Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a oo niepoczytalny. To zgroza! I niema na takich kryminału! — wybuchnął Fink.
— Po co! Jest szpital! — odparł obojętnie Sylwester.
— A choćby i cmentarz! ale niech mi robotę skończy.
— Et, głupiś! Poproś Domuntówny, niech go swym wpływem zażyje.
— Ba! Domuntówna nazywa się Osiecka! Niéma o czém mówić.
— To nie mów jéj, ale prześlij swą prośbę przez Filipa. Trochę to im uczyni dywersyi w miłosnych zachwytach.
— A wiész co? Filip ma dobrą głowę. Jak on się prędko obejrzał, że baronowa go spłucze, gdy to dłużéj potrwa! Wziął sobie kobietę solidną i warsztat na pieniądze — teraz jest bezpieczny w razie finansowego krachu. Nie słyszałeś? bywa już znowu u baronowéj?
— Nie, i to ją dziwi.
— Widocznie Faustanger teraz się droży z sobą, kiedy ona taka pokorna! — zaśmiał się cynicznie Fink i wrócił do głównego przedmiotu swéj troski.
— Bodaj się był mój Oryż w niéj zakochał! Potrzebowałby na jéj fantazye pieniędzy i pewnieby pracował.
— Ty-bo masz słabość do niego! Znajdziesz