Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/221

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Cobądź się potém stanie, nie będę mu nigdy kulą u nogi. Zostawię mu zupełną swobodę, ale położenie moje będzie silniejsze. Teraz, gdy jest tu niedaleko, trafi do mnie, ale gdyby odjechał, straciłabym go z pod wpływu i opieki — nie mam żadnych praw! Drogo płacić trzeba za niedolę nawet.
Uśmiechnęła się gorzko i dodała:
— Berwińska mi to wszystko obrachuje. Będę miała bilans gotowy!
Weszła do sionki nizkiéj i ciemnéj i ledwie znalazła drzwi. Była to sobota, więc Berwińska wracała wcześniéj do domu.
Na jéj pukanie ktoś się poruszył i we drzwiach stanął Oryż.
Nie ukłonił się, ani słowa nie rzekł, usunął się pod ścianę i drogę jéj oswobodził, a potém poszedł w kąt ciemny pokoju i przysiadł na zydlu pod ścianą, opierając głowę o mur i przymykając oczy jak do drzemki.
— Pan tu sam? — spytała zdziwiona Magda.
— Dozoruję starego, ale śpi w téj chwili. Panna Berwińska przyjdzie za pół godziny.
— Zaczekam!
Usiadła przy oknie, przez które wpadło do izdebki, bardzo ubogiéj, trochę zmierzchającego światła.