Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stu illustratorów — nie cyganów. Jabym go się bał nawet zaczepiać.
— Ba, znaléźć — znajdę — przeciągle odparł Fink — ale tych nie opłacić. Oni nie chcą rozumiéć moich ciężkich warunków. Dla nich wydawca to bóbr, którego trzeba obedrzeć ze skóry. A Oryż — przy swém brutalstwie — jest niesłychanie delikatny i niedbały na punkcie zapłaty. Inny-by go wyzyskiwał; ja się nim opiekuję, no, i masz racyę — czuję słabość do niego.
W téj chwili Osiecki wszedł z Malickim i kilku znajomymi; rozmowa stała się ogólną.
Ale Sylwester z miną tajemniczą i poważną póty kołował przy Filipie, aż zwrócił jego uwagę.
— Co mi się pan przypatrujesz, jakbym się zmienił? — spytał żartobliwie.
— Ba, zmiana wielka! Przybyło ci powagi! Jakże żoneczka! Wszyscy ci zazdroszczą.
— Ja nikomu! — odparł hardo Filip.
— Wierzę, wierzę! Ale powiedz mi, co to znaczy, że przestałeś bywać u baronowéj?
Patrzał mu tak dobrodusznie w oczy, że przez chwilę Filip się zmieszał.
— Jakto nie bywam? — rzekł, ochłonąwszy. — To naturalne. Teraz ja nie bywam, ale my bywamy, więc stosuję się w tém do stosunków żony.
— Bo, widzisz, gadają o tém — szepnął poufnie Sylwester. — Ja cię bronię, a raczéj ją, baronową,