Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prędko się zjawił i zaraz do niéj zbliżył się ze słodkim uśmiechem.
— Nic nowego? — rzekła, wskazując na obrazy.
— A cóż? — odparł z miną Fauna. — Osieccy obchodzą miodowy miesiąc.
— Bardzo zakochani? — spytała wesoło.
— W angielskim rodzaju. Trés correct, mais suspect!
— Nigdzie go nie widać. Musi być zazdrosna.
— Ma racyę. Ptaszka łatwiéj schwytać, niż utrzymać, a pokusa taka, że się jéj nikt oprzéć nie zdoła...
— Przyznam się panu, że istotnie brak mi go. Miałam słabość do niego. Zerwał! Bóg wie dlaczego. Ci artyści są szalenie fantastyczni i drażliwi.
— Żeby on to słyszał! — pokręcił głową Sylwester.
— No, wątpię, by go teraz cokolwiek oprócz żony zajmowało — uśmiechnęła się.
— Kto to wié! Pani sama twierdzi, że artyści są fantastyczni, a on tak niedawno był szczęśliwy...
— Pan jesteś niemożliwy! — zawołała, uderzając go rękawiczką po ramieniu.
Sylwester wprost po rozmowie z nią poszedł na śniadanie do Finka.
— Będzie Osiecki? — spytał gospodarza.
— Obiecał. Ale co mi Osiecki! Wiész, Oryż znowu pije dzień i noc, pięć rysunków niegotowych,