Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Włóczysz się po nocach sama! To niéma sensu.
— Wolałabyś, żebym się włóczyła z kimś.
— Wolałabym, żebyś nie zwracała uwagi.
— Czyjéj znowu?
— A no, całego świata. Ostrzegał mnie ksiądz Walery, że zaczynają nie dość z szacunkiem mówić o tobie. Musisz dbać o opinię.
— Na czwartém miejscu. Muszę dbać o Boga, o honor, o swych przyjaciół, a potém, o ile to warte, o tak zwaną opinię. Dotąd szłam jedną drogą i z niéj nie zejdę. Jakaś ty naiwna! Nie zmieniłam na jotę mego zachowania, zmieniła się tylko opinia. To dowód, że ktoś ma interes, by mi szkodzić. A no, ja tchórzem nie jestem, ten sposób nie na mnie!
Majorowa umilkła, ale cierń pozostał w jéj duszy. Za powrotem do domu, zamiast udać się na spoczynek, siedziała bezczynnie w foletu i rozmyślała, co się stało. Magda była czysta i szczera do gruntu i życie jéj w niczém się nie zmieniło. Zaszło jednak coś. Majorowa czuła pewien chłód w zachowaniu się kilku znajomych dam i zauważyła, jak dwóch młodych ludzi na ulicy, pokazując sobie Magdę oczyma, opowiadało coś półgłosem i śmiało się dwuznacznie. Przytém od kilku dni Sylwester nie przychodził, a on był barometrem łaski lub niełaski tłumu. Majorową zdjął lęk, sen do reszty uleciał, nawet szkoła nie zajmowała jéj w téj chwili.