Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— A ten! — odparła lakonicznie kobieta.
— Hm, trzebaby go zdjąć i obejrzéć. A jakąż cenę pani za to chce?
— Ja go nie sprzedaję! — rzekła kobieta żywo oburzona samem przypuszczeniem. — To gospodarz za komorne.
— A gdzież gospodarz?
— Nie wiem. Ten grunt ktoś nabył niedawno. Domek mają znieść. Ma być jakaś fabryka. Wiem, żem winna za komorne; mają prawo wziąć obraz, bo nic więcéj nie mam, oprócz dziecka, które umiera.
Odwróciła się od nich i usiadła znowu przy tapczanie, ale się już nie modliła. Twarz jéj stała się ponurą i zawziętą. Patrzyła przed siebie z wyrazem dzikiego buntu.
— Co jest dziecku? — spytała Magda, pochylając się nad niem.
— Śmierć! — burknęła kobieta. — Wodą a trawą człowiek się nie nakarmi. Starszy dłużéj wytrzyma, bo rozum ma, a takie małe, to co ma zrobić? Kładzie się i gaśnie!
Dziecko było istotnie tylko cieniem. Spało a raczéj zamierało z wycieńczenia.
Pan Sylwester podszedł także i rzekł:
— Czemużeście mu dali do tego stopnia zmarnieć? To zgroza!...
— W piersi nie mam mleka, a krwi by nie piło — odparła kobieta dziko.