Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stanie swe szczęście: no, i wszystko będzie w porządku... A Oryż co wtedy?... — pytał sam siebie szyderczo. — Oryż wróci do knajpy i praczki! To ci użyje za te dwa lata! Uh, Bachus z Afrodytą na rękach go do szpitala zaniosą! Będzie ananasowa frajda!
I śmiał się cicho do samego siebie.
Doczekał się w ten sposób Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Przez ten czas Faustanger był w Krakowie, ale zaraz po powrocie wziął urlop i wyjechał do chorego brata do San-Remo.
Nawet się Oryż nie dowiedział, jak go przyjęła teściowa i żona. Gdy zabrakło rotmistrza, Oryż począł przemyśliwać, jakby do Krakowa się dostać, bo fundusz jego składał się z teki, ołówka i mizernéj garderoby. Obejrzał się tedy za pracą i cały miesiąc pilnie malował szyldy i prawie nic nie jadł, zanim uzbierał tyle, by módz opłacić koléj.
W tym czasie wyczytał w gazecie, że na wystawie w Krakowie ukazały się dwa nowe płótna: „Salamandra“ Osieckiego i „Kult pamięci“ Domuntówny. „Salamandrę“ chwalono bez entuzyazmu, dla Domuntówny krytyka była zjadliwa. Zarzucano widoczny pośpiech w kompozycyi, niedbałe wykonanie, lekceważenie publiczności wskutek łatwo zdobytéj sławy; prorokowano zanik talentu; kończono nadzieją opamiętania, otrzeźwienia po upojeniu tryumfu, i rzetelnéj pracy w przyszłości.
Oryż gazetę zmiął i splunął.