Strona:Maria Rodziewiczówna - Jerychonka.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nagle Oryż się odwrócił i rzekł ze złością:
— Po co mnie pani zatrzymała? Pani lubi przy robocie ciszę i samotność, a wcale nie czytanie. Pani to uczyniła przez litość nademną lub przez złość na Osieckiego.
— Nie zmuszałam pana. Może pan odejść — rzekła spokojnie.
— Cóż z tego? Odejść mogę, ale wrócić muszę. I to mnie do pasyi doprowadza. Ja nie cierpię musu. I nie potrzebuję, żeby się pani nade mną litowała. Mnie jest bardzo dobrze w knajpie.
— Wierzę, ale ponieważ pan mi miał czytać, więc czekam. Weź pan którą z tych książeczek na półce i zaczynaj.
— Nie, pójdę sobie!
Wyszedł. Magda poruszyła brwiami i malowała pilnie. Twarz jéj, zamyślona i poważna, miała w sobie spokój skupienia i łagodnego smutku. Gdy ją porywało natchnienie twórcze, rzeczy ziemskie i ludzkie malały w jéj oczach i myśli. Co najwyżéj, dziwiła się, że to może aż tak dalece ludzi obchodzić i wzruszać.
Zatopiła się w swojéj pracy tak zupełnie, że nie zauważyła, jak po kwadransie do pracowni wszedł znowu Oryż.
Popatrzył na nią z pod brwi, nieśmiało, podszedł do półki, wziął książkę z wierzchu i przysiadłszy na