Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Osiecka chmurno popatrzyła w okno.
— Pocoś właśnie jego pokochała? — szepnęła. — Ja winnam! To pewnie było wtedy we Włoszech? Ktoby się spodziewał? Ognia i młodych nie trzeba nigdy zostawiać bez dozoru.
Magda ruszyła ramionami.
— Tyś nic nie winna. Byłaś mi najlepszą opiekunką. I teraz nie martw się przedwcześnie. Może nic z tego nie będzie. Wyjdę teraz na spacer i wstąpię do Berwińskiéj.
Uścisnęła serdecznie siostrę i zaczęła się ubierać. Pierwszy raz w życiu miała w myśli chaos. Potrzebowała rozgmatwać swe uczucia.
Na ulicy ostre powietrze i ruch otrzeźwiły ją nieco. Zdawało się i jéj to szaleństwem. „Poco, naco, dlaczego! Jestem dla niego niczem i pozostanę niczem. Oszaleliśmy oboje: on, aby mi to proponować, ja, żeby się wahać!“
Przechodziła ulicę w poprzek i ledwie umknęła przed powozem baronowéj. Otulona w sobole, patrzyła lekceważąco, z góry na ludzi. Wzrok ich się spotkał: skinęła głową Magdzie z wyrazem subtelnego szyderstwa, politowania i tryumfu.
Wzrok ten zabolał artystkę, jak policzek. Oburzyła się, i krew nabiegła jéj do skroni.
— Czy ona myśli, że jam już na ziemi i że on nie powstanie, zdeptany przez nią?
Napłynęły jéj żywsze myśli i nadzieje.