Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wniéj, ale był to już przymus; a gdy ludzi zbrakło, milkła i nie słychać jéj było w domu.
Tymczasem miało się ku wiośnie i słońce czasem bardzo wesoło zaglądało w okna pracowni, a po ulicach roznoszono fijołki. Mówiono już o letnich wycieczkach, a i Wisła zdarła lód z siebie.
Pewnego dnia Malicki wstąpił do Osieckich, a zwiedziwszy przedewszystkiém szkołę, zaszedł do Magdy.
Obejrzał ostatnie jéj roboty, pochwalił niektóre Stacye, a potém usiadł do gawędki.
Mówił o tem i o owem, coś zafrasowany, wreszcie odsapnął i rzekł:
— Wié pani, że ja uczynię propozycyę, któréjbym nikomu innemu nie zrobił...
— I owszem, dziękuję za zaufanie! — uśmiechnęła się.
— Niech pani spróbuje powstrzymać Oryża przed zatraceniem życia i talentu...
— Jakto?
— A no, ma pani nad nim wielki wpływ. Przez te dwa lata, co się u was stołował, stał się zdrowym. Teraz o krok jest od śmierci, a mnie żal, gdy młody umiera. Pomyślałem tedy: powiem jéj o tém, nie posądzi mnie o nic, a może razem co obmyślimy. Rozumie pani?
— Rozumiem, ale i pan zrozumie, że uczynić nic już nie mogę. Jak go pan zna, rady nie przyjmie,