Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Idźcie, kupcie, co trzeba — rzekł, podając jéj srebrnego guldena.
Kobieta ruszyła ramionami.
— Po co mu mam konanie przedłużać? Dajcie mi pokój! — mruknęła.
— Szalona! — szepnął Sylwester.
Magda otworzyła drzwi do sieni.
— Panie Andrzeju! — zawołała.
Podszedł i spojrzał na nią badawczo.
— Przynieś pan drew, mleka i wina!
— Już-bym to zrobił bez pani, gdybym miał był choć centa w kieszeni!
Podała mu swoją portmonetkę i odetchnęła głęboko, jakby ją dławiło chwilami.
Potém wróciła do izby i rzekła do pana Sylwestra:
— Weź pan swój powóz i sprowadź doktora, ja tu zostanę.
— Natychmiast. Że mi to nie przyszło na myśl! Lecę, lecę!
Magda znowu pochyliła się nad dzieckiem i, nie mając nic innego pod ręką, przykryła je swoim żakietem. Nie odzywała się więcéj do kobiety.
Po chwili wpadł Oryż z wiązką szczap i dwiema butelkami pod pachą. Nie czekając rozkazu, rozpalił ogień na wystygłym oddawna kominie i grzał mleko. Magda, szukając po kątach, znalazła tylko wyszczerbiony garnuszek. Nalała weń wina i podała kobiecie.
— Wypijcie i pomóżcie dziecku dać trochę mleka.