Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nic nie rozumiem! Więc ty naprawdę go kochasz?
— Tak — odparła Magda spokojnie, patrząc jéj jasno w oczy.
— I wyobrażasz sobie, że na niego liczyć możesz, zaufać, że on potrafi cię ocenić i zapewnić spokojną przyszłość? Oszalałaś!
— Nie! Wyobrażam sobie, że go w téj chwili uratuję od złego. Potém, gdy przeboleje cios, który go spotkał, opuści mnie najobojętniéj w świecie dla pierwszéj lepszéj fantazyi, lub dla téj saméj baronowéj.
— No, więc po co idziesz? Zgotujesz sobie nieszczęście, a jego nie przerobisz.
— Tak, na niego nie liczę, ale on będzie miał w życiu na kogo liczyć. Jestem zupełnie świadoma tego, co mnie czeka, ale jeśli zdecyduję, że jemu się to opłaci — to niech będzie!
Osiecka spoważniała i bez wybuchu rzekła:
— To jest ofiara nad siły, ale jeśli kochasz, próżno ci przemawiać do rozsądku. Szkoda mi ciebie: ano sobą rządzisz! W każdym razie będę zawsze z tobą, i to mnie cieszy, że złego się spodziewasz. Teraz rozumiem, że potrzebujesz się namyślić.
— On tu przyjdzie wieczorem. Proszę cię, Maryniu, żadnéj wzmianki, żadnego wyrzutu. Może on sam do równowagi wróci przez te trzy dni.