Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Podniósł się z żalem. Miał tak wrażliwą naturę, że już dręczyła go trzydniowa niepewność. Już miał złudzenie, że ją kocha.
Przeprowadziła go do sieni i rzekła serdecznie:
— Jeżeli ci ciężko będzie samemu, przyjdź wieczorem.
— Stryjny się boję! — rzekł z uśmiechem.
— Nie bój się, nic ci nie powie przykrego.
Podała mu rękę, którą do ust podniósł, i wyszedł, raz jeszcze ogarnąwszy ją proszącem spojrzeniem.
Wróciła do pracowni i zebrała farby. Robić nic nie mogła, potrzebowała skupić uwagę raz pierwszy na swój los.
Ale zaledwie upłynęło pięć minut ukazała się Osiecka.
— Czego on chciał? — spytała niespokojnie.
— Chce się żenić ze mną — odparła.
— Bagatela, tylko tyle! Prędko baronową strawił! Jakbym widziała jego ojca.
— Zostawiłam sobie trzy dni do namysłu — mówiła Magda daléj.
— Jakto? A cóż tu jest do namysłu? Trzeba go było krótko i węzłowato odesłać do redakcyi, a potem do baronowéj!
— Tak, a on w tém rozdrażnieniu i klęsce poszedłby na zatracenie ostateczne. Mam dla niego wiele obowiązków i tak odpłacać nie chcę.