Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Baronowa drgnęła i płomień przeszedł po jéj twarzy.
— Przyjechał po mnie? O! nareszcie! — pomyślała z westchnieniem ulgi.
Był wielki czas, aby wybawienie nastąpiło. Oddawna baronowa się przekonała, że zmieniając towarzystwo matki na Osieckiego, zrobiła zły interes. Matka była skąpa, ale cierpiąc z jéj racyi niedostatek, znosząc obrzydliwe skąpstwo i oszczędność, miała, jako wynagrodzenie, stosunki ze światem, była wszędzie przyjmowana w towarzystwach. Teraz Osiecki dawał jéj zbytek, spełniał wszelkie zachcianki i fantazyę; ale ona była osamotnioną i duma jéj cierpiała tortury w tém położeniu dwuznacznem, które ją stawiało na równi z półświatkiem.
Baronowa zaś miała dwa ideały, które stanowiły dla niéj szczyt szczęśliwości: bogactwo i świetne stosunki. A to dwoje mógł jéj teraz dać tylko mąż milioner i magnat. Więc na wieść subretki duch w nią wstąpił i zaczęła rozpytywać o szczegóły.
Wtedy się dowiedziała, że pan baron nie był sam, ale z całym dworem. Miał hajduka, kamerdynera i jakąś bardzo piękną damę z sobą. Przyjechał téż z nim jakiś drugi pan, czarny i chudy, z którym czytali listę gości w hotelu i bardzo się śmieli.
Dama? Co znaczyła dama? Kto to być może? Baronowa posłała subretkę na zwiady, a sama kipiała z niecierpliwości.