Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trwam; kogoś kochać — to rozpacz odpędzę, ja chcę dla kogoś pracować, mieć obowiązki, opiekę, własność i skarb! Magdo, kochałaś mnie niegdyś — bądź moją!
Magda wzdrygnęła się, jak przed zmorą, ale opanowawszy się, odparła:
— Filipie, czyś w obłędzie? Kochasz tamtą i kochać będziesz. To złuda; ja ci dziś ratunkiem ani obroną być nie mogę. Żądasz ofiary wielkiéj i bezskutecznéj.
— Nie, ja wiem, co we mnie jest. Ze wszystkich wiar i ideałów tyś jedna została. Ulituj się nademną. Ty mnie nauczysz na nowo czuć, i pracować, i żyć. Ja proszę miłosierdzia. Gdy mnie odtrącisz — wiem, że zginę. Wiesz? to, co mnie tu do ciebie przywiodło, to instynkt zachowawczy. Ja nie kłamię, ani szaleję. Łamałem się z sobą wiele godzin, całe dnie. Przyszedłem zdecydowany — od ciebie pójdę, albo na cmentarz, albo do kościoła.
Magda już odzyskała przytomność.
— Ode mnie pójdziesz do swego mieszkania, opamiętasz się, spokojnie rozmyślisz — i mnie dasz czas do namysłu. Za trzy dni, jeśli zamiaru nie zmienisz, wróć tu — posłyszysz moją radę i decyzyę. A teraz dosyć o tém, wyjdź z pod tego zaklęcia, zmuś siebie zająć się czemś innem. Cóż znowu! — nie jesteś dzieckiem, życie tak każdego doświadcza