Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Z Osieckim, czy bez?
— Co to jest Osiecki?
— A to jéj ostatni pinczer-faworyt.
— Daj go pan! — burknął Faustanger.
Oryż prędko wyrysował baronową ze szpicrutą, przez którą skakał pinczer z twarzą Filipa. Rotmistrz przez stół śledził robotę, ale się już nie śmiał. Twarz jego dzika, energiczna, o orlim profilu, nabierała twardych linii.
— To ci głupcy! U mnie to ona skakałaby przez szpicrutę! — warknął.
— Wierzę, i warto! — odparł Oryż, biorąc się do pieczeni.
Faustanger sapał chwilę, potém zadzwonił i kazał podać wina. Ale rozwiązał mu się język i podobał towarzysz.
— Te baby bały się mego ducha! — rzekł, rozpierając się na stole i zapalając cygaro. — Wtedy było cicho. Ale mi to zbrzydło. Gdybym był bogatym — ba — ale tak! Bałem się, że zabiję jędzę, i rzuciłem do dyaska cały kram. Rozdeptać smoka, to warto, ale ropuchę, pfuj! — i splunął. Pił, i wino dziko mu błyszczało w oczach.
Zaprosił Oryża do węgrzyna i spytał:
— Więc ten Osiecki to ostatni? Kto on?
— Malarz.
— To ją pewnie nudzi. Cha, cha, myślę czasem, jakaby to była komedya, gdybym się zjawił!