Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ależ, proszę jegomości... — przerwał zakrystyan.
— Milcz, jesteś faryzeusz i sknera!
— Matko Boska! — wybuchnął nieborak. — Ależ ja, jako żywo, nie pożyczałem panu Andrzejowi i centa. Nie widziałem go od tygodnia, nie mówił mi nigdy o pożyczce. Co się jegomości dzieje! Ja mam pięcioro dzieci, a nie pieniądze.
Proboszcz skamieniał.
Zwrócił się i zawstydzony poszedł do kościoła.
Potém bezmierny gniew go ogarnął.
— Ten chłystek! Odpłacił mi za delikatność! Zarobiłem sobie, słuchając rad panny Magdy! Ja jéj to napiszę! Niech pozna, co to za ptaszek. No, cybuch mu na grzbiecie połamię, jak się zjawi!
Ale Oryż nie kwapił się z powrotem. Trochę pieszo, trochę gratis na furach, dotarł do Tarnopola! Tam miał znajomego urzędnika, więc u niego się ulokował. Włócząc się po mieście, dowiedział się w któréj restauracyi stołuje się rotmistrz Faustanger, i obrał tamże swoje pomieszczenie.
Rotmistrz był odludkiem. Nie lubił ogólnéj sali i obiadował zwykle późno, w ustronnym gabinecie. Tam téż czytał dzienniki i przesiadywał długo nad butelką wina, paląc cygara i w ponurém rozmyślaniu gwiżdżąc przez zęby.
Pierwszy raz, gdy w swym kącie zastał Oryża, chciał się cofnąć i mruknął do lokaja, że chce być