani rehabilituje; ale toć zgroza, żeby błaznowi ustępować dla jakichś waryacyi. On mi pół życia zatruł swemi awanturami.
— Po pierwszéj, którą spłata, proszę mu zrobić figla i pochwalić. Ręczę, że drugiéj nie będzie.
— I to sposób! Ależ pani obserwatorka!.. A no, spróbuję! — i śmiał się udobruchany.
Okęcka zwiedziła szkołę majorowéj i cały wieczór siedziała zamyślona. Nie mieściło się jéj w głowie, by poświęcać czas i pieniądze na interes, który nietylko nie dawał procentu, ale zatracał summę wkładową — i jeszcze interesem takim cieszyć się i rozwijać go daléj. Uwag swoich nie wyrażała słowami, ale pytała sama siebie: i poco to? dlaczego? Cierpiała, rachując te stracone pieniądze i myślała z zawiścią, ile-by ona z takim kapitałem zrobiła świetnych obrotów.
Od czasu do czasu wzdychała tylko żałośnie.
Nareszcie wyjechali. Magda z siostrą odprowadziły ich na dworzec i pożegnały obietnicą odwiedzin. Potém Magda pożegnała siostrę i pojechała do Berwińskiéj.
Pierwszy raz majorowa zaprotestowała przeciw téj opóźnionéj wizycie.