Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/176

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sam. Ale służący wytłómaczył, że wszędzie pełno, i że ten pan także lubi milczeć, czytać, pić i palić.
Faustanger, burcząc jak brytan, wszedł i tonem wcale nieprzyjaznym rzucił zwykłe pozdrowienie:
Servus!
Servus! — odburknął podobnież Oryż.
Pierwszego dnia nie rzekli nic więcéj, na drugi — rotmistrz spojrzał na tekę, w której towarzysz coś rysował w przerwie obiadu, i zagadnął:
— Pan artysta?
— Uhm! — mruknął Oryż.
— Może pan rysuje karykatury?
— Właśnie!
— Pokaż pan!
Oryż podsunął mu tekę.
Potz Blitz! A toć moja teściowa! — zawołał Faustanger.
— Bardzo mi przyjemnie, jeśli to panu przyjemnie. Mogę to panu ofiarować na pamiątkę.
— Zkądże pan tę jędzę zna?
— Ano, codzień ją spotykam na Rynku w Krakowie.
Na papierze radczyni była jak żywa. W pelerynce, z torebeczką w ręku, grzebała w rynsztoku, którym wraz z pomyjami płynęły brudne papiery.
Faustanger się rozchmurzył. Patrzał ze złośliwą radością na rysunek.
— To pan z Krakowa? — rzekł. — Ano, to pan i moją niby żonę zna. Niech mi pan tę wyrysuje.