Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja-bym to chciał widzieć! — zawtórował śmiechem Oryż.
— Zaproszę pana na widowisko z teką. Ano, przyjdzie do tego kiedyś. Nasze rachunki nie skończone.
Zamyślił się. Oryż, który lubił czytać w ludzkich twarzach, wyczytał, że w duszy jego, obok zemsty, któréj nie taił, była i namiętność ukryta i zazdrość, i dzika żądza, hamowana do czasu przez dumę upokorzonego magnata.
Pomyślał téż z mściwą radością, że gdy ten swój odwet weźmie, to będzie dla baronowéj dzień pokuty za Magdę.
Odtąd codzień rozmawiali przy obiedzie, a potém grywali w taroka i sączyli węgrzyna. Po paru tygodniach Faustanger nie miał już tajemnic dla Oryża, a ten powoli rozdmuchywał w nim namiętność do żony.
Gdy malarz z owych pogawędek wracał do swego przyjaciela urzędnika, pomimo ilości wypitego wina, był zawsze trzeźwy. Gwizdał i śpiewał kujawiaki i śmiał się drwiąco. Gdy się do snu ułożył, rozmyślał:
— Jedni mówią: Oryż hultaj, drudzy: szubrawiec; ale, że Oryż wielki głupiec, to wiem ja sam tylko. Żebym tu nie judził tego wściekłego żołdaka, toby Osiecki lata wisiał przy téj babie, a dziewczyna-by cierpiała tyleż. Ale ja to przyśpieszę! Ten narwany Filip z desperacyi wróci do Magdy; dziewczyna do-